"Muzyka to spontan i improwizacja" – wywiad z zespołem Kruk


Kruk – zespół, który lubi śpiewać o miłości w sposób niebanalny. Mają na swoim koncie występy u boku gwiazd, czego dowodem są na przykład słowa uznania samego Carlosa Santany skierowane w kierunku ich muzyki. W ich słowach słychać pasją oraz zaangażowanie w to, co robią. Zachęcam do przeczytania rozmowy z Piotrem Brzychcym – gitarzystą grupy.

Sylwia Cegieła: Początki waszej działalności sięgają 2001 roku. Czy pamiętacie, jak to się wszystko zaczęło?

Piotr Brzychcy: Z założeniem zespołu grającego prawdziwego rocka nosiłem się chyba już od kołyski (śmiech). Tak! Naprawdę wcześnie zacząłem. Już mając te kilka lat udawałem Hendrixa i chciałem mieć własny zespół i tak wymiatać na gitarze jak on. Trzeba było jednak czekać, uśpić marzenia i uaktywnić je we właściwym momencie. Za moment pełnej aktywacji marzeń podałbym ten czas, kiedy poznałem znakomitego hammondzistę – Krzyśka Walczyka. Krzysiek był jednak na początku nieosiągalny i moja propozycja wspólnego grania (pewnie jedna z wielu, jakie dostawał) nie przyniosła oczekiwanego efektu. Miało to miejsce jesienią 2000 roku. Niecały roku później, bo w czerwcu 2001 roku, moje i Krzyśka drogi na nowo się skrzyżowały. Okazało się, że razem jedziemy na koncert Glena Hughesa do Warszawy. Po wielogodzinnych dyskusjach na temat muzyki, upodobań, wzajemnych wizji i chęci doszliśmy do wspólnego wniosku, że trzeba spróbować. Musiały minąć jednak wakacje, żebyśmy spotkali się na pierwszej próbie. Ta próba była jak grom z jasnego nieba. Połączyła nas muzycznie i nie tylko na lata.


S.C.: Czym charakteryzuje się wasza muzyka?

P.B.: Dobre pytanie! Naszą muzykę opisują następujące określenia: spontan, improwizacja, nieobliczalność, totalny żywioł, unikanie wszelkiej maści receptur i zasad, otwartość oraz solidność. Oczywiście, tych określeń znalazłbym więcej, ale nie w tym rzecz. Jednak już te określenia pozwalają nakreślić taki dosyć wyraźny obraz tej naszej muzyki. Dziś wszyscy kierują się trendami, modą i tym, co jest na tak zwanym topie. Wykonawcy przedkładają swoją twórczość ponad chęć zaistnienia. Z naszą muzyką jest inaczej. Uwielbiamy poklask, rozpoznawalność, pochwały i inne łechczące nasze ego sytuacje, ale na piedestale chwały jest zawsze muzyka. To ona jest najważniejsza i stanowi przy tym źródło naszej największej radości. Nie wyobrażam sobie grać jakieś popłuczyny i mieć radość np. z tego, że częściej pojawiam się w radio czy TV albo, że zwyczajnie mam więcej fanów. Tworzymy muzykę. Ona daje nam radość – poniekąd nami rządzi, nie zamykamy jej, ani ona nas, w żadne szufladki. Oczywiście, ktoś zaraz zakrzyknie, sami się szufladkujecie, pędząc śladem tych wszystkich dawnych zespołów spod znaku rocka i hard rocka. Wtedy trzeba mu będzie przyznać rację, gdyż w jakimś tam sensie ta nasza muzyka nutą klasycznego rocka jest napiętnowana. Wyznajemy też zasadę, że muzyka w pierwszej kolejności jest sztuką, a dopiero dalej rozrywką, a nie odwrotnie, jak to jest dziś powszechnie już uznawane wśród ludzi, a w samej branży jest wręcz koniecznością. Oczywiście, czy nasza muzyka ociera się o sztukę czy nie decyduje odbiorca. Miłe jest, gdy konstruktywnie krytykuje, gdy się rozpływa w zachwytach, a nawet gdy nie przypadnie mu do gustu i powie o tym szczerze.


S.C.: Wasza twórczość zyskała uznanie też zagranicą. Czy to jest wasz główny cel?

P.B.: Tak, każda płyta została wielokrotnie recenzowana poza granicami naszego kraju. Sprzedajemy tam też sporo płyt i mamy swoich fanów. To jednak w ogóle nie było naszym celem. Tak się po prostu stało. Wytwórnia sama o to zadbała, a że muzyka się spodobała też poza Polską to efekt jest taki, że dostaliśmy niezwykle pozytywny bonus dołączony naszej przygody tu w Polsce. Rzecz jasna, że jak już popełnione zostały pierwsze zagraniczne recenzje naszej debiutanckiej płyty ‘Before He’ll Kill You’ to dostaliśmy apatytu na to, żeby i tam się działo. Gdyby udało się kiedyś zrobić coś więcej za granicą, koncertować po różnych krajach, docierać do ludzi różnych narodowości, oczywiście, bylibyśmy przeszczęśliwi. Czas zaskakiwał nas już wiele razy, więc i tym razem niech się dzieje spontanicznie, a my będziemy pomagać, tworząc szczerą muzykę płynącą prosto z serc.


S.C.: Największy sukces zespołu to…

P.B.: Największy sukces zespołu to… sam zespół. Fakt, że egzystuje, wydaje płyty, ma swoich sympatyków, daje i nam i im sporo radości. Myślę, że to jest największym sukcesem. To, że tworzymy pewnego rodzaju rodzinkę. Nie ma żadnego podziału. Nasi fani to część zespołu. Dlatego też bardzo często słuchamy ich rad. Przenosimy ich opinie na nasze wewnętrzne dyskusje i – co najważniejsze – uwielbiamy się z nimi spotykać. Bez zbędnej kurtuazji i ściemy. To właśnie uważam za największy sukces zespołu Kruk. Czasem ludzie pytają, dlaczego nie walczysz o to, żeby z tym Krukiem wyfrunąć wyżej i dalej. Wtedy uświadamiam sobie, że moje mega parcie na działania miało miejsce, gdy chciałem, żeby ten zespół został godnie doceniony i uszanowany przez ludzi, którzy teraz przy nas są. Myślę, że jest we mnie swego rodzaju obawa, że – gdybyśmy wyfrunęli wyżej – straciłaby się ta radość z budowania po cegiełce, z tworzenia tej rodzinki, że te jakże istotne elementy mogłyby się rozmyć.

S.C.: Graliście trasę koncertową u boku Debbie Davies. Jak do tego doszło?

P.B.: Debbie była w 2008 roku jedną z gwiazd Rawy Blues. Tak jej się tu u nas spodobało, że postanowiła wrócić po kilku latach na trasę koncertową. Poprosiła organizatora o zespół, który z nią zagra i wybrała nas. To były niezwykłe chwile, gdyż Debbie jest wybitną artystką, świetną wokalistką i rewelacyjną gitarzystką. Usłyszeliśmy od niej i od jej zespołu wiele pozytywnych słów na temat naszej twórczości i formy scenicznej. Graliśmy wtedy po raz pierwszy półakustycznie. Chętnie powtórzyłbym taką sytuację.


S.C.: Kiedy nastąpił moment przełomowy w funkcjonowaniu zespołu?

P.B.: Było kilka takich momentów. Już pierwszy koncert Kruka w Czeladzi pokazał, że coś z tego będzie i wzbudził zaciekawienie wśród ludzi. Mam ten koncert zarejestrowany na kasecie VHS i nie ma wątpliwości, że to był mocny punkt w historii Kruka. Drugi niezwykle istotny moment to wspólna płyta "Memories" z Grzegorzem Kupczykiem. To dzięki tej płycie usłyszała o nas cała Polska, pojawiło się zainteresowanie mediów. Tak… nigdy nie zapomnę tego Grzegorzowi… Kocham go za to (śmiech).
Później były dwa takie momenty osadzone na osi czasu bardzo blisko siebie. Pierwszy miał miejsce tuż po nagraniu albumu debiutanckiego, w który to do końca nie wierzyłem. Wysłałem wtedy Darkowi Świtale – redaktorowi naczelnemu magazynowi „Metal Hammer” – nasz utwór pt. „Kameleon”. Nie było odpowiedzi. Po czym, jakieś 3 godziny później zobaczyłem u niego opis na GG ‘KRUK!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!’. Pomyślałem, chyba mu się spodobał, a on odpisał: „Piotrku, „Kameleon” masakruje. Byłem zajęty nie miałem jak odpisać. Wyślij mi cały album”. Nie znaliśmy się wtedy w ogóle, więc za muzykę dostaliśmy na dzień dobry status płyty miesiąca i wspaniałe słowa w recenzji „Metal Hammera”. Chwilę później to Darek polecił nas zespołowi UFO i dzięki temu – po raz pierwszy – wystąpiliśmy na tak prestiżowym koncercie. To było niesamowite. Pamiętam, jak kolega z Warszawy przesłał mi MMS-em zdjęcie z gazety wyborczej chyba, gdzie nagłówek brzmiał tak: „uczeń przerósł mistrza” i same ochy i achy na temat naszego koncertu. Wiele osób wtedy przekonało się do Kruka, do naszej twórczości. My sami nabraliśmy siły i już właściwie rozpostarliśmy skrzydła do lotu. Niezwykły czas, absolutnie przełomowy!


S.C.: O czym najchętniej śpiewacie?

P.B.: O miłości (śmiech). Nie żartuję… Taka tematyka ubrana w różne stroje daje niesamowite pole do popisu dla wyobraźni przy tworzeniu. Nie lubię oczywistych tekstów. Lubię te, które mówią o pozytywnej energii. Nakręcają optymistycznie do życia. Są podpowiedzią, jak nie pogubić się w problemach i szarości życia. Bardzo miło sam przeżywam nasze teksty z utworów pt. „Open Road” i „Wings Of Dreams”. Lubię też opowiadania o przemijaniu, ale nie posępne i ponure historie, tylko spojrzenie na życie i śmierć jako dary i etapy, które każdy z nas musi przebyć. Z taką myślą popełniłem utwór pt. „Moja Dusza”, w którym to chciałem zobrazować śmierć jako zjawisko, które może nie jest aż tak straszne, jak nam się wydaje.

S.C.: Występu pogratulował wam nawet sam Carlos Santana… Co to było za wydarzenie?

P.B.: Carlos Santana był na koncercie Kruka (śmiech). Wiem, brzmi to abstrakcyjnie, ale w pewnym sensie tak właśnie było. Podczas koncertu w Dolinie Charlotty mieliśmy okazję poprzedzać koncert Carlosa Santany. Tak się wspaniale przytrafiło, że Carlos podczas naszego występu przebywał w hotelu tuż obok Amfiteatru. To była naprawdę niesamowita przygoda, widząc, jak schodzi do nas, do sceny i co chwilkę przystaje z uśmiechem i pokazuje publiczności skupionej na nim żeby patrzyli na scenę. W końcu sam wszedł do nas na scenę i nigdy nie zapomnę przewspaniałych słów, jakimi mnie uraczył, ściskając moją dłoń. Po takich słowach pochwały od mistrza gitary nie potrafiłem się otrząsnąć. Łzy same spływały po policzkach, a nogi miękły w kolanach. Nieprawdopodobna historia. Carlos wysłuchał nasz cały koncert i poprosił o bis! Później, po swoim koncercie, sam nas odnalazł i jeszcze raz wyraził bardzo pozytywną opinię na temat naszego koncertu i mojej gitary. Nigdy tego nie zapomnę. W nocy menadżer Santany powiedział, że byliśmy jednym z najlepszych zespołów supportujących artystę na tej trasie koncertowej i zrobiliśmy na muzykach bardzo dobre wrażenie.


S.C.: Graliście koncerty na tej samej scenie z Deep Purple czy Debbie Davis i wspomnianego Carlosa Santany. U boku jakich gwiazd marzy wam się jeszcze zagrać koncerty?

P.B.: Granie u boku Deep Purple było spełnieniem marzeń. Nam udało się spełnić to marzenie aż trzy razy. Niesamowite jest to, że od dziecka obserwujesz ten zespół. Interesujesz się jego historią. Kochasz muzykę, którą tworzy, a muzycy są dla ciebie niczym bohaterowie i… nagle stajesz z nimi na tej samej scenie. Obcujesz w garderobie i jeszcze do tego oni po koncercie chwalą cię za występ. Myślę, że gdyby był opcja to z największą radością zagrałbym przed Led Zeppelin, ale – jak doskonale wiemy – to praktycznie niemożliwe. Choć... Z doświadczenia wiem, że niemożliwe staje się możliwym, kiedy się tylko czegoś bardzo pragnie i nie traci nadziei.


S.C.: Wszystko to pięknie brzmi. Gdzie będzie was można usłyszeć w najbliższym czasie?

P.B.: W najbliższym czasie, czyli w sobotę, zagramy w Piekarach Śląskich w kultowe "Andaluzji". Grało tam wiele legendarnych formacji. Wielu wspaniałych muzyków przewinęło się przez deski sceny Andaluzji. My graliśmy tam już raz i jest coś magicznego w tym miejscu, dlatego serdecznie zapraszamy. Zagramy też 16 kwietnia w Świebodzicach na Rock Feście obok naprawdę fajnych zespołu oraz w Terespolu 31 lipca. Nie mogę też doczekać się koncertu w Libercu, w Czechach. Wracamy tam po niezwykle udanym koncercie, jaki zagraliśmy w zeszłym roku. Organizator nie miał wątpliwości, że musimy zagrać znów, a my – biorąc pod uwagę wszystkie pozytywne wspomnienia i okoliczności przyrody – już tym dniem żyjemy. Warto też odwiedzać naszą stronę internetową i zakładkę „Koncerty”, gdyż na bieżąco aktualizujemy informacje związane z tym, gdzie znów przyfruniemy.

S.C.: Dziękuję za niezwykłą i pełną pasji opowieść o waszej historii. Życzę powodzenia w realizacji dalszych planów i tych małych i tych dużych.

P.B.: Dzięki za rozmowę. Pozdrowionka.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła


Publikacja objęta jest prawem autorskim. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i rozpowszechnianie tylko i wyłącznie za zgodą Autorki niniejszego bloga.
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

6 komentarzy:

  1. Niestety nigdy nie słyszałam, o tym zespole, a szkoda. Bo zazwyczaj jest tak, że te nieznane grupy mają fantastyczne teksty a koncerty są prawdziwym przeżyciem, ale w dobie dzisiejszych mediów, ciężko jest się przebić. A na co dzień słyszymy w radio "lalala" i "oooo" proste rymy i teksty bez sensu. A szkoda.

    OdpowiedzUsuń
  2. Można ich gdzieś posłuchać ? YouTube ?? Pozdrawiam ! Miłego dnia :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dokładnie mam to samo pytanie co poprzedniczka. Szkoda, że nie dodajesz filmików z muzyką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spełnię Waszą prośbę i od poniedziałku zaczną się pojawiać fiolmiki z YT :)

      Usuń
  4. Nigdy nie słyszałam o tym zespole, a szkoda, bo brzmi całkiem ciekawie ;)

    OdpowiedzUsuń