Oliwia Bartuś-Staszak (Arshenic): Chomik maczał w tym paluszki


Oliwia Bartuś-Staszak – wokalistka zespołu Arshenic. Swoją karierę rozpoczęła od występu w "Szansie na Sukces", śpiewając utwór Kasi Stankiewicz. Jej pedagogami były takie osobistości jak Elżbieta Zapendowska, Grażyna Łobaszewska czy Jarosław Kukulski. Pisze teksty i wiersze, komponuje muzykę oraz prowadzi szkołę wokalną. Rozmawiamy o jej doświadczeniu scenicznym, dzieciństwie, muzyce oraz pasji do śpiewania. 


Sylwia Cegieła: Jaki wpływ mieli na twoją edukację rodzice?

Oliwia Bartuś-Staszak: Cofamy się aż tak daleko? Dobrze, niech pomyślę. Moi rodzice mieli fundamentalny wpływ na mnie jako muzyka. Odziedziczyłam potrzebę otaczania się muzyką w genach. Mój tata jest multiinstrumentalistą samoukiem. Kiedy był młody, grał na gitarze. Gra na pianinie przyszła mu więc podobno łatwo. W wojsku odpowiedzialny był za zespół, gdzie potrzebowano perkusisty. Nauczył się zatem grać i na perkusji. Zanim się urodziłam, dorabiał w zespole, grając i śpiewając.

S.C.: Opowiedz moim czytelnikom o swoim muzycznym dzieciństwie.

O.B.-S.: Niestety, ja nigdy nie miałam cierpliwości do instrumentów. Mam słuch absolutny. Znam nuty, ale ćwiczenia na instrumentach zawsze mnie nudziły. Od kiedy się urodziłam, muzyka była czymś tak naturalnym, jak potrzeba jedzenia. Tata puszczał Led Zeppelin, a kiedy mój brat przyjeżdżał w odwiedzimy, grał mi na gitarze i śpiewał ze mną Guns’n’Roses i Elektryczne Gitary.

S.C.: Jak zaczęła się woja przygoda ze śpiewaniem?

O.B.-S.: Do 7 roku życia śpiewałam tylko dla siebie. Naśladowałam moich ulubionych piosenkarzy. Śpiewałam całe dnie właściwie bez przerwy. Kiedy poszłam do szkoły, pani od religii, odpowiedzialna za szkolny zespół, który był czymś w rodzaju popowego chórku, próbowała zaangażować mnie do tego zespołu. Właściwie nawet chciałam się zapisać, ale byłam potwornie nieśmiałym dzieckiem. Nie lubiłam się wyróżniać i unikałam ludzi. Pani poszła więc do moich rodziców i namówiła ich do zmuszenia mnie. Mama powiedziała mi wtedy, że albo będę w zespole, albo chomik ląduje pod mostem. Niestety, wiedziałam, że nie żartuje i nie miałam wyboru. Gdyby nie ten szantaż mojej mamy, na pewno nie byłabym dziś tu, gdzie jestem teraz. Ta historia nauczyła mnie, że czasem trzeba być z pozoru okrutnym, by komuś pomóc.

S.C.: Pamiętasz pierwszy utwór skomponowany przez ciebie? O czym był i w jakich okolicznościach powstał?

O.B.-S.: Kiedy byłam cztero- czy pięciolatką, nie myślałam o sobie jako kompozytorze. Dla mnie była to zabawa z pianinem. Grałam sobie „ładne melodyjki” i śpiewałam o czymkolwiek, co mnie wtedy interesowało, o postaciach z bajek czy kwiatkach. Repertuar stosowny do wieku. Moi rodzice mają na to obciążające dowody w postaci taśm, które zdarza im się puszczać moim muzykom, kiedy przyjeżdżamy grać koncerty w okolicach Ustki. „Kwiatuszki, moje kwiatuszki” wypływały zawsze, kiedy robiło się w zespole zbyt poważnie.


S.C.: To było z pewnością zabawne. Chciałabym cię zapytać o pierwszy występ małej Oliwii, który nastąpił przed Lechem Wałęsą. Jak do tego doszło? Co wtedy czułaś?

O.B.-S.: Chorowałam ze stresu chyba z tydzień. Nie dość, że był to występ dla ważnego grona polityków i władz miasta na prawie 200 osób, to jeszcze był to mój pierwszy solowy występ. Do tej pory występowałam jedynie z zespołem szkolnym. Trema była ogromna i pożarła całą przyjemność z występów.

S.C.: Jak trafiłaś do środowiska artystycznego?

O.B.-S.: Od dziecka mieszkałam w Ustce, gdzie jest dom wypoczynkowy ZAIKS-u. Spędzali w nim przez wiele lat wakacje Polscy artyści. Moi rodzice prowadzą tam hotelik – "Dworek Różany", który ma kort tenisowy. W wakacje przychodzili więc do nas często ludzie związani z polską muzyką. Rodzice, jak to rodzice, chcąc wspierać dziecko, pokazali kilku osobom jakieś piosenki w moim wykonaniu, kiedy śpiewałam w szkolnym zespole. Do tego czasu rodzice nie traktowali mojego śpiewu jako czegoś istotnego, ale opinie tamtych osób sprawiły, że zmienili zdanie.


S.C.:  Uczyłaś się u wybitnych, znanych gwiazd i pedagogów śpiewu. Jak wspominasz te czasy?

O.B.-S.: Uczyłam się śpiewu u profesjonalistów między 10 a 21 rokiem życia. Wpływ na mój wokal miało zatem mnóstwo ludzi. Pamiętam sporo chwil i osób, które miały dla mnie wyjątkowe znaczenie.
Pierwsze profesjonalne rady otrzymałam od Jarosława Kukulskiego, który był przyjacielem moich rodziców. Pamiętam, że to właśnie on nauczył mnie śpiewać vibratto. Kilka lat później byłam na konkursie połączonym z tygodniowymi warsztatami, które prowadził między innymi pan Jarek. Śpiewałam na tym konkursie piosenkę pt. „Moje jedyne marzenie”, którą wykonywała Anna Jantar. Do konkursu przygotowywała mnie pani Grażyna Łobawska, która mocno narzucała mi, jak mam śpiewać. Moja wyuczona interpretacja została przez pana Jarka bezpardonowo zmiażdżona. Miałam więc w głowie niezły bałagan. Zostało kilka dni do występu konkursowego i przygotowaną piosenkę, na której wiedziałam, że przepadnę. Zaczęłam się więc uczyć interpretacji z wykonania Natalii Kukulskiej. Na zajęciach indywidualnych z panem Jarkiem ośpiewałam tą wersję i znów pudło. Zamiast kazać mi śpiewać, usiadł ze mną do pianina i rozmawialiśmy. Pamiętam, że otworzył mi głowę jak puszkę konserw. Wytłumaczył mi, co to naprawdę znaczy śpiewać, że dźwięki, ich długość czy brzmienie nie mają znaczenia, jeśli nie interpretujemy tekstu zgodnie ze sobą, swoimi przeżyciami i uczuciami.

S.C.: Potem były dwie kobiety…

O.B.-S.: Cofając się do początku, na pierwsze warsztaty u Eli Zapendowskiej jechałam, nie wiedząc, czego mam się spodziewać. Usłyszałam od niej masę komplementów na temat mojej wrażliwości muzycznej. Byłam zdziwiona, bo niezwykle rzadko wypowiadała się pochlebnie na czyjś temat. Jest to osoba, która mówi bez ogródek, kiedy coś nie brzmi tak, jak powinno. Zdecydowanie idę jej śladem, ucząc innych.
Pani Grażyna Łobaszewska wzięła mnie pod swoje skrzydła po tym, jak usłyszała moje wykonanie utworu pt. „Gdybyś”. Moi rodzice byli zawsze bardzo dumni, kiedy kolejna znana osoba - po usłyszeniu dema - decydowała się mnie uczyć. Dla mnie była to po prostu następna przygoda.


S.C.: Jak zmieniał się twój stosunek do muzyki dzięki tym lekcjom? Były to przecież różne osobowości.

O.B.-S.: Jako młoda dziewczyna zawsze byłam osobą skromną i o niskim poczuciu własnej wartości. Komplementy z zasady ignorowałam, a uwagi brałam mocno do serca. Z im większą ilością nauczycieli miałam styczność, tym więcej wiedziałam o samym śpiewie i o tym, co w moim przypadku działa, a co nie. Bardzo szybko potrafiłam ocenić, czy dany nauczyciel rzeczywiście wniesie coś do mojego śpiewu czy jest stratą czasu. Zawsze ceniłam ludzi z wiedzą i inteligencją oraz prawdziwą pasją. Tej cechy nie da się podrobić. Mówi się, że czym skorupka w młodości nasiąknie, tym na starość trąci. W moim wokalu i sposobie uczenia innych odbijają się osoby, które kiedyś tchnęły we mnie pasję. To samo staram się ofiarowywać innym.

S.C.: Wzięłaś udział w „Szansie na sukces” śpiewając piosenkę Kasi Stankiewicz. Co sądzisz o programach muzycznych dla młodych talentów?

O.B.-S.: Uważam, że to świetna zabawa. Zwłaszcza, kiedy od kulis obserwujesz, jak to wszystko naprawdę wygląda. Ważne, by nie wywierać na sobie presji czy łączyć tego z jakimś „być albo nie być”. Jeśli traktujesz to jak przygodę, mając świadomość, że cokolwiek się stanie, słońce i tak wstanie na drugi dzień, to można wynieść z takich programów wiele frajdy.

S.C.: Uczestniczyłaś w licznych konkursach i festiwalach muzycznych, zdobywając wiele nagród oraz wyróżnień. Które są dla ciebie najważniejsze?

O.B.-S.: Żadne. Te nagrody ważne są dla moich rodziców. Nawet mają mały „ołtarzyk” z moimi dyplomami i statuetkami. Przez 3 lata wzięłam udział w tego typu konkursach około 60 razy. Rodzice mówili mi tylko kilka dni wcześniej, że jedziemy tu czy tam i śpiewam to czy tamto. Przygotowywałam się jak do walk bokserskich, myśląc tylko o tym, by już mieć to za sobą. Tak właśnie się dzieje, kiedy ktoś konkurs bierze za bardzo do siebie. Zaczęło się niewinnie. Wzięłam udział w paru konkursach, na których zdobyłam nagrody. Rodzice zapisali mnie na kolejne i tak w kółko. Kiedy zaczynasz zdobywać nagrody i stajesz się „pewniakiem”, wtedy – jadąc na kolejny konkurs – musisz być jeszcze lepszym, bo – skoro tyle wygrałeś – to porażka nie wchodzi w grę. Słyszałam ciągle, że muszę dać z siebie wszystko, bo jest to samo jury, co na jakimś wcześniejszym konkursie i – skoro wtedy zdobyłam trzecie miejsce – teraz muszę przynajmniej drugie, bo inaczej wyjdą na idiotów. To był okres, kiedy nie mogłam nic robić, bo ciągle musiałam ćwiczyć i pilnować, by się nie rozchorować. Podczas ostatniego konkursu, w którym brałam udział, presja była już tak wielka, że ze stresu siadły mi nerwy. Rodzice byli zawiedzeni. Jury pytało, co się ze mną stało, bo przecież przez tydzień przygotowywań do konkursu szło mi świetnie. Dostałam nagrodę pocieszenia i tak też ją odebrałam. Inni uczestnicy konkursu próbowali mnie pocieszyć i wesprzeć. Pamiętam jedną dziewczynę, która powiedziała mi po prostu: „Chrzań to. Jeśli lubisz śpiewać to wyjdź tam i opowiedz im historię”. Na drugi dzień wystąpiłam w koncercie finałowym w amfiteatrze dla 20 tysięcy osób po koncercie Natalii Kukulskiej. Tam już nikt mnie nie oceniał, a ja czułam się jak ryba w wodzie. Cały amfiteatr śpiewał ze mną utwór pt. „Moje jedyne marzenie”.


S.C.: Tak to jest, kiedy dziecko musi spełniać kaprysy swoich rodziców. Przejdźmy teraz do okresu dorosłości. Będąc na studiach, założyłaś zespól Arshenic, który teraz obchodzi swoje 10-lecie. Jak podsumowałabyś lata funkcjonowania kapeli?

O.B.-S.: Przez 10 lat przewinęło się przez zespół mnóstwo ludzi. Mieliśmy okres szaleństwa, kiedy graliśmy i balowaliśmy na równi. Był to bardzo rockandrollowy okres w życiu zespołu… Były czasy, kiedy mieliśmy parcie na karierę. Graliśmy wszędzie i dokładaliśmy do tego interesu całe oszczędności. Przez chwilę mieliśmy też managera, który zorganizował parę fajnych gigów, niestety, zdarzały mu się wpadki, na przykład zapominał nas poinformować, że mamy zagrać gdzieś koncert. Dowiadywaliśmy się po fakcie lub godzinę przed rozpoczęciem się imprezy w klubie oddalonym o 300 km.
Arshenic od początku jest pechowym dzieckiem. Trafiają nam się czasem muzycy, którzy uważają, że robią łaskę, grając z nami lub nie chcą pomagać w rozwoju zespołu, bo przecież mają tyle innych ważnych rzeczy na głowie. Niesie to ze sobą mnóstwo frustracji.
Każdy, kto nie siedzi bezpośrednio w muzyce ma jakieś hollywoodzkie wyobrażenie o tym przemyśle. Myślą, że jak masz zespół, to automatycznie zarabiasz na tym pieniądze i wydajesz płyty. Niestety, w Polsce wygląda to zupełnie inaczej.
Z muzyką, jest tu jak z każdą inną dziedziną w tym kraju. Politycy wyprzedają nasz kraj dla własnej korzyści. Nasz rodzimy przemysł jest niszczony na rzecz „dobrych relacji” z innymi państwami. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego nie możemy brać przykładu z krajów, którym nasi politycy tak namiętnie wylizują pośladki i stworzyć mechanizmy, by pieniądze ściągać do naszego kraju, zamiast oddawać się za darmo, próbując ratować się chorymi podatkami nakładanymi na obywateli.


S.C.: Jak to się ma do przemysłu muzycznego?

O.B.-S.: Przemysł muzyczny wygląda więc tak samo. Polacy zostali omamieni brokatem z zagranicy. Zagraniczne wytwórnie wykupują czas antenowy dla muzyków, z którymi mają podpisane kontrakty. Puszczają więc dobre zagraniczne produkcje i kilku polskich artystów, których poziom specjalnie odstaje, by każdy mógł zauważyć ten kontrast. W ten sposób dobre rodzime produkcje trzymane są pod dywanem, z dala od radia i dużych scen, bo jeśli Polacy nie wiedzą, jak dobrych artystów mają, nie będą ich żądać. Wydaje mi się, że tak naprawdę jesteśmy dumnym narodem. Gdyby ludzie znali komercyjnie świetnych polskich artystów, chcieliby ich oglądać na wielkich festiwalach i kupować w empiku ich płyty. Muzyka zagraniczna byłaby wtedy traktowana jako wartość dodatkowa, a nie podstawowa, ale o interesy polskich artystów nie ma w tym kraju kto dbać.


S.C.: Smutne to. Z innej beczki: o co chodzi ze sformułowaniem „Zombie Gothic Melodic Metal” w kontekście nurtu, w jakim funkcjonuje zespół? Jak się to ma do gatunku granego przez Arshenic?

O.B.-S.: Kilka lat temu wystąpiliśmy na koncercie przy okazji imprezy na Halloween. Poprzebieraliśmy tematycznie. Konwencja spodobała się nam i publiczności do tego stopnia, że zostaliśmy w niej kilka lat. Chłopcy szyli sobie stroje sceniczne. Malowaliśmy się na zombiaki. Na scenę wnosiliśmy znicze i tego typu akcje. Ktoś stwierdził, że gramy zombie metal. Przerobiliśmy to na „zombie gothic melodic metal”, który to nurt został wymyślony na potrzeby Must Be The Music. Kilka osób żart wzięło na poważnie, wymądrzając się, że nie ma takiego nurtu. Grając tyle lat, nabierasz już dystansu do tego, co robisz i nie traktujesz się śmiertelnie poważnie. Od wielu lat nie używamy już tego określenia. Ten żart nam się po prostu przejadł.

S.C.: Właśnie wydaliście nową Ep-kę pt. „Erased”. Jakie brzmienie na niej usłyszymy?

O.B.-S.: Utwory z tej EP-ki znajdują się na YT. Zapraszam do słuchania:
https://www.youtube.com/watch?v=MA7rbU0-iM8
https://www.youtube.com/watch?v=7lygs4eYLr8
https://www.youtube.com/watch?v=6WK6IWU7hm0

S.C.: Wasz największy sukces zawodowy to?

O.B.-S.: Wierzę, że taki jest jeszcze przed nami.

S.C.: Gdzie będzie można was posłuchać w najbliższym czasie?

O.B.-S.: Mamy kilka planów koncertowych, ale przede wszystkim szukamy managera, który zdjąłby z nas obowiązek organizacji koncertów. Jest to bardzo czasochłonne zajęcie, na które, niestety, czasu nam nie starcza. Jesteśmy także otwarci na wszelkie propozycje koncertowe.


S.C.: Po ukończeniu studiów założyłaś własną szkołę wokalu „Star Project”. Na co zwracasz szczególną uwagę jako nauczyciel śpiewu?  Sama miałaś wielu nauczycieli i ciągle się szkolisz. 

O.B.-S.: Na wszystko. Uczę śpiewu – czyli emisji, różnych technik wokalnych dostosowywanych do brzmienia, potencjału i oczekiwań ucznia, ale także harmonii, interpretacji czy zachowania scenicznego. Uczenie innych pomogło mi się rozwinąć. Wcześniej byłam mezzo sopranem. Śpiewałam sposobami wygodnymi dla mnie. Uczę jednak zarówno mezzo soprany, soprany, alty, zatem i mój wokal musiał stać się uniwersalny. Uczniowie często pytają mnie o różne patenty innych wokalistów, jak oni to robią. Obecnie nie ma już dla mnie w rozrywkowym wokalu praktycznie niczego, czego nie umiałabym naśladować czy wytłumaczyć.

S.C.: Brzmi bardzo dumnie. Jakie są główne założenia szkoły?

O.B.-S.: Zapewniam moim uczniom pełny zestaw umiejętności, które pozwolą im iść samodzielnie swoją muzyczną drogą. Zapewniam im występy w klubach muzycznych, by mieli doświadczenie sceniczne.

Ada Nikelewska
S.C.: Opowiedz o kursach, które organizujecie w ramach „Star Project”.

O.B.-S.: Uczę na zajęciach indywidualnych oraz w małych grupach do 4 osób. Z własnego doświadczenia wiem, że w większej grupie człowiek ginie i nie jest w stanie wiele się nauczyć. Z kolei, w tak małej grupie uczniowie oswajają się ze śpiewaniem przed innymi ludźmi i uczą między sobą. Organizuję także warsztaty tematyczne, np. z ruchu scenicznego czy zbliżające się warsztaty z technik ekstremalnych dla wokalistów metalowych, które odbędą się 28.05.2016.

S.C.: Dla kogo są te warsztaty? W jaki sposób można zapisać się na szkolenie?

O.B.-S.: Przyjmuję młodzież od 12-ego roku życia oraz dorosłych. Zapisy prowadzę przez stronę szkoły www.starproject.pl.

S.C.: Piszesz utwory, komponujesz muzykę, a do tego jeszcze wydajesz tomiki z poezją. Kiedy ty to wszystko robisz? Czym dla ciebie jest pasja?

O.B.-S.: Tak, a do tego prowadzę szkołę śpiewu i pomagam w firmie męża. Ja jestem kobietą wielofunkcyjną. Pasja jest jak pasożyt, którego ciężko się pozbyć. Kiedy zawiesiliśmy działalność Arshenic w 2012 roku, chciałam zostawić granie w zespole na zawsze. Przestałam także chodzić na koncerty czy w ogóle słuchać muzyki. Ta przerwa trwała rok. Nie da się jednak odrzucić czegoś, co jest częścią ciebie.

Ada Nikelewska
S.C.: Co jest najważniejsze w życiu artysty wg ciebie?

O.B.-S.: Robienie tego, co się kocha tak długo, jak to się kocha. Wszystko inne ma mniejsze znaczenie.

S.C.: Jakie są twoje obecne plany zawodowe?

O.B.-S.: Mam kilka, ale póki, co nie chcę ich zdradzać. Konkurencja nie śpi.

S.C.: Wobec tego, życzę powodzenia w realizacji planów. Bardzo dziękuję za interesującą rozmowę.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła 

Publikacja objęta jest prawem autorskim. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i rozpowszechnianie tylko i wyłącznie za zgodą Autorki niniejszego bloga.
Udostępnij na Google Plus

About Sylwia Cegieła

Sylwia Cegieła - z zamiłowania dziennikarka, marketingowieć i PR-owiec w jednym.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: