„Najchętniej pojechałbym na bezludną wyspę.” – rozmowa z Mariuszem Żółkiewką


ViNATi Marius Zolkevka, czyli Mariusz Żółkiewka tworzy muzykę instrumentalną, która jest jego największą pasją. Rozmawiamy o kondycji polskiej muzyki, o wyższości klasyki nad rozrywką oraz o tym, dlaczego zespół nie potrzebuje wokalisty.

Sylwia Cegieła: Najpierw Sundaram, a potem Kha. Dlaczego takie nazwy? 



Mariusz Żółkiewka:
Sundaram to określenie z sanskrytu, jednego z boskich aspektów abstraktu. To bezforemne piękno samo w sobie nic nie określające, wartość sama w sobie, bez poziomu materii. Kha to nie skrót, lecz wyraz również z sanskrytu. Oznacza ‘początek’, ‘pierwsze słowo’, ‘powstanie’. Zresztą na dzień dzisiejszy nazwy dla zespołów: Sundaram i Kha już nie istnieją, została przywrócona pranazwa wszystkich wykonań z moją muzyką, czyli ViNATi.
W każdym – bez wyjątku – składzie osobowym, bez względu na rodzaj wykonania – rockowy czy klasyczny – nazwa ta brzmi ViNATi, czyli mój pseudonim artystyczny. To też jest określenie z sanskrytu.

S.C.: Skąd u Ciebie zamiłowanie do sanskrytu? To takie nietypowe. Każdy woli anglojęzyczne nazwy zespołu. 

M.Ż.: Sanskryt to prajęzyk, matka całej reszty narzeczy i języków świata. Zawiera w sobie prawidła – głównie duchowości. Po to powstał, by mógł słowem opisać wszystko to, co łączy człowieka z duchowością. Przydaje mi się do określania tego, jak np. widzę też swoją twórczość.

S.C.: Kto tworzy trio?

M.Ż.: Mariusz Żółkiewka – gitara solowa, kompozycje; Wojciech Ruciński – bass;   Ryszard Guz – perkusja.

S.C.: Jak doszło do jego powstania?

M.Ż.: Jest bardzo dużo mojego materiału, który sprawdził się na koncertach w innym, wcześniejszym składzie, który musiał jednak przestać istnieć w swojej formie. Ideą obecnego składu było wzmocnienie przekazu melodii, bez zbędnego nudzenia, ale i nadanie większego ciężaru rockowego na frazę. Element ten wypełniany jest poprzez przejęcie harmonii back gitary przez bass. Moim pomysłem na to, było trio, czyli zredukowanie ilości członków zespołu. Wbrew pozorom, powoduje to podwyższoną dynamikę. W takim składzie nie ma się za kim schować. Trzeba być mocno odpowiedzialnym za siebie i za swój instrument. Na dodatek, nie ma wokalisty i wszyscy są na świeczniku. Takie zestawienie powoduje, że każdy daje z siebie wszystko, a co za tym idzie, zwiększa się energia grania i poziom wykonania. To trudne technicznie, ale nie przeszkadza grać nam bardzo melodyjnie i mocno. Zapewniam, że niejedna kapela metalowa w większym składzie może się od nas uczyć dynamiki (nie mylić z głośnością). A nie jeden zespół melodii i prowadzenia fraz.

S.C.: Co wyróżnia KHA spośród innych zespołów grających muzykę instrumentalną?

M.Ż.: Jak już wspomniałem, nie ma już nazwy Kha, tylko ViNATi. Wyróżnia nas niespotykana dynamika wykonania, połączona z melodią rodem z muzyki klasycznej.

S.C.: Bez czego nie mógłbyś się obyć? Co zabrałbyś ze sobą w daleką podróż?

M.Ż.: Audiofilski odtwarzacz muzyki i gitarę, najchętniej pojechałbym na bezludną wyspę.

S.C.: Tworzysz muzykę instrumentalną. Czym jest dźwięk dla muzyka?

M.Ż.: Muzyka dobrze określa mnie. Ma wiele możliwości wyrażania, ale jest też bardzo ulotna. Nie da się jej opisać, namalować. Trzeba posłuchać. To też najwyższa z form sztuki na tym świecie. Wyżej nie ma.

S.C.: Dlaczego nagrywasz tylko utwory instrumentalne? Wokalista w zespole przyciągnąłby jednak większą uwagę. Nie myślałeś o tym? 

M.Ż.: Wokal zasłania muzyków. Nie słychać, jak grają i co potrafią. Tekst kieruje całą uwagę na treść, a muzyka staję się jedynie podkładem, choć tak naprawdę to ona rządzi w zespole. Przeczytaj ten sam tekst bez muzyki albo obejrzyj film bez muzyki. Wszystko się zmieni. Tekst przestanie mieć taki mocny przekaz, a filmu nikt nie będzie chciał oglądać. To jest prawdziwa wartość frazy. Nawet poeci za każdym razem życzą sobie muzykę w tle w trakcie recytacji, a malarze – na wernisażach. To fundament pod emocje, pod to, czego nie da się opisać słowem ani namalować. A słowo to obraz bez emocji – tylko zwykła informacja. To, że tylko wokalista przyciąga uwagę publiczności, to typowo polskie myślenie.

S.C.: Kiedy zacząłeś grać na gitarze? Jak wspominasz swoje pierwsze zagrane dźwięki? Co to było?

M.Ż.: Poprosiłem o gitarę, mając podobno 3 lata i dostałem ją. Taką malutką, drewnianą, ale z prawdziwymi strunami, bo to były lata 70-te i „plastik” jeszcze tak nie rządził w produkcji. Nikt się, niestety, nie zajął moimi zainteresowaniem, a podobno cały czas z nią sobie siedziałem i uderzałem w struny. Przypomniałem sobie dopiero o tym w wieku ok. 13 lat i już tak zostało, czyli jestem przykładem dziecka, które wie, czego chce, ale nikt tego nie zauważa.
Pierwsze konkretne dźwięki melodii, które zagrałem na gitarze, to był „Zielony mosteczek” – wbrew pozorom – dla początkującego gitarzysty nic łatwego.  Później kolega nauczył mnie utworu „Schody do Nieba” -  także też lekko nie było, jak na początek.

S.C.: Czy bardzo się zmieniałeś zawodowo od tego czasu? Czujesz, że ewoluowałeś jako gitarzysta?

M.Ż.: Tak, ale miałem przerwy w graniu, bo życie nigdy mnie nie rozpieszczało. Nie miałem też dostępu do normalnej muzyki. Nie było co grać. Polskie produkcje z lat 80-tych były mało rozwijające, a zachodnie – mało dostępne i trzeba było nieźle się napracować, żeby cokolwiek zdobyć. Niestety, i tak nie słyszałem nic, bo by mnie satysfakcjonowało. W Polsce rządził i rządzi blues, który szybko mi się znudził, a ja chciałem zawsze grać bardzo szybko – od góry do dołu gryfu. Odkąd pamiętam, to było zawsze moje marzenie. Nie miałem jednak skąd brać wzorców. Nic mnie nie poruszało wykonawczo z rzeczy, które wtedy do mnie trafiały na kasetach. Chciałem też łączyć rocka z muzyką klasyczną. Wiedziałem pod skórą, że to jest coś, co mnie choć trochę usatysfakcjonuje jako wykonawcę. Dopiero dobrych kilka lat później, dotarły do mnie nagrania, których do tej pory nie ma w polskich mediach, a które stały się dla mnie natchnieniem i wyzwoliły to, co drzemało we mnie od tak dawna.

S.C.: Co ten instrument ma w sobie?

M.Ż.: Przygodę i wyzwanie. Np. ten sam dźwięk jest w kilku miejscach, co pozwala po swojemu zagrać dany utwór. Jest też bardzo trudny technicznie, ale najszybszy do nauczenia się np. akordów czy grania sobie przy ognisku, i najtrudniejszy ze wszystkich istniejących obecnie. Gdy chcesz na nim zagrać np. pasaże przez trzy oktawy w tempie 168, nie ma wtedy trudniejszego instrumentu. Nawet skrzypce stają się wtedy jedynie cymbałkami dla dzieci, jeśli chodzi o stopień trudności. Na gitarze można też grać jak na pianinie – to tzw. technika tappingu. Można też robić bardzo szybkie moje ulubione legata triolowe. Gitara umożliwia niesamowitą naturalną ekspresję. Udaje mi się więc z niej wydobyć wszystkie emocje.


S.C.: Właśnie o to chciałam teraz zapytać. Jakie emocje chcesz przekazać w swojej muzyce?

M.Ż.: Wszystkie. Najlepiej bardzo skrajne – od płaczu po radość, od spokoju po porywczość. Poza emocjami można też malować, przekazywać wewnętrzne drżenie i siebie.

S.C.: Do kogo kierujesz swoją twórczość?

M.Ż.: Do słuchaczy dojrzałych, otwartych wewnętrznie na swoje odczucia. Do świadomych siebie.

S.C.: Dla wielu młodych ludzi, zwłaszcza znających się na muzyce, tacy jak ty mogą być inspiracją. Czy uważasz, że gitarzysta prowadzący – jako gwiazda – to dziś gatunek wymierający?

M.Ż.: W Polsce umarło już wszystko, poza disco polo, muzyką pop, bluesem i ciężkim metalem. Jeśli weźmiemy pod uwagę Azję, w tym Japonię, czy Amerykę Południową i części Ameryki Północnej to zauważymy, że tam nie ma tego problemu. Rozmiarowo Europa przy nich stanowi zaledwie skrawek lądu, więc takie myślenie jest bardzo błędne.

S.C.: Jaki jest twój wymarzony duet lub współpraca muzyczna?

M.Ż.: Duet nie. Na współpracę mam sporo pomysłów, bo ta muzyka sprawdza się w każdej postaci. Zacząłbym od orkiestry, ale nie tak, że orkiestra gra dopisane frazy do stworzonego już materiału, jak to robi większość zespołów rockowych polskich i zagranicznych. Chcę rozpisać sam wszystko na każdy instrument orkiestry oddzielnie i zaaranżować po swojemu. W efekcie dzieło ma spowodować histerię czy płacz tłumów, napędzać do działania, zachęcać do życia, ale i uspokajać wewnętrznie. Ta muzyka ma wypełniać umysł i być dobrym przyjacielem oraz wprawiać zawsze w dobry nastrój, spokojny czy też napędzać. Widzę też moją muzykę z instrumentami elektronicznymi, generującymi różne kosmiczne brzmienia, ale na pewno bez modnych bitów. One mnie rozwalają od środka. Nie mogę tego słuchać.

S.C.: Kto jest twoim muzycznym idolem?

M.Ż.: Trudno mówić o idolach. Cenię sobie kompozytorów muzyki klasycznej, szeroko pojętej rozrywki – w tym rocka, ale też sztukę nowoczesną, mocno bezmelodyjną, tzw. sztukę wyobraźni. Jest tego bardzo, bardzo dużo z różnych gatunków muzycznych. Fascynuje mnie też pewien gitarzysta rockowy i klasyczny, który wspaniale łączy w swoich utworach wszystko, co mi odpowiada. Jest niedoścignionym wzorem precyzji, swobody wykonania i przekazu melodycznego.

S.C.: Jakie są twoje marzenia te zawodowe i te prywatne?

M.Ż.: Spokój i jeszcze raz spokój. To są cele do osiągnięcia.

S.C.: Jaka jest według ciebie kondycja polskiej muzyki instrumentalnej?

M.Z.: Klasyczna? Rozrywka? Rozrywka instrumentalna nie istnieje. To precedens, przypadek. To jak produkcja czystej żywności na fabrycznej taśmie po zabitym na niej wcześniej zwierzęciu wysmarowanym w środku do chemicznego czyszczenia powietrza. Wymykam się z tego, bo nie jem mięsa i nie zanieczyszczam powietrza.  

S.C.: Jakie są plany tria na najbliższą przyszłość?

M.Ż.: Koncerty, koncerty, koncerty i to najchętniej zagranicą. Tam ludzie mają otwarte głowy. Nie ograniczają się swoimi przyzwyczajeniami i opinią najbliższego środowiska. Nie ma tam też lobby bluesowego i disco mafii.

S.C.: Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła
Udostępnij na Google Plus

About Sylwia Cegieła

Sylwia Cegieła - z zamiłowania dziennikarka, marketingowieć i PR-owiec w jednym.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: