Izabela Olchowicz-Marcinkiewicz: Uważam, że każdy zasługuje na prawdę

Izabela Olchowicz-Marcinkiewicz – była żona byłego premiera. Jej historia zaczęła się od niezobowiązującej rozmowy dwojga ludzi. Nikt jednak nie przypuszczał, że po kilku latach przybierze ona tak zaskakujący obrót. Najpierw był ślub, powrót z Londynu do Warszawy, potem fatalny w skutkach wypadek i wreszcie rozwód. Zwieńczeniem tej historii jest książka pt. „Zmiana”. Autorka opisuje w niej wydarzenia widziane jej oczami. Zapraszam na rozmowę o adopcji, związku młodej kobiety ze starszym mężczyzną oraz życiu „po”.  

 
Sylwia Cegieła: Co dla ciebie oznacza termin „zmiana”? Co powinien oznaczać dla potencjalnego czytelnika? 

Izabela Olchowicz-Marcinkiewicz: Użyłam tego tytułu w odniesieniu do siebie, bo – jak przeczytałaś książkę – to zauważyłaś pewnie, że w moim życiorysie następował szereg zmian – i tych dobrych i tych niekoniecznie przychylnych, tych korzystnych i tych mniej korzystnych, sytuacji zależnych i też niezależnych ode mnie. Myślę, że wielu czytelników może się identyfikować z takimi właśnie przemianami życiowymi, bo również w jakiś sposób ich doświadcza.

S.C.: Czy książka jest swego rodzaju spowiedzią społeczną, przelaniem wszystkich żalów na papier. Chciałabym, abyś to sprecyzowała, ponieważ ludzi mogę cię oceniać z różnej perspektywy.

I.O.-M.: To ogromne spłycenie tematu. Nie będę nikogo nakierowywała, jak ma odbierać moją książkę. To już leży w gestii czytelnika. Uważam, że każdy znajdzie w tej książce coś dla siebie. Do tej pory dostaję bardzo pozytywne recenzje od osób, które miały podobne problemy, które również wyjechały do Londynu. Bardzo mnie to cieszy. To nie jest książka dotycząca wyłącznie problemów. Czytelnicy znajdą w niej również pozytywne wątki.

S.C.: Czy „Zmiana” będzie dla ciebie pewnego rodzaju katharsis, oczyszczeniem, zakończeniem pewnego etapu w życiu?

I.O.-M.: Wiem, że wielu ludzi to tak nazywa, mówiąc, że to jest jakieś rozliczenie z przeszłością. Generalnie, autobiografie mają to do siebie. Są pewnego rodzaju podsumowaniem tego wszystkiego, co się działo w pewnym przedziale czasowym w życiu konkretnego człowieka i w zasadzie ja też takie podsumowanie zrobiłam. Nie odpowiadam za to, jak ktoś odbierze moją książkę.
Myślę, że każdemu potencjalnemu czytelnikowi spodoba się chociaż jakiś fragment tej publikacji.


S.C.: Co dało ci napisanie tej książki?

I.O.-M.: Wolność i swobodę, ponieważ jest napisana przeze mnie. To ja decydowałam, gdzie stawiam znaki interpunkcyjne. Nikt mi się nie wtrącał. Nie narzucał tempa jej pisania. Kto będzie chciał rzeczywiście mnie poznać taką, jaką jestem, przeczyta moją książkę.

S.C.: Czy chciałaś w ten sposób skończyć z tabloidyzacją swojej osoby? Dużo jest niekorzystnych informacji w sieci na twój temat, niepotrzebnego szumu informacyjnego.

I.O.-M.: Może to być trochę naiwne określenie, ale jestem osobą, która dąży do prawdy. Uważam, że każdy na nią zasługuje. Pewnymi informacjami chciałam się również podzielić z odbiorcą, żeby mógł poznać mnie jako osobę, która rzeczywiście opisuje ze swojej perspektywy własne doświadczenia, przeżycia, a nie to, w jaki sposób zostało to przedstawione gdzieś na portalach plotkarskich, które słyną, z czego słyną.

S.C.: W swojej książce wspomniałaś też o adopcji, która – w twoim przekonaniu – wywarła ogromne piętno na twoim życiu. Chciałabym, abyś mi opowiedziała o tym, co czuje dorosłe dziecko adoptowane patrząc z perspektywy tych wszystkich wydarzeń. 

I.O.-M.: Temat adopcji był dla mnie nie tyle wstydliwy, co przez długi czas nie miałam z kim o tym porozmawiać. W końcu jednak to się udało i z tego się bardzo cieszę. Przedstawiałam się jako osoba adoptowana, ponieważ ten fakt ma ogromne znaczenie na to, co robisz potem już jako dorosły człowiek; na to, jak przeżywasz pewne rzeczy. Jestem osobą bardzo empatyczną. Zdaję sobie sprawę, że - przez fakt adopcji - do pewnego czasu byłam bardzo łatwowierna. Może dlatego ciągle poszukiwałam jakiejś miłości.

S.C.: Poszukiwałaś miłości, ale z drugiej strony wspomniałaś w książce, że twój pierwszy związek rozpadł się, ponieważ nie chciałaś założyć rodziny… Czym dla ciebie jest związek? 

I.O.-M.:  To nie jest do końca tak. Wtedy byłam w takim wieku - 23 lata - że wolałam sobie pożyć i "zbudować się" jako osoba, profesjonalnie. Według mnie, ludzie, którzy w związku są razem, powinni być jak dwie odrębne spełniające się jednostki. Ja potrzebuję takiej właśnie niezależności, swobody do swoich działań, co – oczywiście – nie każdemu może się podobać.


S.C.: Z perspektywy osoby adoptowanej, jak rozumiesz słowo „rodzina”? Co uważasz za jej fundament?

I.O.-M.: Na pewno zrozumienie, bliskość pojmowana przez przyjaźń czy dostępność dla drugiej osoby, która daje możliwość rozmowy z drugą połową.     

S.C.: Wróćmy jeszcze na moment do tej adopcji. Czy przez wyjazd do Londynu chciałaś uciec od tej kwestii adoptowanego dziecka? Wyrwać się z dotychczasowego środowiska?

I.O.-M.: Może..., podswiadomie. Nie dążyłam do tego wyjazdu. Dopiero później, kiedy zobaczyłam tę inność, która mnie przyjęła z otwartymi rękoma, bardzo chętnie się temu poddałam. Ja nie jestem osobą, która ucieka od czegoś. Wyjechałam najpierw wakacyjnie, a później przerodziło się to w chęć pozostania, a w konsekwencji - zamieszkania w Londynie.

S.C.: Co dają młodym ludziom takim, jak ty, wyjazdy zagranice?

I.O.-M.: Zawsze będę uważała, że – pomimo ostatnich wydarzeń i breakexit-u – wyjazdy zagranice bardzo dużo dają. Dają mnóstwo możliwości, a czasami dają  więcej okazji do rozwoju, niż możemy oczekiwać we własnym kraju. W Londynie zaczynałam karierę. W nim żyłam, dlatego te miejsce zawsze będzie moim drugim domem.

S.C.: Jednego nie rozumiem. Miałaś swoją karierę, już w miarę ugruntowaną pozycję zawodową. Zarabiałaś – jak często sama mówisz – ponadprzeciętną pensję. Doskonale znasz język angielski. Zainwestowałaś w swoją edukację i twoi rodzice również. I tak naprawdę wszystko zostało zaprzepaszczone po kilku latach znajomości z jednym człowiekiem. Nagle się poświęciłaś i przestałaś pracować. Czytałam i nie rozumiałam twojej decyzji. Nie miałaś już przecież 18 lat, ale 28…

I.O.-M.: Aby to zrozumieć, trzeba to przeżyć. Wielu tak właśnie mówi. Są pewne typy ludzi, które – nawet jak nie chcą – to i tak trafią na siebie. Jako osoba empatyczna, "zaopiekowałam się" starszym facetem i wyszło to, co wyszło. Po prostu. Londyn to było moje miejsce, w którym on nie czuł się swojsko, ja natomiast jak "ryba w wodzie". Pomogłam mu się tam czuć lepiej.

S.C.: Czyli mam rozumieć, że obstawiłaś się w roli opiekunki Kazimierza Marcinkiewicza? Trochę to jest absurdalne.

I.O.-M.: To jest absurdalne. Nie opiekunki tylko przyjaciela. Normalnemu człowiekowi ciężko jest to zrozumieć, ponieważ żyjemy w kraju, w którym stereotypy biorą górę. Młodsza kobieta jest głupsza. Młodsza kobieta ma mniej zarabiać. Ma mieć mniejszą wiedzę i mniejsze doświadczenie. Ja akurat uważam, że w XXI wieku nie zawsze tak jest. Często niejednokrotnie osoba młodsza ma większe doświadczenie niż 50-60-latek. Mówiąc „opiekunka”, chodziło mi o pomoc w języku angielskim. Chciałam też, aby mój „były” poczuł się w Londynie tak dobrze, jak ja. Zresztą, on mnie o tę pomoc poprosił, a ja – jako osoba empatyczna – tej pomocy udzieliłam. Lubię pomagać ludziom. W takim kontekście użyłabym tego sformułowania.

S.C.: Zrozumiałe jest, że Londyn to miejsce, w którym to ty się dobrze czułaś. Tutaj ty byłaś górą. Wasz związek rozkwitł właśnie w tych okolicznościach. Co się dzieje, kiedy następuje zmiana otoczenia. Zmieniasz miejsce zamieszkania trochę wbrew sobie, co podkreśliłaś w książce. Wbrew sobie przyjeżdżasz do Polski ze swoim mężem. Musisz znów przestawić się mentalnie i nagle wszystko zaczyna się psuć… 

I.O.-M.:  Wcześniej nie pracowałam w Polsce. Przyjazd do kraju po 9 latach mieszkania zagranicą nie jest prostą sprawą. Trudno jest się przyzwyczaić do realiów, do mentalności. Musisz wiedzieć, że bardziej odpowiadała mi tamta mentalność. Uważam, że - przy tak ogromnej zmianie - wsparcie drugiej osoby jest bardzo przydatne. Ja tego wsparcia nie otrzymałam, dlatego potoczyły się sprawy tak, a nie inaczej.

S.C.: Kiedy zauważyłaś, że z osoby anonimowej stałaś się osobą publiczną? Jak wspomniałaś w książce, tak naprawdę, nigdy tego nie chciałaś.

I.O.-M.: Nastąpiło to przy okazji moich przyjazdów do Warszawy. Dosyć regularnie wtedy odwiedzałam rodziców. I, gdy przyjeżdżałam z Kazimierzem, zauważyłam zupełnie zbędną obecność reporterów. Przyznam, iż trochę flustrował mnie fakt, że ten człowiek nie potrafił sprawić, abym ja – w tej nowej dla mnie sytuacji – poczuła się dobrze. Sama musiałam do wszystkiego dochodzić i zastanawiać się, jak powinnam postępować. Generalnie, mój mąż wtedy dbał o swój wizerunek, nie nasz.


S.C.: Czy nie uważasz, ze właśnie w tym momencie pozyskałaś bardzo potężną broń. Dlaczego tego nie wykorzystałaś na swoją korzyść? Zrobić z tej popularności dobry użytek…

I.O.-M.: Przecież w książce piszę o mojej ponadprzeciętnej pensji, o mojej pracy, z której byłam  zadowolona. Żyłam w Londynie i nagle miałabym wrócić do Polski... w ogóle o tym nie myślałam. Poza tym, co do jego popularności - ona juz dawno minęła. Wtedy, kiedy on miał swój czas świetnosci w mediach, ja go nie znałam, ponieważ żyłam swoim życiem londyńskim. Na początku znajomości nawet nie wiedziałam, że on był popularny. O tym dowiedziałam się dopiero w trakcie.

S.C.: Miałaś okazję, z racji pozycji żony Kazimierza Marcinkiewicza, bywać na przeróżnych spotkaniach z politykami, biznesmenami i innymi ważnymi osobistościami. Czy nie czułaś się w jakiś sposób wyróżniona z tego powodu? Nie miałaś ani przez chwilę poczucia satysfakcji, że ty jesteś w tym miejscu, a np. twoje koleżanki nadal są anonimowe? 

I.O.-M.:  Żartujesz? Czy sądzisz, że osoba żyjącą pełnią życia zagranicą będzie się ekscytować tego typu wydarzeniami? Absolutnie tak nie myślałam. Na początku, z ciekawości chodziłam na te spotkania, ale później zauważyłam, jak one wyglądają. Zaobserwowałam te same rutynowe rozmowy, które nie sprawiały nikomu przyjemności. Zwyczajnie, pewne osoby przychodziły na te spotkania, żeby się na nich pokazywać. Chodziło o utrzymywanie kontaktów. Z mojej perspektywy, była to czysta ciekawość i możliwość obserwacji oraz towarzystwo, o które prosił mnie mój były mąż. Tyle z mojej strony. Gdybym miała ambicje  "parcia na szkło", co mi niektórzy zarzucali, to już dawno miałabym swój program telewizyjny.

S.C.: Były takie propozycje?

I.O.-M.: Były różne propozycje udziału w wielu programach, ale nie zgodziłam się. Nie miałam na to czasu, gdyż mój zawód nie polega na byciu showmenką.

S.C.: Gdy mówisz Londyn, co myślisz?

I.O.-M.: Wolność, swoboda, możliwość rozwoju i różnorodność.

S.C.: Jaki ślad zostawił Londyn w tobie? 

I.O.-M.:
Na pewno dużą tolerancję w stosunku do ludzi, do odmienności.

S.C.: Jakbyś miała porównać ze sobą te dwa miasta Londyn i Warszawę, co byś powiedziała?

I.O.-M.: W Londynie mogę się tam czuć jak osoba, której potrzeby są traktowane poważnie. W Polsce również zdarzają się takie sytuacje, tyle że w naszym kraju czasami trzeba się bardzo namęczyć, żeby coś dostać. 

S.C.: Czy nie miałaś nigdy ambicji, aby pracować w sektorze publicznym lub w jakikolwiek inny sposób wykorzystać znane nazwisko dla rozwoju własnego biznesu?

I.O.-M.: Mam i zawsze miałam taki przywilej, że nieważne, jakbym się nazywała, to jest to dla mnie sprawa drugorzędna. Mój zawód wymaga doświadczenia, umiejętności i wiedzy, a nie nazwiska. Zresztą, teraz wiem, że nazwisko Marcinkiewicz sławy nie przynosi.

S.C.: W mediach funkcjonujesz jako Isabel. Nikt nawet nie używa twojego polskiego imienia. Przylgnęło to do ciebie jak jakiś pseudonim. Czy nie czuje się w jakiś sposób okradziona z własnej tożsamości, osobowości? Nikt nawet nie używa twojego panieńskiego nazwiska – Olchowicz.

I.O.-M.: Czy bym się nazywała Jones czy Kowalska, ten drugi człon nazwiska będzie ze mną do końca moich dni. Nawet jak zmienię imię, to zawsze już będę Isabel. Niemniej, ciągle to podkreślam – nie jestem "tabloidową" Isabel i nie mam kontroli nad tym, co piszą gazety.

S.C.: Jak rozumiesz słowo „wolność” w kontekście opisanych wydarzeń? Twój były mąż przecież był cenzorem twoich wypowiedzi, co często podkreślałaś w książce.

I.O.-M.: Wolność dla mnie to możliwość rozwoju, podejmowania decyzji we własnym imieniu i ponoszenia odpowiedzialności za nie.

S.C.: Czym jest dla ciebie szczęście? 

I.O.-M.: Dla mnie jest to wolność poprzez rozwijanie się i obecność ludzi, którzy cię na co dzień wspierają. Którzy lubią cię taką, jaka jesteś.


S.C.: W jakim stopniu wypadek zdeterminował twoje podejście do dalszej kariery zawodowej? 

I.O.-M.: Na pewno musiałam ją w jakiś sposób zmodyfikować i to nawet znaczny. Nie jestem w stanie, tak jak kiedyś, odbywać swobodnie spotkań i się poruszać. Również, ze względu na odkryte ramię, spotkania biznesowe są dla mnie niekomfortowe, dlatego pracuję głównie w domu.

S.C.: Co teraz robisz zawodowo?

I.O.-M.: Zawodowo się spełniam w pracy, o której – ze względów bezpieczeństwa – nie mogę powiedzieć. Realizuję różne pomysły związane z moim consultingowo-biznesowym wykształceniem. Poza tym, po napisaniu książki, co było czasochłonne, zasługuję na krótki odpoczynek.

S.C.: Na zakończenie jeszcze powiedz, czy zamierzasz wrócić do Wielkiej Brytanii?

I.O.-M.: Ze względu na moją niepełnosprawność, przy której potrzebuję codziennej pomocy asystentki, powrót w tym momencie jest wykluczony. Niemniej jednak, regularnie jestem w stanie jeździć do Londynu. Mam stały kontakt z tym miastem oraz z moimi brytyjskimi współpracownikami. Na obecną chwilę to mi w zupełności wystarcza.

S.C.: Bardzo dziękuję, że zgodziłaś się ze mną porozmawiać.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: