Wszyscy podróżujemy po tym świecie w poszukiwaniu drugiego człowieka

Jej fascynacją są konie. Maluje je nieustannie. Mieszka w lesie, z dala od miejskiego szumu. Gdy nie tworzy pięknych obrazów, aranżuje przestrzeń wokół swojego domu. Pogrążona w ciszy, wśród zwierząt i roślin, poszukuje inspiracji. Z Samanthą Glińską rozmawiam o otaczającej ją przyrodzie, ogrodnictwie oraz dziecięcych fascynacjach sztuką.  

Sylwia Cegieła: Od kiedy zaczęła się pani przygoda z malarstwem? Jaki wpływ mieli na to rodzice?



Samantha Glińska: Potrzebę rysowania, malowania i w ogóle tworzenia mam i miałam, odkąd sięgam pamięcią – zresztą – jak większość dzieci. Od momentu, kiedy mogłam utrzymać w ręku pierwszą kredkę, rozpoczęłam domową destrukcję wszystkich powierzchni zdatnych do rysunku. Pozostał mi jeszcze jakiś ślad w pamięci, że nie mogłam się powstrzymać, gdy widziałam czystą, niezapełnioną kartkę. Jeżeli dostałam do ręki zeszyt, musiał zostać „zapracowany” cały. Do ostatniej strony. Zaraz! natychmiast! Teraz mam podobnie z niezamalowanymi płótnami (śmiech). Myślę, że – w dużej mierze – do tego, kim jestem, przyczyniła się moja mama – niespełniona artystycznie dusza. Cały czas uwrażliwiała mnie na otaczający nas świat. Zachęcała do rysowania. Całe moje dzieciństwo spędziłam tu – w tej samej wsi, w której obecnie mieszkam (ale to był zupełnie inny świat). Zżyłam się bardzo z lasem i jego przyrodą, co też było tematem moich dziecięcych prac. No i konie. Nie wiadomo, skąd i dlaczego, ale konie…
Po latach, już w szkole podstawowej i w mieście, nadal trwałam w swoim malarskim uporze. Kiedy, zamiast biegać z innymi dziećmi, „zapracowywałam” kolejne bloki i brystole. Od początku było wiadomo, jaka będzie moja droga.

S.C.: Kim jest Samatha Glińska prywatnie?

S.G.: To dobre pytanie. Sama siebie nieustannie odkrywam i poznaję na nowo. Człowiek stale się zmienia. Pojawiają się przed nim kolejne zadania i wyzwania.

Ale od początku!
Mieszkam praktycznie w lesie. Dom stoi na ziemi moich pradziadków i powoli staje się integralną częścią przyrody. Jestem właścicielem – a może bardziej – przyjacielem i współlokatorem dwóch koni i psów oraz całej masy innych drobnych zwierząt, które wybrały te właśnie miejsce na swoje mieszkanie. Jestem też „szalonym ogrodnikiem”, który obrał sobie za punkt honoru zrobić z tej jałowej śródleśnej gleby dziki gąszcz. Ogród-dżunglę, który byłby przyjazny także dla innych istot. I to się powoli staje. Systematycznie przyroda obejmuje w posiadanie cały teren. Ja jestem tutaj tylko dodatkiem. Wprowadzam drobne korekty. Właściwie to moja twórcza pasja nie ogranicza się tylko do malowania. Ciągle coś wymyślam. Gdybym chciała zrealizować wszystkie moje pomysły, nie starczyłoby mi kilku wcieleń. Dlatego mnóstwo z nich odkładam na półkę z nazwą „może w następnym życiu” (śmiech).

S.C.: Sama jest też pani architektem tego krajobrazu…

S.G.: Tak, jestem konstruktorem i murarzem wszystkich ścieżek i murków w ogrodzie. To niesamowite zajęcie. Mam tu na myśli dopasowywanie kamieni, cegieł i wszystkich innych znalezionych materiałów. Wszystko po to, żeby stworzyć wrażenie naturalności: wijącą się ogrodową ścieżkę lub zapomniany murek. Wszystko z wizją przyszłej bujności przyrody, która zagospodaruje moje dzieło według własnego pomysłu. Efekt końcowy często przerasta moje najśmielsze oczekiwania.


S.C.: Co pani dają te czynności? 

S.G.: Te zajęcia to kontemplacja. Człowiek znika. Zatapia się. Myśli nie istnieją – jest tylko układanka. Kamień do kamienia… Z każdą wiosną wejście do domu zarasta coraz bardziej. Gość wchodzący do domu musi się skłonić pod wybujałymi pędami glicynii. Przed gankiem wędrują jeże. Ptaki zakładają gniazda tuż przed oknami. Wszyscy żyjemy w miarę zgodnie. Prawie zawsze. Ten mój mały raj zawsze przyciągał ludzi i chyba właśnie dlatego zostałam właścicielem mikrogospodarstwa Agro. To miejsce dla tych, którzy – zamiast od wielkomiejskiego gwaru – wolą ciszę i leniwe popołudnia w cieniu sosen, a przede wszystkim, mogą przyjechać tutaj ze swoim psem lub koniem. Czasami, dla chętnych, organizuję warsztaty malarstwa akwarelowego. Jest to bardziej poznawanie akwareli przez zabawę, czyli coś, co ma sprawić frajdę każdemu z uczestników. Tutaj można się wyciszyć, posłuchać ptaków, a także przeczytać nieprzeczytane, odkładane na potem książki. Nie ma telewizji. Nie mam jej od zawsze, od nastu lat i wcale mi tego nie brakuje. Wolę ciszę!

S.C.: Czym jest dla pani ta cisza, bliskość z przyrodą?

S.G.: Cisza konfrontuje nas z samym sobą, ale też świat przyrody działa jak papierek lakmusowy. W jednym i w drugim można się przejrzeć jak w lustrze. Boimy się ciszy. Boimy się świata przyrody. Może stad bierze się to, że ciszę zagłuszamy, a przyrodę niszczymy, prostujemy, „upiększamy” w czysto „ludzki” sposób. Zarówno cisza, jak i przyroda daje nam możliwość spojrzenia w głąb siebie, pogodzenia się z sobą i zaakceptowania się takim, jakim jesteśmy, a dopiero to poznanie siebie pozwala dokonać nam zmian. Jedno i drugie daje mi siłę! Moc, żeby działać i iść dalej. To siła napędowa do dokonywania zmian w sobie i swoim życiu, aby podejmować nowe wyzwania. To też kojący spokój, który wycisza i daje wytchnienie po okresach intensywnej pracy. Moje lekarstwo.

S.C.: Jak już pani wspomniała, w pani malarstwie dominują konie. Skąd u pani tak silna miłość do tych zwierząt? Jakie były początki fascynacji tymi zwięrzętami?

S.G.: Był moment w moim życiu, kiedy malowałam głównie pejzaże – taki okres wyciszenia, harmonii, trochę nostalgii. Teraz jest czas zmian, często bardzo burzliwych. Może dlatego aktualnie konie królują w moim malarstwie. Dają mi swoją siłę i energię do działania. Zdarzyło mi się w życiu odchodzić od malarstwa, ale chyba tylko dlatego, żeby do niego wrócić ze zdwojoną siłą. To działo się właśnie za sprawą koni. Ten temat, zarówno w malarstwie i w sztuce, jest trudny. Trochę niechciany. Czasami na twarzach niektórych ludzi wywołuje kpiący uśmiech. Koń w sztuce rodzi skrajne emocje: od uwielbienia po całkowitą negację. Jeżeli nie będę robić tego, co czuję i co mnie fascynuje, to co wtedy? Uświadomiłam sobie, że nigdy, przenigdy nie spełnię oczekiwań wszystkich. Dobrze, że czasami można się obudzić. Świat jest piękny dzięki jego różnorodności. Szkoda tylko, że większość z nas – ludzi – nie może tego zaakceptować. Dopiero niedawno to wszystko do mnie dotarło i dopiero teraz – po latach, wychodzę bardziej do ludzi z moim malarstwem. Bogatsza w doświadczenia, odważniejsza, bardziej otwarta. Wiem już, że mogę i chcę robić to, co czuję, ponieważ daje mi to radość oraz satysfakcję. Dzięki temu, mam motywację do dalszej pracy nad sobą i dalszych poszukiwań. Jestem trochę niespokojnym duchem, wiecznym poszukiwaczem, dlatego to, co robię, jest takie zróżnicowane. Ciekawe, dokąd zaprowadzi mnie ta moja droga?

S.C.: To pewnie czas pokaże. Co pani widzi w tych zwierzętach?

S.G.: Mnie fascynuje ich moc. Ta siła, ekspresja, która wprost z nich emanuje. Koń jest czystym ruchem. To niesamowita żywa „maszyna” do biegania. Złożony mechanizm stworzony, żeby pochłaniać przestrzeń. Pędzą ciągle do przodu. Kiedyś konie i my – ludzie – nieustannie wędrowaliśmy. Może to jakaś pierwotna tęsknota? Koń to też dusza – czasami niepokorna, czasami uległa. Żywa, czująca istota, która pozwala nam się dosiąść i poczuć coś niesamowitego. Do dzisiaj pamiętam swój pierwszy w życiu galop na plaży w Gdyni. Jeszcze wtedy nie umiałam jeździć. To było zupełne szaleństwo. Pierwsze kilkadziesiąt metrów okazało się dla mnie walką o życie, a potem… Potem to już było wręcz mistyczne uczucie! A tak naprawdę to nikt nie wie, skąd się u mnie wzięła miłość do koni. To chyba jednak wymowny dowód na istnienie kolejnych wcieleń.


S.C.: Kolejne wcielania? Wierzy pani w reinkarnację, w istnienie życia po życiu?

S.G.: Tak, jak właściwie na wszystkie postawione przez panią pytania, tak i na powyższe nie jestem w stanie odpowiedzieć jednoznacznie. W tej materii też jestem wiecznym poszukiwaczem. To wszystko jest w tej chwili we mnie w fazie odczuwania, dotykania niewiadomego. Obserwuję, trwam. Staram się pojąć, zrozumieć, a może bardziej poczuć. Zadaję pytania. Czasami mam poczucie czegoś minionego, czegoś, co już było. Odkrywam w sobie rzeczy, które są dla mnie zagadką. Skąd to się wzięło? Co to jest? Dlaczego? To jest w nas samych. Musimy to odkryć, odsłonić. A tak właściwie to nic nie wiem.

S.C.: Wspomniała pani o poszukiwaniach. Czego szuka artysta w swej sztuce? Czego poszukuje Samantha Glińska?

S.G.: Szukam niedoścignionego, niespełnianego, nieuchwytnego – tego wszystkiego. Ważne, aby cały czas poszukiwać.

S.C.: Jaka pora roku sprzyja pracy twórczej?

S.G.: Lubię każdą porę roku. Każda jest piękna. Nie da się jednak ukryć, że najbardziej sprzyja pracy późna jesień i zima. Wtedy jestem najbardziej pracowita. Co prawda, dzień jest krótki, słońce nisko lub za grubą powłoką chmur, ale jest wtedy jakaś cisza w przyrodzie, w ludziach. Wszystko toczy się jakby leniwiej. Łatwiej się skupić, wyciszyć. Kiedy tak zatapiam się w swojej pracy, maluję i maluję, to nagle przychodzi wiosna i wywraca wszystko do góry nogami. Wiosna jest szalona! Co roku, bezustannie podziwiam ten wybuch przyrody! Niestety, wtedy malarstwo często przegrywa z ogrodem. Ja tak właściwie jestem samotnikiem. Żeby malować, potrzebuje absolutnej samotności, ciszy. Tego brakuje mi latem. Wtedy pracuję znacznie rzadziej. Przez dom przewija się znacznie więcej ludzi, a to nie sprzyja tworzeniu. Każda pora roku ma swoje prawa.


S.C.: To prawda. Najchętniej używane kolory przez panią z całej palety barw to…

S.G.: Kolorystyka moich obrazów też zmienia się cyklicznie i – z cała pewnością – wiąże się z następującymi po sobie etapami życia. Przecież malarstwo odzwierciedla nasze uczucia oraz emocje. Pamiętam najlepszy okres w moich pracach – to był czas działania, moment harmonii, spokoju i wyciszenia. Powstawały wtedy ciepłe, delikatne obrazy, a na palecie dominowały oliwkowe zielenie. Teraz też jest czas zmian i bardzo intensywnej pracy. Powstają naprzemiennie obrazy w ciepłej, ale też chłodnej tonacji. To intensywna praca – wypoczynek, działanie – wyciszenie. Kontrasty. Mam jednak wrażenie, że króluje chłodna tonacja, kolory nieba i wody: błękity, turkusy, akwamaryna, kobalt… Dokądś płynę…

S.C.: Który z malarzy jest pani ulubionym i dlaczego?

S.G.: Zachwycają mnie prace wielu artystów, różniących się tematycznie, operujących odmiennymi technikami. Codziennie odkrywam twórczość kogoś, kogo przed chwilą jeszcze nie znałam, a jego prace zachwyciły mnie bez reszty. Każdy jest inny i to jest niesamowite! Bardzo trudno (przynajmniej mnie) wskazać tę jedną, jedyną osobę. Chociaż, z całą pewnością powinnam wspomnieć o artyście, który wywarł olbrzymi wpływ na mnie i na moje malarstwo – Bogusław Lustyk. Miałam szczęście poznać go osobiście, a nawet wysłuchać jego porad. Niestety, wtedy (przeszło 20 lat temu) zupełnie nie potrafiłam z tego skorzystać. Przeżywałam wtedy fascynacje hiperrealizmem, więc trzeba było lat i zdobytych doświadczeń, żeby w pełni pojąć jego przesłanie. Ciekawe, że – po tych wszystkich latach – pamiętam prawie każde słowo i wydaje mi się, iż dopiero teraz zaczynam realizować wszystko to, co wtedy usłyszałam. W zeszłym roku, po wielu latach, spotkaliśmy się na Festiwalu Sztuki Jeździeckiej. Usłyszałam z ust mistrza wiele ciepłych słów, które tylko zmotywowały mnie do dalszej pracy. Lustyk wyraża w swoim malarstwie siłę i energię konia, jego żywiołowość – to wszystko, co i mnie bardzo fascynuje i do czego staram się dążyć.

S.C.: Dążyć dokąd? Gdzie jest pani cel?

S.G.: Celem z całą pewnością jest nieustanne doskonalenie siebie, rozwój jako artysty i jako człowieka. Jak najpełniejsze wyrażenie siebie. Cel to jak najlepsze pokazanie ekspresji, pędu, mocy, szybkości. Cel to jak najpełniej pokazać ulotność chwili, nierealność. Zainspirować drugiego człowieka, wciągnąć, wchłonąć w swój świat. Tylko te nasze staranie w podążaniu do celu, samodoskonalenie, nie może rzucać na nas cienia. Nie może zabić w nas radości tworzenia. Wiem to najlepiej. Przez wiele lat moja niewiara w siebie wręcz mnie paraliżowała. Osiągnięcie celu to tak naprawdę mrzonka, ułuda. Liczy się droga. To ona ma nam sprawiać radość, dawać poczucie spełnienia, ale też dodawać sił do dalszej pracy.


S.C.: Jaką techniką najchętniej pani maluje?

S.G.: Każda technika ma swoją siłę i swoje ograniczenia. Moje malarstwo jest przekazaniem emocji, które odkrywam w sobie, a te zmieniają się, nawet wtedy, kiedy inspiracją jest ten sam obiekt czy zdarzenie. Bardzo dynamicznie dobieram technikę do tego, co w danym momencie czuję. Nie umiałabym złożyć deklaracji, że jedna technika jest dla mnie ważniejsza od innej, pozostając uczciwą wobec samej siebie.

S.C.: Oprócz koni, co jeszcze panią inspiruje? Wspomniała pani o pejzażach, które, zresztą, miałam okazję oglądać...

S.G.: Konie zajmują w tej chwili większość mojego świata i mojego malarstwa, ale cały czas istnieje też inna tematyka. Maluję wszystko, co mnie otacza czy wzbudza mój zachwyt. Czasami są to warzywa w ogródku, muchomory w lesie czy pranie właśnie przyniesione do domu i niedbale rzucone na fotelu. Takie zwyczajne, codzienne życie. Nie muszą to być żadne spektakularne zjawiska. Nie da się ukryć, że nieustający podziw wzbudza we mnie świat przyrody. Także ten, który zwykle toczy się wokół nas, ale my całkowicie go ignorujemy. No i... oczywiście światło. Kocham światło – pełzające, przenikające gdzieś przez szpary, wydobywające się z ciemności przedmioty lub postacie. Wracam też często do świata mojego dzieciństwa, do wspomnień toczącego się wtedy życia. Traktuję to trochę jak kronikę – taką emocjonalną dokumentacje tego, co już odchodzi, co już niedługo utracimy na zawsze. Może dlatego na swoim fanpage'u utworzyłam album z obrazami pod nazwą „Pejzaż utracony”. Powoli wracam do tematu człowieka w moim malarstwie. Może to będzie następny etap?

S.C.: Czyli malarz, jako artysta, dokumentuje rzeczywistość? Taka jest jego rola, misja? A może coś jeszcze...

S.G.: To nie takie proste. To nie jest kronika rzeczywistości w potocznym tego słowa znaczeniu. To bardziej dokument wnętrza, wewnętrznej rzeczywistości i emocji twórcy. Nawet malując zwykłe rzeczy czy swoje najbliższe otoczenie, każdy przepuszcza to poprzez filtr własnej wrażliwości, własnych przeżyć. To próba uchwycenia uczuć, nastroju danej chwili, ulotności pewnych momentów. Ale też czasu, który nas w jakiś sposób poruszył, zainspirował i zachwycił. To staranie uwiecznienia czegoś nieuchwytnego; wielkiego zachwytu, chwilowego uniesienia.                     
Myślę, że – patrząc wstecz – można powiedzieć, że malarstwo jest kroniką życia twórcy. Zapis jego emocji i życiowych etapów. Kiedy czasami maluje pejzaże zapamiętane z dzieciństwa, to mogę powiedzieć, że wracam do nich, żeby znowu poczuć ten cały zachwyt wrażliwego dziecka, dziecka, którym nadal w pewnym sensie jestem.


S.C.: Mówi pani o kolejnym etapie w swojej twórczości, czyli powrotu do człowieka. Co widzi pani w ludzkiem postaci jako obiekcie, modelu dla artysty?

S.G.: Pomimo moich bliskich i bardzo silnych związków ze światem przyrody, uważam, że to jednak bycie, dzielenie się z drugim człowiekiem jest naszym największym pragnieniem i największą potrzebą, nawet jeżeli będziemy temu bardzo zaprzeczać. Wszyscy podróżujemy po tym świecie w poszukiwaniu drugiego człowieka, w poszukiwaniu bliskości. Niezależnie od tego, czy chodzi nam o przyjaźń, miłość, macierzyństwo… Dlatego też człowiek był i pewnie będzie zajmował w sztuce najważniejsze miejsce. To nasza ludzka tęsknota. Postać ludzka przez wiele lat była dla mnie tylko modelem – ot, elementem martwej natury.Teraz, z jakiegoś powodu, nieco cieplej przyglądam się ludziom. To na razie jakieś pierwsze szkice znajomych, szybka akwarela. Bardziej przeczucie tego, co może jeszcze nastąpić. Co ciekawe, tutaj nie szukam dramatyzmu, ekspresji. To bardziej taka tęsknota za harmonią, za takim współistnieniem człowieka w świecie. Trochę wyimaginowany świat. Może bierze się to stąd, że ostatnio poznaję coraz więcej osób, które starają się tak żyć – harmonijnie.  Ale teraz mam w głowie głównie tabuny… koni (myśli też).

S.C.: À propos harmonii, od czego zaczyna pani dzień?

S.G.: Od czego zaczynam dzień? Ha! Stałą rzeczą jest moje poranne wyjście do koni. To niezmienne. Konie mieszkają w bezpośredniej bliskości od domu i dlatego mają świetny wgląd w to, co dzieje się wewnątrz. W skupieniu obserwują okna, nasłuchują. Czasami staram się je oszukać, przemknąć po cichu pod ich czujnym okiem, żeby zrobić sobie poranną kawę i chociaż chwilę pocieszyć się ciszą. Potem, kiedy tylko otworzę drzwi, wita mnie ich oburzone rżenie. Wiedziały! To taki zwykły codzienny rytuał. Czekają na wyjście na wybieg, poranną porcje owsa lub letnie wyprowadzenie na pastwisko. Tak! Latem często zaczynam dzień od spaceru z końmi. Dopiero potem mogę zniknąć w pracowni.

S.C.: Gdyby nie malarstwo, co robiłaby pani teraz?

S.G.: Kiedyś pewnie bez wahania wymieniłabym kilka zawodów. Dzisiaj już wiem, że wiele z tych rzeczy, które sprawiają nam dużo radości, traci swój urok w konfrontacji z realiami życia. Pomyślałam sobie, że mogłabym projektować ogrody (nawet kiedyś miałam takie plany), ale myślę, że w tej dziedzinie musiałabym iść na kompromisy, które szybko uczyniłyby z tego zawodu męczarnie. Chciałabym, abyśmy z naszymi domami wtapiali się w krajobraz, żeby nasz dom i ogród były częścią otaczającej go przyrody. Ile osób chciałoby takiego projektanta? A może mogłabym zostać ogrodnikiem. Tylko w tej dziedzinie nie miałabym zbyt dużych wyników.


SC.: Idąc tym tropem, czy mogę zapytać, czym jest dla pani ogród?

S.G.: Ogród jest dla mnie miejscem kontemplacji i wyciszenia. Nawet kiedy w nim pracuję, zdarzają mi się takie zastygnięcia, zawieszenia w jakimś bycie-niebycie. Często z tego letargu budzi mnie siadający mi na głowie ptak.
Dzisiaj pracowałam w ogrodzie. Słyszę nadlatujące stado małych ptaków, setki skrzydełek i głosów. Nieruchomieję. Sikory, pierwsze pojawiające się bogatki. Staram się wyciszyć moje myśli, zniknąć. Otaczają mnie dziesiątki pierzastych kulek. Raniuszki! Są wszędzie. traktują mnie jak następny pień drzewa. Kręcą się po ziemi, gałęziach drzew, krzewach. Cały czas w ruchu. Szukają. Lecą gdzieś dalej do swoich zajęć. Ja wracam do swoich. Minęło pół godziny. Kto by chciał takiego ogrodnika?

S.C.: Z pewnością wielu pasjonatów ogrodnictwa zrozumie panią. Wracając do pani twórczości, gdzie można obejrzeć pani prace i ewentualnie je nabyć?

S.G.: W tej chwili moje prace można zobaczyć głównie Internecie, no i oczywiście, w mojej pracowni, ale to już jest wyprawa do lasu. Będzie też możliwość obejrzenia mojego malarstwa na Festiwalu Sztuki Jeździeckiej, który odbędzie się 2 kwietnia w Centrum Olimpijskim w Warszawie. Niestety, tylko przez jeden dzień. Myślę, że warto tam zawitać i poznać wielu innych artystów oraz ich twórczość. Dla wszystkich inspiracją jest właśnie koń.

S.C.: Co daje pani największe szczęście w życiu? Czym jest szczęście dla artystki takiej, jak pani?

S.G.: Szczęście? To całe mnóstwo drobnych rzeczy i zdarzeń. Nie ma jednej takiej wielkiej, oczywistej prawdy, która daje mi poczucie szczęścia. Jest przedwiośnie. Zaczynają śpiewać ptaki. Lubię wieczór. Wszystko powoli się wycisza. Wokół zwykłe dźwięki toczącego się życia lasu i wsi. Szczęście? Szczęście to cisza, to spotkania z przyjaciółmi, to następny namalowany obraz, kłus leśną drogą na grzbiecie konia-przyjaciela, glicynia przed wejściem…
Dzisiaj usiądę na ławce przed domem i będę wsłuchiwać się w ciszę, która nie jest ciszą; gwar, który nie jest gwarem. Mogę tak siedzieć i być w nieskończoność. Nie ma czasu. Nic się nie liczy, nic nie muszę. To są niesamowite momenty, tak proste, zwyczajne a dające właśnie to największe poczucie szczęścia! Spokój. Momenty. Poszukiwanie i odkrywanie.

SC.: Szczęśliwi czasu nie liczą? Czy pasuje do pani ta maksyma?

S.G.: A który dzisiaj jest? Poważnie! Nie żartuje! Nie wiem!

S.C.: Na zakończenie naszej rozmowy proszę mi powiedzieć, gdzie widzi pani siebie za 10 lat?

S.G.: Mam nadzieję że nadal w lesie (śmiech).

S.C.: Dziękuję za niezwykle interesującą rozmowę.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: