„Piękno aktorstwa to możliwość doznania wielu żyć.” – rozmowa z Barbarą Bursztynowicz

Barbara Bursztynowicz – aktorka filmowa i teatralna. Od 30 lat niezmiennie zachwyca swoich zwolenników rolą w „Klanie”. Wielu widzów znają tylko ze szklanego ekranu. Jednak, oprócz roli Elżbiety Chojnickiej, ma za sobą wiele kreacji teatralnych i pewnie jeszcze nie jedną przed sobą. Rozmawiamy o zawodzie aktora dawniej i dziś, o roli artysty oraz współczesnym pojęciu aktorstwa. 

Sylwia Cegieła: Od pani ekranowego debiutu mija w tym roku równe 40 lat. Wraca pani jeszcze wspomnieniami do tego czasu? Jak zapamiętała pani swój pierwszy film, pierwszą rolę?


Barbara Bursztynowicz: Mój debiut filmowy był osobliwy. Z obiecanej dużej roli, skurczył się do niewielkiego epizodu, który w efekcie końcowym ograniczył się do kadru z moją ręką podającą ciastko na talerzyku. Potem dostawałam propozycje mniejszych i większych ról, ale jakoś mnie one nie przekonywały. Zniechęcały mnie spartańskie warunki panujące wtedy na planach filmowych i nie podobały mi się też proponowane scenariusze. Teatr to była magia, spokój, harmonia i porządek. "Świątynia sztuki" jak się wtedy mówiło. Nic więc dziwnego, że – jako osoba lubiąca komfort pracy – wolałam teatr od filmu. Tu mogłam się realizować i tu spełniały się moje marzenia.

S.C.: Teatr był w pani od zawsze. Już jako dziecko lubiła pani grać. Proszę o tym opowiedzieć.

B.B.: Tak, teatr był we mnie, jak pani słusznie zauważyła, zanim jeszcze uświadomiłam sobie, co to takiego jest teatr jako instytucja. Bawiłam się, teatralizując przestrzeń wokół. Przebierałam się i – udając kogoś innego – ciągle coś przedstawiałam. A że byłam wrażliwą, delikatną i nieśmiałą dziewczynką, lubiłam się ukryć w kimś zmyślonym.
Potem oczarował mnie teatr lalek "Banialuka", więc wycinałam, kleiłam i szyłam kukiełki, tworząc moje własne przedstawienia. Uwielbialiśmy też jako dzieci słuchać z babcią słuchowisk Teatru Polskiego Radia. Moja wyobraźnia szalała i inspirowała mnie do tworzenia. Mogłabym o tym opowiadać w nieskończoność.


S.C.: Jakby pani podsumowała ten okres – Barbara dawniej i dziś?

B.B.: Jak już wspomniałam, byłam nieśmiałym dzieckiem. Dzisiaj jestem bardziej odważna, chociaż bywają sytuacje, które mnie zawstydzają i peszą. Zawsze poczuwałam się do odpowiedzialności za własne czyny, ponieważ tak zostałam wychowana. Potrafię długo analizować czy rozpamiętywać sprawy i sytuacje, którym – w moim mniemaniu – nie sprostałam. Już nie płaczę z byle powodu, nie wołam: "mamo, ratuj!". W trudnych okolicznościach muszę sobie radzić sama. Dzięki aktorstwu kompleksy z młodości mogłam przekuć na coś pozytywnego. Sukces dał mi wiarę w siebie. Jednak ciągle bywają momenty niepewności albo dziecinnej wprost bezradności. Zawsze byłam wymagająca wobec siebie i otoczenia, za co często od tego otoczenia obrywałam i obrywam do tej pory. Od dziecka łasa byłam na komplementy. Łatwiej dotrzeć do mnie łagodnością. Zamykam się, kiedy ktoś krzyczy. Chętnie bym takiego kogoś uszczypnęła, ale dorosłej Basi nie wypada.
Wreszcie, ciągle odkrywam swoją niepowtarzalność osoby wrażliwej, empatycznej i – po dziecięcemu – ciekawej świata.

S.C.: Przeciętny widz często myśli sobie: jaka idealna kobieta, przystojny mężczyzna. Pewnie nie ma kompleksów, ponieważ ma wspaniałe życie. Tymczasem pani musiała pokonać swoją nieśmiałość i stawać przed ludźmi. Jak to jest z tymi kompleksami u aktorów? Czy mają prawo je mieć? 

B.B.: Wielu widzów idealizuje aktorów. Utożsamia z rolami, które gramy. Jeżeli widzi nas prywatnie to najczęściej w czasie specjalnych okazji; gal, premier filmowych i teatralnych oraz tym podobnych wydarzeń. Wtedy jesteśmy elegancko zaaranżowani, uczesani, umalowani, ubrani w odświętne stroje i uśmiechnięci. To robi wrażenie i sprawia, że wydajemy się wyjątkowi i w pewien sposób "lepsi". Ale ta prywatność poza sceną czy ekranem to też jest część naszej pracy. Na co dzień w większości jesteśmy jak najbardziej zwyczajni i dotykają nas te same problemy, które dokuczają naszym widzom.
To samo dotyczy kompleksów, czyli inaczej mówiąc – słabości. Dotykają nas one tak, jak wszystkich. Aktorstwo uczy dawać sobie z nimi radę. Walcząc, przekuwamy na walor nasze niedoskonałości na coś, na czym na przykład buduje się rolę.
Z moją nieśmiałością wiązała się delikatność, wrażliwość, uważność na świat i ludzi, a to już są cechy wartościowe w aktorskim zawodzie, więc właśnie je starałam się wydobyć i rozwinąć, zmagając się z nieśmiałością.
Podobnie jest z innymi słabościami. Bardzo często są one materiałem do budowania ciekawej aktorskiej osobowości.

S.C.: Jaka jest rola aktora we współczesnym świecie? Jak była za czasów, kiedy pani zaczynała swoją przygodę z zawodem?

B.B.: Kiedyś wpajano w nas, że teatr to misja, a my – aktorzy – tworzymy sztukę, dochowując wierności najwyższym wartościom. Nie zawsze zdawaliśmy sobie sprawę, co to tak naprawdę znaczy, ale czuliśmy, że mamy do spełnienia szczególne zadanie. Być wtedy aktorem teatralnym to było coś nobilitującego. Graliśmy sztuki wybitnych autorów. Ze sceny padały ważkie kwestie. Teatr bawił i oświecał. Był zjawiskiem nieprzeciętnym, natchnionym, intelektualnym, kreatywnym. Odkąd do teatru wtargnęły elementy techniki filmowej, teatr stracił swą kreatywność i stał się czymś bliższym życiu. Sztukę zastąpiło do pewnego stopnia odwzorowanie rzeczywistości.
Dziś aktorstwo teatralne niewiele różni się od filmowego. Kiedyś nazywano nas artystami, dzisiaj niewielu zasługuje na ten tytuł. Staliśmy się w najlepszym razie, nastawionymi na zysk rzemieślnikami biorącymi udział w komercyjnych przedsięwzięciach. Ponieważ teraz w cenie bardziej jest popularność niż umiejętności, często w przedstawieniach nie biorą udziału aktorzy tylko celebryci, którzy przyciągają publiczność. Mimo wszystko, jednak aktorstwo teatralne ciągle jest na szczycie w naszej hierarchii zawodowej.

S.C.: W czym tkwi piękno tego zawodu?

B.B.: To jest pytanie, które w odpowiedzi wymagałoby książki. Piękno aktorstwa to możliwość doznania, co prawda na niby, ale jednak, wielu żyć. Możliwość znalezienia się w okolicznościach, w których nigdy poza scen czy planem filmowym nie mogłabym się znaleźć. Możliwość odkrycia w sobie cech czy emocji, o których nie miałam zielonego pojęcia. Możliwość założenia kostiumu żebraczki albo księżniczki i mówienia rzeczy mądrych, głupich, śmiesznych, smutnych, napisanych często przez wielkich dramaturgów. Czy wreszcie możliwość wpływania na widzów, dostarczania im wzruszeń, radości i pretekstu do refleksji.

S.C.: Kto był wtedy pani idolem, a kogo za takiego uważa pani teraz?

B.B.: Aleksandra Śląska była moim "guru" w Szkole Teatralnej. Nauczyła mnie podstaw aktorstwa, ale także szacunku do siebie, partnerów na scenie i ludzi teatru. Sugerowała, żeby nie zadawalać się łatwymi, powierzchownymi chwytami, pracując nad rolą, a ciągle szukać nowych środków wyrazu i doskonalić się w sztuce aktorskiej. Uczyła nas dyscypliny oraz korzystania z wyobraźni. Miałam potem zaszczyt grać z nią na scenie. To była wielka szkoła i nieocenione doświadczenie. Dzisiaj trudno mi wskazać autorytet. Jest wielu aktorów, których podziwiam, ale już chyba nikt nie wpłynie na mnie tak mocno jak moja Pani Profesor.

S.C.: Co pani sądzi o współczesnych idolach, ikonach kina, telewizji czy teatru? Czy możemy jeszcze mówić o tym zjawisku w tych kategoriach, kiedy każda dziedzina życia ulega komercjalizacji? Czy jest jeszcze miejsce na prawdziwe ideały?

B.B.: Każdy czas ma swoich idoli i swoje ikony. Tak było zawsze, tak jest też teraz i to jest oczywiste. Czy jest jeszcze miejsce na prawdziwe ideały? To jest sprawa indywidualna. Każdy może pielęgnować w sobie to, co jest dla niego ważne. Może być wierny wartościom bez względu na to, czy są one obecnie "w cenie" czy też nie. Oczywiście, postawa całkowicie radykalna w tym względzie może spowodować odrzucenie przez widzów lub kolegów aktorów. Ewentualnie, może doprowadzić do sytuacji, kiedy nie ma co do garnka włożyć. Mało kogo stać jest na taki radykalizm. Skazani jesteśmy więc na kompromisy.


S.C.: Która z dotychczas zagranych ról najbardziej utkwiła pani w pamięci i dlaczego?

B.B.: Było wiele takich ról, trudno mi je wszystkie wymienić. Leta w "Dusi, Rybie, Wal i Lecie" Pameli Gems. Mój debiut w Teatrze Ateneum, gdzie zetknęłam się z gwiazdami: B. Wrzesińską, J. Jędryką i K. Jandą. Reżyserowała tę sztukę A. Holland, a scenografię robił A. Starski. To była mieszanka wybuchowa – same indywidualności i ja tuż po szkole, nieopierzona jeszcze, rzucona na głęboką wodę.
Potem była Jill w "Equusie" Shaffera, gdzie tworzyliśmy parę z M. Bajorem. Dalej Ofelia w "Hamlecie" w reżyserii J. Warmińskiego, a na scenie sami wielcy: Śląska, Kamas i Jerzy Kryszak w roli Hamleta.
Dobrze wspominam Zosię Plejtus w "Matce" Witkacego, ponieważ była to rola charakterystyczna, o jakiej marzyłam od dawna, gdyż dotychczas obsadzano mnie przeważnie w rolach amantek.
W roli lady Croom w "Arkadii" Stopparda, udało mi się wszystkich zaskoczyć, ponieważ nikt nie wierzył, że potrafię zagrać damę i arystokratkę.
Wreszcie chyba moja najukochańsza rola Jill w "Listach miłosnych" Gurneya. Miałam tu karkołomne i zarazem arcyciekawe zadanie pokazania życia kobiety, począwszy od dziecka do dojrzałości.
Po długiej przerwie wróciłam do teatru rolą Ruth w "Dziewczynach z kalendarza" w Teatrze „Komedia”. Miałam ogromną satysfakcję, bo pokazałam się z innej strony tej publiczności, która znała mnie tylko z "Klanu".

S.C.: Teatr czy duży ekran? Co według pani najbardziej rozwija aktora?

B.B.: Każda rola rozwija w inny sposób. Każda to nowe, wzbogacające doświadczenie.

S.C.: Telenowela "Klan", o której już pani wspomniała. Jedni ją kochają, inni nie. Na czym, według pani, polega fenomen jej "długowieczności"?

B.B.: Kochają ją przede wszystkim widzowie, którzy od początku zaakceptowali tę formę narracji i trwają z nami do dzisiaj. "Klan" to jest swego rodzaju zjawisko socjologiczne. Historia rodziny wielopokoleniowej, z której członkami widzowie mają się utożsamiać, śledzić ich losy, dyskutować z ich wyborami i nie pozostawać obojętnymi, ponieważ wszystko jest wzięte z życia i często podobne do tego, co przeżywa widownia po drugiej stronie ekranu. Podglądanie przez dziurkę od klucza, ciekawość, co będzie dalej, wchodzi w nawyk i każe nam tkwić przed telewizorem bez względu na to, czy nam się to jeszcze podoba czy już nie. Poza tym, bohaterowie starzeją się razem z nami. Mają podobne problemy i chcielibyśmy wiedzieć, jak je rozwiążą. Publiczność chętnie korzysta z rad swoich ulubieńców. Ale, przede wszystkim, ciekawa jest dalszego ciągu i pragnie, żeby ta fikcyjna historia nigdy się nie skończyła.

S.C.: Co pani sądzi o współczesnych serialach masowo produkowanych przez TV?

B.B.: Niech sobie będą, jeśli takie jest zapotrzebowanie. Poza tym, to są miejsca pracy dla aktorów. Można też tą drogą zwrócić uwagę na wiele ważnych społecznie problemów. Więcej nie powiem, bo nie oglądam seriali. Wystarczy, że w nich gram.

S.C.: Słuszna uwaga. Jaka jest pani wymarzona rola?

B.B.: Nie mam wymarzonej roli. Jeśli taka była, to już przeszła mi koło nosa. Z wiekiem kurczy się "asortyment", ubywa ról. Może zdarzy się jeszcze jakaś teatralna przygoda... . Bardzo bym tego pragnęła.

S.C.: Tego życzę. Wspominając Bielsko-Białą, za czym pani tęskni, co najchętniej wspomina?

B.B.: Tęsknię za prowincjonalnością w najlepszym tego słowa znaczeniu, za ludźmi otwartymi i przyjaznymi, za widokami i miejscami przypominającymi młodość.

S.C.: Czego należy pani życzyć na dalsze lata pracy?

B.B.: Dobrej formy, cierpliwości, wytrwałości, różnorodności, właściwych wyborów, a przed wszystkim… szczęścia, bo w tym zawodzie jest bardzo ważne.

S.C.: Bardzo dziękuję za niezwykle interesującą rozmowę. Życzę powodzenia na kolejne lata zawodowe.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła
Udostępnij na Google Plus

About Sylwia Cegieła

Sylwia Cegieła - z zamiłowania dziennikarka, marketingowieć i PR-owiec w jednym.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: