Z biura na scenę teatralną – rozmowa z Jerzym Grzechnikiem


Jerzy Grzechnik – aktor musicalowy współpracujący z Teatrem Studio Buffo znany też z wielu programów telewizyjnych. Dla śpiewu porzucił pracę w biurze. Z pasją uczy się języków obcych. Mnie zgodził się opowiedzieć o swoich rolach, pracy w teatrze i TV. Zachęcam do lektury.


Sylwia Cegieła: Zacząłeś uczyć się wokalu dopiero w wieku 25 lat. Czy wcześniej w dzieciństwie nie miałeś marzeń o estradzie?

Jerzy Grzechnik:
Blichtr sceny jest jednym z tych zjawisk, które bez wątpienia przyciągają uwagę dzieci, a niekiedy nawet fascynują. Co prawda, akurat ja – w pierwszych latach życia – nie byłem nastawiony na podążanie tą ścieżką, ale zdarzało się oczywiście, że czasami sobie podśpiewywałem i podgrywałem na pianinie. Gdy jednak pewnego dnia – wygłupiając się – zarejestrowałem swój głos na dyktafonie, a później go odsłuchałem, wówczas gwałtownie i na bardzo długo zarzuciłem śpiew. Nie byłem w stanie zdzierżyć brzmienia swojego głosu. Dopiero wiele lat później pasja zwyciężyła.

S.C.: Czyli śpiewać można zacząć w każdym wieku? Wszechobecnie panuje przekonanie, że im wcześniej zaczniesz, tym lepiej. Potem jest za późno, bo podobno już nie ma czasu…

J.G.: Myślę, że wszystko tkwi w naszej głowie – zarówno wszelkie ograniczenia, które na siebie narzucamy, jak i nadzieje na samorealizacje popychające nas do działania. Nie wątpię w to, że w artystycznej branży – im wcześniej się zacznie, tym większa szansa na rozwój i spektakularny sukces, ale z pewnością nie jest to warunek konieczny. Istnieje także niebezpieczeństwo przesytu, znudzenia, zbłądzenia (ze względu na niedojrzałość artysty) lub też nawet zrażenia się do śpiewu.


S.C.: Dużo w życiu zaryzykowałeś, rzucając etat. Czy taki właśnie powinien być artysta – bezkompromisowym ryzykantem? Nie wszyscy mogą sobie na to pozwolić.

J.G.: Z artystycznych kompromisów niestety zwykle niewiele wynika. U artysty – w ogromnej mierze – liczy się osobowość i świadomość działania – umiejętności są w zasadzie drugorzędne. Podejmowanie ryzyka i niebezpieczeństwo porażki, odepchnięcia lub braku poklasku są nieodłącznym elementem artystycznej drogi. W końcu sukces praktycznie w 100% zależy od oceny i wsparcia innych osób oraz ich opinii na nasz temat. To niekiedy bardzo trudne do przełknięcia. Nie byłem do końca świadom tych aspektów życia artysty,  gdy decydowałem się na zmianę działalności zawodowej i wyjście z biura, ale – mimo wszystko – niczego nie żałuję.
Na pewno bardzo wiele zawdzięczam mojej rodzinie, a w szczególności rodzicom, którzy na każdym etapie podejmowania tej trudnej decyzji byli dla mnie ogromnym wsparciem. W pewnych sferach życia nie ma miejsca na asekurację i trzeba postawić wszystko na jedną kartę. Może zaryzykowałem, ale teraz nie wyobrażam sobie życia bez śpiewu.

S.C.: Wyjechałeś na stypendium muzyczne do Danii do Aero Folkehojskole. Jak do tego doszło?

J.G.: O tamtym wyjeździe poniekąd zdecydował zbieg okoliczności, no i oczywiście, moja ocena z pierwszego egzaminu wokalnego. Nasza szkoła organizowała wymiany studenckie z Danią dla kilku osób w ciągu roku i zakwalifikowałem się do tej grupy. To była wyjątkowo budująca i ciekawa przygoda, ale również nie pozbawiona chwil kryzysu i zwątpienia. Pół roku na samotnej, osnutej mgłą wyspie w towarzystwie kilkunastu wyjątkowo silnych osobowości – w dużej mierze kiełkujących artystów, to naprawdę niecodzienne wyzwanie. Do dziś wspominam niesamowicie ciekawe zajęcia wokalne, instrumentalne, malarskie i aktorskie. Wyjazd ten przede wszystkim bardzo pozytywnie wpłynął na rozwój  mojej świadomości muzycznej.

S.C.: W moim przekonaniu osoba zajmująca się aktorstwem, śpiewem czy inną formą artyzmu musi mieć w sobie przynajmniej jakiś procent zdrowego narcyzmu. A jak ty sądzisz?


J.G.: Wątpię, żeby narcyzm w swojej definicji miał cokolwiek zdrowego. Ale coś w tym jest, że człowiek zarabiający na życie za pośrednictwem eksponowania swoich emocji na scenie zaczyna mniej lub bardziej koncentrować się na sobie. Można powiedzieć, że taka autoanaliza, to część naszej profesji. Tu do egocentryzmu lub nawet megalomanii pozostaje już tylko jeden krok. Trzeba bardzo mocno pracować nad utrzymaniem zdrowego dystansu do siebie.

S.C.: Twoje życie można podzielić na dwa okresy: biurowy i artystyczny. Jakie są plusy i minusy każdego z nich?

J.G.: W odpowiedzi na to pytanie w zasadzie można by napisać książkę, więc postaram się być konkretny i potraktować temat skrótowo. Biuro to nie mój świat. Na pewno ma swoje atuty i nie wykluczam, że kiedyś jeszcze do niego wrócę, ale na dzień dzisiejszy mierzi mnie sama myśl o siedzeniu przez 8 h przed komputerem. Teatru i sceny nie traktuję jak miejsca pracy. Dla mnie to przede wszystkim źródło spełnienia i realizacji pasji, która rodziła się we mnie przez długie lata. Niestety jest to również bardzo niepewne źródło utrzymania. Zarobek uzależniony jest od liczby sprzedanych spektakli, a widzowie nie zawsze są gotowi na wydawanie pieniędzy na rozrywkę. Oczywiście są też inne, ciemniejsze strony tego zawodu – bez względu na przemęczenie, choroby gardła czy trudne stany psychofizyczne, trzeba występować z tą samą siłą i energią, przy założeniu, że widz obejrzy nas tylko raz – wyłącznie w kontekście danego spektaklu i nie interesują go nasze osobiste dramaty. Chyba takie "wyłączenie prywaty" na czas spektaklu to najtrudniejszy aspekt emocjonalny tej profesji.

S.C.: Życie artysty jak sam wielokrotnie powtarzałeś to ciężka praca i ciągła dyspozycyjność. Jak ty znajdujesz jeszcze czas i chęć na naukę języków? To wymaga ogromnej cierpliwości i czasu. Czy jest w tym jakiś ukryty cel?

J.G.: Absolutnie nie. Wiele decyzji w życiu podejmuję spontanicznie. Co więcej, jeśli coś sprawia mi przyjemność i satysfakcję, nie czuję potrzeby zastanawiania się nad tym, czy to ma jakiś głębszy sens. Wiem jedno – żadna chwila poświęcona na naukę języków nie jest chwilą straconą. A języki traktuję jako hobby. Wygospodarowywanie czasu na oddawanie się pasjom nie wymaga ode mnie zbyt wielu wyrzeczeń. Niestety, ostatnimi czasy zbyt napięty grafik faktycznie uniemożliwia mi regularną pielęgnację umiejętności językowych i to trochę boli. Warto tutaj również wspomnieć o kilku wydarzeniach, które poniekąd połączyły moje oba ulubione zajęcia (śpiew i naukę języków). Mianowicie, dzięki znajomości francuskiego z dnia na dzień zrobiłem zastępstwo za koleżankę w piosence Edith Piaf, a ostatnio język niemiecki pozwolił mi (po tygodniowym przygotowaniu) zagrać w Stuttgarcie rolę Ernsta Lubitscha na pokazie „Polity”. Więc jak widać, nigdy nie wiadomo, kiedy pielęgnowane przez nas pasje przydadzą się w praktyce.

S.C.: Gratuluję – ciężka praca zawsze przynosi efekty. A jak wyglądają twoje przygotowania do spektaklu. Czy masz jakieś rytuały?

J.G.: Mam parę czynności, które przynoszą mi trochę spokoju psychicznego przed występem. Jeśli danego dnia gramy spektakl wymagający wielu szybkich przebiórek, znajduję strategiczne, dobrze dostępne miejsce za kulisami, w które znoszę wszystkie potrzebne kostiumy. Wbrew pozorom, gwałtowna zmiana kostiumu między piosenkami jest całkiem stresująca. Muszę też niekiedy powtórzyć newralgiczne partie tekstu, a także zjeść coś lekkiego, żeby nie grać z pustym żołądkiem, jednocześnie nie będąc przeżartym. Może to brzmi dziwnie, ale czasem w ferworze prób zapominamy o jedzeniu – dopiero sobie uświadamiamy, że nam słabo z głodu, gdy jest już za późno i spektakl jest w toku. Nie można dopuszczać do takich sytuacji. Praca na scenie wymaga dużych zasobów energii w organizmie, więc odżywianie i wcześniejszy odpoczynek są niezbędne.


S.C.: „Metro”, „Romeo i Julia”, „Polita”, „Karuzela Marzeń” i inne spektakle, w których występowałeś są bardzo znane w Polsce, a Metro" to już niemal legenda. Który z nich przyniósł ci największą frajdę, a który był najtrudniejszy do zagrania?

J.G.: To trudne pytanie. Teatr Studio Buffo jest bardzo eklektyczny jeśli chodzi o dobór repertuaru i stylistyki. Gramy jednocześnie kilkanaście rodzajów spektakli w trzech ogólnych kierunkach: typowego musicalu, spektaklu muzycznego oraz tradycyjnego koncertu. Każdy rodzaj występu niesie ze sobą inne wyzwania i narzuca odmienny charakter przekazu. Ja osobiście najbardziej cieszę się właśnie z tej różnorodności. Co miesiąc musimy tak wiele razy zmieniać wcielenia, że nie zdążamy przesycić się żadnym z nich. Co więcej, niekiedy w danym secie następuje rotacja ról, więc gramy z dnia na dzień inne postaci w tej samej sztuce. Te wszystkie elementy wprowadzają niesamowity powiew świeżości. Mimo już dość długiego stażu w teatrze – zupełnie się nie nudzę. A w kwestii konkretnych spektakli – „główniak” w „Metrze” był oczywiście dla mnie największym zaskoczeniem, wyzwaniem i nobilitacją – szczególnie, że jeszcze będąc w podstawówce widziałem tę sztukę w oryginalnym składzie. Jak grom z jasnego nieba spadło na mnie również zadanie przygotowania wspomnianej już głównej męskiej roli po niemiecku w ramach wyjazdu z „Politą”. Mam też kilka wielkich songów do zaśpiewania w kontekście wieczorów tematycznych („Bohemian”, „Cathedrales”). A która rola ostatnio wiąże się dla mnie z największymi emocjami? Tu nie mam wątpliwości – będzie nią Wermut – jednooki pirat z Piotrusia Pana. To jedynie mała rólka, ale inna niż wszystkie, a do tego bogata w dość ekstremalne dla mnie zadania sceniczne, charakteryzację i pracę z nietypowymi rekwizytami. W każdym razie, ostro przyspiesza mi rytm serca. Co więcej, warto wspomnieć, że tematyka piracka fascynowała mnie od zawsze.

S.C.: Pracujesz dla telewizji i w teatrze. Która opcja najbardziej ci odpowiada i dlaczego?

J.G.: Na co dzień przede wszystkim pracuję w teatrze – niekiedy nawet 30 dni w miesiącu. Czasem zdarza się również, że pojawię się na małym ekranie (The Voice of Poland, Przebojowa Noc, Złota Sobota, Jaka to Melodia, dubbing czy reklama), ale traktuję to jako periodyczną odskocznie i urozmaicenie. Oba miejsca pracy mają oczywiście swoje przymioty i mankamenty. Na pewno z telewizją łączy się ekstremalnie długi czas oczekiwania na występ oraz ogromna, sztucznie wywindowana presja i stres w przypadku nagrań na żywo. Natomiast, ogólny zasięg i dostęp do widza jest dużo szerszy. W teatrze z kolei trafiamy do wąskiego grona odbiorców, ale za to wszystko jest bardziej organiczne i naturalne. A co najważniejsze, mamy kontakt z żywą publicznością, a tego typu interakcja jest nie do przecenienia.

S.C.: Artysta to zawód czy pasja? A może jedno i drugie. Jak to jest?

J.G.: Ja poszedłbym dużo dalej i określiłbym artystę jako człowieka poszukującego sposobów na wyrażenie siebie oraz załatanie pewnych luk w swojej własnej rzeczywistości metodami twórczymi, niedefiniowalnymi, nietypowymi i niematerialnymi. To bardziej postawa życiowa, filozofia i światopogląd. Jeśli ktoś jest artystą, posiada w sobie pewien pierwiastek niepokoju, który determinuje jego istnienie i funkcjonowanie, a zarazem prowokuje wszelką jego twórczość. Jeśli ktoś, kto uważa się za artystę, traktuje swoje zajęcie wyłącznie jako wykonywanie zawodu, z mojej perspektywy jest po prostu chałturnikiem. Pasją z kolei może być śpiew lub taniec, ale nie sam fakt bycia artystą.

S.C.: Dotychczas miałeś okazję śpiewać piosenki innych artystów przy różnych projektach. Która z nich jest Twoją ulubioną?

J.G.: W zasadzie to nawet już nie do końca jestem świadom liczby coverów, jakie mam w swoim repertuarze. Z pewnością jest ich bardzo wiele, ale cieszę się z tego. Poruszanie się w wielu językach i stylistykach innych artystów bardzo poszerza świadomość oraz pozwala na odnalezienie nowych sposobów ujścia własnych emocji.  Można powiedzieć, że dzieła innych "ubieramy" w siebie. W zależności od dnia i nastroju możemy także interpretować ten sam utwór w zupełnie inny sposób. Nie umiem powiedzieć, którą piosenkę lubię najbardziej. Wiem tylko, że te numery, za którymi pierwotnie nie przepadałem – polubiłem śpiewając je. Czemu? Nie ma nic gorszego niż słuchanie wokalisty interpretującego utwór, którego nie trawi. Wówczas po prostu nikt nie chce go słuchać.

S.C.: Współpracowałeś z uznanymi artystami polskimi, m.in.: Edyta Górniak, Katarzyna Groniec i Michał Bajor. A kto jest prywatnie twoim idolem, wzorem?

J.G.: W zasadzie to z większością powyżej wymienionych Artystów po prostu zdarzyło mi się wystąpić na jednej scenie, ale mianem "współpracy" raczej bym tego nie nazwał. Tak naprawdę dzięki The Voice of Poland najsilniejszy kontakt miałem z Edytą Górniak. Będąc w jej drużynie, mogłem bezpośrednio poznać Jej osobiste opinie i punkt widzenia na kwestie muzyczne. Bardzo się cieszę z tych doświadczeń. To niesamowicie wrażliwa artystka i od lat ogromnie mnie inspiruje. W gruncie rzeczy, to staram się czerpać z bardzo wielu wzorców, a najbliżsi memu sercu są ci Artyści scen polskich, którzy tworzą i śpiewają od wielu lat. Podziwiam ich za konsekwencję, wytrwałość i ciężką pracę. Cieszę się też niezmiernie, że dzięki mojej obecności w tej branży, często mam okazję się z Nimi zetknąć bezpośrednio na scenie.

S.C.: Piszesz i komponujesz też swoje piosenki. Można już kilku w sieci posłuchać. Kiedy fani będą mogli się spodziewać płyty w pełni już autorskiej? Co chciałbyś na niej zaprezentować?

J.G.: Możliwość tworzenia to chyba najważniejszy aspekt bycia artystą. Cieszę się bardzo, że technologia w dzisiejszych czasach pozwala na niezależne autorskie produkcje tego typu. Jeszcze na początku mojej drogi artystycznej nie było to możliwe. A teraz – proszę! Mam już 9 własnych piosenek wraz z klipami i 10 w drodze. Można w zasadzie powiedzieć, że już cała moja autorska płyta krąży "w kawałkach" po YouTube. Nie czuję na razie potrzeby, żeby sklejać to wszystko w jeden krążek. Każdy z utworów traktuję indywidualnie, od koncepcji, przez proces twórczy aż do realizacji obrazu. Jedynym punktem łączącym poszczególne produkcje jestem ja - autor tekstów i melodii, pomysłodawca koncepcji teledysku oraz wykonawca. Stylistycznie, językowo i realizacyjnie, każdy utwór to kompletnie inna bajka i można powiedzieć, że osobny projekt (obrazki nagrywane są w różnymi sposobami - aparatem, komórką lub profesjonalną kamerą, prezentowane w czerni i bieli bądź w kolorze, niekiedy bardzo odstają od siebie klimatem, podejściem do tematu, formą przekazu, a nawet językiem w którym są śpiewane - prócz polskiego pojawia się też niemiecki, hiszpański i angielski).
Dokładnie taki jest mój zamysł. Poszczególne kawałki demaskują poniekąd różne aspekty mojej osobowości, rozmaite okresy w moim życiu i priorytety. To swoisty zabieg artystyczny, który w gruncie rzeczy wymaga dość zaangażowanego odbiorcy, aby móc być w pełni zrozumianym. W dzisiejszych czasach ciężko komercyjnie sprzedać taką formę wyrazu. Co więcej, nie oszukujmy się, wytwórnia wchodzi w każdy etap procesu tworzenia, nie mówiąc już o manipulacji wizerunkiem artysty. Ja moje wytwory traktuje jako przejaw własnych, intymnych potrzeb artystycznych i dla mnie na tym etapie i z tym materiałem, jedynym akceptowalnym kierunkiem działania jest obranie niezależnej ścieżki. Ale, oczywiście, nie wykluczam wydania pewnego dnia drogą alternatywną całego materiału w formie płyty. Wszystko zależy od słuchaczy. Jeśli zobaczę, że jest taka potrzeba, czemu nie?


S.C.: Zamierzasz się spełniać jako wokalista a nie „tylko” aktor musicalowy. Jaka według ciebie jest różnica między tymi dwiema profesjami? Czy ty ją jakoś specjalnie odczuwasz?

J.G.: Ja przede wszystkim jestem wokalistą. Uczyłem się śpiewu w szkole, w której dominował jazz, a fakt, że gram również w musicalach jest w zasadzie konsekwencją bycia zatrudnionym w teatrze muzycznym. Nie będę ukrywać, że forma musicalu pierwotnie jakoś szczególnie mnie nie pociągała. Dziś, co prawda, bardzo ją lubię, ale nadal nie fascynują mnie na przykład musicale broadwayowskie i nie znam, ani nie słucham piosenek z nich pochodzących. Jest znaczna różnica między wokalistą, a aktorem musicalowym. Głównie mam tu na myśli formę i sposób śpiewania. Estrada rządzi się nieco innymi prawami niż scena teatralna, a w utworach pochodzących z musicalu dominują długie dźwięki i wyraźna aktorska interpretacja. Myślę, że – ze względu na rozmaity charakter spektakli prezentowanych w Buffo (gramy przecież zarówno koncerty, jak i musicale) – ja stylistycznie klasyfikuję się gdzieś pomiędzy tymi dwoma kierunkami, ale – jak wspominałem – w duszy jestem bardziej wokalistą niż aktorem.

S.C.: Kiedy i gdzie widzowie będą mogli cię posłuchać w najbliższym czasie?

J.G.: Gram we wszystkich spektaklach reżyserowanych przez Janusza Józefowicza w Teatrze Studio Buffo w Warszawie. Możecie mnie tam spotkać niemalże codziennie. W tym momencie w repertuarze mamy kilkanaście tytułów (Metro, Romeo i Julia, Polita, Piotruś Pan, Tyle Miłości, Ukochany Kraj, Hity Buffo oraz Wieczory - Bałkański, Rosyjski 1 i 2, Francuski, Włoski, Latynoski), a – niezależnie od teatru – grywam czasem na zlecenie w knajpach z pianistą lub całym zespołem (jeśli nie jest to impreza zamknięta – informuję o wszystkim na moim Facebookowym profilu). Natomiast, w najbliższym czasie wraz z zespołem Buffo będę brał udział w Nocy Sylwestrowej w Hotelu Hilton Double Tree w Wawrze i jest to impreza biletowana, więc zapraszam! Będzie się można na nas napatrzeć i nasłuchać do woli, bo – według planów – mamy grać w sumie przez 7 h! A tymczasem Wesołych Świąt!

S.C.: My również życzymy wesołych świąt i pełnego sukcesów 2016 roku. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła


Publikacja objęta jest prawem autorskim. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i rozpowszechnianie tylko i wyłącznie za zgodą Autorki niniejszego bloga.
Udostępnij na Google Plus

About Sylwia Cegieła

Sylwia Cegieła - z zamiłowania dziennikarka, marketingowieć i PR-owiec w jednym.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

15 komentarzy:

  1. Z przyjemnością i zaciekawieniem poczytałam do kawy. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. WOW to taka przyjemność dla osoby przeprowadzającej wywiad, gdy na swoje pytania otrzymuje takie fajne długie odpowiedzi :) Fajnie, że udało Wam się porozmawiać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, nie spodziewałam się, że te odpowiedzi będą aż tak fajne... Artysta się postarał, chociaż pytań było sporo :D

      Usuń
  3. Wspaniały rozmówca musi być z Jerzego :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow, obszerny ten wywiad :). Dawno nie czytałam takiego inspirującego wywiadu :).

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo ciekawy wywiad przeprowadziłaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ślicznie i zapraszam też do lektury innych wywiadów :)

      Usuń
  6. świetny wywiad ;D bardzo fajnie prowadzony, miło się czytało.

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo wyczerpujący wywiad, czytałam z przyjemnością :)

    OdpowiedzUsuń