Między eksperymentem a muzyką nie ma granicy – wywiad z Indią Czajkowską


India Czajkowska – komponuje muzykę do filmu i teatru. Zajmuje się również własną twórczością, jak chociażby płyta pt. „Borderline” wydana kilka miesięcy temu. Rozmawiamy o trudach związanych z realizacją albumu, osobistych przeżyciach oraz innych projektach polskich i zagranicznych.  


Sylwia Cegieła: Od naszej ostatniej rozmowy minęło sporo czasu. Co się u ciebie wydarzyło pod względem muzycznym?

India Czajkowska: Próbuje sobie przypomnieć, jakie wydarzenia towarzyszyły naszej wcześniejszej rozmowie... Aha, zdaje się, że było to tuż przed wyprawą koncertową do Nowego Jorku. Miłą niespodzianką było dla mnie, że końcówka roku 2015 przyniosła dwie nagrody, z których naprawdę bardzo się ucieszyłam! Obie odnosiły się do mojej muzyki z filmu pt. „La Scultura” –  intrygującej fabuły włoskiego reżysera Mauro John'a Capece. Jedną z nich – Best Soundtrack – przyznano mi w Salento, we Włoszech w ramach International Film Festival,  a druga z nich – o nazwie Best Original Score – pojawiła się na festiwalu amerykańskim Depth Of Fields (IFF). Piękna niespodzianka i duża radość z pracy przy filmie, który w ogóle zdobył mnóstwo nagród na międzynarodowych festiwalach. Następny rok przyniósł kontynuację mojej współpracy z tym reżyserem.
Najwięcej czasu, energii i uwagi poświęciłam jednak przede wszystkim mojej płycie pt. „Borderline”, która miała premierę we wrześniu 2016. 

S.C.: Rok 2016 właśnie się skończył. Jakbyś go podsumowała?

I.Cz.: Pod pewnymi względami nie był to łatwy rok. Co mam na myśli? Czasem wszystko układa się samo i nawet nie trzeba się tak bardzo starać, a fala wydarzeń sama się toczy. Ten rok był trochę inny. Częściej towarzyszyło mi uczucie, że – bez mojego aktywnego udziału – pewne rzeczy w ogóle się nie wydarzą i, że w pełni zależą od mojej inicjatywy lub uporu. Tak było w przypadku wspomnianej płyty. Najpierw sama ją „wyprodukowałam”, pracując z Tadeuszem Sudnikiem nad miksami i masteringiem. Projektowałam również okładkę tej płyty. Później także ode mnie zależało, by materiał nie leżał w szufladzie i by znalazło się wydawnictwo dla tych nagrań tak ważnych dla mnie. Proces poszukiwań trochę się przeciągał i zastanawiałam się nawet nad opcją samodzielnego wydania tej płyty. Cieszę się, że wydawnictwo Audio Cave zajęło się tym materiałem i część pracy wokół wydania płyty nie spoczywała już na mnie. Potem wszystko poszło dość szybko i sprawnie! Pod koniec roku 2016 ruszyła praca nad video-klipem do pierwszego numeru z tej płyty, który niebawem pokażemy… Moja konsekwencja i upór przyniosły więc spełnienie!


S.C.: Miałaś też okazję znów komponować dla włoskiego reżysera. Opowiedz, co to był za projekt. 

I.Cz.: Oprócz tych prac nad moim przedsięwzięciem, zjawiły się też idee, działania, które same do mnie przyszły – jeśli można tak to nazwać – czyli moja współpraca kompozytorska nad dwoma ciekawymi projektami.
Rok 2016 wystartował od interesującej propozycji. Okazało się, że kolejny film fabularny włoskiego reżysera Mauro John'a Capece czeka na moje dźwięki. Pierwsze trzy miesiące roku upłynęły więc pod znakiem filmu pt. „Sfashion” (drugi tytuł to „La Neoborghese via Crucis”). Producent filmu początkowo zasugerował Mauro pewnego włoskiego kompozytora, ale reżyser uparł się, że chce pracować po raz drugi właśnie ze mną, z czego – oczywiście – bardzo się cieszę! Jest to zaangażowane i niepokorne włoskie kino niezależne, a reżyser otwarty na niebanalne rozwiązania muzyczne, więc z chęcią zanurzam się w jego świat i wizje. Pracujemy z Mauro na odległość: ja w Polsce, on w Rzymie. Trochę szkoda, bo lubię zaglądać na montaż filmu, ale rozumiemy się prawie telepatycznie, więc taka forma „na odległość” w tym wypadku jest możliwa.

S.C.:  Był też teatr…

I.Cz.: Tak. Drugie wyzwanie, które wiosną zeszłego roku przypłynęło do mnie to teatr tańca zatytułowany „Po Krzyku”. Spektakl Iwony Wojnickiej związany z bardzo poruszającą dla mnie historią tancerki pochodzenia żydowskiego z lat 30-tych – Polą Nireńską. Postać niemal zapomniana u nas. Praca nad tym projektem była cenną przygodą również dlatego, że – oprócz zadania skomponowania muzyki do spektaklu – brałam udział także w części choreograficznej. Kompozytor jest zwykle nieco z boku prac teatralnych czy filmowych – tutaj byłam w samym środku budowania choreografii i dramaturgii spektaklu, co oznaczało również prawie codzienne próby przez dłuższy czas...


S.C.: To musiało być bardzo interesujące przeżycie. Co zatem czeka fanów w 2017 roku?

I.Cz.: Chyba nie chcę na razie nic szczególnego zapowiadać... Kiełkują nowe pomysły, których jeszcze nie zdradzę, bo trochę za wcześnie.

S.C.: Kilka miesięcy temu ukazała się twoja nowa płyta pt. „Borderline”. Co o niej powiesz? Jak powstawała?

I.Cz.: Zdaje się, że w naszej rozmowie jakiś czas temu już o tej płycie wspomniałam, była wtedy w przygotowaniu. Może najpierw coś o historii jej powstania. Borderline to w pewnym sensie bardzo osobista płyta. Ma za sobą dość długą drogę. Pierwsze szkice pomysłów, niektórych tekstów, zaczątki utworów, powstały kilka lat temu. Stworzyliśmy je razem z Kubą Lasockim – gitarzystą, który był wtedy moim partnerem. Nie zdążyliśmy ich – niestety – wspólnie ukończyć, gdyż Kuby już nie ma na tym świecie... Dopiero po kilku latach wróciłam do naszych ukochanych pomysłów, idei, by powstał z tego album. Nie było to łatwe z powodów emocjonalnych, ale bardzo chciałam, by ta muzyka żyła i by dotarła do ludzi.

S.C.: Czym różni się od poprzednich?

I.Cz.: Już choćby z powodu tej sytuacji „Borderline” jest na pewno inna niż poprzednie płyty – tak jak mój solowy „Cosmospir”, „Mermago” czy „Tańce Snu”. Może ma coś wspólnego z „Secretią”, na której są także  odcienie trip-hopowe, elektroniczne. „Borderline” jest w moim odczuciu mniej eksperymentalna niż na przykład „Cosmospir” – klimatyczna, trochę psychodeliczna i zarazem kapryśna, jeśli chodzi o nastroje, które się w niej pojawiają. Dużo emocji. Ciekawe, czy słuchacze też tak to odbiorą. Tym razem są elektroniczne bity, loopy, sample, które z reguły tworzył Kuba. Jest tu dużo jego wrażliwości i wyobraźni .
Część utworów ma też koloryt jazzowy za sprawą wspaniałych instrumentalistów, których zaprosiłam, by coś do niej od siebie dodali. A więc w czterech utworach – trąbka, dzięki Antoniemu Gralakowi, saksofon i klarnet,  na których gra Jacek Mielcarek i dźwięki kontrabasu – Jakub Mielcarek. Kuba zdążył dograć gitarę w zasadzie tylko do pierwszego utworu pt. „Being”, więc zaprosiłam także dwóch gitarzystów – Pawła Prochnowskiego  i Bjorn'a Dreyera z Norwegii  oraz basistę Rafała Smolińskiego. 
Dodam jeszcze, że ogromną zasługę w ukończeniu tej płyty ma Tadeusz Sudnik i jego „Studio Dźwięków Niemożliwych” – bardzo inspirujący reżyser dźwięku i duch opiekuńczy tego przedsięwzięcia! Z sercem i zaangażowaniem wspierał mnie w pracy nad ta płytą!
Tym razem nie śpiewam w wymyślonych językach. Są teksty po angielsku. Jest nieco bardziej piosenkowo, choć w czasie wywiadu radiowego i tak usłyszałam uwagę – że to „nie do końca piosenki”! Czyli ciągle jednak, jak się wyraził ktoś ostatnio w recenzji: ”...eksperymentalny duch unosi się tutaj nad każdym z jedenastu utworów (...)”. Może i tak, choć ja czuję, że po prostu znajdzie tu coś dla siebie i wybredny słuchacz awangardy i ktoś, kto lubi klimatyczne piosenki. Co prawda, jak zwykle, dość daleko od muzyki pop.


S.C.: Lubisz zatem eksperymentować z muzyką. Gdzie twoim zdaniem jest granica między eksperymentem a muzyką? 

I.Cz.: Ciekawe pytanie... Moim zdaniem, nie ma takiej granicy. Przede wszystkim, bez eksperymentowania trudno byłoby mówić o zmianach w muzyce. Spójrzmy na epokę Bacha – dzięki jego eksperymentom z systemem dźwiękowym (i również innym ludziom z tej epoki) do dziś możemy cieszyć się systemem temperowanym i europejską harmonią nowej przestrzeni, która, dzięki temu, powstała i się rozwijała. Odkrycia z wieku XX-go powracają zarówno w stylistyce muzyki z okolic „Warszawskiej Jesieni”, jak i bogato czerpie z tego tzw. awangarda.
Eksperymentowanie to odkrywanie nowych ścieżek, sposobu myślenia i warunek  odkrywania świeżych doznań. Inną sprawą jest, że eksperyment zawsze jest trochę ryzykiem. To, co nam wydaje się teraz zwyczajne, kiedyś mogło wywołać wzburzenie odbiorców tak samo w muzyce, jak w tańcu i malarstwie. Kiedyś skandal wywoływała czasem nawet rozszerzona instrumentacja np. „Symfonia Fantastyczna” Berlioza była kiedyś szokująca. Ostatnio słuchałam na Festiwalu Audio Art utworu, który w całości był zagrany na rowerach. Można by się spodziewać, że będzie to tylko „noise” lub coś niestrawnego, ale to była muzyka, opowieść. Nic nas już dziś tak nie szokuje chyba...

S.C.: A co cię drażni?

I.Cz.: Mnie osobiście czasem drażnią utwory-wytwory, w których eksperyment przesłania chyba muzykę i w efekcie – nie da się tego słuchać.  Nie jest moim celem, by to, co tworzę było koniecznie trudne dla słuchacza.... Jest to zresztą straszliwie subiektywne i często zaskakują mnie opinie ludzi, co było lub nie było dla nich trudne z moich utworów, koncertów.

fot. G. Klimczak
S.C.: Nie lubisz rozwiązań oczywistych?

I.Cz.: To zależy, ponieważ lubię też pisać na tradycyjne kameralne składy np. na kwartet smyczkowy czy tylko sam fortepian. Ale często film i teatr są dla mnie ciągle takim polem, które wyzwala zabawę brzmieniem. Ciekawie jest nagrać np. dźwięki zagrane smykiem na rubabie (instrument, który przywiozłam z Uzbekistanu), jeśli okazuje się, że pojawia się nowy „kolor”. Zabawne, że czasem brak jakiegoś zaplecza, czyli instrumentów w studio okazuje się twórczy i szukam w wyobraźni nowych rozwiązań zamiast tych oczywistych! Eksperyment nie powinien zagłuszać muzyki, lecz ją wzbogacać, tak bym to ujęła.

S.C.: Dlaczego do nagrania „Borderline” użyłaś komputera i syntezatorów? Jaki był cel?

I.Cz.: Nie wydaje mi się, bym miała w tym jakiś szczególny cel... To wynikało naturalnie z naszego wyobrażenia o tej płycie, jakie mieliśmy wtedy z Kubą. Zresztą, mimo że ja rzadziej sama z siebie tworzę utwory oparte na elektronicznych bitach, to na płycie „Cosmospir”, oprócz fortepianu, głosu czy wiolonczeli,  jest też sporo elektroniki i trochę tworzonych przeze mnie sampli. „Borderline” to także połączenie żywych instrumentów z tym elektronicznym zaczynem, bazą czy syntezatorem. Można powiedzieć, że za klimat utworów zaczął się od tej elektronicznej podstawy, ale ostateczny aranż, linia wokalu, solo instrumentów nadają ostateczną formę tej muzyce. Loopy splatają się z akustycznymi, niepowtarzalnymi frazami wokalu czy trąbki.

S.C.: Gdzie będziemy mogli usłyszeć utwory z tej płyty?

I.Cz.: Przede wszystkim zapraszam na stronę Wydawnictwa Audio Cave, gdzie można zakupić płytę i posłuchać fragmentów poszczególnych utworów, a także na serpent.pl. Na YouTube na razie udostępnione są dwa numery z „Borderline” pt. „Being” i „It Is Love”. Płyta będzie też wkrótce na „Bendcamp”. Na razie nie prezentowaliśmy tego materiału jeszcze koncertowo, gdyż płyta w zamyśle.

S.C.: Bardzo dziękuję za interesującą rozmowę. Życzę powodzenia w realizacji planów.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: