Silni mimo przeszkód. Kim są „Kuloodporni”? – cz.3.: Sławomir Krupa

Prezentuję ostatni z cyklu wywiad w ramach akcji "Silni mimo przeszkód". Tym razem przedstawiam sylwetkę zawodnika „Kuloodpornych” – Sławomira Krupy. Jednego z zawodników „Kuloodpornych”. Bardzo szczerze rozmawiamy o jego motywacji wstąpienia w szeregi drużyny, o samym wypadku oraz o życiu po wypadku. Zapraszam do lektury

Sylwia Cegieła: Od jak dawna gra pan w drużynie?

Sławomir Krupa: W drużynie gram od kwietnia tego roku.


S.C.: Pytanie z cyklu: „opowiedz mi swoją historię”.

S.K.: Dnia 4.03.2015 roku obudziłem się rano do pracy około godz. 4 i jakoś źle się czułem tego dnia. Powiedziałem do żony, że nie Idę dziś do pracy i wezmę urlop na telefon, lecz w ostatnim momencie przypomniało mi się, że obiecałem dzień wcześniej koledze z oddziału, iż zabiorę go do pracy autem, żeby czekał przy wylocie na trasę. Dzień wcześniej zatrzymałem się przypadkiem i zabrałem go do domu z pracy, bo stał na przystanku, kiedy wracałem. Kolega przecież mieszka niedaleko mnie.
I mówię do żony, że przecież nie powiem chłopakowi, żeby jechał autobusem, bo nie zdąży. Za późno już było. Mówię, jak wstałem, tu już jakiś to przemęczę i pojechałem, mimo wielkiego zdziwieniu żony – tym bardziej, że był początek roku i miałem wolne. Zaczęliśmy pracę o 6 rano. O godzinie 6:05 był wypadek. Zerwała się lina nośna ze stalowej tamy, pod którą przechodziłem.
Gdy miałem przechodzić pod tą tamą, którą podniosłem do góry – po zrobieniu kilku kroków –tama się zerwała i zerwała bolec zabezpieczający. Spadła z ponad dwóch metrów tuż przede mną, uderzając o nogę i zatrzymując się na lewej stopie. W pierwszym momencie nie wiedziałem, co się stało. Usłyszałem wielki huk. Próbowałem odskoczyć, lecz było za mało miejsca i mnie złapało. Leżąc na ziemi widziałem, jak kolega lata i krzyczy, że tama się zerwała. Pobiegł po pomoc.


Wtedy krzyczałem tak głośno i długo aż straciłem głos. Cały czas czekałem aż przebiegnie pomoc. Po wydawało mi się wieczności, nadbiegło dwóch kolegów i – wisząc na brechach, kulkach – próbowali podnieść tamę, aby choć trochę uwolnić mi nogę. W końcu się udało. Po pół godzinie przyjechał dopiero sanitariusz z kopalni w dresach. Z punktu medycznego na teren kopalni był 1 km, ale podróż karetką zajęła 30 min karetką – parodia. Sanitariusz noszami przejechał mi po zmiażdżonej nodze. Nie mieli koca termicznego. Wenflonu nie umiał mi założyć. Morfinę wbił do kroplówki, a kroplówka leżała. Wynieśli mnie poza teren kopalni przed bramę do karetki i czekamy. Ja w bólu ryczę i pytam: „na co czekamy??” Usłyszałem odpowiedz, że na karetkę z miasta. Dopiero jak ta przyjechała, solidnie się mną zajęli. Przy czym – nie szczędząc w słowach – upomnieli sanitariuszy, którzy byli przy mnie i nic do tej pory nie zrobili. Po krótkiej chwili nic nie pamiętam. Następne, co pamiętam to szpital i po zabiegu wystające druty z nogi i zdecydowana informacja ordynatora. Proszę przygotować się na najgorsze” na amputację. Dwa tygodnie ogromnych cierpień podczas  próby ratowania nogi, lecz nie przyniosła ona oczekiwanych skutków.
Dostawałem Morfinę co godzinę, a domięśniowo Metanol i Pyralginę dożylnie. Nic nie pomagało. To był koszmar. Nie uwierzyłbym, że tak mocno i długo może coś boleć, gdybym tego nie przeżył. Cały oddział na pewno zapamięta na długo to dwutygodniowe wycie.
Po dwóch tygodniach lekarz przychodzi na wizytę i mówi, aby poczekać jeszcze tydzień. Pytam się, czy nie tniemy dziś, bo już mam dość. A on na to „w jakim miejscu? Jakbym się na tym znał…” Protetyk, który siedział w pokoju przy mnie, oszalał. Mówił, że jeszcze czegoś takiego nie słyszał, żeby lekarz pytał pacjenta, w którym miejscu ciąć. Chcieli zostawić mi pietę, ale kazałem ciąć wyżej, bo nie będę dwa razy tego przechodził i dobrze zrobiłem. Jak się później okazało, wzięli wymaz z rany i wdał się gronkowiec. Podjąłem bardzo dobrą decyzję.
Dziwny zbieg okoliczności. Na tym szybie miała być przeprowadzona coroczna rewizja przez urzędnika z wyższego urzędu górniczego. Jednak została przełożona z powodu choroby kontrolującego o 2 tygodnie. To nie miało prawa się stać. Kilka tygodni wcześniej złożyłem podanie w pracy o przyjęcie mnie do drużyny ratowniczej w celu poprawy zarobków. Jestem jedynym żywicielem rodziny mam żonę i dwie córeczki. Kilka dni po wypadku przyjechała do szpitala delegacja z pracy i dowiedziałem się, że odbyła się rekrutacja do drużyny ratowniczej i moja prośba została odrzucona z wiadomych celów.
Usłyszałem na koniec tekst: „może tak miało się stać, może nie miałeś tam trafić, bo może byś gorzej skończył…”


S.C.: Co pana skłoniło do tego, aby wstąpić do „Koloodpornych”?

S.K.: Motywacji nie miałem żadnej. Po prostu wypadek odbił się na moim, jak i mojej rodziny zdrowiu. Miewałem  bardzo często stany depresyjne. Odczuwałem totalną niechęć do życia. Gdy popatrzyłem na protezę i pomyślałem, że mam ją założyć, lepsze było leżenie całymi dniami a nawet zdarzało się, tygodniami w łóżku. Zero apetytu, byłem prawie warzywem. Nie wychylałem głowy spod kołdry. Dzieci prosiłem by wychodziły z pokoju i nie patrzyły na tatusia, kiedy tak źle wygląda. Nie widziały taty niekiedy po kilka dni. Tragedia. Pewnego razu gdy szedłem ulicą z dziećmi, zatrzymał się taksówkarz i podszedł do mnie widząc, że mam protezę. Dał wizytówkę i powiedział: „jak byś chciał grać w piłkę, to się odezwij”. Nie byłem wtedy gotów psychicznie i fizycznie też nie, ponieważ od momentu wypadku straciłem 20 kg. Jednak, po jakimś czasie pojechałem na stację BP zatankować i patrzę, że przede mną przesiadają się chłopaki w strojach piłkarskich z jednego auta do drugiego i odjechali.
Mówię do żony: „zobacz, jeden z nich mnie zaczepił i zapytał, czy nie chciałbym grać z nimi. Nie zastanawiając się wyjąłem paragon, bo nic innego nie miałem. Napisałem krótko: „proszę o kontakt, wcześniej poznaliśmy się i dałeś mi kiedyś wizytówkę”. Podałem swój numer telefonu.
Zajechaliśmy do domu i czekałem. Było późno i myślałem, nie zadzwoni aż tu nagle telefon. Dzwoni Wiesiek. Przeprasza, że tak późno dzwoni, ale dopiero wrócił z treningu. Trochę pogadaliśmy. Umówiliśmy się na następny dzień na kawę. Następnie, przedstawił mi jak to wygląda i zdecydowałem się pojechałem na pierwszy najbliższy trening i tak się zaczęło.


S.C.:  Czym jest dla pana możliwość grania w takiej drużynie?

S.K.: Jest czymś, z czego w mojej sytuacji mogę być dumny. Patrząc codziennie na dwunożnych pijących u mnie pod oknami i nie robiących nic innego w swoim życiu, jak tylko obserwowanie innych, jestem dumny, że nie mam nogi i uprawiam taki wyczerpujący sport.

S.C.: Coś od siebie dla innych. Jak przekonać nieprzekonanych z dysfunkcjami do działania i aktywności sportowej? 


S.K.: Dajcie się zaangażować w jakiś sport. To stawia na nogi. Buduje tężyznę i wzmacnia psychicznie. Świadomość przynależności do grupy, odczucie, że jesteś potrzebnym, że ktoś na ciebie liczy i że nadal jesteś wartościowym człowiekiem jest potrzebne i dostaję te poczucie w „Kuloodpornych”.

S.C.: Bardzo dziękuję za szczerą rozmowę i życzę dalszych sukcesów.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła 


Publikacja objęta jest prawem autorskim. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i rozpowszechnianie tylko i wyłącznie za zgodą miesięcznika Bielski Rynek oraz Autorki niniejszego bloga.
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: