Menu

Moda nie zna metryki – wywiad z Marzenną Anną Walczak

Tym razem do rozmowy zaprosiłam blogerkę modową Babooshka Style. Kobietę 50+, która – za namową swojej koleżanki – w wieku dojrzałym postanowiła zostać blogerką.  Z pasją i wielkim zaangażowaniem zajmuje się modą, stylizacjami. Bywa na pokazach mody. Poznaje ten ciekawy świat od kuchni i udowadnia, że jeśli się czegoś bardzo chce, to można to osiągnąć i że ograniczenia istnieją jedynie w naszych głowach.  


Sylwia Cegieła: Od jak dawna zajmujesz się modą?

Marzenna Anna Walczak: Od zawsze. Jako mała dziewczynka lubiłam przebierać się w babci halkę z koronkami, która była dla mnie suknią balową. Doczepiałam sobie włosy ze wstążek. Zakładałam babciny kapelusz i mamy szpilki. Wtedy stawałam się księżniczką.
Miałam bardzo szczęśliwe dzieciństwo. W trzeciej klasie podstawówki nauczyłam się robić na drutach i haftować. W czwartej klasie, pod okiem babci, uszyłam sobie pierwszą spódnicę, którą jeszcze ozdobiłam haftowanymi kwiatami. Od piątej klasy już robiłam sobie swetry, czapki, szaliki, spódnice. Przerabiałam ubrania, które miałam. Już wtedy chciałam, by  były inne i miały indywidualny charakter.
W liceum plastycznym uczyłam się precyzyjnego haftowania, szycia. Byłam na zabawkarstwie. Nasza "sorka" popołudniami uczyła nas kroju. Mogłyśmy przychodzić i korzystać z maszyn do szycia. „Plastyczki” ubierały się w bardzo charakterystyczny sposób, awangardowy, kolorowy i odlotowy.
W latach ‘80, kiedy niewiele można było dostać, więc bardzo te umiejętności z dzieciństwa mi się przydały. Na drutach obrabiałam całą rodzinę. Dla siebie umiałam uszyć wszystko, nawet spodnie. Jeśli korzystałam z usług krawcowej, zawsze szyła mi zaprojektowane przeze mnie ubrania. Nie korzystałam z Burdy czy innych magazynów. Chciałam mieć inne ubrania niż mają wszyscy. Lubiłam się wyróżniać.
Od bardzo dawna pomagałam też moim koleżankom w wyborze ubioru, zakupach. Zajmowałam się ich stylizacjami w całości. Szczególnie przed weselami, sylwestrami, balami itd., wybierałam im ubiór, dodatki. Robiłam im makijaż, manicure. Nawet obcinałam włosy. Uwielbiałam moment końcowy, kiedy aż im się oczy śmiały do nowej siebie.
Obecnie też pomagam kobietom w robieniu zakupów, definiowaniu własnej sylwetki. odpowiednich kolorów. Jako plastyk, umiem operować kolorem, fasonem. Wiem, jak sprawić, by wyglądać korzystniej. Wiem, jak odwrócić uwagę od tego, co chcemy ukryć czy w jaki sposób zmienić proporcje naszej sylwetki. Ubiorem możemy polepszyć swój wygląd lub go pogorszyć, dlatego czasami warto skorzystać z porad osób, które się tym zajmują.
W obecnych czasach, wygląd ma bardzo duże znaczenie. Moda to moja pasja. Dlatego jeżdżę na pokazy mody, eventy, czytam też dużo książek o modzie, o projektantach, kreatorach. Uwielbiam biografie znanych projektantów. Wiedzy nigdy dość.


Sylwia Cegieła: Prowadzisz bloga modowego. Co cię do tego skłoniło?

Marzenna Anna Walczak: Blog założyłam za namową koleżanki. W lutym będą 3. urodziny bloga. Rozmawiałyśmy jak zwykle o modzie, ciuszkach, innych blogach, a koleżanka stwierdziła: „Marzena, ty powinnaś prowadzić blog. Zawsze się fajnie ubierałaś. Powinnaś pokazać innym kobietom, że nawet mając 50 lat, można być sobą. Zawsze mi doradzasz. Znasz się na tym. Moda cię kręci.” Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie mam czasu, praca, dom, itd. Może jak będę na emeryturze… . Miałam ambitne plany intensywnego życia twórczego jako emerytka, ale jak kropla drąży skałę, tak ta myśl zakiełkowała w mojej głowie. Po całych dwóch dniach, stwierdziłam, a właściwie, po co czekać do emerytury, może nie dożyję? (śmiech). Spróbuję! Zapytałam męża, co on na to, a on mnie poparł. Stwierdził, że to fajny pomysł i że będzie robił mi fotki na bloga.
Po trzech dniach pojawił się pierwszy post. Bardzo byłam ciekawa, czy ktoś w ogóle to zobaczy i mnie odwiedzi. Niesamowicie się cieszyłam z pierwszej setki odwiedzin, z pierwszego tysiąca, z pierwszego komentarza.
Zakładając blog, chciałam przede wszystkim pokazać kobietom, że dojrzały wiek nas nie ogranicza. Dużo kobiet wycofuje się. Stają się niewidzialne. Zupełnie niepotrzebnie! Ja chciałabym pokazać im na moim przykładzie, by miały odwagę żyć. Blogi kobiet dojrzałych są nadal niszowe, choć z każdym rokiem ich przybywa.
Nad nazwą myślałam cały dzień, chciałam, by była intrygująca, ale i określająca mój wiek, a ponieważ jestem babcią, tak więc powstała Babooshka. W tamtym roku doszedł drugi człon Style, aby od razu określał, jaki blog prowadzę. Związane to było też z przejściem na własną domenę.


Sylwia Cegieła: Nie obawiałaś się komentarzy, że modeling jest tylko dla młodych?

Marzenna Anna Walczak: Prowadzenie bloga to nie tylko modeling, wstawianie własnych stylizacji i zdjęć. U mnie są jeszcze posty dotyczące pielęgnacji, kosmetyków, zabiegów kosmetycznych itd. Stylizacji jest najwięcej, ale ja pokazuję też sposób życia oraz to, czym się interesuję i co robię.
Poza tym, w świecie mody są dojrzałe modelki, a nawet bardzo dojrzałe bo mają nawet 80 i 90 lat. Najbardziej znana i kolorowa jest 90-letnia Iris Apfel, ale na uwagę zasługuje Carmen dell"Orefice, Jacquie Tahah, Murdack, Gitte Lee lub Jasmina Rossi. Są dojrzałe i piękne.
Co do komentarzy, w pierwszym roku miałam trochę obraźliwych i nieżyczliwych komentarzy. Dobrze, że wtedy miałam ustawione moderowanie. Obecnie tego nie robię i nikt mnie nie hejtuje. Cieszę się z każdego komentarza. Są dla mnie wskazówką i odzewem na to, co dzieje się po publikacji wpisu. Nie boję się konstruktywnej krytyki, bo taka buduje.  Skłania do przemyśleń i analizy.


Sylwia Cegieła: Co to znaczy mieć dobry styl?

Marzenna Anna Walczak: Dobry styl to taki, w którym wszystko do siebie pasuje i tworzy zgodną harmonię. Stanowi całość. Istotne są dodatki, biżuteria i – oczywiście – jakość, krój, forma, tkaniny, kolory itd. Dla każdego z nas ten styl może być inny i może co innego oznaczać. Nie musi być tylko klasyczny czy elegancki. Wszystko zależy od tego, co do nas pasuje.
Dla mnie przykładem dobrego stylu są nasze dojrzałe aktorki, piosenkarki, dziennikarki np. Kora Jackowska, Grażyna Wolszczak, Grażyna Szapołowska, Danuta Stenka czy Monika Olejnik. Zresztą w ciągu naszego życia zmienia nam się styl i jego postrzeganie. Gdybym jednym słowem miała określić dobry styl, byłoby to słowo – jakość.

Sylwia Cegieła: Jak byś określiła swój styl? Jakiego rodzaju stylizacje pojawiają się na twoim blogu?

Marzenna Anna Walczak: Kobieta zmienną jest, a ja to już szczególnie. Mój styl to przede wszystkim casual, boho i rock z odrobiną sportowej elegancji i awangardy. Ubieram się tak na co dzień i do pracy. Nie obowiązuje mnie żaden dress code, bo pracuję sama u siebie. Z racji zawodu, ubieram się na luzie, kolorowo. Istotne są dla mnie dodatki, biżuteria, która często stanowi o danej stylizacji. Lubię ubierać się barwnie. Nie jestem typową 50-latką, nie noszę garsonek, ale mam tatuaże. Modą się bawię i nakręcam. Oczywiście, są sytuacje i miejsca, kiedy trzeba ubrać się elegancko, więc wtedy tak się ubieram. W zależności od uroczystości, dostosowuję swoją stylizację.
Odpowiadając na drugą część pytania: jakie stylizacje pojawiają się na moim blogu? Najkrócej – różne. Tworząc swoje stylizacje, opieram się na intuicji. Czasami inspirują mnie buty i do nich dobieram resztę, a czasami bluzka, naszyjnik lub obejrzany stary film, który szczególnie pasuje do stylu vintage.
Wykorzystuje poszczególne elementy garderoby na wiele sposobów i w wielu najróżniejszych połączeniach. Nie kopiuję innych, tworzę własne stylizacje. Najwięcej jest właśnie boho, rocka, trochę glamour, odrobinę elegancji.


Sylwia Cegieła: Czy masz na koncie jakieś sukcesy związane z twoją działalnością?

Marzenna Anna Walczak: Masz na myśli sukcesy związane z blogiem? Może jeszcze niewielkie, ale bywam na pokazach mody, eventach. Poznaję projektantów. Poznałam Gosię Baczyńską oraz Agnes Wuyam – byłam na jej kameralnym pokazie. Poznałam też Patryka Wojciechowskiego, z którym miałam przyjemność porozmawiać. Patryk udzielił mi wywiadu, który opublikowałam na moim blogu.
W 2015 byłam w Paryżu. Pojechałam w czasie, kiedy był Fashion Week Haute Couture S/S. Widziałam projektantów i modelki z wielkiego świata mody.
W 2016 byłam na Fashion Week w Łodzi, gdzie widziałam pokazy bardzo znanych projektantów.
Poznałam też Agnieszkę Maciąg, Dorotę Goldpoint,  Ilonę Felicjańską, Karolinę Nowakowską, Laurę Łącz. W 2016 roku brałam też udział w Gali Konkursu "Przyłapani na modzie" z Dorotą Wróblewską organizowanym przez Galerię Krakowską oraz w Bitwie Stylistów w Krakowie organizowanym przez Galerię Bronowice. Poznałam również właścicieli bardzo dobrych salonów kosmetycznych i medycyny estetycznej.
Moje życie nabrało smaku i rozmachu. Jestem też zapraszana do współpracy z markami kosmetycznymi.

Sylwia Cegieła: Gratuluję. Oprócz mody, zajmujesz się też reklamą. Opowiedz coś o tym.

Marzenna Anna Walczak: Reklamą zajmuję się od początku lat ’90. Wtedy jeszcze nawet nie było komputerów, ploterów tnących czy drukujących. Nie istniały pojęcia druku solwentowego, termotransferu czy druku cyfrowego. Tablice reklamowe robiło się całkowicie ręcznie, zaczynając od rozrysowania projektu. Potem specjalnym nożem wycinało się szablony. Tablice malowane były farbami. Trwało to długo, gdyż każdy kolor był nakładany osobno. Nie było folii samoprzylepnych. Tak więc, tablice reklamowe robię od bardzo dawna i znam tą pracę od podstaw.
Programów graficznych uczyłam się sama po godzinach. Od 14 lat prowadzę swoją firmę, w której jestem grafikiem, plastykiem, właścicielem. Praca daje mi satysfakcje. Mogę tworzyć, projektować. Uwielbiam to. Mam dobry kontakt z klientami, którym oferuję szeroki wachlarz moich usług. Sama wykonuję reklamy. Oklejam samochody, witryny, tablice. Projektuje logotypy, wymyślam też nazwy, hasła reklamowe. Opracowuję wizualizację firmy lub produktu. Tak więc zajmuję się całą grafiką i poligrafią.
U mnie klient zamówi wizytówki, ulotki, kalendarze, gadżety. Poza tym, zajmuję się też projektowaniem wnętrz, 5 lat temu skończyłam roczne studium w tym kierunku. Wszystko, co robię jest dla mnie plastycznie połączone.


Sylwia Cegieła: Jak wygląda przygotowanie postu? jak zbierasz materiały, stylizacje?

Marzenna Anna Walczak: Jak już wspomniałam, stylizację przygotowuję sama. Często są to moje codzienne ubrania. Zdjęcia robimy po pracy. W weekendy, kiedy mam więcej czasu, robię sesje na dwa, trzy posty. Zaczynam od zdjęć, potem je wybieram, opatruje swoją sygnaturą i wstawiam na blog. Nie obrabiam zdjęć. Nie ulepszam swojego wyglądu.  Tekst piszę od razu w Bloggerze. Czasam wstawiam linki do postu. Bywa, że muszę zgłębić swoją wiedzę – zależy, o czym chcę napisać, więc nie raz muszę trochę poczytać.
Przygotowanie postu zajmuje mi około godziny. Po opublikowaniu jeszcze przez następną godzinę umieszczam info o poście w mediach społecznościowych: Facebook, Instagram, Lookbook, Modnapolka, Stylistka, Ulicamodna, Domodi.


Sylwia Cegieła: Sporo pracy w to wkładasz. Podsumuj, proszę, w kilku słowach rok 2016.

Marzenna Anna Walczak: 2016 był owocny w wydarzenia. Po pierwsze, poznałam osobiście kilkanaście blogerek, które do tej pory znałam z ekranu. Byłam na Fashion Week w Łodzi, oraz jak już pisałam dwukrotnie w Krakowie. Wstawiłam dużo więcej postów niż rok wcześniej. Przybyło mi wejść i czytelników. Przekroczyłam 300 tys. wejść i ponad 8 milionów odwiedzin na Google+. Bardzo się cieszę z takich wyników. Mam tez coraz więcej komentarzy.
Poznałam wspaniałych ludzi, z którymi zaczynam współpracować. W 2016 prowadziłam na blogu cykl przedstawiający kobiety-blogerki, które mają w sobie pasję tworzenia. Przedstawiłam 9 wspaniałych kobiet w cyklu pt. "Żyję pasją". I najważniejsze! Przeszłam na własną domenę Babooshka Style.eu.


Sylwia Cegieła: Gratuluję wspaniałych osiągnięć. Jakie masz cele na 2017 rok? Czego mogą oczekiwać o ciebie twoi czytelnicy?

Marzenna Anna Walczak: Wszystkiego zdradzić nie mogę, ale planuję zrobić dwa nowe cykle. Jeden związany z modą, a drugi z pielęgnacją i dbaniem o siebie. Chcę przybliżyć zagadnienia kosmetologii i medycyny estetycznej. Oczywiście, nadal będzie przeważała moda. Będę też brała udział w eventach i będę je relacjonowała. Mam nadzieję, że odbędzie się Fashion Week, w którym chciałabym wziąć udział. 

Sylwia Cegieła: Bardzo dziękuję za interesującą rozmowę. 

Rozmawiała: Sylwia Cegieła
Czytaj więcej >

„Tworząc muzykę czy jakikolwiek inny rodzaj sztuki, autor powinien wywierać wpływ na jak największą ilości ludzi.” – wywiad z Patrykiem Młynarskim z zespołu Fever


Fever – zespół składający się młodych chłopaków ze Stalowej Woli. Grają muzykę inspirowaną takimi gatunkami jak rock czy metal. Obecnie po części przygotowują się do matury. Mimo że nie mają jeszcze wydanego albumu, są mocno zaangażowani w to, co robią. O pasji, fanach i muzyce rozmawiam z Patrykiem Młynarskim.

Sylwia Cegieła: Kiedy powstał zespół Fever?

Patryk Młynarski: Ciężko podać jakąś konkretną datę. Różne zespoły podają dokładnie dzień i miesiąc, a my sami do końca nie wiemy, kiedy się zebraliśmy. Utworzenie Fever było w naszym przypadku bardzo powolnym procesem, który toczył się już od 2013 roku. Przez cały ten czas graliśmy w składach z różnymi ludźmi. Jako Fever powstaliśmy na przełomie października i listopada 2015 roku. Wówczas ustabilizował się nasz skład. Na samym początku mieliśmy też nieprzyjemny epizod, gdyż musieliśmy podziękować za współpracę pewnemu gitarzyście. Nasze drogi się rozeszły na polu muzycznym, ale na szczęście nikt nie żywi do nikogo urazy i nadal jesteśmy ze sobą w dobrych relacjach.


Sylwia Cegieła: Kto jest kim w grupie?

Patryk Młynarski: Naszym perkusistą jest Hubert Bryk. Gitarę basową dzierży Bartek Brzozowski. Na gitarze prowadzącej gra Maciej Stelmach, który wspiera też zespół jako głos wspomagający. Wszystkie instrumenty klawiszowe to zasługa Wojtka Tymofijewicza. Ja pierwotnie miałem tylko śpiewać, ale po lekkim okrojeniu naszego składu zacząłem również grać na gitarze.

Sylwia Cegieła: Jaką muzykę tworzycie?

Patryk Młynarski: Nasza twórczość to pomieszanie wszystkiego, czym się inspiruje każdy z nas. Wszyscy chcemy tworzyć muzykę dla szerokiego grona odbiorców. Nie chcemy zamknąć się tylko na pewną wąską grupę słuchaczy. Uważam, że – tworząc muzykę czy jakikolwiek inny rodzaj sztuki – autor powinien wywierać wpływ na jak największą ilości ludzi. Tworzenie czegoś, co jest adresowane tylko dla nielicznych w moim odczuciu jest bezcelowe. Ale to tylko moja opinia. Każdy ma własne zdanie na ten temat.

Sylwia Cegieła: Idealny fan według was?

Patryk Młynarski: Ciężko stwierdzić. Nie lubię wsadzać ludzi w pewne schematy. Oczywiście, zawsze znajdą się osoby, które wymienią cechy prawdziwego fana, ale ja się do tej grupy nie zaliczam. Nie potrafię jasno powiedzieć, kto może być naszym fanem. Śmiem twierdzić, że głównie ludzie młodzi. Aczkolwiek, obserwując reakcje osób dojrzałych, widzę, że nasza muzyka spotyka się z pozytywnym odbiorem także wśród tego grona słuchaczy. Spodziewamy się, że fanami mogą być osoby, które gustują w muzyce podobnej do naszej, aczkolwiek, osobiście mam nadzieje, że wpadniemy w ucho komuś, kto słucha zupełnie czegoś innego. 

Sylwia Cegieła: Obecnie uczycie się i muzykujecie. Zapewne nie macie zbyt wiele czasu na przyjemności. Co was relaksuje? Jakie macie hobby?

Patryk Młynarski: Niestety, szkoła i muzyka nie idą ze sobą w parze. Gra na instrumentach i wspólne tworzenie muzyki to hobby każdego z nas. Jest to bardzo czasochłonne i np. ja czasami nie potrafię znaleźć chwili, by pograć na gitarze bądź pośpiewać, tymczasem Maciek narzeka, że grał na swoim wiośle zaledwie 3-4 h. Momentami się zastanawiam, skąd on bierze na to czas. Wracając jednak do pytania. Uwielbiam się relaksować na siłowni, ale moim głównym źródłem odpoczynku jest właśnie muzyka. Przede wszystkim śpiew i gitara, a gdy jest zbyt późno, by hałasować, słucham swoich ulubionych artystów.


Sylwia Cegieła: Jak to się wszystko zaczęło z tą muzyką?

Patryk Młynarski: Każdy z nas rozpoczął przygodę z muzyką dobre parę lat temu. Ja, będąc w 4 bądź 5 klasie „podstawówki”, usłyszałem piosenkę Linkin Park pt. "Numb" i ona w pewnym sensie zmieniła moje życie. Zainteresowałem się muzyką metalowo-rockową, za czym poszła moja chęć do nauki gry na gitarze. Reszta chłopaków zaczęła podobnie do mnie. Maciej odziedziczył pasje po ojcu. Wojtek uczęszczał do szkoły muzycznej. Hubert i Bartek zaczęli grać, bo poczuli swoistą chęć do muzyki i grania na instrumencie.

Sylwia Cegieła: Co was inspiruje? Czego wy osobiście słuchacie?

Patryk Młynarski: Każdy z nas słucha i inspiruje się inną muzyką. Wojtek jest fanem dość szerokiego grona artystów. Od reggae przez rap aż po rock. Bartek jest wielkim fanem Guns'n'Roses, ale słucha również innych wykonawców różnych gatunków muzycznych. Maciej jest fanem oldschoolowego rockowego grania. Największy wpływ na jego grę na gitarze ma Rhandy Roads. Hubert słucha i inspiruje się szerokim gronem artystów. Ja osobiście jestem fanem takich zespołów jak Trivium, Bullet For My Valentine, Avenged Sevenfold, Metallica.

Sylwia Cegieła: Co planujecie po skończeniu edukacji?


Patryk Młynarski: Podstawą do tych planów jest matura zdana na zadowalającym poziomie. Każdy z nas planuje kontynuować edukację, ale to nie oznacza, że porzucimy muzykę. Ja osobiście wiążę ogromne nadzieje z Fever, tak jak i reszta chłopaków.

Sylwia Cegieła: Gdzie będzie można was usłyszeć?

Patryk Młynarski: Gramy koncert w swoim mieście w klubie Labirynt 27.01. Kolejny koncert mamy zaplanowany na 9.02 w rzeszowskim klubie Underground Pub. Planujemy również koncerty lokalne. O wszystkim będziemy informować na bieżąco na fanpage'u.

Sylwia Cegieła: Wasi słuchacze z pewnością będą śledzić terminy. Życzę powodzenia na maturze i samych sukcesów w karierze muzycznej.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła
Czytaj więcej >

Między eksperymentem a muzyką nie ma granicy – wywiad z Indią Czajkowską


India Czajkowska – komponuje muzykę do filmu i teatru. Zajmuje się również własną twórczością, jak chociażby płyta pt. „Borderline” wydana kilka miesięcy temu. Rozmawiamy o trudach związanych z realizacją albumu, osobistych przeżyciach oraz innych projektach polskich i zagranicznych.  


Sylwia Cegieła: Od naszej ostatniej rozmowy minęło sporo czasu. Co się u ciebie wydarzyło pod względem muzycznym?

India Czajkowska: Próbuje sobie przypomnieć, jakie wydarzenia towarzyszyły naszej wcześniejszej rozmowie... Aha, zdaje się, że było to tuż przed wyprawą koncertową do Nowego Jorku. Miłą niespodzianką było dla mnie, że końcówka roku 2015 przyniosła dwie nagrody, z których naprawdę bardzo się ucieszyłam! Obie odnosiły się do mojej muzyki z filmu pt. „La Scultura” –  intrygującej fabuły włoskiego reżysera Mauro John'a Capece. Jedną z nich – Best Soundtrack – przyznano mi w Salento, we Włoszech w ramach International Film Festival,  a druga z nich – o nazwie Best Original Score – pojawiła się na festiwalu amerykańskim Depth Of Fields (IFF). Piękna niespodzianka i duża radość z pracy przy filmie, który w ogóle zdobył mnóstwo nagród na międzynarodowych festiwalach. Następny rok przyniósł kontynuację mojej współpracy z tym reżyserem.
Najwięcej czasu, energii i uwagi poświęciłam jednak przede wszystkim mojej płycie pt. „Borderline”, która miała premierę we wrześniu 2016. 

Sylwia Cegieła: Rok 2016 właśnie się skończył. Jakbyś go podsumowała?

India Czajkowska: Pod pewnymi względami nie był to łatwy rok. Co mam na myśli? Czasem wszystko układa się samo i nawet nie trzeba się tak bardzo starać, a fala wydarzeń sama się toczy. Ten rok był trochę inny. Częściej towarzyszyło mi uczucie, że – bez mojego aktywnego udziału – pewne rzeczy w ogóle się nie wydarzą i, że w pełni zależą od mojej inicjatywy lub uporu. Tak było w przypadku wspomnianej płyty. Najpierw sama ją „wyprodukowałam”, pracując z Tadeuszem Sudnikiem nad miksami i masteringiem. Projektowałam również okładkę tej płyty. Później także ode mnie zależało, by materiał nie leżał w szufladzie i by znalazło się wydawnictwo dla tych nagrań tak ważnych dla mnie. Proces poszukiwań trochę się przeciągał i zastanawiałam się nawet nad opcją samodzielnego wydania tej płyty. Cieszę się, że wydawnictwo Audio Cave zajęło się tym materiałem i część pracy wokół wydania płyty nie spoczywała już na mnie. Potem wszystko poszło dość szybko i sprawnie! Pod koniec roku 2016 ruszyła praca nad video-klipem do pierwszego numeru z tej płyty, który niebawem pokażemy… . Moja konsekwencja i upór przyniosły więc spełnienie!


Sylwia Cegieła: Miałaś też okazję znów komponować dla włoskiego reżysera. Opowiedz, co to był za projekt. 

India Czajkowska: Oprócz tych prac nad moim przedsięwzięciem, zjawiły się też idee, działania, które same do mnie przyszły – jeśli można tak to nazwać – czyli moja współpraca kompozytorska nad dwoma ciekawymi projektami.
Rok 2016 wystartował od interesującej propozycji. Okazało się, że kolejny film fabularny włoskiego reżysera Mauro John'a Capece czeka na moje dźwięki. Pierwsze trzy miesiące roku upłynęły więc pod znakiem filmu pt. „Sfashion” (drugi tytuł to „La Neoborghese via Crucis”). Producent filmu początkowo zasugerował Mauro pewnego włoskiego kompozytora, ale reżyser uparł się, że chce pracować po raz drugi właśnie ze mną, z czego – oczywiście – bardzo się cieszę! Jest to zaangażowane i niepokorne włoskie kino niezależne, a reżyser otwarty na niebanalne rozwiązania muzyczne, więc z chęcią zanurzam się w jego świat i wizje. Pracujemy z Mauro na odległość: ja w Polsce, on w Rzymie. Trochę szkoda, bo lubię zaglądać na montaż filmu, ale rozumiemy się prawie telepatycznie, więc taka forma „na odległość” w tym wypadku jest możliwa.

Sylwia Cegieła: Był też teatr…

India Czajkowska: Tak. Drugie wyzwanie, które wiosną zeszłego roku przypłynęło do mnie to teatr tańca zatytułowany „Po Krzyku”. Spektakl Iwony Wojnickiej związany z bardzo poruszającą dla mnie historią tancerki pochodzenia żydowskiego z lat 30-tych – Polą Nireńską. Postać niemal zapomniana u nas. Praca nad tym projektem była cenną przygodą również dlatego, że – oprócz zadania skomponowania muzyki do spektaklu – brałam udział także w części choreograficznej. Kompozytor jest zwykle nieco z boku prac teatralnych czy filmowych – tutaj byłam w samym środku budowania choreografii i dramaturgii spektaklu, co oznaczało również prawie codzienne próby przez dłuższy czas... .


Sylwia Cegieła: To musiało być bardzo interesujące przeżycie. Co zatem czeka fanów w 2017 roku?

India Czajkowska: Chyba nie chcę na razie nic szczególnego zapowiadać... . Kiełkują nowe pomysły, których jeszcze nie zdradzę, bo trochę za wcześnie.

Sylwia Cegieła: Kilka miesięcy temu ukazała się twoja nowa płyta pt. „Borderline”. Co o niej powiesz? Jak powstawała?

India Czajkowska: Zdaje się, że w naszej rozmowie jakiś czas temu już o tej płycie wspomniałam, była wtedy w przygotowaniu. Może najpierw coś o historii jej powstania. Borderline to w pewnym sensie bardzo osobista płyta. Ma za sobą dość długą drogę. Pierwsze szkice pomysłów, niektórych tekstów, zaczątki utworów, powstały kilka lat temu. Stworzyliśmy je razem z Kubą Lasockim – gitarzystą, który był wtedy moim partnerem. Nie zdążyliśmy ich – niestety – wspólnie ukończyć, gdyż Kuby już nie ma na tym świecie... . Dopiero po kilku latach wróciłam do naszych ukochanych pomysłów, idei, by powstał z tego album. Nie było to łatwe z powodów emocjonalnych, ale bardzo chciałam, by ta muzyka żyła i by dotarła do ludzi.

Sylwia Cegieła: Czym różni się od poprzednich?

India Czajkowska: Już choćby z powodu tej sytuacji „Borderline” jest na pewno inna niż poprzednie płyty – tak jak mój solowy „Cosmospir”, „Mermago” czy „Tańce Snu”. Może ma coś wspólnego z „Secretią”, na której są także  odcienie trip-hopowe, elektroniczne. „Borderline” jest w moim odczuciu mniej eksperymentalna niż na przykład „Cosmospir” – klimatyczna, trochę psychodeliczna i zarazem kapryśna, jeśli chodzi o nastroje, które się w niej pojawiają. Dużo emocji. Ciekawe, czy słuchacze też tak to odbiorą. Tym razem są elektroniczne bity, loopy, sample, które z reguły tworzył Kuba. Jest tu dużo jego wrażliwości i wyobraźni .
Część utworów ma też koloryt jazzowy za sprawą wspaniałych instrumentalistów, których zaprosiłam, by coś do niej od siebie dodali. A więc w czterech utworach – trąbka, dzięki Antoniemu Gralakowi, saksofon i klarnet,  na których gra Jacek Mielcarek i dźwięki kontrabasu – Jakub Mielcarek. Kuba zdążył dograć gitarę w zasadzie tylko do pierwszego utworu pt. „Being”, więc zaprosiłam także dwóch gitarzystów – Pawła Prochnowskiego  i Bjorn'a Dreyera z Norwegii  oraz basistę Rafała Smolińskiego. 
Dodam jeszcze, że ogromną zasługę w ukończeniu tej płyty ma Tadeusz Sudnik i jego „Studio Dźwięków Niemożliwych” – bardzo inspirujący reżyser dźwięku i duch opiekuńczy tego przedsięwzięcia! Z sercem i zaangażowaniem wspierał mnie w pracy nad ta płytą!
Tym razem nie śpiewam w wymyślonych językach. Są teksty po angielsku. Jest nieco bardziej piosenkowo, choć w czasie wywiadu radiowego i tak usłyszałam uwagę – że to „nie do końca piosenki”! Czyli ciągle jednak, jak się wyraził ktoś ostatnio w recenzji: ”...eksperymentalny duch unosi się tutaj nad każdym z jedenastu utworów (...)”. Może i tak, choć ja czuję, że po prostu znajdzie tu coś dla siebie i wybredny słuchacz awangardy i ktoś, kto lubi klimatyczne piosenki. Co prawda, jak zwykle, dość daleko od muzyki pop.


Sylwia Cegieła: Lubisz zatem eksperymentować z muzyką. Gdzie twoim zdaniem jest granica między eksperymentem a muzyką? 

India Czajkowska: Ciekawe pytanie... . Moim zdaniem nie ma takiej granicy. Przede wszystkim, bez eksperymentowania trudno byłoby mówić o zmianach w muzyce. Spójrzmy na epokę Bacha – dzięki jego eksperymentom z systemem dźwiękowym (i również innym ludziom z tej epoki) do dziś możemy cieszyć się systemem temperowanym i europejską harmonią nowej przestrzeni, która, dzięki temu, powstała i się rozwijała. Odkrycia z wieku XX-go powracają zarówno w stylistyce muzyki z okolic „Warszawskiej Jesieni”, jak i bogato czerpie z tego tzw. awangarda.
Eksperymentowanie to odkrywanie nowych ścieżek, sposobu myślenia i warunek  odkrywania świeżych doznań. Inną sprawą jest, że eksperyment zawsze jest trochę ryzykiem. To, co nam wydaje się teraz zwyczajne, kiedyś mogło wywołać wzburzenie odbiorców tak samo w muzyce, jak w tańcu i malarstwie. Kiedyś skandal wywoływała czasem nawet rozszerzona instrumentacja np. „Symfonia Fantastyczna” Berlioza była kiedyś szokująca. Ostatnio słuchałam na Festiwalu Audio Art utworu, który w całości był zagrany na rowerach. Można by się spodziewać, że będzie to tylko „noise” lub coś niestrawnego, ale to była muzyka, opowieść. Nic nas już dziś tak nie szokuje chyba... .

Sylwia Cegieła: A co cię drażni?

India Czajkowska: Mnie osobiście czasem drażnią utwory-wytwory, w których eksperyment przesłania chyba muzykę i w efekcie – nie da się tego słuchać.  Nie jest moim celem, by to, co tworzę było koniecznie trudne dla słuchacza.... Jest to zresztą straszliwie subiektywne i często zaskakują mnie opinie ludzi, co było lub nie było dla nich trudne z moich utworów, koncertów.

fot. G. Klimczak
Sylwia Cegieła: Nie lubisz rozwiązań oczywistych?

India Czajkowska: To zależy, ponieważ lubię też pisać na tradycyjne kameralne składy np. na kwartet smyczkowy czy tylko sam fortepian. Ale często film i teatr są dla mnie ciągle takim polem, które wyzwala zabawę brzmieniem. Ciekawie jest nagrać np. dźwięki zagrane smykiem na rubabie (instrument, który przywiozłam z Uzbekistanu), jeśli okazuje się, że pojawia się nowy „kolor”. Zabawne, że czasem brak jakiegoś zaplecza, czyli instrumentów w studio okazuje się twórczy i szukam w wyobraźni nowych rozwiązań zamiast tych oczywistych! Eksperyment nie powinien zagłuszać muzyki, lecz ją wzbogacać, tak bym to ujęła.

Sylwia Cegieła: Dlaczego do nagrania „Borderline” użyłaś komputera i syntezatorów? Jaki był cel?

India Czajkowska: Nie wydaje mi się, bym miała w tym jakiś szczególny cel... . To wynikało naturalnie z naszego wyobrażenia o tej płycie, jakie mieliśmy wtedy z Kubą. Zresztą, mimo że ja rzadziej sama z siebie tworzę utwory oparte na elektronicznych bitach, to na płycie „Cosmospir”, oprócz fortepianu, głosu czy wiolonczeli,  jest też sporo elektroniki i trochę tworzonych przeze mnie sampli. „Borderline” to także połączenie żywych instrumentów z tym elektronicznym zaczynem, bazą czy syntezatorem. Można powiedzieć, że za klimat utworów zaczął się od tej elektronicznej podstawy, ale ostateczny aranż, linia wokalu, solo instrumentów nadają ostateczną formę tej muzyce. Loopy splatają się z akustycznymi, niepowtarzalnymi frazami wokalu czy trąbki.

Sylwia Cegieła: Gdzie będziemy mogli usłyszeć utwory z tej płyty?

India Czajkowska: Przede wszystkim zapraszam na stronę Wydawnictwa Audio Cave, gdzie można zakupić płytę i posłuchać fragmentów poszczególnych utworów, a także na serpent.pl. Na YouTube na razie udostępnione są dwa numery z „Borderline” pt. „Being” i „It Is Love”. Płyta będzie też wkrótce na „Bendcamp”. Na razie nie prezentowaliśmy tego materiału jeszcze koncertowo, gdyż płyta w zamyśle.

Sylwia Cegieła: Bardzo dziękuję za interesującą rozmowę. Życzę powodzenia w realizacji planów.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła
Czytaj więcej >

„Hello, my Blue Diary” – wywiad z poetką Iwoną Gołko

Jej wiersze poruszają do głębi każdego człowieka. Pełno w nich smutki i nostalgii. Aktywnie działa na rzecz miłośników Finlandii jako sekretarz Podlaskiego Oddziału Towarzystwa Polska-Finlandia w Białymstoku. Zapraszam na wywiad z Iwoną Gołko – pisarką ogarniętą lękiem i niezwykłą wrażliwością, która pisze o swoich przeżyciach wewnętrznych i otaczającym ją świecie. 



Sylwia Cegieła: Od jak dawna piszesz wiersze? Jak zaczęła się twoja przygoda z pisaniem?

Iwona Gołko: Wiersze piszę od dziewiętnastu lat. Moje pierwsze utwory pojawiły się w niebieskim pamiętniku w czerwone serducha, w którym na początku pisałam po angielsku, aby z nikt z domowników nie mógł niczego przeczytać. „Hello, my Blue Diary” – tak zaczynałam i opisywałam, co się stało na przestrzeni godzin lub dni. Nie pamiętam już, co mnie skłoniło do pierwszych prób pisania przeżyć w formie wiersza. Być może styczność z poezją w szkole…? Może wiersze Bożeny Sowicz w polonijnej prasie, które mnie oczarowały? Może fikcyjna postać wrażliwej Ani z Zielonego Wzgórza? Może chęć poszukiwania swej tożsamości i jej ekspresji? Pewnie wszystko po trochu. Wówczas z satysfakcją patrzyłam na liryczne opisy swej szarej rzeczywistości i tęsknoty za szczęśliwym miejscem. Dziś, przeglądając strony tego pamiętnika, uśmiecham się, gdyż przypominam sobie wrażliwą, refleksyjną nastolatkę z wielką wyobraźnią, która nieporadnie pisała i nie radziła sobie wśród rówieśników, a problemy domowe ją przygniatały.

Sylwia Cegieła: To musiało być wzruszające. Kim jest zatem Iwona Gołko?

Iwona Gołko: To trudne pytanie... Kim jest? Osobą wrażliwą na problemy innych ludzi i ich niedoskonałości. Sama jest niedoskonała fizycznie i bardzo lękliwa. Kobietą nadwrażliwą na swoim punkcie, na tembr głosu i słowa, które są do niej kierowane, na gest, na spojrzenia, na przeszłość, która wraca czy na poniesione porażki. Jestem osobą, która wciąż szuka swojego sensu życia. Robi to chaotycznie. Prawdopodobnie nigdy go nie znajdzie. Ostatnio w przebraniu elfa uczestniczyłam w warsztatach plastycznych w miejscu wystylizowanym na wioskę Św. Mikołaja. Podobało mi się, że –  dzięki mnie – dzieci mogły przenieść się na chwilę w lepszy świat. Ich chwile radości były chwilami mego sensu życia. To jest jednak ulotne uczucie. Wciąż czuję pewien niedosyt. Do tej pory pracowałam jako niania, sprzedawca, pomocnik ogrodnika, roznosiłam ulotki. Byłam w grupie rękodzielniczej. Pisałam też artykuły. Dzięki dwuletniej szkole medycznej zdobyłam zawód terapeuty zajęciowego i – jako wolontariuszka – pracowałam z osobami borykającymi się z chorobami psychicznymi i z dziećmi czeczeńskimi. Wiele przeżyć duchowych daje mi praca społeczna w gronie białostockich miłośników Finlandii. Cieszę się, że jestem im potrzebna. Może to oni właśnie są mi potrzebni, abym mogła żyć? Szukam swego miejsca na ziemi i akceptacji taką, jaką jestem. Jako dziewczynka marzyłam, aby śpiewać na scenie. Teraz gonię za jakimś skrawkiem artystycznej wizji mego ukrytego „ja”. Czy je złapię go?... Zobaczymy.


Sylwia Cegieła: Publikujesz swoje wiersze w wielu czasopismach. Opowiedz o nich moim czytelnikom.

Iwona Gołko: Z moją poezją można było zapoznać się na łamach czasopisma „Ponad mgłą" z 2007 roku, nr 2. Był taki okres, w którym wysyłałam swoje utwory do różnych wydawnictw. Byłam bardzo zawiedziona odmową lub brakiem odpowiedzi. Jednak pewnego dnia, ku mojemu zaskoczeniu, redakcja tego dwumiesięcznika przyjęła moje utwory do publikacji. To było internetowe wydanie prezentujące twórczość ludzi o różnym dorobku literackim. Miałam pozytywne opinie wśród internautów, którzy natknęli się na to wydanie. Natomiast w kwartalniku „Metafora”, nr 13(94), wydane przez krakowskie Wydawnictwo Miniatura ukazały się wiersze i jeden tekst pisany prozą pt.: "Piosenka alkoholowa". Ta edycja książki była o twórcach z województwa podlaskiego. Dr Urszula Soja, która dokonywała wyboru autorów i tekstów poznała moją twórczość podczas spotkania "Młodzi przed debiutem" w Książnicy Podlaskiej. Po paru latach, kiedy została redaktorką, zaproponowała mi prezentację twórczości wraz z wywiadem. Tak też się stało. Ponadto, jeden z wierszy został opublikowany na łamach ogólnopolskiego tygodnika ANGORA nr 24(887). Mateusz Koprowski – redaktor  kącika poetyckiego, zwrócił wtedy wielką uwagę na moją twórczość i pod każdym wysłanym mu wierszem wstawił jakąś uwagę lub pochwałę, które także dopingowało mnie jako poetkę.
Moje utwory ukazały się także w antologii "Białystok Poetycki 2011" powstałej z inicjatywy Fundacji M.I.A.S.T.O. oraz w "Almanachu EPEA" (2008) – wydane przez Książnicę Podlaską.

Sylwia Cegieła: Spod twojego pióra wychodzą również inne formy prozatorskie. Czym możesz się pochwalić?

Iwona Gołko: Piszę opowiadania. Niektóre zawierają wątki autobiograficzne. Dotyczą realiów współczesnego świata. Właśnie wyżej wspomniany tekst pt. "Piosenka alkoholowa" pokazuje rodzinę borykającą się z problemem picia jednego z domowników i naśladownictwo uzależnienia przez kolejne pokolenie. Niektóre moje opowiadania pokazują drogę przemiany duchowej osoby bojaźliwej w atmosferze pewnej oniryczności,  dziwnych drzew, dźwięków, widoków z lotu ptaka.

Sylwia Cegieła: O czym najchętniej piszesz?

Iwona Gołko: O wewnętrznym więzieniu. Lęk i smutek to takie moje więzienie. Odkąd pamiętam, to było i jest przy mnie. Mnóstwo drzwi, do których nie zapukałam, klamek, których nie dotknęłam. Miejsc, do których w połowie drogi zawróciłam. Decyzji, których nie podjęłam. O samotności. O przemijaniu. W większości moje utwory są smutne. Niosą ze sobą egzystencjalny ciężar i mnóstwo pytań. Zdarza mi się napisać jakiś wiersz miłosny czy uchwycić zachwyt i niezwykłość natury. Ale to bardzo rzadko. Piszę zazwyczaj będąc z złym nastroju. W pewnym duchowym marazmie i rozpaczy.

Sylwia Cegieła: Jesteś też laureatką kilku nagród…

Iwona Gołko: Dokładnie to dwóch wyróżnień. Pierwsze zostało przyznane przez redakcję ogólnopolskiego miesięcznika literackiego AKANT, które ogłosiło konkurs Pierwszego Agonu Poetyckiego ,,O wieniec Akantu". Nagrodą za wyróżnienie była publikacja wiersza na łamach tego czasopisma w marcu 2001 roku. Drugie wyróżnienie otrzymałam za oryginalność. To była  XIII edycja Konkursu Jednego Wiersza ogłoszonego przez I LO im. M. Konopnickiej w Suwałkach (2006 r).


Sylwia Cegieła: Oprócz pisania, również fotografujesz. Co najbardziej cię interesuje? Jakie przedmioty najchętniej uwieczniasz w obiektywie?

Iwona Gołko: Najchętniej fotografuję przedmioty i krajobrazy. Staram się mieć ze sobą aparat i być czujna na intrygujący element jakiegoś przedmiotu, kawałek pięknego widoku czy kontrast kolorów. Rzadko fotografuję ludzi. Onieśmielają mnie jako bohaterowie kadru. Parę postaci uwieczniłam na fotografiach i całkiem nieźle mi to wyszło. Najlepiej współpracowało mi się z Fereolem.

Sylwia Cegieła: Kto to jest Freol?

Iwona Gołko: To taka lalka-pajacyk w zielono-połyskliwym kostiumie z uśmiechnięta buzią. Zrobiłam mu zdjęcia w różnych miejscach. Czasem miał dodatkowy kostium, inne elementy garderoby. Będę dążyła, aby mój bohater mógł być sfotografowany u fryzjera, strażaków czy w radio. Taki mój mały cel na nowy rok. I żeby lepiej fotografować. Wiele rzeczy robię intuicyjnie, ale bez techniki i precyzji nie da się daleko zawędrować. Wydaje mi się, że mam talent w dostrzeganiu czegoś ciekawego. Kiedyś wysłałam zdjęcie augustowskiego jeziora na konkurs fotograficzny pt.: "Magia nastroju". Nadesłano na ten konkurs mnóstwo prac – ponad 270. Oceniało te prace wybitne jury (m.in. już nieżyjący W. Wołkow). Fotografia, ku mojemu zdziwieniu, pojawiła się na wystawie.

Sylwia Cegieła: Serdecznie gratuluję i życzę dalszych sukcesów.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła
Czytaj więcej >

„Muzyka jest moją zbroją, a mój głos – moją tarczą” – wywiad z Dominiką Gawędą z zespołu Blue Café


Dominika Gawęda od ponad 10 lat jako wokalistka zespołu Blue Café, z powodzeniem zastępuje Tatianę Okupnik, wnosząc do zespołu nową jakość. Brała udział w wielu programach muzycznych dla młodych talentów, ale to „Szansa na sukces” okazał się tym przełomowym w jej karierze. Rozmawiamy o jej „nowym” życiu na estradzie, hejcie oraz popularności, z którą musiała się zmierzyć. 

Sylwia Cegieła: Odkąd rozpoczęłaś swoją karierę w Blue Café minęło 10 lat. Czy pamiętasz jeszcze ten występ w „Szansie na sukces”? Jakie towarzyszyły ci wtedy emocje? 

Dominika Gawęda: Kiedy pomyślę, że minęło już dziesięć lat od momentu mojego udziału w tym programie, wydaje mi się to nierealne. Zawsze zastanawiam się, jak to możliwe, że ten czas upłynął tak szybko. Myślę również o tym, jak niesamowitą i długą drogę przebyłam od tamtej chwili, kiedy stałam się wokalistką Blue Café. Dzisiaj patrzę na siebie i uśmiecham się, ponieważ wiem, że przez te dziesięć lat przeżyłam piękne chwile, przede wszystkim przetrwałam w show biznesie i pozostałam sobą. To zawsze było dla mnie najważniejsze. Program „Szansa na sukces” wspominam jako jeden z najważniejszych momentów mojego życia. Tyle było emocji i wzruszenia, kiedy dowiedziałam się, że to właśnie ja wygrałam casting na nową wokalistkę Blue Café … . Nigdy tego nie zapomnę.


Sylwia Cegieła: Czy byłaś przekonana, że wygrasz i myślałaś, co zrobisz ze swoim „nowym” życiem? 

Dominika Gawęda: Bardzo wierzyłam w to, że uda mi się wygrać. Myślałam tylko o tym, żeby wypaść jak najlepiej przed zespołem, pokazać siebie prawdziwą bez udawania kogokolwiek. Pamiętam, że bardzo się stresowałam podczas castingów, ale zawsze kiedy stawałam przed zespołem i miałam zacząć śpiewać, zamykałam o czy i myślałam: „zaśpiewaj z serca, bądź sobą…” To mi pomagało. Uważam, że wiara w siebie potrafi zdziałać cuda. Człowiek, który jest nastawiony pozytywnie do swoich możliwości, nakręcony i zdeterminowany, nie poddaje się tak łatwo i naprawdę dużo łatwiej znosi ewentualne porażki. Bardzo długo próbowałam swoich sił w różnych konkursach wokalnych, castingach czy też w telewizyjnych talent show jeszcze przed Blue Café. To mnie wzmocniło psychicznie. Przyjeżdżając na casting do zespołu, wiedziałam już mniej więcej, jak to wygląda. Nie myślałam jeszcze wtedy o swoim nowym życiu. Byłam raczej skupiona na działaniu. To było jak misja. Chciałam po prostu wypaść jak najlepiej.

Sylwia Cegieła: Miałaś zastąpić Tatianę Okupnik – wokalistkę o charakterystycznej barwie głosu. Jak to wyglądało z twojej perspektywy?

Dominika Gawęda: Wiedziałam, że nie będzie łatwo. Wszystko było dla mnie nowe. Zdawałam sobie sprawę z tego, że przede mną mnóstwo pracy, aby przekonać do siebie Fanów oraz publiczność. To był początek długiej, kolorowej i niesamowitej drogi. Wkroczyłam w zupełnie nowy Świat, którego kompletnie nie znałam. Poznałam mnóstwo nowych ludzi, przyjaciół i wrogów – jak na tą branżę przystało. Jednak to właśnie zespół był zawsze dla mnie takim azylem i bezpieczeństwem. Zawsze uważałam, że najważniejsze w pracy jest zaufanie. W Blue Café wszyscy jesteśmy dla siebie wsparciem. Tak było na początku, kiedy pojawiłam się w zespole i tak jest do dzisiaj. Wracając do Tatiany Okupnik, nigdy tak naprawdę nie czułam, że kogoś zastępuję. Myślę, że stałam się nowym początkiem dla zespołu. Historia zaczęła pisać się jeszcze raz – z nową energią i nowym duchem. Zawsze wiedziałam, że będę sobą i będzie to już inne Blue Café. Nie da się zastąpić kogoś, kto tak wiele lat był w zespole od samego początku, dlatego nikogo nie kopiowałam, ani też nie naśladowałam. Po prostu, wraz z moim pojawieniem się, narodziło się nowe Blue Café.


Sylwia Cegieła: Co zmieniło się w tobie po tych latach doświadczenia scenicznego?

Dominika Gawęda: Scena zawsze była dla mnie magicznym miejscem. Fascynowała mnie od najmłodszych lat. Kiedyś wydawała mi się olbrzymia, a ja czułam się trochę jak Alicja w Krainie Czarów za każdym razem, kiedy się na niej znajdowałam. Oczywiście, przez ostatnie dziesięć lat już całkowicie zdążyłam się oswoić z różnymi scenami w Polsce czy też za granicą. Najbardziej cieszę się z tego, że udało mi się opanować silną tremę, która kiedyś przeszkadzała mi podczas występów. Dzisiaj zaczynam koncert i czuję adrenalinę, ale to mnie nie paraliżuje, tylko dodaje mi skrzydeł. Kiedy obserwuję siebie, widzę też, jak bardzo dojrzałam jako artystka oraz jako kobieta. Fajnie jest dobrze i pewnie czuć się w swojej skórze oraz w pracy, a więc – w moim przypadku – śpiewając, realizując swoją pasję. Ogromnie dużo nauczyłam się przez ostatnie dziesięć lat i aż miło jest pomyśleć, jak wiele jeszcze wspaniałych chwil i doświadczeń przede mną.

Sylwia Cegieła: Sława ma swoje dobre i złe strony. Popularność przysparza więcej negatywnych komentarzy. Jak na nie reagujesz?

Dominika Gawęda: To jest specyficzny zawód. Nie łatwo jest prezentować swoje umiejętności i przekaz, będąc jednocześnie wystawionym na opinie tak wielu ludzi, którzy często – z racji swojej natury – nie pozostawiają na artyście suchej nitki. Media cały czas trzymają rękę na celowniku, szukając idealnej okazji do strzału, czyli – konkretyzując – czekając na wpadkę, ponieważ – jak wiadomo – negatywna informacja sprzedaje się lepiej. Żyjemy w trudnych czasach maksymalnej „konsumpcji” i trzeba się jakość w tym odnaleźć, stawić temu czoła. W prasie czy też w Internecie musi pojawiać się „pożywka” dla tzw. mas. Najważniejszą rzeczą jest być sobą. Zawsze to powtarzam. Blue Café ma bardzo wielu wiernych Fanów, którzy są z nami na dobre i na złe. To największa wartość. Nagrywamy płyty i koncertujemy, wierząc jednocześnie w to, że robimy coś dobrego dla innych oraz również dla siebie. Sława jest czymś, co przychodzi nagle i równie szybko może odejść, dlatego nie ufam jej do końca i nie pozwalam jej sobą zawładnąć. Wiem też, że nie każdy potrafi znieść sławę i wszystko, co się z nią wiąże. Potrzebna jest do tego mądrość i silny kręgosłup moralny oraz charakter, żeby nie zwariować w tym dziwnym świecie. Negatywne i pozytywne komentarze są bardzo potrzebne, ponieważ ich równowaga oznacza tylko i wyłącznie, że dany artysta budzi emocje wśród innych ludzi a o to właśnie chodzi. To oznacza, że artysta jest „jakiś”.

Sylwia Cegieła: Czym jest dla ciebie muzyka?

Dominika Gawęda: Myślę, że nie mogłabym żyć bez muzyki. Ona towarzyszy mi każdego dnia. Chciałabym ją słyszeć, nawet, będąc już po drugiej stronie. Muzyka jest moją zbroją, a mój głos – moją tarczą. To moja pasja.

Sylwia Cegieła: Jesteś autorką tekstów w zespole. Na jakie tematy zwracasz uwagę najczęściej, piszą słowa? Co ciebie najbardziej interesuje? 

Dominika Gawęda: Najczęściej piszę o tym, co czuję. Bardzo ważną rolę w pisaniu tekstów odgrywają emocje. Słyszę muzykę, którą komponuje Paweł i zamykam oczy. Najważniejsza wtedy jest pierwsza myśl. Bardzo często piszę jednak o miłości, ponieważ uważam, że jest najważniejsza. Nie jest to jednak, rzecz jasna, jedyny temat, który pojawia się w tekstach Blue Café. Teraz pracujemy nad nową płytą, więc już mam świeże pomysły w głowie.

Sylwia Cegieła: Czego słuchasz w wolnych chwilach? Co cię inspiruje?

Dominika Gawęda: Uwielbiam muzykę filmową, przy której bardzo się relaksuję. Lubię również jazz, blues, soul… . Ostatnio na tapecie jest Diana Krall oraz India Arie. Słucham też zespołu Coldplay, Briana Adamsa, Rihanny czy też zespołu Kensington. Sporo tego jest. Chyba potrzebny byłby dodatkowy wywiad, żebym mogła opisać wszystkich artystów, którzy mnie inspirują (śmiech).


Sylwia Cegieła: Pochodzisz z Bielska-Białej. Za co kochasz swoje miasto? Opowiedz o miejscach, do których wracasz, gdy jesteś zmęczona?

Dominika Gawęda: Najważniejszy jest dla mnie rodzinny dom. Kiedy przyjeżdżam do Bielska, staram się wypoczywać z najbliższymi w domu. Czasami lubimy pojechać na spacer do ‘Cygańskiego Lasu’ lub wybrać się na ‘Górę Żar’, skąd rozciąga się naprawdę piękny widok. Bielsko jest pięknym miastem. Ubolewam tylko nad tym, że przez całe dziesięć lat ani razu nie zostałam zaproszona z zespołem na koncert. Cały czas nie tracę nadziei (śmiech).

Sylwia Cegieła: Miejmy nadzieję, że to wkrótce nastąpi. Rok 2016 się kończy. Czy masz jakieś postanowienia na ten następny? Wspomniałaś o nowej płycie zespołu. Co czeka fanów zespołu Blue Café w 2017 roku?  

Dominika Gawęda: To był dobry rok dla Blue Café! Zagraliśmy mnóstwo koncertów. Byliśmy non stop w trasie. Nie mogę już doczekać się nowego roku. Przygotowujemy nową płytę, a więc będzie się działo! Postanowień mam mnóstwo, ale wolę nie mówić, żeby nie zapeszać. Wszystkiego Najlepszego dla Was z okazji 2017 Roku od Blue Café!

Sylwia Cegieła: Tobie i zespołowi również życzymy samych sukcesów oraz dużo pozytywnej energii.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła 

Fot. Iza Grzybowska 

Publikacja objęta jest prawem autorskim. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i rozpowszechnianie tylko i wyłącznie za zgodą miesięcznika Bielski Rynek oraz Autorki niniejszego bloga.
Czytaj więcej >

„Koncentrując się na rysowaniu, odcinam się od świata i jego problemów.” – wywiad z Małgorzatą Miką

Małgorzata Mika – dziewczyna, którą poznałam w czasie studiów. Interesuje się literaturą i filmem science fiction. Jest utalentowaną malarką-amatorką. Niekiedy ołówki i pędzle zamienia na klawiaturę, tłumacząc prozę lub poezję. Przedstawiam pierwszych z gościnnych wywiadów, w którym mam okazję zapytać ją o jej pasje. Zapraszam do lektury.



Sylwia Cegieła: Prowadzisz stronę Portrait Place, na którym publikujesz swoje rysunki. Jak nazywa się rodzaj malarstwa, którym się zajmujesz?

Małgorzata Mika: Portrait Place to strona poświęcona głównie portretom osób i zwierząt, które wykonałam przeróżnymi technikami (ołówki, kredka artystyczna, farby olejne czy też technika suchego pędzla)-nie ograniczam się jedynie do malarstwa per se. Na stronie dominują przede wszystkim rysunki wykonane kredkami artystycznymi w celu rozwinięcia własnego warsztatu, jak również obrazy tworzone na zamówienie.
W moich pracach przeważa realizm z ukierunkowaniem na bardzo specyficzny prąd artystyczny -  fotorealizm, który narodził się w latach 60. i 70. w Stanach Zjednoczonych. Stosowany jest zamiennie z nazwą “hiperrealizm”. Ten rodzaj przedstawienia artystycznego cechuje dążenie do idealnego odwzorowania rzeczywistości w jakości, jaką może dać fotografia. Tworząc dzieło w nurcie fotorealistycznym, dokonuje się odwzorowania obiektu wraz z najdrobniejszymi, najmniej istotnymi  szczegółami, dzięki czemu zarówno ja, jak i inni twórcy tworzący dzieła w tym nurcie, często odnoszą się do fotografii jako punktu wyjściowego, na którym zakotwiczają swoją kompozycję.


Sylwia Cegieła: Od jak dawna malujesz?

Małgorzata Mika: Malować, a przede wszystkim – rysować, zaczęłam, gdy byłam już kilkuletnim dzieckiem. Zafascynowało mnie to, że – zarówno ołówki, jak i kredki – pozostawiają na papierze ślady, które można dowolnie kształtować. Od czwartego  do około dziesiątego roku życia rysowałam namiętnie nawet po 6-8 godzin dziennie, dzięki czemu szybko rozwinęłam zdolności manualne. Moja mama, podejrzewając, że może kryć się we mnie potencjał, posłała mnie na korepetycje z rysunku, gdy miałam osiem lat. Choć na zajęcia uczęszczałam zaledwie dwa lata, bardzo pomogły mi one w rozwinięciu talentu i widzeniu przedmiotów inaczej niż robią to dzieci w tym wieku. W późniejszym czasie pochłonęła mnie edukacja, więc do rysunku wracałam nieśmiało dopiero w 2012 roku. Od tej pory staram się na nowo rozwijać swoje umiejętności.

Sylwia Cegieła: Czym jest dla ciebie rysowanie?

Małgorzata Mika: Rysowanie to przestrzeń, w której odpoczywam psychicznie, choć jest to zajęcie niewątpliwie wyczerpujące dla ciała i umysłu. Koncentrując się na rysowaniu, odcinam się od świata i jego problemów. Jest to aktywność, w której liczy się to, co sama zbuduję, przedstawię i odczytam -innymi słowy, moja własna interpretacja.


Sylwia Cegieła: Jaka jest twoja ulubiona technika? Jakiś akcesoriów używasz w procesie tworzenia?

Małgorzata Mika: Jak wspomniałam już wcześniej, na mojej stronie przeważają prace realistyczne z ukierunkowaniem na fotorealizm wykonane kredkami artystycznymi. Są to jednocześnie prądy, w których najchętniej pracuję.
By stworzyć rysunki hiperrealistyczne, posługuję się najczęściej kredkami akwarelowymi, portretowymi, pastelowymi oraz woskowymi z efektem akwareli. Przydatne są również różnego rodzaju gumki (głównie chlebowa, elektryczna czy też w kredce), jak również żelopis czy – z rzadka – Promarker.

Sylwia Cegieła: Oprócz malarstwa interesujesz się też filmem science fiction. Co w tym gatunku jest takiego interesującego według ciebie?

Małgorzata Mika: Science fiction objawiające się w wielorakich formach (proza, poezja, film, muzyka) to niezwykła podróż w świat fantazji, ale i nie tylko. To ekstrapolacja w przyszłość i w siebie samego, pochwała i pogarda dla technologii (lub raczej sposobu posługiwania się nią), przetestowanie setek realnych i realistycznych scenariuszy występujących w bezpiecznym, (nie)ograniczonym środowisku, jakim jest fikcja. To dla mnie obietnica innego świata: dobrego, złego czy też bardziej złożonego oraz bardziej zaskakującego niż obecnie istniejący.


Sylwia Cegieła: Twoje ulubione filmy.

Małgorzata Mika: Cenię sobie filmy, w których można wyciągnąć pewną refleksję nad światem, esencją człowieczeństwa, ludzkimi myślami, pragnieniami i uczuciami. Z tegoż względu wśród moich ulubionych obrazów znajdują się: Gattaca: Szok przyszłości (1997), Niemy wiścig (1972), Moon (2009), Odyseja kosmiczna (1968), Cube (1997), Equilibrium (2002), Dystrykt 9 (2009) czy też Chappie (2015). Lista jest bardzo długa.


Sylwia Cegieła: Z którą z postaci z twoich ulubionych seriali się utożsamiasz i dlaczego?

Małgorzata Mika: Nie utożsamiam się z żadną z postaci, ale z pewnością znajduję te, które podziwiam. Zachwyca mnie postawa Tael’ca z serialu Gwiezdne wrota: SG-1, wojownika Jaffa, który miał odwagę sprzeniewierzyć się tyranizującej rasy Goa'uldów, ryzykując przy tym odrzuceniem społecznym, utratą życia swojego i bliskich. Nie często spotykamy się z postawą tego typu, wybierając konformizm i miałkie wartości.

Sylwia Cegieła: W wolnych chwilach piszesz również recenzje. Gdzie można je przeczytać?

Małgorzata Mika: Piszę recenzje w języku angielskim dla magazynu internetowego The Future Fire: Social Political Speculative Cyberfiction, które można znaleźć w sekcji The Future Fire Reviews.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła
Czytaj więcej >

Magdalena Starościak-Rychlik – kobieta o wielu twarzach

Magdalena Starościak-Rychlik - fizjoterapeuta z wykształcenia, a z zamiłowania i pasji, czasem modelka. Współpracuje z najlepszymi m.in. z „Modnym Śląskiem”. Bierze udział w pokazach mody, kampaniach reklamowych, ale także współprowadzi aukcje charytatywne. Organizuje pokazy mody. Ten ostatni odbył się w Katowicach w Hotelu Qubus, a gwiazdą wieczoru była Teresa Rosati. Jeździ na nartach i szkoli na windsurfingu. Propaguje zdrowy i sportowy tryb życia. Organizuje obozy sportowe dla dzieci i młodzieży oraz uczestniczy w projektach Erasmus Plus. O wszystkim tym rozmawiam z moją bohaterką. Zapraszam na niezwykle interesującą rozmowę. 


Sylwia Cegieła: Jesteś z wykształcenia fizjoterapeutką, ale zajmujesz się modelingiem. Skąd tak odległa pasja się wzięła?


Magdalena Starościak-Rychlik:
Z przypadku..., bo rehabilitantem chciałam być od zawsze a modelką?... nigdy o tym nie myślałam.  Dawno temu, kiedy nie było jeszcze Internetu, w zasadzie nic nie było. Moi rodzice zgodzili się wysłać moje zdjęcia do jednej z najlepszych agencji. To był konkurs. Byłam niepełnoletnia więc wymagany był podpis rodzica. I właściwie tak to się zaczęło. Ale był warunek od rodziców – praca tylko w wolne dni. Chodziłam wtedy do liceum i najważniejsza była szkoła. A modeling miał być tylko na chwilę.

Sylwia Cegieła: Z kim współpracujesz lub współpracowałaś?


Magdalena Starościak-Rychlik:
Do chwili obecnej jestem związana z „Modnym Śląskiem” i z Panią Iloną Kanclerz – projektantką mody oraz redaktor naczelną luksusowego magazynu o modzie „Modny Śląsk”. Od tego się wszystko zaczęło, W międzyczasie pracowałam dla Esotiq by Eva Minge, Kai Środki, Anety Larysa Knap, Pawła Kuzika i wielu innych. Ale teraz już na wybiegu pojawiam się rzadko.
Jestem od tej drugiej strony, w której bardzo dobrze się odnajduję, znając tą pierwszą. Przygotowuje pokazy mody. Na ostatnim gościem była Pani Teresa Rosati, a przedstawiona kolekcja pochodziła z paryskiego tygodnia mody.
Wszystko zależy od Ciebie. Sukces czy porażka każdego przedsięwzięcia. Ale także pomagam młodym osobom stawiającym pierwsze kroki w modzie itp. pokazuje albo raczej staram się pokazywać wszystko najlepiej, jak potrafię.


Sylwia Cegieła: Jakie wydarzenia masz za sobą?


Magdalena Starościak-Rychlik: Oprócz pokazów mody, które przygotowuję – począwszy od castingu dla modelek, wybór muzyki i choreografii, oczywiście nie sama. Pracuje z profesjonalistami. To również kampanie reklamowe dla kilku firm m.in Miu Piu, Afroditte Collection, Avanti, Folk Design.

Sylwia Cegieła: A co przed tobą? Jakie masz cele?

Magdalena Starościak-Rychlik: Moje cele... . To zawsze trudne pytanie, bo w życiu trzeba te cele mieć. Myślę, że tak, jak dotychczas – spełnienie w pracy.

Sylwia Cegieła: Dostajesz również za swoją pracę nagrody…


Magdalena Starościak-Rychlik: Tak. To bardzo miłe. oczywiście. Cieszę się z tych nagród, bo wiem, że  po pierwsze komuś pomogłam, a po drugie twoja praca zostaje doceniana, czyli wiesz, że robisz to dobrze. Ostatnia jaką otrzymałam była od Forum Młodych przy współpracy z Regionalną Izbą Gospodarczą.

Sylwia Cegieła: Jesteś też osobą aktywną sportowo. Wymień kilka dyscyplin, które najbardziej lubisz.

Magdalena Starościak-Rychlik: Narty i windsurfing oraz bieganie. Ale bieganie dopiero od 3 miesięcy.


Sylwia Cegieła: Prowadzisz zajęcia w Programie Erasmus Plus. Opowiedz o tym projekcie.

Magdalena Starościak-Rychlik: Erasmus Plus to program Unii Europejskiej w dziedzinie edukacji, szkoleń, młodzieży i sportu. Ostatnio prowadziłam zajęcia dla osób niewidomych i słabowidzących z grupami z Łotwy i z Macedonii. Zajmowałam się sportem: na sali gimnastycznej i basenie prowadziłam ćwiczenia, rożnego rodzaju gry zespołowe, zajęcia  ruchowe, taniec, zumba, ale także aqua aerobik.

Sylwia Cegieła: Czym dla ciebie jest pasja?

Magdalena Starościak-Rychlik: Powinna być sensem życia. Żeby móc dobrze wykonywać swoją pracę, trzeba mieć pasje w życiu. Inaczej nie będziemy spełnieni. Dla mnie jest sensem. Nie potrafiłabym zrobić czegoś bez pasji, bo wiem że nie byłoby dobrze wykonane.

Sylwia Cegieła: Sukces – co on dla Ciebie oznacza?

Magdalena Starościak-Rychlik: To zależy, w jakich kategoriach mówimy. Dla jednych sukces to kolejny zrealizowany nieważne jak plan, dla drugich sukces to wejście po schodach... . Sukces to my, wszystko to, co robimy, to odzwierciedlenie naszej pracy, nie krzywdząc przy tym nikogo, oczywiście.


Sylwia Cegieła: Rok 2016 dobiega końca. Jakbyś go podsumowała?

Magdalena Starościak-Rychlik: Wiesz..., zawsze staram się widzieć te dobre, jak to się mówi, jaśniejsze strony mojej pracy. Rok ten zaliczam do udanych. Czasem jest łatwiej, czasem gorzej. Czasem też ponosimy porażki. Ale to dobrze, bo to część sukcesów. Zrealizowałam swoje plany, spełniłam nowe... . Mam z czego być zadowolona.

Sylwia Cegieła: Co planujesz w roku 2017?

Magdalena Starościak-Rychlik: Zawsze chciałabym móc jeszcze więcej i jeszcze lepiej zrobić. Rok rozpoczynam od chwili wolnego – od ferii z moją córką, potem pacjenci, praca... . Powoli też zaczęłam przygotowania do sezonu letniego w szkole windsurfingu, ale – znając moje szczęście – będzie jeszcze wiele innych rzeczy do zrobienia w międzyczasie.

Sylwia Cegieła: Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w realizowaniu dalszych celów.

Rozmawiała Sylwia Cegieła
Czytaj więcej >

W muzycznych klimatach: Losza Vera


Losza Vera – artysta urodzony w Bielsku-Białej, ale dzieciństwo spędził w RPA i Grecji. Gra na pianinie, gitarze, komponuje i pisze teksty. Współpracował z wieloma topowymi artystami polskiej sceny muzycznej. Teraz planuje rozpocząć swoją działalność artystyczną z nowym zespołem. O tym i innych sprawach rozmawiamy.  


Sylwia Cegieła: Mieszkałeś i dorastałeś w wielu miejscach w Polsce i zagranicą. Opowiedz trochę o własnych doświadczeniach związanych z tymi miejscami.

Losza Vera: W RPA podobały mi się baseny w każdym ogródku, wołowina i broń palna. W Polsce elastyczność, stosunkowo wysoki poziom wiedzy ogólnej społeczeństwa i wszechobecna dekadencja. W Anglii łatwość życia i piękny język, który do dzisiaj jest dla mnie pierwszym. Tym, w którym myślę i konsumuję większość mediów, sztukę oraz wiedzę o świecie.

Sylwia Cegieła: Jakie wartości te podróże wniosły do Twojego życia? Czy uważasz siebie za obywatela świata? Czy raczej wolisz pozostać Polakiem?

Losza Vera: Formalnie jestem obywatelem Polski, RPA i EU, ale rozumiem, że pytasz o odczucia a nie papiery. Gdy byłem młodszy, używałem sformułowania "obywatel świata" zanim stało się takie modne – ale ze mnie hipster (śmiech). Teraz, bliższe wydaje mi się po prostu "człowiek". Traktuję każdego indywidualnie na podstawie jej/jego wyznawanych wartości i – co ważniejsze – powodów, dla których te wartości wyznaje. Istotniejsze dla mnie zazwyczaj nie jest to, w co wierzymy, tylko dlaczego. Cenię ludzi, którzy mają przemyślane, uzasadnione poglądy i spójny system wartości. Kocham metodę naukową, empiryzm i logikę – fundamenty na których osadzona jest nasza cywilizacja. Jestem sceptyczny wobec tradycji, religii i wszelkich podobnych argumentów autorytarnych.

Sylwia Cegieła: Kiedy poczułeś, że chcesz zostać muzykiem?

Losza Vera: Miałem około 7-8 lat. Znalazłem gdzieś elektryczne pianino, no i po 30 minutach zabawy napisałem pierwszy prymitywny utwór. Potem poszło już z górki. Trochę zacząłem śpiewać, trochę grać na gitarze. I tak to się zaczęło. Potem pierwsze garażowe zespoły metalowe. Jakoś po drodze poznałem ziomów robiących hip hop i to był mój początek zabawy bliższej popowi.

Sylwia Cegieła: Opowiedz o swoim dotychczasowym dorobku muzycznym.

Losza Vera: Nagrałem jeden album dwupłytowy "Live in Life". Oprócz tego, wielokrotnie nagrywałem z artystami dużo większego kalibru. Głównie z artystami hip hop, chociaż nie tylko. No i było Top Trendy.

Sylwia Cegieła: Skoro już o tym koncercie mówisz, to opowiedz, jak wspominasz teraz to wydarzenie? Czy zmieniło się coś po tym występie?

Losza Vera: Samo wydarzenie było niezwykłe. Dla mnie szczególnie, ponieważ to był mój pierwszy koncert solowy w życiu, więc rzucono mnie na głęboką wodę. Całe szczęście, wyszło całkiem dobrze. Po koncercie nie odczułem jakichś wielkich zmian. Dopiero parę lat później ukończyłem pierwszą płytę.

Sylwia Cegieła: Wspomniałeś też, że wystąpiłeś z wieloma znanymi gwiazdami. Z kim dotychczas udało Ci się zaśpiewać a z kim jeszcze chciałbyś współpracować?

Losza Vera: Chronologicznie, to było IGS, Blue Cafe z Dominiką Gawędą, Abradab, Fokus, Mezo, Czarne Złoto z OSTR/Smary Smark/Reno, Robert M. Teraz moim celem jest raczej współpraca z dobrymi muzykami niż wokalistami. Tęsknie za żywym bandem, który daje najlepszą energię podczas występów. Nazwiska są nieistotne – istotne są umiejętności i wyczucie.

Sylwia Cegieła: Czego Losza słucha podczas jazdy samochodem?

Losza Vera: Machine Head, Sepultura, Soundgarden, Def Leppard, Tool, The Beatles. W domu za to wolę soul z lat siedemdziesiątych: Al Green, Marvin Gaye. Jestem fanem G-Funkowego hip hopu i starego Wu-Tanga. Lubię też bardzo elektronikę, chociaż tu ciężko wymienić konkretnych wykonawców, ponieważ co 5 minut pojawia się ktoś nowy.

Sylwia Cegieła: Jakie są twoje inspiracje muzyczne?

Losza Vera: Ci, którzy komponują dobre melodie. Nie ograniczałbym się do stylu ani pojedynczych nazwisk. Zbyt Wielu wykonanwców wymieniłem powyżej. Dodałbym może jeszcze Electric Light Orchestra, Justin Timberlake, Illusion, Michael Jackson, Peter Gabriel.

Sylwia Cegieła: Odłóżmy na razie muzykę. Pochodzisz z Bielska-Białej. Jak wspominasz swoje miasto? W jakich miejscach zazwyczaj odpoczywasz?

Losza Vera: Owszem, urodziłem się w Bielsku-Białej. Spędziłem tam pierwsze 2 lata swego życia na terenie akademika dawnej Politechniki Łódzkiej. Pamiętam z tego okresu, jak włożyłem rękę do kontaktu i jak ciągle wchodziłem do rodziców i ich znajomych na imprezy i z wszystkimi dyskutowałem. Po powrocie z RPA mieszkałem przede wszystkim w Katowicach, trochę w Krakowie. Spędziłem dużo czasu w Warszawie, a do Bielska zaglądam od czasu do czasu na obiad czy imprezę. Mam w tym mieście trochę rodziny. Zawsze się tam dobrze czuję, ale to chyba normalne dla wszystkich z Katowic. Istnieje jakaś niewytłumaczalna więź pomiędzy Katowicami a Bielsko-Białym.

Sylwia Cegieła: Nad czym obecnie pracujesz?


Losza Vera: Założyliśmy niedawno zespół, który będzie miał charakter dużo bardziej rockowy niż cała moja dotychczasowa twórczość. Nazwa robocza grupy brzmi: Risk Every Asset, czyli REA.

Sylwia Cegieła: Zdradź więcej szczegółów na ten temat. Jaki repertuar chcecie przygotować? Do jakiego odbiorcy trafić?

Losza Vera: Chyba najbliżej nam będzie do post-grunge'a. Założenia są takie: gramy na jedną mocną, przesterowaną gitarę i mamy aktywna sekcja rytmiczna, która tworzy solidną bazę pod groove'y. Kompozycje są mocno melodyjne, ale staram się wrzucać jak najwięcej "tłustych" zapamiętywalnych riffów. Wokalnie czasami śpiewam łagodnie, tak jak w starych popowych numerach, ale potrafię się wydrzeć w niebogłosy, jak trzeba. Właśnie za parę godzin mamy drugą próbę składu. Zapowiada się obiecująco.
Odbiorcą będzie każdy, kto lubi rocka. Staramy się wyciągnąc wszystko, co najlepsze z tego gatunku i osadzić w jednej kapeli złożonej z trzech znakomitych muzyków i jednego mnie.


Sylwia Cegieła: Jakie jest twoje największe marzenie? Co chciałbyś osiągnąć?

Losza Vera: Chciałbym żyć w świecie, w kórym wolnośc jednostki jest stawiana na pierwszym miejscu. Z osobistych marzeń, to chciałbym dobrze wykonywać swoją pracę i dawać radość ludziom tymi dźwiękami. Chciałbym do końca życia poszerzać swoją wiedzę i lepsze rozumienie świata. Nie jestem fanem małżeństwa czy zakładaniem rodziny. Jednak, tworzenie bliskiej więzi z kobietą, z którą można rozmawiać o wszystkim to przepiękne uczucie.

Sylwia Cegieła: Czym zatem jest dla ciebie wolność? Uważasz, że w obecnym świecie jednostka i jej wolność jest ograniczona?

Losza Vera: Wolność definiuję jako możliwość nieagresywnego funkcjonowania jednostki bez przymusu pod groźbą przemocy. Uważam, że – pomimo tego, iż żyjemy w najbezpieczniejszych czasach w historii – to, niestety, na wiele sposobów wolność osobista jest coraz bardziej zagrożona. Z jednej strony polityka zachodnia coraz bardziej stawia na myślenie kolektywistyczne w gospodarce, mocno ograniczając potencjał przedsiębiorczy jednostki. Z drugiej strony, coraz częściej mamy do czynienia z ruchami nacjonalistycznymi i teokratycznymi, które ograniczają swobodę jednostki w życiu codziennym. Czyli w skrócie: nasilają się negatywne efekty i lewicy i prawicy. A obie grupy mają coraz mniejsze poszanowanie dla wolności słowa, natomiast są przekonane o tym, że ich wizja jest jedyną słuszną. Zanika otwartość na merytoryczną dyskusję.

Sylwia Cegieła: Gdzie będzie można ciebie posłuchać w najbliższym czasie?

Losza Vera: Potrzebujemy paru prób z zespołem i na pewno wystąpimy gdzieś w Katowicach na początek. Pierwszy koncert może zagramy w ciągu miesiąca, może dwóch.

Sylwia Cegieła: Mam nadzieję, że wszystko będzie po twojej myśli. Życzę powodzenia z nowym zespołem.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła


Publikacja objęta jest prawem autorskim. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i rozpowszechnianie tylko i wyłącznie za zgodą miesięcznika Bielski Rynek oraz Autorki niniejszego bloga.
Czytaj więcej >

Niepełnosprawni to nie są „święte krowy”. Rozmowa z Katarzyną Rogowiec

Igrzyska Paraolimpijskie zakończyły się parę miesięcy temu. Czas więc na refleksje. Podjęła się tego w rozmowie ze mną Katarzyna Rogowiec – sportowiec i społecznik, a prywatnie mama dwójki dzieci. Kiedy pierwszy raz pytałam ją o sport niepełnosprawnych (wywiad znajdziecie tutaj), paraolimpiada nie była jeszcze w Polsce transmitowana. Prezes Fundacji Avanti opowiada mi o tym, kto i jak pomógł w promocji tego wydarzenia. Objaśnia zawiłe procedury testów antydopingowych oraz odczarowuje mit niepełnosprawnego sportowca-bohatera. Zapraszam do lektury


Sylwia Cegieła: Od naszej ostatniej rozmowy minęło sporo czasu. Co się u Ciebie zmieniło? Jak rozwija się Twoja fundacja?

Katarzyna Rogowiec: Od roku 2013 minęło… zaledwie 3 lata albo aż 3 lata. Zmiany największe mojego życia to dzieci – córka ma 3 lata, a syn blisko rok. Działania Fundacji, tak jak chciałam i chcę, mają formę tzw. „szytych na miarę” tj. działań, które nie mają spektakularnych rozmiarów, a są w dużej mierze indywidualne. Istotnym projektem w naszych działaniach jest owoc współpracy z firmą Tauron tj. projekt „Tauron Sportowy Partner Paraolimpijczyków”, który okazał się bardzo znaczący z wielu względów. Przy jego realizacji Fundacja dużo się nauczyła. Żeby określić to krótko – dał nam różnorodne formalności, przyjaźnie, rozstania. Wskazał braki i uświadomił, jak ważnym i drażliwym obszarem jest współpraca między ludźmi… .

Sylwia Cegieła: Pojechałaś do Rio w określonym celu? Jakie były twoje obowiązki podczas Igrzysk? Za co byłaś odpowiedzialna?


Katarzyna Rogowiec: Jestem przedstawicielem zawodników w Komisji Antydopingowej przy Międzynarodowym Komitecie Paraolimpijskim (IPC – The International Paraolympic Committee). W jej składzie są prezentowane różne spojrzenia na kwestie antydopingu – Kanadyjczyk – prawnik, szef organizacji, która zrzesza narodowe komitety antydopingowe; chemik, szef laboratorium antydopingowego w Barcelonie; fizjolog, lekarz z Włoch; naukowiec, badacz z amerykańskiego komitetu antydopingowego, lekarka z Hongkongu, zawodnik... .

Ja podczas tych misji przyglądam się działaniom antydopingowym w szczególności z perspektywy sportowca. Biorę udział w szkoleniu „pracowników obsługi” działań antydopingowych. Oswajam ich z różnymi rodzajami niepełnosprawności. Przedstawiam, również na moim przykładzie, ewentualne trudności związane z niepełnosprawnością. Nie mam rąk na wysokości łokci, co oznacza, że nie jestem w stanie sama trzymać pojemnika na mocz. Test antydopingowy jest z moją niepełnosprawnością bardzo stresujący.


Sylwia Cegieła: Pewnie nie każdy wie, jak wygląda test antydopingowy w sporcie. Opisz proszę z Twojej perspektywy, jak to wszystko przebiega? Jak wygląda kontrola antydopingowa u sportowców pełnosprawnych i niepełnosprawnych?

Katarzyna Rogowiec:
Procedura testu antydopingowego jest bardzo ściśle określona. Co do zasady jest ona taka sama w obu przypadkach – i sportowca w pełni sprawnego i tego z niepełnosprawnością. Od momentu, a nawet przebiegu procesu poinformowania o wylosowaniu, wytypowaniu zawodnika do kontroli, po moment zakończenia podpisami i podaniem dokładnych czasów na formularzu. Osoba informująca zawodnika towarzyszy mu potem, obserwując go, aż do momentu zakończenia procedury. W stacji antydopingowej dostępne są oryginalnie zamknięte napoje. Zazwyczaj są to do wyboru woda mineralna niegazowana i jeden z innych płynów najczęściej sok jabłkowy czy napoje izotoniczne typu Gatorade czy Powerade.

Najczęściej test to pobranie próbki moczu, ale możliwe jest też pobranie krwi lub oba materiały. Sportowiec z niepełnosprawnością może wymagać pewnej pomocy technicznej np. rozlania moczu z pojemnika zbiorczego do butelek próbek A i B. Tego rodzaju odstępstwo jest odnotowywane na formularzu.

Sylwia Cegieła: Igrzyska Paraolimpijskie w Rio były transmitowane w TV – cel osiągnięty. Opowiedz proszę o tym, jak do tego doszło? Kto ma w tym największy udział i jak to będzie wyglądało w praktyce?

Katarzyna Rogowiec:
Ojców „sukcesu” jest wielu. Z perspektywy post igrzysk wiem, że nie były to wymarzone pory i ilości godzin transmisji, a nawet dobór dyscyplin pozostawia wiele do życzenia… . Jednocześnie – w moim odczuciu – nie jesteśmy jeszcze przygotowani na więcej.

Sylwia Cegieła: Paraolimpijczycy podczas występów w Londynie zdobyli dużo więcej medali od sprawnych sportowców. Jak sądzisz, czym to jest spowodowane? Czy da się to jakoś wytłumaczyć?

Katarzyna Rogowiec: Ach, ta próba porównywania, która bez dogłębnej wiedzy o sporcie paraolimpijskim i olimpijskim buduje fałszywy obraz… . Nie można tego porównywać. Nie da się. Poszczególne dyscypliny paraolimpijskie są innymi, różnymi od dyscyplin olimpijskich – pomimo, że – co do zasady – ich regulacje wzorują się na regulacjach dyscyplin olimpijskich. W sporcie paraolimpijskim – szczególnie w dyscyplinach letnich – podział na klasy niepełnosprawności pomnaża pozornie liczbę medali. Np. w biegu na 400 m kobiet złoty medal może zdobyć kilka zawodniczek z jednego kraju. Kobieta z grupy osób niedowidzących i niewidomych, kobieta w biegu na wózku, kobieta biegająca na stojąco przy użyciu protez, kobieta biegająca na stojąco z niepełnosprawnością ręki… . Już mamy 4 Mistrzynie Świata na 400 m. Należy jednak wziąć pod uwagę, że niemożliwe jest stworzenie uczciwego systemu połączenia grup niepełnosprawności we wszystkich, poszczególnych dyscyplinach.

Sylwia Cegieła: To brzmi dość ciekawie. Media nigdy o tym nie wspominają, a szkoda… . W Polsce wciąż pokutuje stereotypowe przekonanie, że osób z niepełnosprawnością – w tym przypadku sportowców – należy traktować ulgowo. Ty zaś stwierdziłaś podczas jednej z naszych rozmów, że nie są to „święte krowy”. Mogłabyś rozwinąć?

Katarzyna Rogowiec: Jako istoty ludzkie bardzo szybko każdy z nas przywyka do tzw. „dobrego”. Każde przywileje to dobra luksusowe, z których niełatwo jest zrezygnować. Bywa, że osoby z niepełnosprawnością „wpadły” w tę pułapkę natury. Natomiast osoby mające do czynienia z osobami z niepełnosprawnością często nie potrafią wyjść myśleniem poza niepełnosprawność i rodzaj chęci niesienia pomocy „poszkodowanym przez los”. Zmiana tych sytuacji jest trudna i wymaga bardzo dużo wyczucia od obu stron. Nie chodzi przecież o to, by w ogóle pozostawić OzN bez pomocy, bo w szeregu sytuacji różne rodzaje pomocy są tym osobą nieodzowne. Chodzi jednak o to, żeby znać umiar.


Sylwia Cegieła: Nie jesteś też zwolenniczką – podobne z resztą jak ja – wynoszenia osób z niepełnosprawnością na piedestał…?

Katarzyna Rogowiec:
Jestem zwolenniczką doceniania ludzi za ich pracę, aktywność, racjonalizm. Razi mnie, kiedy osoby, najczęściej te, które mają rodzaj władzy, są w pewnej hierarchii nad OzN, dokonują zaszufladkowania każdego z niepełnosprawnością do grupy nazwijmy to „wielkich ludzi”, tylko za fakt bycia tzw. niepełnosprawnym. Bywa więc, że zostajesz uznany za dzielnego, bo w ogóle żyjesz, nie mając rąk.

Sylwia Cegieła: Bardzo komiczna historia. Wszędzie się mówi o tolerancji, integracji społecznej, a tymczasem pokazuje się jedynie osoby z minimalną dysfunkcją zdolne do praktycznie pełnej aktywności. Jak to właściwie z tym jest?

Katarzyna Rogowiec: Żeby przybliżyć trochę kwestię zadam kilka pytań, które może i mnie podprowadzą do sedna. Nazwijmy ten obszar na nasze potrzeby rynkiem, na którym osoby z niepełnosprawnością to przedmioty handlu.  Z jednej strony, żeby sprzedać ogólnie i szeroko pojęty przedmiot trzeba go ubrać w opakowanie, które musi być atrakcyjne dla kupującego. Z natury produkt nie może być uszkodzony. Każdy egzemplarz produktu poza walorami ma mankamenty, ale trudno przekonać kupującego do przetestowania produktu, który będzie „nieatrakcyjny/uszkodzony”. Zadowolony klient nie będzie obawiał się sięgnąć po produkt, kolejny, trochę inny egzemplarz (nawet uszkodzony czy bardziej uszkodzony). Stąd może owa sytuacja. To początek drogi społeczeństwa polskiego do prawdziwej integracji. Jakoś trzeba było zacząć.

Sylwia Cegieła: Kariera w tym środowisku też jest wykluczona lub prawie niemożliwa, a przecież są osoby, które jednak mają coś do powiedzenia. Jeśli już ktoś jest znany to tylko w kontekście niepełnosprawności. Nie ma szans na zboczenie z tematu. Nie irytuje Cię to?

Katarzyna Rogowiec: Tego pytania nie rozumiem… . Kariera jest możliwa również dla OzN znacznie niepełnosprawnej, aczkolwiek to prawda, że widzę, iż zawsze niepełnosprawność jest elementem owej kariery. Czasem mnie to irytuje, ale zarazem pozwalam sobie na uwzględnienie tego faktu niepełnosprawności, bo ona jest czynnikiem, który zawsze będzie miał negatywny wpływ na „działania robocze”.

Sylwia Cegieła: Jaki zatem, Twoim zdaniem, powinien być następny krok w procesie aktywizacji społecznej osób wykluczonych?

Katarzyna Rogowiec: Niestety, nie wiem. Obawiam się, że nie znam sytuacji na tyle, żeby móc zastanawiać się nad kolejnymi krokami.


Sylwia Cegieła: Wszyscy twierdzą, że paraolimpijczycy już zwyciężyli, bo... są sportowcami z niepełnosprawnościami. Ja nie do końca zgadzam się z tym stwierdzeniem. Co Ty o tym sądzisz? Czy należy o nich mówić w tych kategoriach?

Katarzyna Rogowiec: Często próbuję uzmysłowić fakt, że dla sportowca z niepełnosprawnością udział w Igrzyskach nie jest istotą jego setek godzin pracy, rozłąki z najbliższymi, zakwaszonych mięśni, kontuzji, itp. Planem w głowie jest ZŁOTY MEDAL! Istotą jest MEDAL, zwycięstwo nad  konkurentami, najlepszy możliwy wynik! Ze sportowego punktu widzenia nie ma innego zwycięstwa.
Rozumiem, że – nie będąc fanem sportu, sportu paraolimpijskiego – szukamy bliskich naszym odczuciom, reakcjom na jednostkę wyrażeń emocji i stwierdzenie, że osoba jest zwycięzcą, bo wygrała z niepełnosprawnością jest tego wyrazem. Ale czy użyjemy tego stwierdzenia również w stosunku do Anity Włodarczyk, bo wygrała ze swoim życiem? Nie.

Sylwia Cegieła: Igrzyska w Rio zakończone. 39 medali zdobytych. Jak byś je podsumowała?

Katarzyna Rogowiec: Ci którzy reprezentowali Polskę w Rio to elita sportu paraolimpijskiego i życzę im jeszcze wielu „życiówek”! Mało wśród medalistów (jak i całej reprezentacji) młodych sportowców. Dużo 4-tych miejsc.

Sylwia Cegieła: Dziękuję za interesujące wypowiedzi, które niejednemu otwierają umysł na wiele kwestii.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła                      
     
Czytaj więcej >

„Live life to the fullest” – wywiad z Sylwią Błach


Po rozmowie z Izabelą Sakutovą o kampanii "Modelled by Role Models" bieliźnianej marki Panache Lingerie (wywiad tutaj) czas na Sylwię Błach – tegoroczną finalistkę kampanii „Nowy Wymiar Piękna”, ktorej ambasadorką jest Beata Sadowska. Z blogerką miałam już okazję porozmawiać o jej blogach, pisarstwie oraz o kulisach pracy w modelingu (dla tych, co nie pamiętają, przypominam ten wywiad). Tym razem opowiada o konkursie i o jej pierwszej w życiu sesji w bieliźnie. Sylwia zdradza też, czym dla niej jest piękna kobieta. Zapraszam do lektury.  


Sylwia Cegieła: Zostałaś finalistką oraz ambasadorką marki Panach Lingerie. Skąd pomysł na wzięcie udziału w kampanii „Nowy Wymiar Piękna”? jak to się stało, że teraz możemy Twoje zdjęcia oglądać w wielu czasopismach, w sieci i w witrynach sklepowych?

Sylwia Błach: To była spontaniczna decyzja! Często biorę udział w konkursach, ponieważ uważam, że szczęściu należy pomagać. O konkursie Modelled by Role Models „Nowy Wymiar Piękna” słyszałam dużo wcześniej, ponieważ znam osobiście zeszłoroczną finalistkę z Polski. Postanowiłam, że i ja spróbuję. Wysłałam zgłoszenie opisujące moje życie, a jury zadecydowało, że przechodzę do półfinałowej piętnastki najbardziej inspirujących kobiet z całego świata. W następnym etapie to Internauci głosowali i po raz kolejny okazało się, że to, co robię, ma tak pozytywny odbiór, że trafiłam do finałowej szóstki inspirujących kobiet. Jestem zaszczycona tym tytułem.

Sylwia Cegieła: W jednym z wywiadów zdradziłaś, że sesję w bieliźnie robiłaś po raz pierwszy? Jak ona wyglądała? Jaka była atmosfera na planie i najważniejsze, jak Ty się czułaś podczas zdjęć?


Sylwia Błach: Atmosfera w trakcie zdjęć była niesamowita! Panache zadbało o to, by zespół pracujący przy zdjęciach składał się z samych kobiet, dlatego nie czułam się bardzo skrępowana. Oczywiście było to nowe doświadczenie i stres dawał się we znaki, ale ta niezwykła atmosfera przyjaźni sprawiła, że sesję w bieliźnie wspominam jako jedną z milszych przygód w moim życiu!

Sylwia Cegieła: Co oznacza dla Ciebie bycie piękną?

Sylwia Błach: Piękna kobieta to kobieta szczęśliwa, spełniona. Ta, z której bije wewnętrzna siła i harmonia.

Sylwia Cegieła: Finałowa szóstka kobiet z całego świata spotkała się w Londynie? Opowiedz trochę o tym wydarzeniu. Jakie wspomnienia zachowasz z całego tego wydarzenia?

Sylwia Błach: Spotkałyśmy się dwukrotnie – po raz pierwszy w czasie sesji i po raz drugi na inauguracji kampanii. Przede wszystkim zapamiętałam niesamowite finalistki i pełnych pasji organizatorów. W trakcie pobytu w Londynie zetknęłam się z tyloma fascynującymi osobowościami, że nie sposób o wszystkim opowiedzieć! Szczerze zachęcam do wejścia na stronę www.nowywymiarpiekna.pl i poznania historii wszystkich finalistek.


Sylwia Cegieła: Co daje Ci sam udział w kampanii?

Sylwia Błach: Przede wszystkim ogrom satysfakcji – to było wspaniałe doświadczenie. Dzięki temu, że zostałam doceniona przez międzynarodowe jury, poczułam jeszcze mocniej, że to, co robię ma sens. Z sesji i podróży przywiozłam cudowne wspomnienia. Ponadto, miałam przyjemność poznać naprawdę niesamowite kobiety z całego świata. To daje energię do działania!

Sylwia Cegieła: Odwiedziłaś wiele krajów europejskich. Który z nich najbardziej Ci się podoba? Gdzie chciałabyś wrócić i dlaczego?

Sylwia Błach: Pierwsza myśl to Francja, którą uwielbiam za ludzi tam żyjących. Są pełni energii, pasji, entuzjazmu. Oddychają pełną piersią. Śmieją się na głos. Chodzą z podniesioną głową – to się udziela! Poza tym, zachwycona jestem tamtejszą architekturą.


Sylwia Cegieła: Piszesz książki, pracujesz, prowadzisz blogi, zostałaś finalistką międzynarodowej kampanii. Czy można Cię już nazwać kobietą sukcesu? Czym właściwie jest dla Ciebie sukces?

Sylwia Błach: Sukces jest dla mnie osiąganiem zamierzonych celów. Nie czuję się kobietą sukcesu, bo to bardzo pompatyczne określenie. Czuję się kobietą szczęśliwą i spełnioną w tym, co robię. Odnoszę pojedyncze sukcesy, ale ciągle pragnę więcej!

Sylwia Cegieła: Czego zatem pragnie Sylwia Błach? Kim chciałabyś zostać za 10 lat?

Sylwia Błach: Nie dzielę się swoimi marzeniami, a przyszłość to jedno z marzeń. Powiem więc wymijająco: spełnioną i szczęśliwą kobietą, mającą od groma planów na kolejne dziesięć lat. Spełnienia w tym co robię i energii, bym mogła zrealizować jeszcze więcej swoich planów!

Sylwia Cegieła: Tego właśnie Ci życzę. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła
Czytaj więcej >
Sylwia Cegieła © 2016. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka