Patryk Arłamowski i jego droga do sukcesu

Patryk Arłamowski – zwycięzca Plebiscytu Polski Wynalazek 2014 i konstruktor pierwszego w naszym kraju inteligentnego wózka inwalidzkiego. Sam o sobie mówi „wynalazca”, a nie „naukowiec”.

Sylwia Cegieła: Czym właściwie się pan zajmuje? 

Patryk Arłamowski: To będzie trudne. Bardzo trudne. Z reguły spaceruję, jeżdżę konno albo nurkuję i co jakiś czas przytrzasnę sobie nogę drzwiami, spadnę z konia albo zepsuje mi się latarka nurkowa. Wtedy rzucam kilkoma nienadającymi się do cytowania słowami a następnie myślę „to by się przydało”, „a dlaczego nie zrobić tak” albo „jak ktoś mógł wymyślić tak beznadziejne rozwiązanie” i staram się zrobić coś lepiej. Potem tworzę koncepcję, prototyp i próbuję wprowadzić produkt na rynek. Znajomi z USA żartują, iż u nich nazywałbym się „Professional Troubleshooter”, czyli „zawodowy rozwiązywacz problemów”, ale raczej chodzi o grę słów. A na co dzień prowadzę firmę zajmującą się projektowaniem różnych dziwnych urządzeń, z reguły z pogranicza nauki i fikcji.

S.C.: Co pana skłoniło do zaprojektowania inteligentnego wózka inwalidzkiego?

P.A.: Zupełny przypadek, ale też trochę irytacja. Podczas pobytu na stypendium naukowym w Hiszpanii moja koleżanka zapytała mnie, czy mógłbym pomóc jej naprawić wózek jej syna, gdyż koszt naprawy w serwisie był bardzo wysoki. Dlaczego irytacja? Gdyby sterownik wózka był skonstruowany „w normalny sposób”, zapewne skończyłoby się na jego naprawie. Ale producent specjalnie zaprojektował go w taki sposób, aby nie dało się zrobić nic innego poza kupnem nowego. I zirytowało mnie to do tego stopnia, iż postanowiłem zaprojektować taki sterownik od nowa.

S.C.: Skąd wziął się pomysł?

P.A.: Pomysł samego sterownika wziął się z potrzeby, o której już wspomniałem, a pomysł na integracje z otoczeniem z faktu, iż na co dzień zajmuję się automatyką budynkową i dostrzegłem możliwość powiązania właśnie elementów inteligentnego budynku z wózkiem i jego sterownikiem.

S.C.: Kto pomagał panu w realizacji projektu?

P.A.: Podczas prac nad wózkiem wspierało mnie wiele osób – zaczynając od Kamili Rudnickiej, studentki elektroniki i telekomunikacji, przez naszego letniego praktykanta – Piotra Musiała, któremu ten pomysł bardzo się spodobał, aż po Grzegorza Klubińskiego, wybitnego naukowca i wykładowcę akademickiego. Pomaga nam tez jedna z moich przyjaciółek z Białorusi, mieszkająca obecnie w Hiszpanii. Większość osób, z którymi współpracowałem przy realizacji poszczególnych etapów podchodziła do projektu bardzo pozytywnie.

S.C.:Na jakie trudności napotkał pan podczas tworzenia inteligentnego wózka inwalidzkiego?

P.A.: Z problemów technicznych – na wiele małych problemów – związanych ze sterowaniem silnikami dużej mocy, zakłóceniami, etc. Z natury organizacyjnej – znacznie większych – np. „jak przekonać pana urzędnika od grantów na badania, że to, iż na w jego mieście (Bielsku Białej), na jego ulicy (albo w jego domu) nie ma niepełnosprawnych, nie sprawia, iż oni nie istnieją”. O ile problemy techniczne udało się rozwiązać, o tyle ten drugi wciąż pozostaje nierozwiązany. I tu się poddałem, więc zrezygnowaliśmy ze wsparcia UE i realizujemy projekt samodzielnie.

S.C.: Dla kogo przeznaczony jest ten produkt?

P.A.: Rozwiązanie, nad którym pracujemy przeznaczone jest dla osób, których stan zdrowia uniemożliwia lub utrudnia samodzielne poruszanie się. Dzięki temu, iż możliwe jest jego dostosowanie do potrzeb danej osoby, poprzez m.in. stosowanie zamiennych sensorów (np. joysticka, czujnika wykrywającego ruch głowy lub gałki ocznej) wózek wyposażony w nasz sterownik może być wykorzystywany także przez osoby, dla których obsługa zwykłego wózka jest niemożliwa lub bardzo trudna.

S.C.: Jakie funkcje ma spełniać wózek?

P.A.: Sterownik, a nie wózek. Bo cały czas mówimy o sterowniku do wózka. Wózki inwalidzkie w Polsce produkuje ponad trzysta firm. Od dużych, zatrudniających ponad kilkadziesiąt osób, po maleńkich, domowo – garażowych – często składających wózki o naprawdę dobrej jakości. Ale wszystkie te firmy korzystają z zachodnich lub chińskich sterowników. Pierwsze są drogie a drugie beznadziejnej jakości. My chcemy produkować sterownik tak, aby w polskich wózkach znalazła się też polska elektronika. I tania i dobra. Ale wracając do pytania, założenia są następujące:
  • uniwersalność – wymiana elementu sterującego nie powinna zajmować więcej niż kilka minut i nie wymagać wizyty w serwisie – podobnie jak w przypadku, gdy wymieniamy mysz lub klawiaturę;
  • sterowanie urządzeniami w otoczeniu – tak, by osoba niepełnosprawna mogła z łatwością zgasić światło czy otworzyć okno albo przełączyć program w telewizorze bez pomocy opiekuna;
  • możliwość wezwania pomocy – z przesłaniem lokalizacji – zarówno przez centrum ratunkowe jak i przez wysłanie wiadomości do rodziny / wskazanej osoby;
  • jak najdłuższy czas pracy na pojedynczym ładowaniu – m.in. dlatego zastosowaliśmy system KERS – hamowania z odzyskiwaniem energii, która wykorzystywana jest do ładowania akumulatora.
S.C.: Jest pan bardziej wynalazcą czy naukowcem?

P.A.: Raczej wynalazcą. Naukowcy siedzą na uczelniach (skąd uciekłem) albo w korporacjach (przed którymi też uciekam). Wynalazcy są trochę jak artyści. Wiecznie szukają sponsorów, robią dużo hałasu, a docenia się ich dopiero po śmierci.

S.C.: Czy łatwo jest w Polsce osiągnąć sukces?

P.A.: Nie. To nie Stany Zjednoczone i Dolina Krzemowa, gdzie wystarczy mieć dobry pomysł, wiedze i chęci, a inwestor sam się znajdzie. Pozyskanie kapitału w Polsce to rzecz dość karkołomna, niektóre propozycje zakrawają na kryminał, a do tego wszystkiego pan lub pani urzędnik nie widzi nic złego by prowadzić przez trzy tygodnie postępowanie sprawdzające, po czym stwierdza „a w sumie to nie pana firmę miałam skontrolować”. Ale są ludzie, którym się to udaje i pokazuje to, iż jednak można. Na pewno będziemy próbować dalej!


S.C.: Jak wygląda podejście do wynalazców w Polsce i zagranicą?

P.A.: "Zagranica” jest duża, miejscami zimna, a miejscami gorąca. Na Antarktydzie i w Zimbabwe zapewne powiedzieliby, iż w Polsce jest klimat sprzyjający innowacjom. Kiedy przyjeżdżają do mnie znajomi z USA, pytają „gdzie te prawie 50 tysięcy innowacji dofinansowanych przez Wasz rząd” a ja mówię: „nie wiem, chyba w statystykach”. Chińczycy natomiast stwierdzają: „Oooo, jakie to fajne! Za miesiąc podeślę wam ofertę na wasz produkt z naszym logo!”. Żartuję. To stereotypy. Ale prawdą jest, iż w Polsce słowo „innowacja” odmieniamy przez wszystkie przypadki. Mnie (i wielu innych, zwłaszcza młodych przedsiębiorców) najbardziej irytują: miejscownik – o kim?, o czym mówię? – o innowacjach – a mówi się dużo i często na mówieniu się kończy. Ja wolałbym dopełniacz – kogo?, czego? nie ma – innowacji – prawdziwych, rynkowych, takich które mogą zawojować świt i mają sens w realnym, „nieunijnym” świecie oraz celownik – komu?, czemu się przyglądam? (a właściwie nie ja, tylko CBA i odpowiednie służby) – innowacjom, ale tym istniejącym głównie na papierze, we wnioskach, pod które wyprowadzono z Unii setki milionów, jeśli nie miliardy złotych i o których nauczyciel fizyki ze szkoły podstawowej potrafi powiedzieć „Ooo! To jest perypetum mobile”. I tak właśnie wygląda znaczna część „wynalazczości” i „innowacyjności” w Polsce. Istnieje na papierze i stoją za nią duże, europejskie pieniądze. W USA kapitał inwestują prywatne firmy. I one oglądają każdego dolara po trzykroć. Inwestują więc w te wynalazki, które mają sens.

S.C.: Jaką drogę musi przejść pana wynalazek, aby trafił do masowej produkcji?

P.A.: Najpierw powstaje tzw. „proof of concept”, czyli coś, co pokazuje, iż rozwiązanie jest technicznie wykonalne, ma sens. Często jest to prototyp. Na tym etapie jesteśmy obecnie. Później należy go dopracować, nadać mu odpowiednie cechy (czyli np. w naszym przypadku dokończyć interfejs (czyli to, w jaki sposób urządzenie komunikuje się z użytkownikiem), stworzyć wersję nadającą się do produkcji, dodać obudowę, etc.
Następnie, taki prototyp w wersji „przedprodukcyjnej” musi zostać poddany testom. Jedne są bardzo zasadne (np. związane z bezpieczeństwem), inne zupełnie bezsensowne i istniejące najwyraźniej wyłącznie po to, aby ktoś na nich zarabiał, a jest też kilka takich, które powinny być obowiązkowe a nie są. To oczywiście generuje koszty i to nie małe. Podobno jestem optymistą, twierdząc, iż niezbędne testy i certyfikaty sterownika, nad którym pracujemy wraz z kilkoma sensorami kosztować będą mniej niż pół miliona złotych. Więc to dość duży wydatek. W międzyczasie nanosi się poprawki (często wynikające właśnie z przeprowadzonych testów). Gdy wszystko jest gotowe, na podstawie opracowanej i zatwierdzonej dokumentacji, produkuje się krótką serię, którą znowu testuje. Już z prawdziwymi użytkownikami. Na ich podstawie produkt poprawia się. I znowu testuje. Gdy wszystko działa jak należy, można ruszać z produkcją (i rozglądać się, czy w Chinach już tego nie mają.

S.C.: Jak reaguje na pana wynalazek otoczenie (firmy, sponsorzy)?

P.A.: To zależy. Firmy od wózków: „Polskie? To nie może być dobre!”, urzędnicy: „Bardzo, bardzo mi się to podoba! To będzie świetna reklama Bielsko Białej i naszej Agencji Rozwoju. Niesamowite! Muszę spróbować! Mogę? To naprawdę działa! Bomba! Niesamowite! To trzeba wdrożyć. Teraz, już, natychmiast! Oczywiście, że pieniądze się znajdą!” – to w pierwszym tygodniu, trzy miesiące później „Polski wózek? Nie no, to bez sensu… przecież u nas nie ma niepełnosprawnych… Wie pan co..., pan marnuje nam czas…”.
Proszę spytać, jak reagują niepełnosprawni. Po emisji gali finałowej Polskiego Wynalazku, dostaliśmy ponad 200 wiadomości od osób niepełnosprawnych. Jedną negatywną (oberwało nam się za producentów akumulatorów, ram i siedzisk do wózków) i pozostałe naprawdę pozytywne. Przytoczę fragmenty dwóch wiadomości. Bez nazwisk, gdyż nie zapytałem o zgodę, ale myślę, iż anonimowo nikt nie będzie miał mi tego za złe.
Mam wózek elektryczny, którego joystick jest zamontowany na specjalnym wysięgniku przystawianym do brody. Wadą tego typu rozwiązania jest konieczność trzymania brodą tego joysticka przez cały czas. Po kilku minutach takiej jazdy zaczynam odczuwać ból szyi i samej brody. Jestem zmuszony wtedy stanąć, aby chwilę odpocząć. Poza tym nawet minimalny ruch głowy w bok powoduje skręt całego wózka. Dlatego rozwiązanie, które zaprezentowałeś na konkursie powaliło mnie całkiem bo daje mi nadzieję na to, że może moje marzenia o takim wózku mogą się kiedyś zrealizować.
oraz
Sam jestem emerytowanym architektem, który potrafi ruszać tylko głową. Do typowego wózka inwalidzkiego akumulatorowego dorobiłem sterownik zawieszany jak plecak na piersiach, którego joystick w kształcie grzybka poruszam brodą. Myślę, że Pana wynalazki są o wiele lepsze tylko jest to kwestia czasu, którego ja już wiele nie mam.
Potrzebuję np. sterownik w formie obręczy zakładanej na głowę, której ruch głową zwierałby umieszczone na niej styki, i w ten sposób kierował ruchem wózka. Po drugie – potrzebuję sterownik do zmiany kanałów w telewizorze.” Ale to głosy osób, które podobno nie istnieje. Bo przecież u nas nie ma osób niepełnosprawnych, o czym już napisałem. Ja mam tylko nadzieję, iż uda nam się skończyć nasz projekt tak, by te nieistniejące osoby mogły go wykorzystać. I podziwiam pomysłowość oraz zaradność…”

S.C.: Z kim pan obecnie współpracuje?

P.A.: Jeśli chodzi o zespół projektowy, to jest to praktycznie ten same zespół, z którym zaczynałem projekt, pomijając Piotra, który już skończył praktyki. Współpracuję też z firmami zajmującymi się produkcją szeroko pojętej elektroniki, które na co dzień produkują dla mnie produktu do automatyki budynkowej.

S.C.: Pana największy dotychczasowy sukces.

P.A.: Kończąc pierwsze studia, pomyślałem: „jaka ta technologia, o której uczą na uczelniach jest archaiczna!”. Kończąc drugie dodałem: „taka ekonomia o jakiej uczą na studiach istnieje tylko w Nibylandii”. Za to, gdy skończyłem trzecie zrozumiałem, jaki to wszystko miało sens. I to był chyba ten sukces. Ale niezwykle cieszę się z faktu, iż projekt, o którym rozmawiamy został uznany za wynalazek roku. I to nie przez urzędników (których jak już dałem do zrozumienia nie cierpię), a przez ponad milion normalnych ludzi. To daje niesamowitą satysfakcję i motywację do działania…

S.C.: Jak ocenia pan Polskę pod względem innowacyjności?

P.A.: Jak już wspominałem – może nie dno, ale okropne bagno. Ludzie, którzy mają świetne pomysły (a Polacy są naprawdę pomysłowi) – muszą ścierać się z biurokracją (proszę zapytać jakiegokolwiek naukowca, który z łatwością przygotuje 300 stronnicowy opis technologii, nad która pracuje), czy poradzi sobie z równie obszernym wnioskiem o dofinansowanie, w którym głównie powtarzać będzie myśl przewodnią „produkt jest innowacyjny, bo jest innowacyjny a jego innowacyjność leży w istocie innowacji” a także wszędobylskim „nie da się” i „to się nie uda”. A potem mówimy „Polacy wyjechali w USA i się udało!”. A następnie (o czym już nie mówimy) – płacimy za to pewną cenę. Bo kupujemy produkt amerykańskiej, zamiast polskiej firmy. I nie ma tu znaczenia, że wymyślony przez Polaków.

S.C.: Jaka pomoc w chwili obecnej jest potrzebna takiemu wynalazcy, jak pan?

P.A.: Przydałby się numer telefonu do Billa Gatesa albo przynajmniej wiza do USA, której od jakiegoś czasu nie mogę dostać. Abym mógł tam znaleźć inwestora – najlepiej filantropa, który pomoże skończyć produkt i wdrożyć go do produkcji, ale tak, by nadal był przystępny finansowo (a takim może być), a nie po prostu „tani w produkcji”. Bo niestety na razie mam dziwne wrażenie, iż rekiny biznesu w Polsce nie istnieją, za to wiele jest piranii. Takich, które głośno bulgoczą i mało z tego wynika. Kwestię pana (p)osła, który zadzwonił do nas dzień po finale, by zaproponować abyśmy stali się (razem z wózkiem) twarzą kampanii (wyborczej) – przemilczę. A na razie – trzymajcie kciuki!

S.C. Trzymamy. Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w realizacji projektu.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: