W pogoni za „Marzeniem”. Rozmowa z Arturem Dziurmanem

Artur Dziurman – aktor telewizyjny i teatralny, reżyser i scenarzysta. Dubbinguje, gra w serialach oraz w filmach. Uznawany jest przez wielu za etatowy „czarny charakter” polskiego kina. Nie wszyscy jednak wiedzą, że – w ramach Stowarzyszenia „Scena Moliera” oraz Integracyjnego Teatru Aktora Niewidomego (ITAN) – już od 15 lat zajmuje się również pracą z niewidomymi aktorami. Tworzy z nimi przedstawienia, które grają w różnych zakątkach Polski. Ostatnio zrobili również razem film pt. „Marzenie” opowiadający o ich zmaganiach z rzeczywistością w walce o własną siedzibę i sens istnienia. Zapraszam na niezwykłą rozmowę o ludzkich losach i rzeczach z pozoru błahych, ale jednak trudnych do ogarnięcia.
 
Fot. Marcin Gazda "Nasze Sprawy"
Sylwia Cegieła: Skąd pomysł na uruchomienie ITAN-u? Kiedy się to zaczęło?

Artur Dziurman: Zaczęło się to bardzo dawno temu – w roku 2000, kiedy budowałem centrum kulinarno-artystyczne w środku miasta na Szewskiej 4 – 50 metrów od Rynku. Za duże kredyty i dzięki sponsorom udało się od władz wydzierżawić gotycko-renesansową piwnicę. Panował w niej ogromny bałagan. Na 300 m2 nie było w ogóle wolnego pomieszczenia, wolnej przestrzeni. My z kolegą próbowaliśmy to wszystko zaadaptować. Remont trwał ponad 2,5 roku. Był to nie tyle remont, ile cała budowa, ponieważ to bardzo stary zabytkowy budynek wpisany w Rejestr Zabytków, więc istniało zagrożenie upadku kamienicy. Od tego czasu zaczęła się era powstania teatru integracyjnego.
Mój kolega, Wojciech Tatarczuk, który poruszał się na wózku inwalidzkim – prawy człowiek, wymyślił sobie w 1998 roku, że zrobi ze mną pierwszą w Polsce profesjonalną scenę teatralną dla osób niepełnosprawnych z różnymi dysfunkcjami. Wszystko po to, aby próbować tych ludzi aktywizować i współpracować z nimi na płaszczyźnie artystycznej, a szczególnie – w naszym wypadku – teatralnej. Dokończyliśmy sprawę remontu, ale w trakcie tego wszystkiego, Wojtek zmarł i zostałem z tym wszystkim sam. Próbując spłacać wszystkie kredyty i należności, których było wtedy mnóstwo, miałem ciągle gdzieś ideę, żeby ten zamysł jednak – w hołdzie jemu – uruchomić. Na tej scenie odbywały się różnego rodzaju działania związane z teatrem impresaryjnym. Występowały gwiazdy mniejsze czy większe. Organizowaliśmy wernisaże, teatr jednego aktora, dwu-, trzyosobowe sztuki. Wszyscy przyjeżdżali z całej Polski, aby tę scenę jakoś wypromować w hołdzie Wojtkowi. W 2002, 2003 roku otworzyła się „furtka” związana z Unią Europejską, czyli ze wszystkimi grantami.
Mieliśmy w tym czasie powołane Stowarzyszenie „Sceny Moliera” z różnymi formami. Wojtek jeszcze wtedy – przed śmiercią – pomagał stworzyć statut, żeby był bardzo prospołeczny i integracyjny, nie umniejszając jednocześnie wszystkim formom artystycznych, które w to wchodzą. Stowarzyszenie „Scena Moliera” dopiero wtedy zaczęła funkcjonować z unijnych środków. Pisaliśmy powoli granty. Pierwszym z nich, który napisaliśmy w ramach Stowarzyszenia, był to grant, w którym wymogiem było zaangażowanie osób niewidomych, z których należało przez rok zrobić aktorów, czyli zrobić z nimi krótką szkołę przygotowawczą, po czym wystawić sztukę i zatrudnić te osoby przez 6 miesięcy od zakończenia projektu, czyli po prostu aktywizować aktorsko. Należało więc, najzwyczajniej mówiąc, grać jak najwięcej przedstawień.


S.C.: Pierwsza sztuka, którą zagraliście.

A.Dz.: Pierwsza sztuka, jaką wystawiliśmy był spektakl pt. „Dzikie łabędzie”. Wyreżyserowałem te przedstawienie. Brało w nim udział 18 aktorów niewidomych. Cały projekt obejmował 30 osób, które bardzo czynnie uczestniczyły w naszych warsztatach, w szkoleniu, w przyuczaniu się do zawodu. Z resztą, zajęcia prowadzili moi koledzy z Akademii Teatralnej z Krakowa i aktorzy z Warszawy. Tak naprawdę, stworzyliśmy fajną integracyjną szkołę.
Z tą sztuką było ogromny problem, bo trzeba było przejść przez te struktury administracyjne, przez rozliczenie tego projektu, bo wszystko musiało się zgadzać co do grosika, a to jest dla artystów ogromne wyzwanie. Oczywiście, mieliśmy swoją księgową i koordynatora projektu, ale za wszystko odpowiadałem ja. Uczestniczyłem w tym bardzo emocjonalnie i artystycznie. Reżyserowałem, pisałem sztukę i uczyłem tych ludzi poruszania się na scenie.

S.C.: W tej sztuce pojawiła się muzyka Jean Michela Jarre’a. Jak do tego doszło?

A.Dz.: Bardzo pięknie zachował się Jean Michel Jarre, ponieważ wymyśliłem sobie jego muzykę jako oprawę całego spektaklu. Później się okazało, że należało napisać do producenta płyty, od którego dostaliśmy odpowiedź, że trzeba zapytać o zgodę managera Jarre’a, więc napisaliśmy i otrzymaliśmy zgodę całkiem za darmo. Mogliśmy teraz swobodnie grać na terenie całej Polski. Wystawiliśmy „Dzikie łabędzie” ponad 60 razy przez 2 lata. To był nasz pierwszy większy sukces, a jednocześnie wielki sukces tych aktorów. Oni absolutnie zostali w tym i chcieli w dalszym ciągu grać.

S.C.: A co było potem?

A.Dz.: Kolejnym etapem było zarejestrowanie Integracyjnego Teatru Aktora Niewidomego. W latach 2005-2007 pisaliśmy, oczywiście, wnioski, ale były one raz odrzucane ze względów merytorycznych, innym razem udało nam się jakiś mniejszy projekt realizować. Wcześniejsza, 18-osobowa grupa zmniejszyła się do 12 aktorów, którzy grali cały czas. Jednocześnie bez przerwy ktoś nowy do nas dochodził.
Bardzo fajnie to się zaczęło wszystko kręcić, więc po 2-3 latach postanowiliśmy napisać podobny projekt. Wystawiliśmy sztukę pt. „Brata naszego Boga” Karola Wojtyły  w hołdzie Papieżowi Janowi Pawłowi II. Zrobiłem adaptację i zaangażowaliśmy trójkę aktorów zawodowych: Magdę Sokołowską, Iwonę Chamielec oraz Maćka Jackowskiego, żeby podnieśli rangę przedstawienie oraz 18 aktorów niewidomych. Teraz na stałe pracuje z nami 12 aktorów niewidomych i oni stanowią trzon do dnia dzisiejszego. W tej chwili datujemy 15-lecie obecności z nimi. „Brata naszego Boga” gramy do dnia dzisiejszego. Daliśmy już 150 przedstawień w całej Polsce. Byliśmy na festiwalu w Wiedniu i w Zagrzebiu.

Fot. Marcin Gazda "Nasze Sprawy"
S.C.: Jak wyglądają te przedstawienia?

A.Dz.: Każde przestawienie, w mojej koncepcji, jest dość skomplikowane, ponieważ wszystko opiera się na przenikaniu filmu z teatrem, przenikaniu multimediów z teatrem. Jest scena filmowa nagrana z aktorami, która za chwileczkę się kończy, potem – za pomocą efektu przyciemnienia – wchodzimy w światła sceniczne. Gramy krótką scenę teatralną, po czym, znów przechodzimy z akcją na ekran. W tych przestawieniach daję bardzo dużo własnej inwencji twórczej. Muszę puścić wodze wyobraźni i wymyślić trzyminutowe sceny filmowe. Wszystko okraszone jest różnorodną muzyką. Zawsze piszemy czy do Jana A. P. Kaczmarka czy Kitar lub zgłaszamy do ZAIKS-u różnego rodzaju formy muzyczne, które aktorzy wyśpiewują. Wtedy trzeba mieć zezwolenie, zgodę na prawa autorskie na tekst oraz na muzykę. 

S.C.: Gdzie ITAN ma obecnie swoją siedzibę?

A.Dz.: Zaczęły się gruntowne przygotowania, żeby zdobyć swój lokal na teatr, które trwają do dnia dzisiejszego, gdyż władze są niewzruszone. Musieliśmy opuścić poprzednią siedzibę i od pięciu lat jesteśmy w Kościele św. Stanisława Kostki w Dębnikach w Krakowie. Scena teatralna jest w podziemiach Kościoła. Dzierżawimy ją sobie na kilka dni w tygodniu. Panują w niej dość spartańskie warunki. Wszystko musimy sami układać od początku do końca.

S.C.: Jakie przedstawienia teatr ma obecnie w swoim repertuarze?

A.Dz.: Mamy obecnie 9 sztuk: „Koziołek Matołek”, „Brat naszego Boga”, „Promieniowanie ojcostwa, „Hiob”, „Kot w butach”, „Cyganeria”, „Czarna dama. Legenda”, które albo napisałem i zaadaptowałem albo wymyśliłem sam. 
Wszystkie przedstawienia są formą multimedialną, żeby były atrakcyjne dla widza. W każdym gra od 16 do 28 osób. Trzonem są, oczywiście, aktorzy niewidomi, którzy cały czas ciągną tego bohatera zbiorowego. Poszczególne role grają indywidualnie. Do każdego spektaklu – od 7, 8 lat – angażujemy aktorów z krakowskich teatrów, którzy podnoszą rangę artystyczną wydarzenia.

Fot. Marcin Gazda "Nasze Sprawy"
S.C.: Jak wygląda przygotowanie techniczne?

A.Dz.: Ja jadę z przyczepą oraz trzema chłopakami i 4-5 godzin wcześniej montujemy światło, ekran, rzutnik i dźwięk. To wszystko układamy. Tworzymy scenografię. Po czym, cztery godziny przed przedstawieniem, przyjeżdżają aktorzy niewidomi i zawodowi 21-osobowym autobusikiem. Robimy z nimi próbę, żeby mogli topograficznie znaleźć się na tej scenie. Spektakl gramy o 18 czy 19 godzinie. Po nim trzeba wszystko zdemontować, a potem załadować na przyczepę, co zajmuje 3 godziny. Wracamy do Krakowa. Wszystko działa na zasadzie jeżdżącej molierowskiej trupy.

S.C.: Czego potrzebuje teatr?

A.Dz.: Potrzebujemy teatru i kilku etatów (prąd, gaz, wodę telefon, faks, Internet, telefon i czynsz), abyśmy mogli zaangażować ludzi, którzy to wszystko rozpropagują, zajmą się promocją, sprzedażą biletów i naszą obecnością na festiwalach. Musimy zatrudnić ludzi zdrowych, żeby w tym wszystkim nam pomagali. Współpracujemy z: gimnazjalistami, licealistami – to kilkusetosobowa grupa, która współpracuje z nami przy różnych przedstawieniach; ok. 40 seniorów w ramach polityki senioralnej (byli oni też statystami w naszym filmie pt. „Marzenie”).
Wszystko po to, żeby to, co robimy nabrało wymiaru profesjonalnego teatru. Danuta Damek, która też ma dysfunkcje wzroku, jednocześnie jest aktorką w naszym teatrze i koordynatorką projektów, które sama pisze. Dzięki niej, wraz z moją skromną pomocą, te pomysły ciągle realizujemy. Mamy dwie organizacje pozarządowe („Scena Moliera”, ITAN), dlatego możemy złożyć więcej wniosków. Żal wielki, że nie mamy swojego teatru – tych 300-400 m2 swojej sceny na 100 osób. Mamy swój sprzęt, swoje reflektory, kable, ekran. To wszystko jest pozyskane z środków unijnych. Część mamy jeszcze z dawnego Stowarzyszenia „Scena Moliera”, które wcześniej zakupiło to wszystko dzięki sponsorom i darczyńcom. Projekty, które obecnie piszemy, kładą głównie nacisk na sprzęt techniczny: reflektory, rzutnik czy komputer. 

Fot. Marcin Gazda "Nasze Sprawy"
S.C.: Co na te działania mówią władze?

A.Dz.: Jesteśmy pierwszym działającym od 15 lat tego rodzaju teatrem. Nikt nie powiela takiej prospołecznej, integracyjnej i nie daje takiej dobrej energii w teatrze, jaką my zapoczątkowaliśmy. Wszyscy, zarówno minister jeden, minister drugi, wojewoda czy marszałek, a nawet prezydent są bardzo „za”. Klepią nas po ramieniu, mówiąc „świetna idea, piszcie sobie granty”, itp., ale cóż z tego, jak nie mamy gdzie grać. Myśmy pięć lat chodzili do PO-wców, marszałków, ministra kultury, nie mówiąc już o władzach samorządowych. Zmieniła się opcja, to ja znowu monitowałem i cisza. Te spotkania odbyliśmy w połowie lutego, na początku marca i do tej pory – cisza.

S.C.: W jaki sposób zgłaszają się do teatru kandydaci na aktorów?

A.Dz.: Jak mamy projekt, to wrzucamy informacje do Internetu, na naszą stronę – www.itan.pl, która jest bardzo często odwiedzana. Drukujemy plakaty, ulotki, afisze, banery. Staramy się jakieś radio lokalne zainteresować, żeby były audycje z naszymi aktorami. Po tygodniu takiej kampanii jest odzew. Ludzie zaczynają dzwonić, przychodzić. Organizujemy spotkania z nimi na zasadzie castingów. Staramy się wybrać najlepszych pod względem aktorskim, ale jeśli chcą wziąć udział wszyscy, to zaangażujemy całą grupę. Później, do spektaklu wybiera się tych, którzy są najbardziej zdolni. 

S.C.: Proszę opowiedzieć trochę o procesie przygotowania niewidomych kandydatów do aktorstwa?

A.Dz.: Najpierw było roczne przygotowanie aktorskie. Później zrobiliśmy dwuletnią szkołę finansowaną z środków z PFRON-u. Sami napisaliśmy na nią projekt, który wygraliśmy. W szkole było 40 godzin zajęć tygodniowo. Po tych przygotowaniach, mogę stwierdzić, że ci ludzie w tej chwili są absolutnie profesjonalnymi aktorami. Oczywiście, jak przygotowujemy kolejny spektakl – tak samo jak w innych teatrach – robimy wszystko od początku, aby dojść do odpowiedniego celu. Tak samo jest z naszymi aktorami niewidomymi, ale oni mają już odpowiedni warsztat. Wiedzą, jak chodzić po tej scenie, jak wyprowadzić gest, wypowiedzieć słowo. Oni wiedzą, co znaczy emocja, co znaczy szybciej, tempo, rytm. Świetnie się z nimi już teraz pracuje. Nie ma absolutnie taryfy ulgowej w sensie, że czegoś nie widzą czy mają problem z wyrażeniem jakiejś emocji. Oni mogą teraz po prostu grać. Chcą cały czas pracować. W wykształceniu tych ludzi pomagali profesjonalni aktorzy z Akademii Teatralnej z Krakowa, którzy bardzo chętnie udzielali wykładów, chętnie uczyli. Później, na zakończenie szkoły, był dyplom muzyczny. Ja robiłem z nimi dyplom dramatyczny ze „Ślepców” Maeterlincka.

Fot. Marcin Gazda "Nasze Sprawy"
S.C.:  Chciałam zapytać o samo przygotowanie aktorów niewidomych do sztuki. Jak to wygląda w praktyce?

A.Dz.: Na początku czytam im całość. Oni widzą to oczami wyobraźni. Robię tak od 10 lat. Zawsze czytam im wszystko łącznie z didaskaliami, ponieważ – jak adaptuję sztukę czy piszę scenariusz – piszę sobie wszystkie didaskalia, czyli jak dana scena powinna wyglądać: jak jest scena usytuowana, po której stronie wychodzą, po której wychodzą, gdzie jest ekran, światełko czy muzyka. Taka próba trwa około 4-5 godzin. Kiedy, standardowo, czytanie jednego egzemplarza trwa ok. 1.5 godziny, ja czytam to 2-3 razy. Oprócz tego, że czytam 2-3 zdania, to wszystko staram się opowiedzieć, żeby aktorzy potrafili to sobie wyobrazić. Jeżeli chcą, to jeszcze raz się spotykamy. Czytam im to wszystko wtedy jeszcze raz. Później Danka drukuje tekst ogromną czcionką dla tych słabowidzących. Dla tych, którzy nie widzą, nagrywam z akustykiem całą sztukę. Niewielu pracuje na Braille’u. Są tylko chyba dwie takie osoby, ale one też chcą tylko mieć płyty.
Jest taki Krzysiu, który każdy tekst wszystkich postaci od początku do końca zna. On jest naszym suflerem. Podpowiada wszystkim aktorom, bo cały czas jest na scenie. 

S.C.: Jak oni sami – niewidomi aktorzy – podchodzą do aktorstwa? Jak je odbierają?

A.Dz.: Aktorzy podchodzą do tego niezwykle emocjonalnie, żywiołowo. Pracować z nimi to wielka frajda, wielka przyjemność. Widzę ogromny postęp tej pracy. Po tych 10-15 latach wytężonej pracy widzę z ich strony absolutną aprobatę do stworzenia czegoś innowacyjnego. My nie jesteśmy powieleniem kolejnych teatrów instytucjonalnego w Polsce. My jesteśmy innym teatrem – prointegracyjnym, prospołecznym.

Fot. Marcin Gazda "Nasze Sprawy"
S.C.: Gdzie gracie swoje przedstawienia?

A.Dz.: Na nasze przedstawienia przychodzi nawet po 400-500 osób. Gramy wszędzie: plener, ponieważ mamy mikroporty, gramy na dużych estradach, w teatrach, w Kościołach, w domach kultury, miejskich czy gminnych centrach osiedlowych. Gramy wszędzie, gdzie się to nadarza. Okazało się, że ludzie kupują te wielkie widowiska, tę formę koncepcji teatru. Kupują tych niewidomych, ich prawdę, emocje i chęć bycia na scenie, chęć dania małego przeżycia czy refleksji wśród publiczności, która przychodzi na przedstawienie. Po tej 1,15 h widownie wstaje i bije brawo. Założyłem sobie, żeby jedno widowisko było w całości, żeby nie dzielić go przerwą, dlatego ten deadline. To jest przewidziane dla osób, którzy nie są skażone teatrem na co dzień, ponieważ ich percepcja jest ograniczona.

S.C.: Jak sami niewidomi aktorzy odbierają tę integrację artystyczną i integrację z zawodowymi aktorami? 

A.Dz.: Nie ma jakichkolwiek nieścisłości czy zgrzytów pomiędzy nimi. Powiem szczerze, że nie ma nawet różnicy w graniu. A jeżeli nie ma różnicy w graniu, to każdy jedzie na tym samym wózku i każdy dąży do celu, czyli żeby było jak najlepiej. Wręcz aktorzy zawodowi – a jest ich czasem na scenie 2-4 – pomagają aktorom niewidomym. Wspierają się w każdej sytuacji: w busie, przy śniadaniu, na scenie. Jest to fajna grupa nawzajem siebie uzupełniająca. Niektórzy z tych aktorów troszeczkę widzą, więc pomagają tym, którzy całkiem nie widzą. Jest pełna asymilacja między nimi, pewne dążenie do jednego, wspólnego celu, żeby otworzyć ten teatr wreszcie i żeby władze nasze kochane – czy to na poziomie ministerialnym czy na poziomie samorządowym – spróbowały wdrożyć ten teatr w życie i dały nam kilka etatów oraz miejsce do grania.

S.C.: Czy ci niewidomi aktorzy mają nie tylko korzyści związane z aktywizacją artystyczną ale też jakieś finansowe?

A.Dz.: Ja negocjuję bardzo twarde warunki kontraktu na każde wyjazdowe przedstawienie. Mamy profesjonalną obsługę. Płacimy za paliwo. Bus przecież nie wiezie nas za darmo. Musimy za transport zapłacić – w zależności od kilometra – 2,40 zł i nie „ma zmiłuj się”. Czasami wychodzi to 3 000 zł. Ja też wiozę przyczepę ze sprzętem, więc to wszystko są koszty. Czasami, jak zostajemy na miejscu, musimy jakiś tani hostel załatwić (50-60 zł), żeby aktorzy się przespali. Musimy im zapewnić wyżywienie. Do tego jakieś honorarium za przedstawienie. Wszystko kosztuje. Nie jeździmy aż tak strasznie często. Mamy np. 5 przedstawień w miesiącu. Nie udaje nam się zagrać 15 przedstawień, ponieważ niektórych ośrodków nie stać na nas. Oni by bardzo chcieli, ale ich nie stać na to, żeby zapłacić nam pieniądze. Dlaczego oni – aktorzy – mają zagrać za darmo? Czy oni nie jedzą? Nie korzystają z Internetu, z telefonu, z komunikacji? Czy nie płacą rachunków: gazu, prądu, czynszu? Czy oni nie muszą normalnie funkcjonować i żyć? Za darmo to niech dają władze. Zgłoście projekt i nas zaproście. Niech nam dadzą pieniądze z tego projektu. To nie będą musieli płacić ze swoich pieniędzy, bo np. mają ograniczony budżet. Wszyscy narzekają, że nie mają pieniędzy. Pieniądze państwowe pochodzą od podatników, więc powinny być spożytkowane na tego rodzaju działalność artystyczną, prospołeczną i integracyjną, a nie na pensje.

Fot. Marcin Gazda "Nasze Sprawy"
S.C.:  A inne koszty…?

A.Dz.: Ja w tej fundacji nie zarabiam, nie mam pensji. Nie jestem na etacie. Jako kierownik artystyczny doprowadzam projekt do końca i tyle. Księgowa dostaje niewielką kwotę za rozliczenie projektu, za przyjmowanie faktur, księgowanie miesięczne itp. Wielokrotnie urzędnicy cofali nam projekt z powodu drobnych błędów formalnych. To była dla nas zgroza, ponieważ wkład pracy był niewspółmierny do budżetu, jaką powinniśmy za to dostać. Swoją pracą pokazujemy, że robimy coś, co kształtuje ludzi. Nadaje ona tym ludziom sens życia. Wchodzimy promocyjnie w tę strukturę naszej skostniałej rzeczywistości administracyjno-politycznej i pokazujemy im, że nie musimy mieć 20 tyś. pensji, tylko próbujemy to robić za darmo. Robimy wstyd wszystkim, bo po prostu ciężko pracujemy i to jest efekt naszej pracy. Jednocześnie, asymilujemy i aktywizujemy ludzi, którzy siedzieliby w domu, przed komputerem i słuchaliby muzyki, przełączając stacje pilotem.

S.C.: Jak tę aktywizację artystyczną odbierają sami aktorzy? 

A.Dz.: Ci aktorzy mówią mi tak: „Panie Arturze! Dzięki Panu widzimy kolory; dzięki Panu nie siedzimy w domu i nie słuchamy radia przez 10 godzin; dzięki Panu nauczyliśmy się chodzić po ulicach, podróżujemy, zwiedzamy miejsca, oddychamy tym światem i dzięki Panu widzimy ten świat.” Urzędnicy tylko klepią po ramieniu. Chwalą, zachęcają do dalszej pracy i spieszą się do sejmu. W związku z tym, w dalszym ciągu będziemy pokazywać, że robimy to, co chcemy, bo są ci niewidomi są do tego odpowiednimi ludźmi.

S.C.: Czy jest możliwe skomercjalizowanie ITAN-u? Pokazanie przedstawień w TV?

A.Dz.: W Wielki Wtorek robiliśmy pokaz dla telewizji TVP Kultura. Specjalnie z Warszawy przyjechali zobaczyć „Brata naszego Boga”. Mieliśmy zakontraktowane przedstawienie i miał przyjechać też ksiądz. Weszło na te przedstawienie 100 ludzi. Wszyscy wstali z miejsc po jego zakończeniu. Bili brawo na stojąco. Wszyscy tylko nie ta piątka osób z TVP Kultura. Jak oni zobaczyli, że cała widownia stoi – byli zaskoczeni. Nie wiedzieli, co się dzieje. Mogliby pokazać ten spektakl w telewizji, ale powiedzieli, że musiałbym załatwić pieniądze u ministra – ja powiedziałem, że to zrobię.

Fot. Marcin Gazda "Nasze Sprawy"
S.C.: O tej całej sytuacji i problemach związanych z brakiem siedziby dla ITAN-u postanowił pan zrobić film pt. „Marzenie”. Kiedy i gdzie odbędzie się premiera?

A.Dz.: Wychodzimy coraz szerzej promocyjnie, ponieważ coraz bardziej nas widać. Dlatego powstaje też film, który jest protestem na tę całą sytuację. 21 kwietnia odbędzie kolaudacja. Nie robimy premiery w samym Krakowie, bo nie mamy funduszy. Z racji tego, że partnerem naszym przy tym projekcie jest Miejski Ośrodek Kultury w Myślenicach (25 km od Krakowa) – piękne miejsce – to tam właśnie odbędzie się premiera. Zrobimy dwa dni: prasową premierę w Warszawie (29 kwietnia) – instytut Sztuk Audiowizualnych i Kino „Świt” oraz w Myślenicach k. Krakowa (30 kwietnia) – Myślenicki Ośrodek Kultury i Sportu. W Myślenicach – najpierw – o godzenie 17.00 rusza konferencja – panel dyskusyjny dotyczący dyskryminacji, a o godzinie 18.00 rozpocznie się projekcja 92-minutowego filmu fabularnego dotyczącego tej całej sytuacji, która nas dotyka.

S.C.: Od jak dawna planował pan ten film?

A.Dz.: Zaczęło się to dwa lata temu, kiedy złożyliśmy po raz pierwszy projekt do Fundacji Batorego. Już wtedy nosiłem się z zamiarem opowiedzenia tej naszej historii 15-lecia bytności z nimi – aktorami niewidomymi i o tej ich bolączce braku siedziby. Od tego czasu, tak sobie coś pisałem, szkicowałem, ale wiedziałem, że nie ma co robić filmu bez pieniędzy. Parę miesięcy później okazało się, że Fundacja „Batorego” jest zainteresowana i chce dać pieniądze na rozpoczęcie filmu – 400 tyś. zł. Jak już je dali, to zdecydowałem, że robimy pełnometrażową fabułę. Zacząłem rozmawiać z Narodowym Instytutem Sztuk Audiowizualnych, z Telewizją Polską, sponsorami i zebrałem fundusze. Rok osobiście przygotowywałem samą produkcję.

Fot. Marcin Gazda "Nasze Sprawy"
S.C.:  Wspomniał pan o sponsorach, darczyńcach. Kto właściwie finansuje film?

A.Dz.: arodowy Instytut Sztuk Audiowizualnych, Ministerstwo Kultury i Sztuki, Telewizja Polska – oddział krakowski, firma Norenco – prywatny partner, MPWiK Kraków, Port Lotniczy „Balice”. To są darczyńcy, którzy dali pieniądze. Mnóstwo jest jeszcze, oczywiście, różnych instytucji jak hotele Konrad czy Dosłońce, które – na zasadzie barteru, za logo – wynajęły nam pokoje, więc sporo zaoszczędziliśmy. Kolejny sponsor to Bełtowski Samochody. Urząd Marszałkowski i Kuria dali za darmo cały obiekt. Jest jeszcze wiele innych instytucji, które również współpracują na zasadzie barteru. Mogliśmy więc skorzystać z obiektów, nie płacąc. Jeden dzień na planie filmowym w jednym pomieszczeniu kosztuje od 5 do 10 tyś., a my zrobiliśmy film za niecałe 700 tyś. zł. 

S.C.: Jak długo kręciliście film?

A.Dz.: Zaczęliśmy zdjęcia 12 grudnia 2015 roku. Robiliśmy je do 23 grudnia, a potem kręciliśmy od 3 do 10 stycznia br. Generalnie, mieliśmy 17 dni zdjęciowych. 

S.C.: To bardzo krótko. W filmie zagrają też gwiazdy znane widzom powszechnie z telewizji, teatru. Jacy aktorzy zawodowi zagrają w filmie u boku aktorów z ITAN-u?

A.Dz.: Anna Korcz, Alicja Kwiatkowska, Maria Bujas, Magda Sokołowska, Jarosław Boberek, Maciej Damięcki, Dorota Pomykała, Krzysztof Globisz, Andrzej Beja-Zaborski, Leszek Piskorz, Jakub Należyty. Mamy super aktorów, którzy swoją obecnością podnoszą rangę filmu.    

S.C.: Kto skomponował muzykę do filmu?

A.Dz.: Robert Bylica – młody kompozytor filmowo-telewizyjny, który był z nami na planie jako asystent dźwiękowca. Chcieliśmy też, aby Ed Sheeran zaśpiewał nam jako główną piosenkę filmu utwór pt. „Photograph”, ale czekamy na prawa. Nie wiemy, czy uda nam się je uzyskać. Całą ścieżkę dźwiękową tworzy właśnie Bylica.  


S.C.: Proszę powiedzieć, o czym dokładniej jest ten film, czy tylko o chęci zdobycia siedziby czy też poruszył pan w nim inne wątki?

A.Dz.: Film stanowi résumé tego wszystkiego. Opowiada o facecie, którego celem jest stworzenie teatru dla niewidomych aktorów. Pracuje z nimi cały czas. Stworzył tę instytucje na bazie stowarzyszenia jako organizacji pozarządowej. Chce usankcjonowania teatru prawnie i, oczywiście, też finansowo.
Obraz opowiada o naszych zmaganiach twórczych, które przewijały się przez ostanie kilka, kilkanaście lat. Opowiada o marzeniu tych ludzi o posiadaniu teatru; o tym, żeby jak najwięcej grać i jak bardziej się spełniać; o normalnym życiu; o tym, że to marzenie wreszcie zaczyna się spełniać, bo oni zaczynają już sami się poruszać w tym życiu. Wybrałem też siedmiu aktorów i opowiadamy fragmentarycznie o kilku zdarzeniach z ich życia, o ich relacjach z bliskimi i z urzędnikami. Wszystko jest okraszone snami tego głównego bohatera, który marzy o tym, żeby zrobić ze swoimi aktorami sztukę „Brata naszego Boga” Karola Wojtyły, będącego patronem tychże niewidomych aktorów.

S.C.: Jaką ideę chce pan przekazać tym filmem?

A.Dz.: Mam nadzieję, że być może tym filmem damy naprawdę powód do myślenia, do zastanowienia się, nad tym, że pierwszy tego rodzaju absolutnie profesjonalny teatr w kraju ma prawo istnieć. Teatr, który pomaga jednocześnie nie tylko widowni, ale też aktorom, którzy są w nim zatrudnieni. Myślę, że film być może troszeczkę otworzy umysł i pozwoli praktycznie spojrzeć na aspekt naszego problemu. Oprócz tego, że nikt nie kwestionuje tego, iż robimy fajne rzeczy, ale też nikt praktycznie nie chce do tego problemu podejść i pomóc w sensie materialnym. To przecież leży także w gestii unijnej polityki prospołecznej. Obecnie czekam aż wyświetlimy film. Czekamy na premierę, a potem recenzje i oby się udało. Mam nadzieję, że będzie on oglądalny i że odbije się jakimś echem, że da do zrozumienia ludziom decydującym za politykę prospołeczną i odpowiedzialnym za pomoc ludziom niepełnosprawnym.
Film jest podsumowaniem naszej 15-letniej działalności i cichą nadzieją, że może należałoby mieć już te swoje miejsce i wreszcie ziścić marzenie o własnej siedzibie. Żeby to się po prostu stało faktem. 


S.C.: Film został zrealizowany w ramach projektu „Piąty Element”. Co to jest za projekt?

A.Dz.: Tak był zatytułowany projekt wysłany do Fundacji „Batorego”. Wyszedłem z tego nazewnictwa, jak go pisaliśmy, ponieważ my – ludzie – mamy cztery zmysły. Ten „piąty element” to, inaczej mówiąc, „piąty zmysł”. Później, już w trakcie pisania scenariusza, nie bardzo mi się to kojarzyło, a chciałem, żeby ten tytuł brzmiał trochę bardziej promocyjnie, marketingowo, a poza tym „piąty element” nie kojarzy się wprost, stąd wymyśliłem tytuł filmu właśnie „Marzenie”, który jest też podtytułem projektu.

S.C.: W jakich miastach kręciliście „Marzenie”?

A.Dz.: Głównie Kraków – tam wykonaliśmy 70% zdjęć. Obiekty to: Kuria, Urząd Marszałkowski, ulice Krakowa, Kopiec Kościuszki, obskurna piwnica pod Kościołem św. Stanisława Kostki – nasza siedziba, dom w Łuczycach, Miejski Ośrodek Kultury w Myślenicach – nasz partner w projekcie, rynek w Wadowicach, Dosłońce k. Miechowa. Dwa dni zdjęciowe byliśmy również w Warszawie.

Fot. Marcin Gazda "Nasze Sprawy"
S.C.: A jak sami aktorzy odebrali pomysł realizacji obrazu?

A.Dz.: Operator o ich grze powiedział tak: „oni nie grają, oni są”. Oni, grając role drugoplanowe, istnieją cały czas, mimo że nie są na pierwszym planie. Niczego nie udają. Istnieją w tym bardzo wiarygodnie. To jest, moim zdaniem, świetna recenzja ich uczestnictwa w tym filmie. Oni bardzo chcieli wziąć w tym udział i kompletnie im nie przeszkadzało, że zaczynamy dzień zdjęciowy o 7.00 rano, a kończymy o 22.00. 

S.C.: Czy film będzie można obejrzeć w całej Polsce?

A.Dz.: Ja myślę, że poczekajmy do oceny, do recenzji i do kolaudacji. Kolaudację mamy – jak już wspomniałem wcześniej – 21. kwietnia. Wtedy już będzie wiadomo, czy oni – jako Instytut Sztuk Audiowizualnych – będą w stanie zająć się tym filmem w sensie promocyjnym, czyli puszczać go na festiwale, do kin i do jakich kin – czy to będą multipleksy, czy to będzie kino studyjne czy autorskie albo tylko telewizja.

S.C.: Wy, czyli aktorzy teatru ITAN czy pan i wszyscy Wasi współpracownicy ten film odbieracie niezwykle emocjonalnie, osobiście, a jak powinien odebrać go potencjalny widz?

A.Dz.: Jako historię o samym sobie albo historię o każdym normalnym człowieku chodzącym po ziemi, który nie jest zbrukany i uzależniony układami politycznymi, klanowymi znajomościami, tylko zwyczajnie, normalnie walczy. To jest film o walczącym człowieku. O wolnej jednostce, która walczy i przedziera się przez ten świat. Myślę, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Absolutnie każdemu ten film da coś do myślenia. 

Fot. Marcin Gazda "Nasze Sprawy"
S.C.: Na koniec chciałam pana zapytać, ponieważ robi pan tak wiele rzeczy: dubbinguje, gra w filmie i teatrze, zajmuje się ITAN-em. Które z nich sprawiają panu największą przyjemność?

A.Dz.: Powiem szczerze, że wszystko, ale w tej chwili chyba najbardziej chciałbym realizować projekty, które sobie wymyśliłem. Realizować je, rozwijając szerzej pracę z aktorami niewidomymi, ale rozwijać, mając już siedzibę, robiąc – być może drugi film fabularny (mam już na niego pomysł). Chciałbym zrobić przestawienie w oparciu o tekst książki pt. „Symfonia Pastoralna” André Gilda. Opowieść o niewidomej dziewczynie. Mam parę pomysłów, aby ten teatr szerzej pokazać, ale wymaga to wielu lat. Tak samo jak praca nad „Marzeniem” trwała dwa lata. 

S.C.: Życzę powodzenia w realizacji marzenia i spełnienia wszystkich planów. Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Zdjęcia: Marcin Gazda
               Wydawnictwo "Nasze Sprawy" (www.naszesprawy.eu)

Publikacja objęta jest prawem autorskim. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i rozpowszechnianie tylko i wyłącznie za zgoda Autorki niniejszego bloga.
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

21 komentarzy:

  1. Mój starszy syn marzy o tym, by zostać aktorem. Interesują go role wyraziste i z tak zwanym czarnym charakterem. Kiedyś się go zapytałam dlaczego? Odpowiedział - bo takie najtrudniej zagrać!
    Z ciekawością przeczytałam twój wywiad, widać, że aktor ma dobre serducho, oby było takich więcej

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawy wywiad z inspirującą osobą. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo lubię tego aktora.
    Projekt, który stworzył chapeaux bas!

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny wywiad! Dobrze że są na świecie osoby które robią niezwykle rzeczy dla innych :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak się patrzy od strony kulis to bardzo ciężko jest prowadzić teatr. Niewyobrażalnie ciężka praca. A nam widzom się wydaje, że to jest takie proste.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie miałam pojęcia, że zajmuje się pracą z niewidomymi aktorami - szacunek :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Szczerze mówię - za długie na chwilę obecną (czytaj: spieszę się do lekarza i muszę lecieć), ale wrócę i doczytam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doczytałam. Świetny wywiad, fajny człowiek. Naprawdę mi się podoba.

      Usuń
    2. Aktor tak pięknie opowiadał, że nie było czego skracać.

      Usuń
  8. Świetna obsada i jeszcze lepszy pomysł na film. To powinien być HIT. Głupkowate komedie są w kinach i tylko psują obraz polskiej kinematografii, taki reżyser powinien być nominowany do Oskara i innych prestiżowych nagród.

    OdpowiedzUsuń
  9. Kurczę, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że Artur Dziurman tak prężnie działa. Zapowiada się ciekawy film.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ciekawa inicjatywa... Cenna inicjatywa... Bardzo niecodzienna inicjatywa... I szkoda by było, gdyby zaprzepaścić to wszystko przez problem z pieniędzmi. Warszawskie teatry, które są w prywatnych rękach, są niejednokrotnie dotowane pokaźnymi sumami. Mam nadzieję, że Pan Artur Dziurman znajdzie przy pomocy życzliwych ludzi jakieś środki na podreperowanie budżetu i zapomni o kłopotach tego typu, co pozwoli mu skupić się na sprawach artystycznych i merytorycznych związanych z teatrem...

    OdpowiedzUsuń
  11. Super inicjatywa. Nawet nie wiedziałam, że taki teatr istnieje i to aż od 15 lat. Jestem bardzo spektaklu z niewidomymi aktorami.

    OdpowiedzUsuń
  12. Wspaniały wywiad zarówno jak Pan Artur, super dowiedziałam się wielu cieakwych informacji :) pozdrawiam i zapraszam do nas http://siostrydajarade.blogspot.com/2016/04/lokomotywa-gra-dla-caej-rodziny.html

    OdpowiedzUsuń
  13. Bardzo dobry wywiad! miło się czytało, swoją drogą- uwielbiam człowieka :-)) Buziaki!

    http://nataliazarzycka.blogspot.com/2015/11/shein-choies.html

    OdpowiedzUsuń
  14. to dobrze, kiedy sławni ludzie angażują się w coś pożytecznego i chcą pomagać innym. wielkie brawa dla pana Artura!

    OdpowiedzUsuń
  15. Właśnie w Moliere miałam okazję być pierwszy i ostatni raz w życiu w piwnicy krakowskiej kamienicy. Niesamowite wrażenie...

    OdpowiedzUsuń
  16. Wow świetny wywiad! Ja uwielbiam tego aktora, miło spojrzeć na niego z zupełnie innej perspektywy niż filmowy czarny charakter :) Fantastyczny człowiek :)

    OdpowiedzUsuń