Sztuka powinna wywoływać emocje, uwrażliwiać

Anna Godlewska – współczesna artystka-samouk, która w swoich obrazach, w których szkic jest tylko tłem, wykorzystuje metal. Ma w sobie dużo dystansu, poczucia humoru. Z każdym jej słowem można wyczuć ogromną erudycję, co nie tylko wprawia człowieka w zachwyt, ale też daje przekonanie, że wie, o czym mówi. Zapraszam na niezwykle pasjonującą rozmowę o malarstwie, dzieciństwie oraz kobietach, które nieustannie ją inspirują.   
 

Sylwia Cegieła: Od kiedy przejawia pani pasję malarską? Pochodzi pani z rodziny artystów, co z pewnością miało wpływ na pani przyszłość. 

Anna Godlewska: „Zacięcie” artystyczne podobno miałam od dziecka, ale nie wpłynęło to zupełnie na moją edukację. Pochodzę z artystycznej rodziny. Mój dziadziuś – Piotr Kowalski był artystą rzeźbiarzem, współzałożycielem Grupy Zagłębie. Przyjaźnił się min z Zegadłowiczem, Lachurem, Chorembalskim i Szpineterem. Był miłośnikiem sztuki oraz literatury. Taki też był mój dom rodzinny, więc – nie zajmując się sztuką – i tak tkwiłam w niej po uszy. Kiedy jednak odkryłam swoją pasję – repuserstwo, stan zanurzenia zamieniłam na stan zadurzenia, co sztuce i tak pewnie było obojętne.

S.C.: W swojej twórczości wykorzystuje pani dość nietypową technikę, mianowicie połączenie farb z metalem. Skąd ten nieszablonowy pomysł? Jaki ma cel?

A.G.: Pracuję z metalem. Nie „w”, ale „z”, ponieważ jest to obopólna zażyłość. Metal jest kapryśny jak kobieta. Jeśli postępuje się z nim łagodnie i cierpliwie, jest potulny i pozwala na wiele. Kiedy jestem wzburzona albo zmęczona, od razu to odczytuje i reaguje podobnie. Łatwo go wtedy zranić, uszkodzić. Miedziane lub aluminiowe ornamenty wykonuję w nowatorski sposób, ale korzystam z technik dawnych, znanych już od starożytności. W tej technice wykonana jest np. Statua Wolności w Nowym Jorku. Jednak na swój amatorski sposób przetwarzam i modyfikuję te techniki.

S.C.: Jakimi technikami pani pracuje?

A.G.: Techniki te to: repusowanie i cyzelowanie, czyli zdobienie blachy przez fakturowanie na zimno wgłębień, które po drugiej stronie tworzą wypukłe wzory i rysunki.

S.C.: Co niezwykłego, odkrywczego można zaobserwować w pani pracach? Skąd pomysł na zastosowanie metalu? 

A.G.: W moich pracach odkrywcze jest to, że bogato zdobiony, patynowany metal łączę z lekkim, lapidarnym szkicem, który staje się tłem i (lub) pretekstem dla całej pracy. Podobnego połączenia chyba nikt nie wymyślił (śmiech). Choć w sztuce współczesnej funkcjonuje nurt tzw. „malarstwo materii” polegający na wprowadzaniu do obrazu materiałów obcych. Moje prace trudno zakwalifikować do tradycyjnego warsztatu malarskiego, gdyż jest to zarówno płaskorzeźba, jak i kolaż oraz szkic, ale też instalacja. W tym pomyśle, poszłam też o krok dalej i obrobione biżuteryjnie elementy prezentuję w trójwymiarowej odsłonie – za szkłem, w gablocie. Dzięki takiemu zabiegowi, cała kompozycja jest ujmująco prosta i lekka. Ostatecznie daje więc efekt „poetyckiej instalacji”.

S.C.: Wszystko jednak zaczęło się w dzieciństwie…

A.G.: Tak. Kiedy byłam dzieckiem uwielbiałam robić tzw. „sekrety”. Do wykopanej dziurki wkładało się kwiatuszki, listki i kamyczki, całość przykrywało znalezionym kawałkiem szkła, by – po zasypaniu i ponownym odkopaniu – delektować się kolorowym obrazkiem. Teraz jak już jestem duża, nie muszę szukać potłuczonych szyb, ponieważ wspaniałą oprawą zajmuje się Krzysztof Napierała, który jest też moim krytykiem i artystycznym doradcą.


S.C.: Co robi na pani największe wrażenie w sztuce? Kogo pani ceni? Kogo ostatnio odkryła? 

A.G.: Uwielbiam rzeźbę. Chyba właśnie przestrzenne dzieła robią na mnie największe wrażenie. Bardzo cenię prace naszej bielskiej artystki – Lidii Sztwiertni. Bezgranicznie zakochana jestem też w moim ostatnim odkryciu – Matteo Pugliese i jego twórczej ekspresji. Odkrycie jego prac zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Uzmysłowiło mi moją nieporadność, ale też pokazało jak można interpretować rzeczywistość.. Kiedy w portfolio Matteo zobaczyłam, że ma kolekcję wojowników, uśmiechnęłam się, ponieważ też mam kolekcję pt. „I Bóg stworzył Wojowniczkę”. Nawet wysłałam mu zdjęcie jednej z nich i… polubił (śmiech). Lecz kiedy zauważyłam, że ma też kolekcję owadów – to mnie zaciekawiło. Też mam takie urocze robale we własnych pracach pt. „Gdzie jest turkuć, czyli bezruch robaczkowy”. Dotknęło mnie cudowne uczucie powinowactwa duchowego.

S.C.: Co to znaczy?

A.G.: Mamy podobne myśli, bliźniacze psychiki. To jest niezwykłe, kiedy dwoje ludzi, zupełnie sobie obcych, w różnych krajach, w podobnym czasie, sięga po ten sam temat: wojownicy i owady. To mnie zachwyciło. Zresztą, gdy portretowałam sierżant Żubrową, w tym samym czasie jej biografią zajmowała się dr Kowalczyk we Wrocławiu. To też mnie zdumiało, bo nie znamy tej bohaterki z historii. Ja nie znam autorki książki, a biografię – dopiero co wydaną, odkryłam w księgarni. Napisałam więc do autorki, bo właśnie to powinowactwo mnie zaskoczyło.

S.C.: Który nurt malarski najbardziej pani ceni i dlaczego? 

A.G.: Styl art deco – urzeka mnie w nim prostota, ale i wyrafinowanie. Klasyka połączona z tajemnicą Dalekiego Wschodu to dla mnie wyznacznik estetycznego przekazu. Tutaj muszę wspomnieć o świetnej młodej malarce Urszuli Tekieli, bo jestem wielką zwolenniczką jej prac właśnie w duchu art – deco.
Ciągle mówię o ostatnich odkryciach, bo tak naprawdę tworzeniem przestrzennych obrazów zajmuję się od niedawna.

S.C.: Czyli nie zawsze pracowała pani z metalem…

A.G.: Nie. Przez zupełny przypadek zobaczyłam hiszpański filmik, na którym artystka robiła okucia do kufra. To mnie na tyle zainteresowało, że zaczęłam poszukiwać materiału, narzędzi, a z czasem odkryłam połączenie papieru z metalem. I... oszalałam.

S.C.: Wróćmy do pani inspiracji innymi artystami. Wspomniała pani Lidię Sztwiertnię. Miała pani okazję się z nią spotkać. O czym rozmawiałyście?

A.G.: Tak, wspomniałam Lidię Sztwiertnię i muszę przyznać, że w pewnym momencie stała się ona dla mnie matką chrzestną artystycznych poczynań. Kiedy zobaczyła moje prace przyznała, że jest zaintrygowana. Zapytała mnie nawet: „Ty to odlewasz w srebrze?”. Moją niepewność co do rysowania skwitowała zaś: „Do szkoły już nie pójdziesz, bo jesteś za stara, rób tak, jak czujesz”. Tak też się stało. Obserwuję więc „wielkich”: Egona Schiele czy Frederica Foresta. Próbuję, kombinuję. Psuję kartony. Obrażam się na siebie, by pewniej poczuć się dopiero przy metalu. Bo to on jest moja prawdziwa miłością. Tak też nazwałam swoja pracownię: Metalovestory.


S.C.: Jak pani praca nad kolejnym dziełem wygląda? Jaki nastrój wtedy pani towarzyszy i jak reagują najbliżsi?   

A.G.: Wydaje mi się, że kilka zwojów w mózgu (jeśli je mam – (śmiech)) cały czas myśli o motywach dla moich prac. Tego się nie da wyłączyć. Jednak samo fakturowanie metalu jest zajęciem monotonnym i długotrwałym. Mój brat cioteczny, widząc mnie przy pracy, zapytał przerażony: „ A ty w ogóle przy tym myślisz?”. „Nie wiem” – odpowiedziałam i dodałam: „Wróć za godzinę”. Powrócił i przeszywa mnie wzrokiem. „Nie myślę” – przyznałam. I nawet jeśli jest to czynność bezmyślna, to uwielbiam to robić, a może właśnie dlatego (śmiech). Oczywiście, podczas projektowania, czy robienia szkiców raczej trochę myślę.

S.C.: Chciałam teraz zapytać panią o ten cykl obrazów pt. „I Bóg stworzył wojowniczkę”? Jak doszło do jego powstania? Gdzie znalazła pani inspirację?  

A.G.: Często o wyborze tematu pracy decyduje przypadek. Np. wspomniany zbiór: „I Bóg stworzył Wojowniczkę” powstał w 2016 roku. To był wyjątkowy dla mnie rok. Mój młodszy syn zdawał maturę z historii, więc – jako zatroskana matka – uwrażliwiona byłam na wszelkie historyczne wiadomości. Przypadkiem przeczytałam o bezimiennej łuczniczce – kobiecie w zielonej pelerynie, która podczas oblężenia Akki z taką zaciętością i celnością dziesiątkowała wojska muzułmanów, że – gdy poległa – sułtan Saladyn ponoć odetchnął z ulgą. Ta opowieść zainspirowała mnie do stworzenia portretów kobiet-wojowniczek z różnych okresów historycznych oraz różnych kultur. Kobiet kruchych i delikatnych, a jednocześnie walecznych i odważnych, których losy często zmieniały bieg historii.


Kolejne w tej serii to:
„Otrera” – pierwsza królowa Amazonek i założycielka rodu, córka boga wojny – Aresa. Niewiele wiemy o Otrerze z dawnych podań. Starożytnych Greków mało obchodziło, skąd pochodziła i co nią powodowało. Dlaczego? Przecież była kobietą, i to przerażającą kobietą.  Pozbawiła życia paru starożytnych greckich ludzi.
„Nakano Takeko” (1847-1868) – ostatnia kobieta-samuraj, wojowniczka onna – bugeisha. Wsławiła się w bitwie pod Aizu w japońskiej wojnie domowej. Ranna, postanowiła popełnić honorowe samobójstwo – seppuku. Jednak, chcąc uniknąć stania się trofeum wojennym (w Japonii w tamtych czasach istniał zwyczaj zbierania głów pokonanych wrogów), poprosiła swą siostrę, by po śmierci odcięła jej głowę i godnie pochowała.
„Wetamoo” Kobieta – wódz indiański ludu Wampanoag z Nowej Anglii – rdzennego obszaru Indian. Wetamoo zorientowała się, że polityka Anglików ma na celu wydarcie ziemi Indianom, co zagraża ich kulturze oraz religii, dlatego zjednoczyła plemiona i z 300 wojownikami walczyła z angielskim wojskiem. Jednak przebiegli koloniści uzyskali znaczną przewagę. Dokonali zniszczenia znacznej części zbiorów Indian. Bez odpowiednich zapasów żywności kampania Wetamoo załamała się. Zrozpaczona, rzuciła się do rwącej rzeki, a Anglicy – wyłowiwszy jej ciało – zbezcześcili zwłoki, nabijając głowę na pal.
„Boudika” (22 n.e. - 61 n. e.) – celtycka królowa Icenów zamieszkujących wschodnią Brytanię. Ok. 60 r. n. e. po śmierci swego męża Prasutagusa sympatyzującego z Rzymianami. Ci skonfiskowali majątek Boudiki na poczet zaciągniętych przez króla długów. Gdy zaprotestowała, nakazano ją wychłostać i publicznie zgwałcić obie córki. Odpowiadając na falę terroru i poniżeń, wznieciła krwawe powstanie, które, niestety, zostało stłumione.
„Carlota Lukumi” – Nigeryjka z plemienia Joruba. Jako dziecko została porwana przez handlarzy niewolników i zmuszana do katorżniczej pracy na plantacjach trzciny cukrowej. W 1843 r. poprowadziła powstanie niewolników w cukrowni Triumvirato w prowincji Matanzas na Kubie. Trwało ono rok. Rozprzestrzeniło się na pięć innych plantacji. Wsławiło się precyzyjnie opracowanymi działaniami taktycznymi ze strony rebeliantów. Do komunikacji używali m.in. bębnów, których dźwięk nie niepokoił hiszpańskich plantatorów przyzwyczajonych do tej „niewinnej rozrywki” niewolników. Carlota pojmana do niewoli, została skazana na śmierć, przez rozerwanie końmi.
„Rani Durgavati” (1524-1564) – królowa Gondwany w Indiach. Dzięki wyjątkowym zdolnościom strategicznym i powołaniu silnej, dwudziestotysięcznej kawalerii z tysiącem słoni skutecznie rozgramiała wojska Mogołów. Swą ostatnią bitwę chciała poprowadzić inaczej i proponowała, aby zaatakować w nocy. Niestety, zbagatelizowano jej obawy i przełożono walkę do rana. Ranna, wolała zabić się sztyletem niż opuścić własną armię. Jej męczeńska śmierć jest upamiętniana 24 czerwca jako Balidan Diwas.
„Joanna Żubr”(1782- 1852) – sierżant 2. Pułku Piechoty Armii Księstwa Warszawskiego, uczestniczka wojen napoleońskich. W szturmie z 19 na 20 maja 1809 r. wsławiła się odwagą i heroizmem, za co książę Józef Poniatowski odznaczył ją krzyżem Orderu Virtuti Militari. Jednak komisja odznaczeń odmówiła wydania orderu ze względu na to, że... była kobietą. Zaproponowano jej w zamian pewną sumę pieniędzy. Joanna uniosła się honorem i stwierdziła: „wzgardziłam tą nikczemną propozycją, bo ja nie dla pieniędzy, lecz o wyzwolenie Ojczyzny walczyłam”. W wyprawie moskiewskiej w 1812 r. ponownie wsławiła się męstwem i tym razem otrzymała srebrny krzyż Virtuti Militari. Miała wówczas 27 lat. Jej barwne i dramatyczne życie opisała dr Małgorzata Ewa Kowalczyk w biografii „Sierżant w spódnicy”. Żubrowa bardzo wcześnie wyszła za mąż. W niewyjaśnionych okolicznościach straciła męża i czworo dzieci. Gdy poznała Michała Żubra i ten postanowił służyć ojczyźnie, zaciągnęła się razem z nim. Początkowo w przebraniu męskim, podając się za brata męża dzielnie i z honorem poddawała wojskowemu drylowi. Biografia usłana jest anegdotami z życia kobiety. Autorka wspomina np. jak nielegalnie przekraczała granicę rosyjsko-austriacką, aby wstąpić w szeregi wojska księstwa warszawskiego. Zrobiła to, udając opętana chłopkę, którą mąż woził po sanktuariach maryjnych. W książce dr Kowalczyk przyświeca jeden cel – podważenie legendy o Joannie jako markietance (taki napis, o zgrozo!, znajduje się m.in. na jej nagrobku w Wieluniu). Żubrowa nie była markietanką, ale żołnierzem (podoficerem i oficerem).


„Dziewczyna z maliną” – portret przyjaciółki Gerdy Weissman Klein urodzonej 8 maja 1924 r. w Bielsku-Białej. Jej życie zmieniło się diametralnie 3 września 1939 r., kiedy do Bielska wkroczyły wojska niemieckie. Wkrótce Weissmanowie zostali zmuszeni do zamieszkania w piwnicy własnego domu, a na przełomie 1941 i 42 roku przesiedlono ich do wydzielonego we wschodniej części miasta – getta. Po jego likwidacji rodzice Gerdy zostali wysłani do Auschwitz. Ją samą skierowano do obozu przejściowego, a stamtąd do Groβ-Rosen. 29 stycznia wraz z grupą 4000 kobiet wyruszyła w 350- kilometrowy marsz śmierci przez Saksonię i Czechy, w czasie którego większość więźniarek zmarła z głodu, zimna i wskutek nazistowskiego bestialstwa. Zaledwie kilka dni przed wyzwoleniem na rękach Gerdy zmarła jej młodsza przyjaciółka – Ilse. W swej książce Gerda Klein przytacza wspomnienie, gdy podczas marszu Ilse znalazła na krzaku jeden owoc maliny. Schowała go, by później oddać Gerdzie. Ta postać zainspirowała mnie do zrobienia pracy „Dziewczyna z maliną”. W maju 1945 r. garstka więźniarek została ocalona przez amerykańskich żołnierzy. Wśród nich był porucznik Kurt Weissman, pochodzący z Niemiec, który uciekł przed nazizmem do USA, podczas gdy jego rodzice zginęli w Auschwitz. Zakochali się w sobie. We wrześniu tego samego roku zaręczyli się, a rok później pobrali się w Paryżu. Po wojnie Weissmanowie zamieszkali w Stanach. Mają 3 dzieci i 8 wnucząt. Mimo tak trudnych doświadczeń, Gerda nigdy nie straciła woli przetrwania i nadziei na ocalenie. W USA włączyła się w różne akcje propagujące obronę praw człowieka. Założyła Fundację Gerdy i Kurta Weissmanów. Wydała wiele książek. Na podstawie jej biografii „All but my life”, która doczekała się 63 wydań (niestety, nie w języku polskim) powstał film dokumentalny pt. „Ocalona pamięta”, który w 1995 został nagrodzony Oskarem. W 1996 r. odznaczona została izraelską Nagrodą Lwa Judy, a w 2010 r. – z rąk Baracka Obamy – otrzymała Medal Wolności. Niedawno obchodziła 93. urodziny.

S.C.: Nad czym obecnie pani pracuje?

A.G.: W tym roku rozpoczęłam pracę nad dwoma cyklami: KOBIECOŚĆ 24 i POCZET SZTUK PIĘKNYCH. „Kobiecość 24” to zbiór 24 subtelnych aktów kobiet w różnych pozach, otulonych anielskim skrzydłem. Dlaczego 24? – tyle ma doba, astronomiczna miara upływu czasu. Zatrzymałam się na nr 17, ale do końca roku pewnie skończę. Motyw skrzydła często pojawia się w moich pracach, bo to taki uroczy nieziemski element, który z cielesnym, ziemskim obliczem daje efekt dość przewrotny, ale i oczywisty. Takie – my kobiety – też bywamy.
„Poczet sztuk pięknych” to z kolei dość ambitne wyzwanie. Jest pochwałą kobiet będących wspaniałymi rzemieślnikami w różnych dziedzinach. Na razie powstały 4 prace. Malarstwo reprezentuje Frida Kahlo, taniec – Josephine Baker, śpiew – Edith Piaf, poezję – Agnieszka Osiecka. W głowie mam już Zahę Hadid, czyli architekturę i film. Prace nad dalszymi portretami trwają.


S.C.: Przedmiotem pani prac są kobiety i… metal. Przyznam szczerze, że to dość nietypowe połączenie. Dlaczego?

A.G.: Bez żadnych zawoalowanych inklinacji czy przekonań. Po prostu jestem kobietą, więc ten temat nie jest mi obcy, a nawet zmagam się z nim na co dzień (śmiech). Lubię kobiece ciało – pełne zmysłowej energii i sensualnego uroku. Sam materiał – metal, z którym pracuję – wciąż poznaję. Dużo z nim eksperymentuję. Myślę, że nie poznałam jeszcze jego wszystkich zalet i możliwości. Ma różne oblicza: bezczelnie błyszczące srebrem aluminium, mieniącą się pomarańczami i brązami miedź, skromną, sczerniałą patynę czy dumny szlachetny grynszpan.
Metal i kobieta to połączenie kompletnie abstrakcyjne. Nawet jak wymawiam te słowa, to mam wrażenie, że mówię o pasie cnoty (śmiech), a jednak w całej kompozycji, według mnie, pasuje. To cud! Logicznie tego wytłumaczyć nie potrafię.

S.C.: Gdzie można kupić pani prace?

A.G.: Moje obrazy najlepiej kupować u mnie w pracowni, ale są też w Galerii na Helu, Katowicach, u Ricardo i Ani Drabczyńskiej, u Pana Krzysztofa w pracownio-galerii, w Dworku New Restaurant, a ostatnio – na Zamku w Niepołomicach. Aby szerzej zapoznać się z moimi pracami, zapraszam na moją stronę http://www.metalovestory.pl/.

S.C.: Czy zdarzyło się pani usłyszeć negatywne komentarze na temat pani twórczości? Jak radzi sobie pani z krytyką i pochwałami na swój temat?

A.G.: Jestem tylko człowiekiem, więc krytykę znoszę kiepsko. Na szczęście, w artystycznym wymiarze raczej mnie nie spotyka albo mam do czynienia tylko z taktownymi odbiorcami. Niedawno znajomy pokazał zdjęcie mojej pracy przedstawiającej Rani Durgavati – hindusowi, a ten stwierdził, że w Indiach byłabym stracona za pokazanie bóstwa nago. Ten komentarz przeraził mnie, nie dlatego, że przestraszyłam się o swoje życie, ale, że skalałam czyjeś sacrum, a moim priorytetem jest, aby moje prace nie raniły niczyich uczuć. Mogą nie wzbudzać emocji. Mogą być niezrozumiałe, cudaczne, zbędne, ale nie chcę, aby nikogo dotknęły i sprawiły przykrość.


S.C.: Tak to jest ze sztuką. Mamy obecnie wiele przykładów różnorakiej sztuki, która w sposób mniej lub bardziej dobitny, nieelegancki, rani czyjeś uczucia. Jaka jest wobec tego rola sztuki? Jak ją pani pojmuje jako artystka? Czy jest coś, co panią osobiście w sztuce zbulwersowało teraz albo w przeszłości, Co wywołało negatywne emocje?

A.G.: Sztuka powinna wywoływać emocje, uwrażliwiać. Taka, wg mnie, jest jej rola. A paleta emocji jest ogromna – od smutku po ekstazę. Nie powinna, mimo wszystko, obrażać niczyich uczuć, przynosić cierpienia i bulwersować. Jest taka rzeźbiarka – Jane Sterbak, stworzyła suknię z mięsa. Podobną założyła kiedyś Lady Gaga. Wierzę, że przekaz miał być ważny, ale dla mnie przekroczyła granicę dobrego smaku. Marek Grechuta śpiewa: „Jakże ubogi byłby świat bez sztuki, źródła wzruszenia.” I taka właśnie powinna być sztuka: wzruszać, ale nie obrzydzać.

S.C.: Co jeszcze przed panią? Czego chciałaby się pani nauczyć? Jakie cele stawia pani sobie na przyszłość?

A.G.: Bardzo chciałabym nauczyć się malować techniką sumie. To japoński styl, w którym artysta posługuje się pędzlem, używając czarnego tuszu. Te moje szkice to taka namiastka sumie. Jedno pociągniecie, które musi być dobre, bo nie można go już poprawić.


S.C.: Co sprawia pani przyjemność jako artystce, człowiekowi? 

A.G.: W mojej pracy lubię ten moment, kiedy – po miesiącach albo latach – widzę swój obraz albo choćby zdjęcie i mam wtedy wrażenie, że delikatnie kładę sobie rękę na ramieniu i szepczę: „No dobre to jest!”. To jest niesamowite uczucie!
Z tych ludzkich spraw lubię nakrycia głowy... Różne, im bardziej ekscentryczne, tym lepiej. Teraz już jestem w tej materii bardziej ostrożna, ale kiedyś... Chociaż niedawno zrobiłam sobie czarną filcową czapkę z uszami Myszki Miki. Na razie oswajam z nią męża, bo jak mnie zobaczył, to mruknął: „Chyba żartujesz! Widziałaś się z boku???” Prawdę mówiąc, nie wzięłam pod uwagę, że mam boki, bo en face wydawało mi się fantastycznie (śmiech). Na razie jest ciepło, poczekam więc do zimy.
Uwielbiam też piękne wnętrza. Zresztą, zajmuję się też projektowaniem i aranżacją. Lubię eklektyzm, nieoczywiste połączenia – trochę starego, trochę nowego. Mój dom właśnie taki jest. Najlepiej ilustruje go stół w jadalni. Mąż mówi: „Stół do jadalni będzie nowoczesny!” Ja mu na to odpowiadam: „Ok, ale jedna nóżka musi być retro!” I taki jest – orzechowy, prosty do bólu z jedną toczoną nóżką w fortepianowej czerni.

S.C.: Musi wyglądać oryginalnie. A co do czapki, może do zimy mąż się jednak przyzwyczai. Życzę powodzenia w dalszej pracy twórczej.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

14 komentarzy:

  1. Świetnie przeprowadzona rozmowa i naprawdę interesująca Rozmówczyni :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Metaloplastyka zazwyczaj kojarzy się z kiczem, odpustem i "galerią pod kasztanami", jednak prace tej artystki są zachwycające w swej prostocie. Najbardziej ujął mnie anioł z metalowymi skrzydłami - slrzydła anielskie zazwyczaj przedstawiane są jako delikatne, tutaj stanowią zbroję anioła. Wspaniały pomysł i wykonanie. Bardzo interesująca rozmowa!

    OdpowiedzUsuń
  3. Obfita rozmowa, wartościowa. Nieczęsto można się natknąć na takie spojrzenie trochę "od kuchni".

    OdpowiedzUsuń
  4. Gratuluję interesujących wywiadów na blogu. Ciekawie jest poczytać o czymś niszowy a nie tylko o tych, którzy brylują na ściankach. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo trudne techniki, ale dech w piersiach zapiera na widok tych misternych anielskich skrzydeł czy indiańskich pióropuszy.

    OdpowiedzUsuń
  6. też robiłam sekrety jak byłam mała

    OdpowiedzUsuń
  7. Wartościowa i inspirująca rozmowa :) Z przyjemnością przeczytałam :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo intrygująca rozmowa. Lubię sztukę.

    OdpowiedzUsuń
  9. Cudowne prace! Nigdy nie słyszałam o takiej technice. Efekt jest powalający 😃

    OdpowiedzUsuń
  10. WOW! Niesamowity Efekt ! Z wiekiem naprawdę uczę się doceniać takie dzieła, a do tego ludzi którzy je Tworzą, a przede wszystkim pokłon dla takich osób które przemawiają do nas poprzez sztukę <3 W wolnej chwili z miłą chęcią przejrzę Twojego bloga, bo po tym wpisie widzę że znajdę tu wiele wartościowych artykułów :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Czapki z głów! Wspaniałe prace. Szkic w połączeniu z metalem robi ogromne wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
  12. Prace z owadami są niesamowite! Świetny pomysł i jeszcze lepsze wykonanie :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Piękne dzieła! Jestem pod wielkim wrażeniem pomysłu!

    OdpowiedzUsuń
  14. Oryginalna kobieta, ale tacy są artyści.

    OdpowiedzUsuń