India Czajkowska – artystka o wielu twarzach

India Czajkowska – śpiewa, pisze, komponuje dla teatru i filmu, a do tego jeszcze maluje. Jest artystką wszechstronną, która nie lubi ograniczeń. We wszystkim, co robi pragnie być niezależna. Zapraszam na niezwykle inspirującą rozmowę z artystką. 


Sylwia Cegieła: Kim jest India Czajkowska?

India Czajkowska: To dość szeroko postawione pytanie...Trudno mi samej mówić o tym, kim jestem. Mogę powiedzieć, czym się zajmuję, co mnie interesuję albo kim się czuję. Z pewnością moje życie od dawna jest przede wszystkim związane z muzyką i jej tworzeniem, koncertowaniem. Czasem bardziej czułam się wokalistką, a czasem bardziej kompozytorką i pianistką. To się zmienia w czasie i zależy od tego, na czym akurat przez dłuższy czas jestem bardziej skupiona. Kilka lat temu na przykład zdecydowanie więcej pisałam muzyki do filmów niż koncertowałam, a ostatnimi czasy jest chyba odwrotnie. Czuje się też w jakimś stopniu performerką, bo działam także w projektach tanecznych, choć stawiam to zdecydowanie na drugim planie, ważniejsze są nagrania i muzyka. Ostatnio wróciłam też do malarstwa i kończę teraz serie obrazów olejnych. To, co uważam za najistotniejsze to jednak wszelkie działania muzyczne od projektów koncertowych i studyjnych po muzykę filmową.

S.C.: Wspomniałaś, że wróciłaś do malarstwa. Jakie obrazy wychodzą spod twojego pędzla? Pytam o styl, w którym najlepiej się czujesz, ulubiona epoka…

I. Cz.: Obecnie nie mam takiej „ulubionej epoki”. Kiedyś był nią surrealizm. Dawno temu byłam zafascynowana Salvadorem Dali. Pisałam o nim artykuł. Czytałam jego dzienniki... . Podobał mi się też wtedy Beksiński. To, co wówczas malowałam, miało pewne znamiona surrealizmu. Były to oniryczne wizje, dość irracjonalne. Teraz skończyłam całkiem inną serię zatytułowana „Skrawki”. To nieduże obrazki olejne, w pewnym sensie prostsze, skromniejsze, bliżej rzeczywistości niż to, co wcześniej tworzyłam. Nie są jednak realistyczne i mają wykrzywioną, żywą kolorystykę. Znajomemu skojarzyło się to trochę z Chagall'em, co oczywiście jest dla mnie bardzo pochlebne!

S.C.: Kto jest twoim ulubionym malarzem?

I. Cz.: Nie potrafię w tej chwili nikogo tak wyróżnić. Doceniam różne obrazy różnych epok, również współczesne. Lubię Bosch'a – jest interesujący!

S.C.: Czy masz coś wspólnego z „tym” Czajkowskim (śmiech)?

I. Cz.: Nie sprawdzałam. Nie znam dokładnie swoich korzeni, a i również korzeni Piotra Czajkowskiego, choć wiem, że podobno niechętnie przyznawał się do polskiego pochodzenia..! Jakkolwiek zbieżność nazwisk bywa pomocna za granicą, gdyż ludzie łatwiej radzą sobie radę z niełatwym na pierwszy rzut oka wschodnim nazwiskiem. Piotr Czajkowski przetarł szlaki!

S.C.: Jaką muzykę tworzysz?

I. Cz.: Jaką muzykę tworzę...? Och, to znowu pytanie, które nie wiadomo jak do końca „ugryźć”. Ładną, brzydką, wesołą czy nie? Trochę żartuję – zapewne chodzi Ci o styl?

S.C.: Tak.

I. Cz.: To się zmieniało w czasie, po pierwsze, a po drugie projekty koncertowe różnią się od tego, co komponuje do filmu czy teatru. Film rządzi się innymi prawami i wymaga dużej elastyczności od kompozytora. Powiem w dużym skrócie, że generalnie najbliżej jestem tego, co u nas nazywa się „awangardą”. Generalnie są to projekty niszowe, czyli nie znajdziemy ich w TV. Chyba, że jest to film z moja muzyką. Wynika to z hermetyczności naszych mediów, które niechętnie zauważają, że jest dużo więcej niż pop i rock. Zależnie od projektu lub albumu, o którym mówimy, to przede wszystkim muzyka improwizowana i free jazz, czasem także z elementami psychodelicznego rocka (mam na myśli zespół Meru), elektroniki i trip-hopu, którego wpływy powracają od płyty z Lux Occultą (na przykład w projekcie z Mirrormanem lub na płycie, którą teraz zamierzam wydać). Cosmospir i Mermago maja też elementy eksperymentalne. W kompozycjach filmowych spektrum jest szersze, piszę także na składy kameralne, akustyczne. W niektórych projektach śpiewam po angielsku, czasem uzywam invented language, jak na przykład w Tańcach Snu.

S.C.:  Invented languge…? Co to takiego?

I. Cz.: Chodzi o języki wymyślone. Tak naprawdę nie jest to jednak język konstruowany. Przynajmniej jeśli chodzi o mnie czy nasz projekt pt. "Tańce Snu", w którym obydwoje z Sebastianem śpiewamy w ten sposób. Jest to raczej język fonetyczny, dość konsekwentny, ale nie ma semantyki. Jeśli macie ochotę bliżej się temu przyjrzeć, posłuchajcie albumu pt. Cosmospir. Na okładce płyty jest napisany tekst pierwszego utworu... Polecam też pod tym kątem naszą płytę wydaną rok temu – przez Zoharum – Tańce Snu. Dlaczego śpiewam w ten sposób? Istotne jest to, że ta muzyka uwalnia się od poziomu znaczenia, które jest w słowie. Słowo ukonkretnia zawsze muzykę, a same dźwięki dają horyzont o wiele bardziej otwarty, abstrakcyjny... Tak to widzę. Na nowej płycie jednak wszystko śpiewam po angielsku. Będzie inaczej!

S.C.: Jakie są twoje wczesne dokonania artystyczne?

I. Cz.: Szczerze mówiąc, nie wiem, co uznać za „wczesne dokonania”? Raczej unikałam zawsze konkursów. Za wyjątkiem wczesnych wystąpień na festiwalach piosenki, ale to archaiczne wydarzenia. Wczesne dokonania, czyli to co było na początku profesjonalnej drogi to moje pierwsze koncerty autorskie i pierwszy skład akustyczny, dość liczny, grający moje kompozycje w porywach do 7 osób. Graliśmy na przykład na Festiwalu Młodych Kompozytorów i Aranżerów „Brzmienie”. A także zespół Cadyk i Festiwal Pieśni Żydowskich. A pierwsza płyta, na której zaśpiewałam, z roku 1999, czyli naprawdę stara rzecz, to album The Book Of Time nagrany z Ensemble Elektra z Nowego Jorku.

S.C.: W swej twórczości wykorzystujesz sonorystykę. Co oznacza ten termin?

I. Cz.: Sonoryzm i dźwięki sonorystyczne to pomysł znany mniej więcej od lat sześćdziesiątych XX wieku. W dużym skrócie – chodzi o nietradycyjne używanie instrumentów, zabawę brzmieniem instrumentu i szukanie nowych sposobów na potraktowanie tradycyjnych instrumentów. Na przykład, tak zwany 'fortepian preparowany”, czy granie smykiem na gitarze lub talerzu. Albo inaczej – wykorzystanie w muzyce dźwięków, które w tradycji klasycznej nie były używane. Tak samo można tez bawić się głosem, traktując go bardziej jako instrument niż tylko głos do wykonania piosenki. Polecam Meredith Monk w tym względzie. W pewnym momencie, mniej więcej wtedy, kiedy powstała płyta Cosmospir, byłam trochę zafascynowana tym podejściem, które nadal wykorzystuję choć nie traktuję go jako cel, a raczej jako środek. We współczesnej muzyce improwizowanej i awangardzie sonorystyka jest już niemal tradycją... 

S.C.: Tworzysz muzykę teatralną i filmową. W którym obszarze wolisz pracować – film czy teatr?

I. Cz.: Chyba nie mogę jednoznacznie powiedzieć, że wolę film albo teatr. Przede wszystkim wolę projekty, które są ciekawe, rozwijające. Zdecydowanie więcej współdziałałam przy realizacjach filmowych do tej pory. Choć chciałabym być zapraszana częściej do projektów teatralnych.
Różnica polega przede wszystkim na tym, że w tych ostatnich jest o wiele więcej interakcji z ludźmi i to jest właśnie interesujące. Zwykle niezbędne jest uczestniczenie w próbach, obserwowanie pracy aktorów czy tancerzy i jest to ciekawe, bo jest się zanurzonym w samym procesie powstawania kreacji. Z filmem często kończy się to na samotnej pracy w studio nad komponowaniem muzyki do czegoś już zamkniętego albo prawie zmontowanego. Chociaż zdarzało mi się, że muzyka powstawała na etapie, gdy był jedynie scenariusz i było to niezwykle ciekawym wyzwaniem dla intuicji i wyobraźni w dialogu z reżyserem. Teatr bywa tez bardziej otwarty na rzeczy eksperymentalne. Jednak cenie sobie także to jak bardzo inspirujący dla nowych pomysłów muzycznych jest obraz w filmie, jak było choćby w przypadku Summer Love Piotra Uklańskiego czy włoskiego filmu La Scultura reżyserowanego przez Mauro Capece, z którym rok temu miałam okazję pracować. Dzięki wizjom filmowym powstają dźwięki, motywy których pewnie inaczej bym nie skomponowała. I to jest cenne. Różnica między muzyką do filmu a muzyką teatralną potęguje się oczywiście jeśli wykonuje się ją na żywo do spektaklu. Wtedy za każdym razem jest to inne i bardzo skupione na kontakcie z tym, co dzieje się akurat na scenie. W ten sposób pracowałam m.in z teatrem ruchu i Teatrem Tańca Butoh Sylwii Hanff.

S.C.: Co dotychczas udało ci się osiągnąć w tej dziedzinie?

I. Cz.:  Jeśli chodzi ci o projekty filmowe, w których brałam udział – no cóż…, nie wymienię ich wszystkich tutaj. Zapraszam na moja stronę, gdzie można tez posłuchać fragmentów muzyki. Po prostu, kiedy reżyser zaprasza mnie do współpracy staram się przede wszystkim osiągnąć zgodność z jego założeniami co do koncepcji... I mam nadzieję, że taką koncepcję posiada, czyli że wie, czego oczekuje. Czy jest osiągnięciem, że mi się to udaje? Może. Czasem, choć rzadko – spieram się z reżyserem lub go zaskakuję i docenia on to, co zrobiłam dopiero po pewnym czasie... Zwykle jednak reżyserzy są zadowoleni z tego, co dla nich komponuję. Bardzo się cieszę, że udaje mi się unikać projektów, w których musiałabym robić coś, co mi się nie podoba i w co nie wierzę. Z bardzo miłych owocnych współpracy mogę wymienić Andrzeja Titkowa, klasyka polskiego filmu dokumentalnego, z którym razem pracowaliśmy nad dokumentami i spektaklem teatru TVP, Piotra Uklańskiego i jego „polski western” czyli Summer Love z udziałem Val'a Kilmera, Kasi Figury, Bogusława Lindy. Został świetnie przyjęty na festiwalu w Wenecji. A także Mariusza Malca, dla którego komponowałam muzykę m.in do spektaklu sceny faktu Pseudonim Anoda czy dokumentu o misji Unicef w Afryce.

S.C.: Czy jest coś, z czego jesteś naprawdę dumna?

I. Cz.: Cały czas się zmieniamy i moja ocena czy sympatia dla tego, co już zrobiłam, nagrałam, też się zmienia... Po prostu jesteśmy „w drodze” i w zasadzie myślę, że najlepiej jest, kiedy zawsze najważniejsze jest to, co dopiero ma powstać albo inaczej – to, co akurat jest na horyzoncie i wzywa do działania, tworzenia czegoś nowego. Myślę, że postawa bycia dumnym w ogóle nie jest fajna... Raczej jest wiele dawniej nagranych utworów, projektów, które nadal mnie cieszą. Cieszę się że mogłam w nich uczestniczyć albo je wymyślać. Tak bym to ujęła. Czasem, po długim niesłuchaniu czegoś, co kiedyś nagrałam, jestem pozytywnie zaskoczona. Tak mi się zdarza np. z moją płytą solową Cosmospir czasami, choć jestem już w innym momencie, gdzie indziej. Cieszę się też choćby z koncertów, które zagraliśmy na przykład z Davidem Kollarem przez ostatnie 2-3 lata. A także z tego, że film fabularny „La Scultura”, w którym jest moja muzyka – już o nim wspomniałam – został doceniony na wielu festiwalach na świecie, choć należy do ambitnego, niebanalnego kina.

S.C.: Gdzie szukasz inspiracji dla swojej twórczości?

I. Cz.: To pytanie powtarza się w wywiadach w takiej czy innej postaci. Muszę przyznać, że nie działam w ten sposób, że szukam inspiracji. Inspiracją jest wszystko i nic zarazem. Muzyka przychodzi w postaci nowych pomysłów, a co spowodowało, że przyszła, jest swego rodzaju tajemnicą. Na pewno wpływają na to przeżycia wszystko, co spotykam na swojej drodze, ale też zasłyszana muzyka, ludzie. Zwykle dopiero z perspektywy czasu wiem, że jakaś muzyka na pewno na mnie wpłynęła jak np. może kiedyś King Crimson, Bjork, Mikołaj Górecki, Kith Jarret czy wiele innych zjawisk muzycznych z bardzo różnych przestrzeni, które na tyle przeżyłam, że we mnie pozostały, a nie były tylko miłym odsłuchaniem utworu. 

S.C.: W swej dyskografii masz kilka albumów. Który z nich lubisz najbardziej?

I. Cz.: Chyba nie czuję tego w ten sposób. Myślę, że to bardziej moi słuchacze mogą coś bardziej lubić lub nie. Jak wspomniałam, w drodze perspektywa się zmienia. Choć co do ważności wydanych albumów, na pewno nadal pozostaje dla mnie ważny Cosmospir, choćby dlatego, że to moja pierwsza płyta solowa. W każdym nagraniu czy projekcie jestem jakoś autentyczna, bo inaczej nie mogłabym w nim brać udziału, nie miałoby to sensu. Odsłuchana po długiej przerwie płyta Trio Mermago nagrywana z Ryszardem Lateckim I Mackiem Cierlinskim, tez niedawno sprawiła mi przyjemność, jeśli można w ten sposób to nazwać. I całkiem od niej inny - trip-hopowy album Secretia z roku 2013, do którego zaprosił mnie Mirrorman (tu jestem głównie wokalistką i autorką tekstów) także „lubię” choć żałuję do tej pory, że był tylko projektem studyjnym a nie koncertowym.

S.C.: Wspomniałaś wcześniej o nowej płycie. Kiedy możemy się jej spodziewać?

I. Cz.: Najnowsza płyta jest gotowa do wydania. Bardzo mnie to cieszy, bo ten materiał czekał dość długo na ukończenie, choć pomysły powstały bardzo szybko i spontanicznie. Jestem na etapie szukania wydawcy. Cały proces powstawania utworów jest zakończony i jak zwykle – najpierw nagrywam w studio to, co chcę, to co mam w głowie, a dopiero potem sprawdzam, czy ktoś chciałby to wydać. Jest to bardzo szczególny dla mnie projekt, który zaczęliśmy tworzyć z Kubą Lasockim –gitarzysta i moim partnerem życiowym. Zabrakło go niestety na etapie kończenia tej muzyki. Kuby już nie ma – została muzyka i jest ona zarazem pożegnaniem dla niego. Pracował ze mną nad nią nieoceniony reżyser dźwięku i muzyk – Tadeusz Sudnik, a także gościnnie zagrali m.in. Antoni Gralak i Bjorn Charles Dreyer. Mam nadzieje, że pod koniec tego roku lub na początku następnego płyta się pojawi. Nie tak wyciszona i introwertyczna jak Cosmospir, z kolorytem jazzowo-triphopowym.

S.C.: Dużo wspominasz o swoich międzynarodowych projektach. Czy nie masz czasem ochoty na zagraniczną karierę w pełnym tego słowa znaczeniu?

I. Cz.: Masz na myśli wyjazd na stałe? Jeśli o to chodzi to tak, trochę nad tym myślę. Nie wiem jeszcze, czy tak zrobię. Częściowo zależy to też od okoliczności pozamuzycznych, rodzinnych. Na pewno byłoby inaczej, bo z pewnością pewne składy, z którymi coś grałam czy nagrywałam mogłyby bardziej rozwinąć skrzydła, można pracować długofalowo i konsekwentnie. Moje wyjazdy do Stanów były bardzo ciekawe, inspirujące do dalszych działań, ale rzeczywiście wymagałoby to dłuższego pobytu. Jedna z rzeczy bardzo pozytywnych dla mnie w Nowym Jorku był prosty fakt, że prawie w każdym klubie mają tam akustyczny fortepian, u nas to rzadkość! A to mój główny instrument tak naprawdę.

S.C.: Gdzie możemy posłuchać twojej muzyki w najbliższym czasie?

I. Cz.: Najbliższy koncert to nasz występ z "Tańcami Snu" (z Sebastianem Madejskim i Adamem Roznmanem) na festiwalu w Dąbrówce, dokąd zaprosił nas Słoma. Nie wiem, czy wywiad ukaże się przed czy po, w każdym razie gramy 22 sierpnia. A plany na wrzesień to między innymi Nowy York i kwintet stworzony ze świetnym saksofonista stamtąd – Danielem Carterem. Zagramy koncert w Metropolitan Room. Bardzo się cieszę z tej współpracy!

S.C.: Czego należy ci życzyć?

I. Cz.: Nowych, całkiem świeżych wyzwań? Jest bardzo miło, gdy pojawiają się dobre niespodzianki losu, a nie tylko to, co sami planujemy... I oczywiście życzyłabym sobie wielu koncertów tu i tam, blisko i daleko, dla ludzi, którzy są otwarci na nowe dźwięki.

S.C.: Dziękuję za bardzo interesującą rozmowę. Powodzenia w poszukiwaniu wydawcy.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła

Zdjęcia: Mercedes Berg, Andrzej Kupniewski, Łukasz Malina, Marta Monko

Publikacja objęta jest prawem autorskim. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i rozpowszechnianie tylko i wyłącznie za zgodą Autorki niniejszego bloga.
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: