Estremalna muzyka to ich pasja


The Rising Storm – zespół grający metal. Niedawno wydali EP-kę pt. „In The Name of What?!” Z gitarzystą Marcinem Gronowskim rozmawiam o ich dotychczasowych dokonaniach muzycznych, festiwalach, koncertach oraz planach na przyszłość. 


Sylwia Cegieła: The Rising Storm – kim jesteście?

Marcin Gronowski: Jesteśmy dobrymi kumplami, którzy mają podobną wizję grania metalu i to jest najważniejsze. To, co dzieje się pod szyldem The Rising Storm to nie jest jeden koncept zamknięty przez sztucznie nakreślone granice gatunkowe czy ideowe. Zmieniamy stylistykę czasem nawet w obrębie jednego kawałka, ale uważamy, że to dla nas naturalne. Wyróżnia nas to na podziemnej scenie. Paradoksalnie łatwiej szybki poklask zdobyć, przedkładając bycie „true” nad talent kompozytorski. Nawet przez krótki okres, jaki oddziela nasze demo od kolejnego wydawnictwa, widać, że zmieniamy się. Nie jest to efekt mody. Nie będziemy udawać, że nagle jara nas post black, a w kapturach występowaliśmy już w gimnazjum. Mamy dość spójne pojęcie na temat tego, czym jest dobra muzyka i to jest dla nas wyznacznik artystycznego rozwoju.

S.C.: Jakbyś miał opisać twórczość zespołu, jakich słów byś użył?

M.G.: Szybkość, agresja i power – to pierwsze słowa, jakie przychodzą na myśl. Jest to bez dwóch zdań muzyka ekstremalna i tego kierunku zamierzamy się trzymać w przyszłości. Twórczość The Rising Storm oscyluje wokół takich gatunków jak death czy thrash metal. Gramy bardzo ostro i bezpośrednio – nie ma w tym wszystkim miejsca na półśrodki. Najlepszą wizytówką naszej muzyki jest niedawno wydanej EP-ki pt. „In The Name of What?!”. 5 utworów zawartych na tym wydawnictwie idealnie pokazuje aktualny stan i daje wskazówki co do kierunku, w jakim nasza muzyka będzie ewoluować.


S.C.: Opowiedz o dotychczasowych dokonaniach muzycznych zespołu?

M.G.: Rok temu wypuściliśmy własnym sumptem demo pt. „Born In Storm”. Nie byliśmy do końca zadowoleni z efektów nagrań w studiu. Ograniczony budżet i brak doświadczenia w studiu zrobiły swoje. Demo ukazało się, bo były sygnały, że są ludzie chętni na posiadanie naszej muzyki na fizycznych nośnikach. Jest jeszcze jeden odrzut z tamtej sesji. Może za jakiś czas puścimy go na jakimś Splicie albo EP-ce, choć szanse są małe, bo różni się znacznie od reszty naszego repertuaru.
W 2016 roku wyszło EP „In The Name of What?!”, z którego jesteśmy bardzo dumni. Pomiędzy wydawnictwami udało nam się zdobyć nagrodę publiczności w konkursie „Nasze Miasto gra”, dzięki czemu wystąpiliśmy na Luxfeście. W sierpniu tego roku zajęliśmy pierwsze miejsce w II Powiatowym Przeglądzie Zespołów Muzycznych w Chomęcicach. Wiemy jednak, że kluczem do osiągania sukcesów są częste próby, dlatego są one dla nas bardzo ważne. Jak na zespół, który nie wypłynął jako support dla dużego, znanego zespołu, mamy już pewną rozpoznawalność na podziemnej scenie. Będziemy pracować nad tym, żeby trafiać do coraz większej liczby słuchaczy.


S.C.: Przeglądając wasz profil, zauważyłam, że manager promuje zespół na rynku międzynarodowym. Jakie wobec tego są plany kapeli w tym kierunku?

M.G.: Kamil mówi płynnie po angielsku, rosyjsku, serbsku i chorwacku, więc wykorzystuje to w działalności managerskiej. Dzięki niemu łapiemy kontakty w całej Europie. Na razie skupiamy się na grze w tych miejscach Polski, w których jeszcze nas nie było. Pierwsze wyjazdy za granicę planujemy raczej w kierunku zachodnich i południowych sąsiadów. Jeżeli uda nam się ustawić dłuższą trasę, to z pewnością dotrzemy do Chorwacji, Serbii i Bułgarii. I muzycznie, i turystycznie byłaby to wspaniała przygoda.

S.C.: Z pewnością macie za sobą mnóstwo koncertów, obejrzanych miejsc. Które z nich są dla was najważniejsze?

M.G.: Objechaliśmy ostatnio odległe dla nas zakątki Polski – zagraliśmy m.in. w Gdańsku, Jeleniej Górze czy Lublinie. Jednak miejsce, o którym musimy wspomnieć i do którego zawsze bardzo chętnie będziemy wracać to Wągrowiec. Jestem pod wrażeniem pracy, jaką wykonuje tamtejsza Załoga 62100. W małej miejscowości udało się stworzyć świetny klimat, wyciągnąć ludzi z domu i regularnie zapełniać sale koncertowe. Nie tak dawno w Wągrowcu zagrał sam Vader – niesamowita sprawa.
Z dużym sentymentem patrzę też w stronę poznańskich koncertów – w klubach „u Bazyla” i „Pod Minogą” przelały się przez nasze gardła litry piwa. Wszystko tak naprawdę zależy od publiczności. Jeśli dopisuje frekwencja i pod sceną jest sporo energii, to miejsce, w którym gramy nie ma żadnego znaczenia. Nie przeszkadza nam brak odsłuchów czy inne tego typu „atrakcje”.

S.C.: Tworząc swoją muzykę, czym się inspirujecie? Kto jest dla was jako muzyków najważniejszym, mentorem? Na kim się wzorujecie?

M.G.: Każdy z nas ma swoich muzycznych idoli i myślę, że każdy z nas innych. Czy się na nich wzorujemy? Myślę, że raczej patrzymy bliżej, w bardziej realistyczny sposób. Imponuje nam wiele kapel, które w undergroundzie osiągnęły kultowy status, zachowując wysoki poziom artystyczny. Raczej nie przewidujemy, że będziemy za kilka lat w telewizji śniadaniowej czy w szmatławych portalach plotkarskich. Niech piszą o nas ziny, niech chcą nas u siebie kluby, zagrajmy na większych festiwalach. To są realia. W undergroundzie zdecydowanie najbardziej imponują mi w tej chwili dwie kapele: Unborn Suffer i Maggoth. Kto nie zna ten trąba.


S.C.: W tym roku wydaliście EP-kę, o której już kilka razy wspomniałeś. Opowiedz tym, którzy jeszcze jej nie znają, jakie utwory można na niej usłyszeć.

M.G.: EP „In The Name of What?!” składa się z pięciu utworów. Otwierający “Ravens Eat the Sky” to zdecydowanie najbardziej złożona i najdłuższa kompozycja na płycie. Wszystko rozpoczynają bębny, które chwile później zostają wzmocnione otwierającym riffem. Zaraz po wstępie rozpoczyna się główny motyw, z którym płyniemy już w innym kierunku.
Następne utwory na EP-ce to już typowy cios pięścią w twarz. Szybki, agresywny i melodyjny „In the Name of What?!” i „No More Victim” są idealne dla fanów do rozkręcenia ostrego pogo na koncercie. Rozdzielający je “Better Tapout!” zawiera interesujący breakdown mniej więcej w środku utworu.
Całość kończy „What’s Mine?”, w którym wejście wokalu powoduje u mnie ciarki na plecach. „In The Name of What?!” to wydawnictwo bardzo bezpośrednie, które moim zdaniem posiada sporą dawkę świeżości i energii. Głównym zamysłem w czasie komponowania było stworzenie utworów, które dodadzą mocy naszym koncertom, myślę, że udało nam się to osiągnąć. Zresztą odwiedzajcie nasz fanpage, kanał na youtube i oceniajcie sami.

S.C.: Czy muzyka to jedyne wasze zajęcie? Co robicie poza nią?

M.G.: Chcielibyśmy, żeby w przyszłości muzyka była naszym jedynym zajęciem, jednak to dosyć odległa perspektywa. A tak na serio, poza muzyką robimy to, co wszyscy, tzn. studiujemy, pracujemy i spędzamy czas ze znajomymi. Zwykłe proste życie wzbogacone o próby i koncerty.

S.C.: Gdzie będzie można was usłyszeć w najbliższym czasie?

M.G.: Po dalekich wyjazdach wracamy do naszych okolic. We wrześniu graliśmy w Chodzieży, w październiku zawitamy do Rogoźna. To do tej pory nasze najbliższe plany. Nasz menago pracuje cały czas nad wspólną trasą z naszymi ziomkami z Mepharis. Czekamy na odpowiedzi z kilku miejsc, gdzie zgłaszaliśmy chęć wystąpienia, a ilość zespołów, które zagrają, jest ograniczona. Liczymy na to, że już wkrótce odwiedzimy Białystok i Głogów.


S.C.: Ostatnie słowo należy do ciebie. Co byś chciał powiedzieć waszym fanom?

M.G.: Wpadajcie na koncerty, śledźcie nas w Internecie i wspierajcie undergroundową scenę metalową! Już niedługo nadejdziemy do Was z jeszcze większą siłą! Jak głosi nasza zespołowa ulotka: „The Rising Storm is coming to fuck you right in the ass!”. Do zobaczenia pod sceną!

Sylwia Cegieła: Dziękuję bardzo za rozmowę i życze spełnienia muzycznych marzeń.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

1 komentarz:

  1. Jeśli coś jest pasją to dla twórcy jest normalnością, a nie czymś ekstremalnym. ;)

    OdpowiedzUsuń