Paulina Gruszecka: Jeśli mamy pasję, sukces przyjdzie

Paulina Gruszecka – niegdyś laureatka Konkursu Lady D. w kategorii „Dobry Start”, o którym rozmawiałyśmy kilka lat temu (wywiad tutaj). Obecnie jest zwyciężczynią Festiwalu „Zaczarowana Piosenka” organizowanego przez Fundację "Mimo Wszystko" Anny Dymnej. Wraz z Anną Karwan zaśpiewały utwór pt. „W prezencie” i to ten występ przyniósł jej nagrodę. Blogerka kulinarna i wokalistka jazzowa opowiada mi o wydarzeniach z ostatnich tygodni, szczęściu oraz rodzinnym muzykowaniu. Zapraszam na rozmowę. Będzie ciekawie.  


Sylwia Cegieła: Od naszej ostatniej rozmowy minęło sporo czasu. Co się ciekawego u ciebie podziało? 

Paulina Gruszecka: Wydarzyło się dużo dobrego. Ostatni czas jest dla mnie bardzo łaskawy i sprzyja nie tylko spełnianiu marzeń, ale też osobistemu rozwojowi. Udało mi się nie tylko postawić sobie nowe zawodowe wyzwania, a co najważniejsze, spełnić je. Od kilku miesięcy prowadzę wraz z mężem kanał na YouTube, na którym dokumentuje najciekawsze doświadczenia z naszego życia, a także gotuję i śpiewam.

S.C.: Wygrałaś też ostatnio Festiwal „Zaczarowanej Piosenki”, śpiewając z Anną Karwan. Co ci daje ta nagroda? Jak w ogóle doszło do tego, że wzięłaś udział w tym wydarzeniu?

P.G.: Tak, po raz pierwszy wzięłam udział w Festiwalu „Zaczarowanej Piosenki” organizowanym przez Fundację „Mimo Wszystko” Ani Dymnej i udało mi się go wygrać. Szczerze mówiąc, zdecydowałam się na udział w tym wydarzeniu pod namową przyjaciół, którzy przez dość długi czas przekonywali mnie, że powinnam spróbować. Dziś nie mogę być im bardziej wdzięczna, bo przeżyłam dzięki temu przygodę swojego życia. Na udział zdecydowałam się dość późno, ponieważ – wbrew pozorom – jestem osobą nieśmiałą i nie lubię rywalizacji. Sam fakt, że w nazwie pojawiło się słowo konkurs, mnie skutecznie przez wiele lat odstraszał. Zupełnie niepotrzebnie, gdyż Festiwal „Zaczarowanej Piosenki” ma tak magiczną atmosferę, że o rywalizacji nie ma mowy. Jest pasja, miłość do muzyki, wzajemny szacunek i profesjonalizm.


S.C.: Czy spodziewałaś się tej wygranej? Jak wyglądał moment ogłoszenia wyników. Co czułaś?

P.G.: Nie, nie spodziewałam się. Co więcej, od półfinałów byłam tak bardzo zafascynowana talentem przyjaciół, którzy wraz ze mną dostali się do finału, że czułam się zaszczycona mogąc śpiewać wraz z nimi na jednej scenie. Sam moment wyników był dla mnie jak pozytywne porażenie piorunem. Ilość szczęścia, która mnie w tamtej chwili wypełniła jest nie do opisania. Miałam ochotę skakać z radości, a równocześnie płakać ze szczęścia. Niesamowite chwile.

S.C.: Zaśpiewałaś bardzo osobistą piosenkę pt. „W prezencie”. Jak ci się śpiewało? Jaką osobą jest Anna Karwan?

P.G.: Duet z Anią Karwan był dla mnie kolejną niespodzianką. Już od pierwszego momentu poczułam, że jest między nami chemia i że to będzie coś bardzo pięknego. Ania jest wrażliwą, ciepłą i piekielnie utalentowaną kobietą. Muzyczne spotkanie z nią na krakowskiej scenie było dla mnie wielką przyjemnością i prezentem. Fakt, że mogłyśmy wspólnie zaśpiewać tak piękny utwór jak napisany przez Natalię Kukulską – „W prezencie” był dla mnie kolejnym wyróżnieniem. Osobiście bardzo się z nim utożsamiam, zaś słowa „więcej nie poddam się już” po koncercie finałowym nabrały dla mnie całkiem nowego znaczenia.  Wierzę, że z Anią spotkamy się jeszcze nie raz i nie raz dane nam będzie razem zaśpiewać.


S.C.: Czy masz jakieś plany wydawnicze w związku z twoją wygraną? Twoja kariera pewnie teraz nabierze większego rozpędu.

P.G.: Mam otwarty umysł i serce. Nie wątpię, że wygrana w „Zaczarowanej Piosence” dodała mi odwagi i wiary w siebie. Z pewnością z wzmożoną siłą wrócę do komponowania  i pisania tekstów. Co się wydarzy dalej – zobaczymy. Wierzę, że przede mną jeszcze wiele prezentów od losu.

S.C.: Wróćmy na moment do twojego dzieciństwa. Czy, będąc małą dziewczynką, marzyłaś o śpiewaniu? Czy ta decyzja dojrzewała u ciebie nieco dłużej? Jak w ogóle zaczęła się twoja przygoda ze śpiewaniem? 

P.G.: Jako mała dziewczynka dość szybko zadecydowałam, że będę śpiewać. Pierwotnie chciałam zostać śpiewaczką operową, o czym przekonali się moi sąsiedzi, kiedy – mieszkając w bloku – od wczesnych godzin porannych raczyłam ich dawką swoich dość piskliwych wtedy popisów wokalnych. Dopiero na początku liceum zrozumiałam, że moją muzyką będzie jazz z domieszką bluesa. Dużo śpiewałam. Poznawałam samą siebie. Przekraczałam granice swoich obaw i wstydu. Patrząc z perspektywy czasu, widzę, że byłam wtedy dużo bardziej odważna niż jestem w dorosłym życiu. Moja prawdziwa przygoda ze śpiewaniem rozpoczęła się i rozwinęła dzięki ludziom, którzy stanęli na mojej drodze. Dzięki ludziom, którzy stali się dla mnie muzycznymi wzorcami, a także którzy – w pewnym sensie – nakierowali mnie na dobre tory. Pierwszą taką osobą był zdecydowanie ukochany przeze mnie na wskroś, doskonały wokalista Krzysztof Cwynar – mój muzyczny ojciec. Miłość do bluesa zdecydowanie zawdzięczam Jackowi Jagusiowi – liderowi zespołu JJBand. Muzycznego folkloru i odwagi nauczył mnie cudowny i dzielny Andrzej Branstatter. Tych osób było o wiele więcej i mogłabym całymi godzinami o nich opowiadać. Może kiedyś porozmawiamy właśnie o tym?


S.C.: Byłoby z pewnością ciekawie. Zobaczymy. Kim się inspirowałaś w wieku dziecięcym, nastoletnim? Miałaś swoich idoli muzycznych?

P.G.: Moje najważniejsze muzyczne inspiracje swoje źródło miały w odkryciu przeze mnie na strychu, kartonów pełnych starych winylowych płyt. Nie znałam wtedy jeszcze nikogo z odkrytych wykonawców, ale pamiętam, jak wielkim przeżyciem był dla mnie każdy odsłuchiwany utwór. Tak właśnie poznałam Ellę Fitzgerald – głos, który od tylu już lat gra mi w sercu, Errolla Garnera, Duka Elingtona czy też Ninę Simone.

S.C.: Pamiętasz swój pierwszy występ na scenie? Jakie emocje ci wtedy towarzyszyły?

P.G.: Tak, oczywiście. Mój pierwszy występ solowy był pod koniec podstawówki, kiedy to śpiewałam w konkursie Łódzkie Skrzydła – tam zresztą poznałam Krzysztofa Cwynara, z którym łączy nas silna więź do dzisiaj. Byłam z siebie dumna, ponieważ nie tylko reprezentowałam szkołę, ale śpiewałam także swoją własną, autorską piosenkę. To było coś. Zdobyłam wtedy Grand Prix i byłam przeszczęśliwa.

S.C.: Czy miałaś momenty zwątpienia? Choroba, scena – ciężko pogodzić momentami te dwie rzeczy…

P.G.: Oczywiście. W swoim życiu przeszłam przez wszystkie etapy. Wiary, euforii, załamania, poczucia porażki. Jednak, wszystkie one nauczyły mnie, że tylko to, co mam w środku jest bezcenne. To moja dusza, moja wrażliwość, talent, który dostałam od Boga – to coś, na czym warto się skupiać. Ludzie są i zawsze będą różni. Porównywanie się do topowych wokalistów, którzy z łatwością tańczą na scenie i wykonują innego rodzaju wiraże nie ma sensu. Wraz z upływem lat zrozumiałam, że jestem unikalna, niezwykła. W całym osobistym pakiecie. Ze swoją kruchością, chorobą i innymi przymiotami. Będąc na scenie, czuję to każdym porem swojej skóry. Jestem szczęśliwa i wolna.


S.C.: Najszczęśliwszy czas w twoim życiu dopiero nadejdzie czy właśnie nadszedł? Czym jest dla ciebie szczęście?

P.G.: Zawsze to powtarzam, że jestem bardzo szczęśliwą osobą. Naprawdę. Czuję to każdego dnia, każdego poranka i w każdej minucie. Los jest dla mnie łaskawy. Mam wspaniałą rodzinę, niezwykłego męża, przyjaciół, fajną pracę. Każdy mój dzień jest najszczęśliwszy.

S.C.: Co ci daje jazz? Dlaczego ten gatunek wybrałaś? Nie jest przecież zbyt komercyjny… Kiedy sięgasz po jazz?

P.G.: To, co gra w sercu, pojawia się samo. Nie wybrałam tej muzyki, bo się na niej świetnie zarabia, czy dlatego, że się dobrze sprzedaje. Tak jak mówiłam wcześniej, muzyka jazzowa w moim życiu pojawiła się przypadkiem, od niewinnego odkrycia zakurzonych winylowych płyt. Nie oznacza to, że słucham tylko jazzu. Jednak, to właśnie po tę muzykę sięgam, kiedy potrzebuję wewnętrznego ukojenia, kiedy jestem smutna, szczęśliwa lub gdy chcę poprawić sobie nastrój.

S.C.: Kiedy zdecydowałaś, że śpiewanie to będzie twój sposób na życie?

P.G.: Śpiewanie to moja pasja i wielka miłość. Sprawia, że czuję się wolna i szczęśliwa. Chyba od zawsze wiedziałam, że tak będzie. Pomimo, że na co dzień mam stabilną pracę i tradycyjne obowiązki domowe, kiedy staję na scenie, moje oczy błyszczą bardziej.


S.C.: Koncertujesz, z tego, co się zdążyłam zorientować, chyba ze swoim mężem. Trudno to pogodzić – rozdzielić życie prywatne od zawodowego? Jak sobie z tym radzicie? 

P.G.: Z moim mężem Bartkiem poznaliśmy się na warsztatach bluesowych w Bolesławcu (skąd pochodzi) i od tego czasu jesteśmy prawie nierozłączni – a mija nam w tym roku 10 lat. Jesteśmy sobie najbliżsi, naturalnym jest więc, że przebywanie razem sprawia nam przyjemność. Fakt, że co jakiś czas spotykamy się również muzycznie, śpiewając w duecie, jest dodatkowym bonusem do szczęścia.

S.C.: Skąd czerpiesz inspiracje do kolejnych utworów?

P.G.: Z życia, z emocji, z ludzi, którzy mnie otaczają. Każde wydarzenie odciska w moim sercu jakieś znamię. Są takie, które wręcz krzyczą, aby napisać o nich piosenkę.

S.C.: Może więc zdecydujesz się napisać o niektórych wydarzeniach. A muzyka, która cię uspokaja? Co to jest?

P.G.: To zdecydowanie szum fal. Kocham morze za jego ogrom, siłę i spokój. Najlepiej uspokajam się właśnie, gdy odpoczywam nad morzem. Jeśli nie mam takiej możliwości, to sięgam po niezawodną Ninę Simone i automatycznie czuję się lepiej.

S.C.: Gdyby nie muzyka, co byś teraz robiła? Jak potoczyłyby się twoje losy? Zastanawiałaś się kiedyś nad tym?

P.G.: Myślę, że mogłabym zostać nauczycielem, artystą plastykiem albo szefem kuchni. Prawda jest taka, że kiedyś jeszcze chciałabym zostać każdym z wyżej wymienionych, choć na kilka chwil. To takie moje małe marzenia.

S.C.: Może się spełni… Jakie masz plany na przyszłość? Czy będą ona ściśle związane z muzyką, czy jednak planujesz coś innego?

P.G.: Nie sięgam za daleko w przyszłość. Czerpię z życia wszystko, co tylko mogę. Pracuję nad sobą. Rozwijam się. Dbam o bliskich. Chciałabym być zdrowa, silna i nadal tak szczęśliwa jak teraz.


S.C.: Co z twoim blogiem Jazzowe Smaki? Jak się rozwija?   

P.G.: Mój blog to moja druga miłość. Powstał z pasji do gotowania. W ostatnim czasie, przez liczne wyjazdy trochę go zaniedbałam, ale to tylko chwilowe. Rozwija się nadal, ma coraz więcej czytelników i obserwatorów, co mnie bardzo cieszy. W najbliższym czasie planuję zacząć nagrywać część przepisów na mój kanał na YouTube, co go z pewnością dodatkowo urozmaici.

S.C.: Na koniec chciałabym cię zapytać, co powiedziałabyś osobom takim jak ty, które nie wierzą w sukces, a marzą o realizowaniu swoich głęboko ukrywanych pasji?

P.G.: Przede wszystkim trzeba uwierzyć w siebie. Uwierzyć, że to, co mamy, co robimy jest piękne i wartościowe. Sukces to tylko wypadkowa innych czynników. Jeśli mamy pasję, sukces przyjdzie. Wierząc w siebie, jesteśmy w stanie przenosić góry.

S.C.: niech te słowa będą motywacją dla innych. Życzę ci szczęścia i spełnienia tych wszystkich marzeń, o których rozmawiałyśmy.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

3 komentarze:

  1. Super czytało się ten wywiad :) A Paulinie życzę spełnienia marzeń i dalszych sukcesów :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zupelnie Pani nie kojarze ale zycze dalszych sukcesow :)

    OdpowiedzUsuń