Kasia Bieńkowska: Scena to dla mnie lek na całe zło tego świata


Zespół White Highway, z którym miałam okazję już wcześniej rozmawiać (wywiad znajdziecie tutaj) na czele z charyzmatyczną wokalistką Kasią Bieńkowską znów daje o sobie znać. Niedawno wydali EP-kę, na której bardzo dobitnie wyrażają swój sprzeciw przeciwko braku wolności i skostniałym odwiecznym ideałom. Poprzez utwory utrzymane w stylu lat 80-tych pragną zamanifestować oraz zawalczyć o nowy porządek. Chcą otworzyć ludziom oczy na wszechobecny brak wolności. Zapraszam na rozmowę.


Sylwia Cegieła: Od czasu naszej ostatniej rozmowy minęło sporo czasu. Co się u was działo?

Kasia Bieńkowska: Cześć! Miło cię znów widzieć. Oj… Pozmieniało się sporo. Ten rok był dla nas naprawdę szalony. Zmieniliśmy skład, nagraliśmy profesjonalny teledysk i wreszcie skończyliśmy i wydaliśmy EP-kę. Ponadto, 3 osoby z  naszej kapeli brały udział w Memoriale Dio i pojechaliśmy z innymi świetnymi muzykami w ogólnopolską  trasę  koncertową. Do tego jeszcze udało nam się zorganizować II edycję Festiwalu „Still Of The Night” w hołdzie naszym muzycznym mentorom z lat ’80, wspomagając przy tym Fundację Rak’n’Roll – Wygraj Życie, zagraliśmy akustycznie w Czwórce Polskiego Radia i wiele, wiele innych. To tak w wielkim skrócie.

S.C.: Wow, faktycznie, bardzo tego dużo. „Still of the Night” – co to za wydarzenie?

K.B.: Dwa lata temu wpadłam na pomysł zorganizowania corocznej imprezy, która promowałaby zespoły grające w podobnym stylu. Chciałam w ten sposób popularyzować hard rock w Polsce. I rzeczywiście rok temu impreza miała taką formę – zaprosiliśmy kilka kapel i graliśmy swoje sety. W tym roku mój Paweł (gitarzysta White Highway) wpadł na pomysł imprezy coverowej, bo w sumie nie ma w Polsce wydarzenia, które upamiętniałoby kolorowe lata ’80 i takie zespoły jak Bon Jovi, Motley Crue czy Vixen. Wszyscy wspólnie stwierdziliśmy, że to strzał w 10! Zaprosiliśmy znajomych muzyków i wokalistów. Zagraliśmy ponad 30 coverów z tamtych lat. Klimat był niesamowity! Takie granie pozwala nam wszystkim się rozwinąć, bo zmierzenie się z repertuarem SkidRow, Scorpions czy Dokken to nie lada wyzwanie. Umożliwiliśmy również gościnnym wykonawcom sprzedawanie ich płyt podczas trwania koncertu. To takie wspólne muzyczne święto.

S.C.: Wspaniała inicjatywa. Ludzie lubią słuchać to, co już dobrze znają. Wspomniałaś też o Fundacji Rock’n’Roll – Wygraj Życie. Lubicie pomagać? Skąd pomysł na tego rodzaju współpracę?

K.B.: W mojej pracy „normalnej” zajmuję się PR-em i social mediami. Pomagam w niej wielu fundacjom. Stwierdziłam, że dlaczego by nie usmażyć kilku pieczeni na jednym ogniu? W firmie, w której pracuję wspieraliśmy akurat Fundację Rak’n’Roll. Połączyłam to z koncertem „Still Of The Night” i pojechało! Podczas imprezy ludzie mogli kupić „fanty” od zespołów za symboliczną dyszkę i wrzucać darowizny do puszki Rak’n’Roll’a! To cudowne, że mogliśmy się świetnie bawić i komuś pomóc. Za rok zapewne wybierzemy kolejną fundację. Przecież każdy z nas może się znaleźć w sytuacji, w której będzie potrzebował wsparcia innych. My – zdrowi, powinniśmy robić wszystko, aby podać rękę takim osobom.


S.C.: Podczas naszej ostatniej rozmowy mówiłaś o nowej płycie. Jakie utwory na niej usłyszymy?

K.B.: Płytka już wyszła, więc jeśli chcesz – możesz już usłyszeć (śmiech). Na razie zdecydowaliśmy się na mini album. Są na nim 4 utwory – tytułowy „City Lights”, do którego powstał teledysk, „Hangover”, „Freedom” i ballada „Fight for your dreams”. Chcieliśmy jak najbardziej nawiązać do stylu, który wszyscy kochamy, czyli hard rocka z lat ’80. Z pierwszych nieoficjalnych recenzji wynika, że nam się to udało.

S.C.: Wspaniale. Gratuluję pochlebnych opinii. Opowiedz tym, którzy jeszcze was nie znają, o czym śpiewasz? I dlaczego tylko mini-album?   

K.B.: Dlaczego mini album? Po pierwsze – dopiero budujemy swoją markę. Na pewno jest trochę osób, które czekają na long play, ale nie jest to aż tak duża liczba, żeby inwestycja w nagrywanie 8 czy 11 numerów i tłoczenie ogromnego nakładu płyt, się zwróciła. Po drugie – non stop zmienia nam się skład zespołu (tutaj chodzi głównie o bębniarzy), a z „płynnym” składem kapela nie zajedzie daleko. Trzeba się ciągle zgrywać z nowymi osobami muzycznie i personalnie. Wiesz, jak jest. Niemniej jednak uważam, że mini album to dobry krok na ten moment.
EP-ka pod względem przekazu jest bardzo różnorodna. „City Lights” to numer opowiadający historię  żonatego faceta zafiksowanego na punkcie tancerki pole-dance. Zarówno muzycznie, jak i tekstowo chcieliśmy jak najbardziej oddać seksualność kobiety, jej sposób uwodzenia – stąd „wibrująca linia basu” i delikatna linia wokalu w zwrotkach. Zespół jest typowym narratorem historii. Opowiada słuchaczowi, co przeżywa tytułowy bohater, przez jakie męki emocjonalne przechodzi, nie mogąc wybrać między pożądaniem, a partnerką życiową. Co najlepsze, to wszystko siedzi w jego głowie, a „adorowana” tancerka nie zdaje sobie sprawy z istnienia problemu. To samo możemy obejrzeć w teledysku, gdzie nie wiemy do końca, co jest prawdą, a co wyobrażeniem mężczyzny. Do tego dodaliśmy typowo „ejtisowe” klawisze i melodyjne solówki. Moim zdaniem to najbardziej glamowy numer na płycie.

S.C.: Utwory „Hangover” i „Freedom” to manifesty ku wolności…

K.B.: Tak. „Hangover” i „Freedom” to tekstowo podobna bajka. Z tym, że w tym pierwszym czujemy więcej sarkazmu, a w tym drugim mamy bardziej „epickie” podejście do tematu. O czym jest tekst? O tym, że niby jesteśmy wolni, ale tak naprawdę nie jesteśmy. Jesteśmy wciąż ograniczeni systemem – od kołyski aż po grób. Rodzimy się – musimy zapisać to w akcie urodzenia i wysłać do urzędu. Później chodzimy do szkoły, gdzie mówią nam, co jest prawidłowe, a co nie. W większości uczą nas spełniać standardy, ale nie mówią jak być kreatywnym albo jak poradzić sobie z codziennym życiem. Później praca i znamienne 20 dni urlopu na cały rok harowania. Do tego oddajesz ponad 1/3 swojej wypłaty dla państwa, które na koniec Twojego życia daje Ci jakąś marną emeryturę, więc żeby osłodzić sobie poczucie niesprawiedliwości chodzisz do Kościoła, łudząc się, że opłatek zagwarantuje ci miejsce w niebie i godne życie po tamtej stronie... A Kościół ci mówi – nie dasz na tacę? Pójdziesz do piekła! Albo... Mieszkasz z kimś przed ślubem? Rozwiodłeś się? Będą cię palić żywcem!

S.C.: Czyli ogólnie rzecz biorąc, buntujecie się przeciwko wszechobecnemu materializmowi i skostniałym schematom…

K.B.: Dokładnie tak. Te piosenki to zadane pytania – czy to jest wolność? Czy, naprawdę, dla papierka zwanego pieniądzem, człowiek jest w stanie działać wbrew sobie, krzywdzić innych? Czy naprawdę szczera modlitwa nie wystarczy, aby utrzymać więź z Bogiem. Czy od razu potrzebujemy do tego hordy odzianych w złote szaty biskupów, księży, „faryzeuszy”? Te numery wyrażają mój gniew na rzeczywistość i na to, jak ludzie potrafią się zmienić w 5 minut, bo system i jego media okręciły ich wokół palca. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że większości jest z tym dobrze. Nie myślą logicznie, nie chcą nic zmieniać, bo przecież mogą sobie kupić iPhone’a. A co najgorsze, najgłośniej szczekają, gdy ktoś wybija się ponad linię ich ignorancji.


S.C.: Czy z powstawaniem płyty wiążą się jakieś niecodzienne zdarzenia? 

K.B.: Tak. już jedno miało miejsce (śmiech). To był właśnie Festiwal „Still Of The Night”. Podczas koncertu miała miejsce premiera naszej EP-ki. To był naprawdę świetny i klimatyczny wieczór. W podstawowym składzie instrumentalnym zagrali z nami świetni muzycy z Mińska Mazowieckiego – Patryk Makać i Przemek Nalazek ze SteelFire. Wnieśli niesamowitą energię do całego przedsięwzięcia. Goście również świetnie sobie poradzili. Najbardziej cieszyliśmy się z faktu, że Jelonek przyjął nasze zaproszenie i zgodził się uświetnić ten wieczór swoimi rock’n’roll'owymi skrzypcami! Publiczność była nieziemska! Naprawdę był czad i na pewno wrócimy za rok.
Natomiast jeśli chodzi o samą płytkę – myślimy nad nagraniem drugiego klipu, ale najpierw chcemy trochę promować krążek tu i ówdzie. No i skupimy się na poszukiwaniu dobrego bębniarza, który będzie chciał pracować z nami grać dłużej niż 3 miesiące.

S.C.: Nie jesteś więc typową konformistką. Jednak widzisz potrzebę zmian, co oddajesz w kolejnej piosence…

K.B.:  Nigdy nie byłam (śmiech). Zawsze miałam odwagę, by mówić  to, co myślę. Pewnie dlatego tak wielu osobom to nie pasuje (śmiech).  Wracając do utworów, „Fight for your dreams” to moje pokrzepienie dla siebie samej i dla osób, które widzą różnicę oraz chcą coś zmienić na tym ziemskim padole. Mówi o tym, aby się nie poddawać. Nigdy nie jest za późno, aby spełnić swoje marzenia.

S.C.: Co jeszcze chcesz tymi tekstami przekazać słuchaczom jako muzyk?

K.B.: Piszę takie teksty, ponieważ chcę ludziom pokazać inną stronę życia i zmusić ich do myślenia na temat otaczającej nas rzeczywistości. Muzyka to świetny środek przekazu. Myślę, że ta płyta jest dojrzalsza tekstowo od poprzednich numerów, ale to pewnie przychodzi z wiekiem (śmiech).

S.C.: Nie mów tak, bo wyjdziesz na babcię (śmiech). A mówiąc poważnie, myślisz, że to wystarczy? Napisać piosenkę, zaśpiewać i wszystko się zmieni? 

K.B.: Oczywiście, że nie. Żeby cokolwiek się zmieniło, co najmniej ponad połowa populacji musiałaby się zbuntować, wyjść na ulicę z bronią i ruszyć na swoje rządy, aby wyegzekwować zmiany. To byłby początek kolejnej wielkiej wojny, a tego raczej nie chcemy. Popieram słowa Einstein’a w tej materii, mówił coś, że „trzecia wojna będzie na atomy, a czwarta na kije i kamienie”. Tyle, że to nie jest wyjście. Chodzi o to, aby ludzie buntowali się rozsądnie – a każdy bunt zaczyna się od świadomości, że istnieje taki stan rzeczy, że mamy system, który nas kontroluje (manipuluje naszymi emocjami, chociażby w reklamach). Mówi nam, co mamy robić, inwigiluje i każe bezwiednie pracować aż do śmierci. Z tym, że teraz mamy jedną wspaniałą rzecz – Internet. Dla jednych może być źródłem zniewolenia, zaś dla innych jest cudowną światową encyklopedią. Jeśli jesteś prawdziwie wytrwały, znajdziesz to, czego szukasz. To daje możliwość przełknięcia czerwonej piguły i wyjścia z umysłowego matrixu. Paradoks polega na tym, że z jednej strony system trzyma nas za gębę, ale z drugiej – jeszcze nigdy nie było tak dobrego czasu, żeby się z niego wyzwolić. Trzeba mieć odwagę, świadomość i polecieć. Jest tylko jedno „ale”... ptaki, które rodzą się w klatce, myślą, że latanie to choroba. Dlatego potrzeba te ptaki uświadamiać, że można żyć inaczej, że wszystko jest w ich rękach i wreszcie, że ślub, dzieci i praca to nie jest szczyt marzeń i że można żyć pełniej, świadomiej. Na szczęście słyszymy coraz więcej historii o tym, że ktoś rzucił korpo i pojechał w świat, bo takie miał marzenie. Właśnie to jest wolność – wolność wyboru i wolność życia według naszych pragnień, a nie według tego, co nam mówią inni.


S.C.: Tym właściwie jest wolność? Jak powinien wyglądać twój idealny świat? Czy zmiana jest możliwa?

K.B.: Tak, jak powiedziałam, wolność to odwaga, aby żyć po swojemu i iść własną drogą. Aby znaleźć własną drogę, trzeba jej wytrwale poszukiwać – czasami to zajmuje całe życie, ale zawsze warto. Wolność to też asertywność i umiejętność powiedzenia „nie”, gdy ktoś wciska nam kit, że coś jest dla nas dobre, a tak naprawdę spełnia tylko swoje ambicje.
W moim utopijnym świecie każdy idzie swoją drogą – nie ma owieczek stadnych. Są tylko piękne, szlachetne ptaki, które są szczęśliwe, bo żyją według własnego rytmu. Ja mam to szczęście, że odnalazłam swoją drogę i wytrwale nią podążam od jakiegoś czasu. Mogę tylko powiedzieć, że nie zawsze było łatwo.

S.C.: Co ci daje scena i możliwość bycia artystką?

K.B.: Scena to dla mnie lek na całe zło tego świata. Tam czuję się naprawdę wolna. Mogę wyrazić siebie w 100% i nie muszę nikogo udawać. Jednak to też przychodzi z wiekiem i ogólnym obyciem scenicznym. Kiedyś  miałam problem z występami. Czułam jakby non stop ktoś mnie oceniał i dlatego się blokowałam. Blokowałam też swój głos. Już z tego wyrosłam, bo wiem, że to, co robię ma być dobre przede wszystkim dla mnie. A że jestem swoim największym krytykiem – to już inna sprawa (śmiech).

S.C.: Serio, potrafisz spojrzeć na to, co robisz obiektywnie i ocenić bezkompromisowo, że coś jest dobre, a coś nie tak, jakbyś tego chciała? Jak znosisz też krytykę innych? Uodporniłaś się na nią? Czy nie zwracasz uwagi?

K.B.: Fakt jest taki, że nigdy nie jestem z siebie w 100% zadowolona. Jeszcze nie nadszedł taki dzień (śmiech). A co do drugiej części pytania... Krytyka to mój ulubiony temat. Rzeczywiście, kiedyś znosiłam ją dużo gorzej, bo nie umiałam odróżnić tej konstruktywnej, budującej od tej złośliwej, która ma na celu obciąć Ci skrzydła z powodu czyjejś zawiści. Teraz bardzo doceniam konstruktywną krytykę, ale przyjmuję ją tylko od osób, które mogą takową wygłaszać, czyli od starszych i bardziej doświadczonych muzyków, wokalistów albo ludzi związanych z tym „światkiem” od lat. Zawsze, gdy supportujemy bardziej doświadczone zespoły, podchodzę po koncercie i pytam, jak było i co możemy zmienić.  Jeśli taka osoba mówi, że jest dobrze, wtedy wiem, że to nie są puste słowa. Doświadczeni muzycy zauważają najwięcej błędów, bo sami kiedyś popełniali podobne. Takie wskazówki są zawsze bardzo cenne, pozwalają nam się rozwijać.
Co do drugiego typu... cóż. Teraz reaguję na to głównie śmiechem. Po prostu śmieszą mnie „znaffcy” tematu w wieku 18 czy 19 lat, którzy mówią, że powinno się śpiewać i grać w ten czy inny sposób. Jakby powiedziała moja babcia – „szczylom jeszcze nawet nie obrosło”, a już potrafią się mądrzyć (śmiech)! Ale to jest domena wieku – dzieciaki potrzebują uwagi w Internecie, a aferki ich przyciągają. Nauczyłam się „z tym żyć”, ponieważ wiem, że – jak będą w moim wieku (jak to brzmi...) – będą mieć inne spojrzenie na wiele tematów. Są też zazdrośnicy, którzy hejtują, bo nie mogą znieść, że komuś się udaje – ale tacy ludzie zawsze dostarczają nam rozrywki na próbach.


S.C.: Czym jest dla ciebie kariera muzyczna?

K.B.: Wybawieniem! Jak wreszcie przyjdzie, to będę naprawdę kochać swoją pracę.

S.C.: Oprócz muzyki masz też swoją pracę na etacie.. Czy marzysz o tym, aby kiedyś żyć tylko z muzyki?

K.B.: Oczywiście. Każdy muzyk marzy o tym, aby żyć z muzyki. Najlepiej z takiej, którą tworzy i z której jest dumny. To wspaniałe wyzwolenie. Nie pracujesz już wtedy na dwa etaty, ale w pełni skupiasz się na tym, co kochasz. Praca „normalna” to etat numer jeden – musisz odsiedzieć  swoje w biurze od 9:00 do 17:00, a później pędzisz na próby/koncerty wieczorami – czasem do 23:00, 24:00, a rano znów do pracy. Weekendy też w większości pozajmowane, gdy aktywnie koncertujesz. Dlatego wyzwolenie z tego koła i skupienie się na muzyce to dla nas wszystkich wybawienie. A pracy nie rzucimy, bo przecież trzeba z czegoś żyć. Taki mamy system.

S.C.: Z kim chciałabyś wystąpić na jednej scenie?


K.B.: Uwielbiam David’a Coverdale’a i moim marzeniem jest kiedyś zaśpiewać z nim „Still Of The Night”. Mam też młodzieńczy sentyment do zespołu Green Day (to jedna z pierwszych gitarowych kapel w moim życiu). Z chęcią pośpiewałabym z Billie’m Joe.

S.C.: Muzyka to dla mnie…

K.B.: Wolność.

S.C.: Kim będziesz za 10 lat? 

K.B.: Gwiazdą rocka! 

S.C.: Plany ambitne. Skupmy się jeszcze na teraźniejszości. Jakie koncertowy planujecie z zespołem na najbliższe miesiące?

K.B.: Zagramy wszystkie zaplanowane koncerty do końca roku. W międzyczasie będziemy aktywnie poszukiwać i przesłuchiwać kandydatów na perkusistów. A później – zobaczymy. Czuję w kościach, że nadchodzący rok będzie jeszcze bardziej epicki. Mamy kilka pewników managementowo-muzycznych, ale nie chcę ich na razie zdradzać.

S.C.: Oby wszystko się udało. Trzymam kciuki i dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

1 komentarz:

  1. Oj chyba z tą wolnością nie jest łatwo, tak aby iść własną drogą, chyba nie da rady, bo musimy przystosować się jednak do innych...

    OdpowiedzUsuń