Najnowsze

Każdy z nas jest wyjątkowy – nieważne jak nisko siebie ocenia

Monika Jagodzińska – pisarka młodego pokolenia to niespełna 20-letnia dziewczyna, która swój debiut na rynku wydawniczym zainicjowała publikacją „Cyklu” z gatunku fantasy. Obecnie jednak zdecydowała się na coś bardziej współczesnego. Wydała powieść pt. „Wiara, nadzieja, miłość” poruszającą problemy związane z brakiem akceptacji ze strony otoczenia i rodzącą się anoreksją. Serwis Kulturalne Rozmowy ma zaszczyt być patronem medialnym powieści, z czego jestem niezwykle dumna. Autorka opowiada mi o tym, w jakich okolicznościach zrodził się pomysł na fabułę oraz o swojej misji jako pisarki. Będzie też o kosmetologii, gdyż Monika studiuje właśnie ten kierunek. Zapraszam, będzie interesująco. 



Sylwia Cegieła: Pytanie na rozgrzewkę: kim jest Monika Jagodzińska?

Monika Jagodzińska: Niespełna dwudziestoletnią dziewczyną pochodzącą z niewielkiej miejscowości koło Krotoszyna, obecnie zamieszkałą w Kaliszu, gdzie też studiuję kosmetologię. Jak widać, kierunek nie jest związany z pisarstwem, a to dlatego, że mam bardzo rozbieżne zainteresowania. Zawsze tak było. Jeśli chodzi o charakter to też nie jest on jednoznaczny – obok wrażliwości i chęci pomocy innym stoi upartość, zawziętość. Kiedyś usłyszałam, że jestem kontrowersyjna w związku z tatuażami które mam na ciele a których nikt się po mnie nie spodziewał. Zawsze staram się kreować własną ścieżkę i iść nią do końca, mimo niepowodzeń.

S.C.: Kiedy poczułaś, że pisanie to jest to? Kiedy nastąpił przełom?

M.J.: Od kiedy pamiętam ciągnęło mnie do pisania. Już jako mała dziewczynka coś tam "skrobałam" i już wtedy planowałam napisać coś większego, co będę mogła wydać. Nie ukrywam, miałam pewnego rodzaju niepowodzenie. Wzięłam się za tworzenie już czegoś na poważnie, lecz w pewnym momencie doszłam do wniosku, że nie potrafię, nie umiem pisać i nie będę tego robić. Przełomem były słowa mojej polonistki z pierwszej klasy liceum, która stwierdziła, że mam spróbować napisać opowiadanie na konkurs, gdyż wyglądam jej na kogoś, kto pisze. Z pewnym oporem, ale się zgodziłam. I tak stopniowo zaczęłam się przełamywać. Zaczęłam pisać opowiadania. Z czasem wpadł mi pomysł na mój pierwszy zbiór opowiadań "Cykl", który wiedziałam, że chcę wydać.

S.C.: Skąd wiesz, że to co napiszesz jest dobre? Masz jakąś intuicję pisarską?

M.J.: Nie mam pojęcia, czy to, co piszę jest dobre (śmiech). Piszę po prostu to, co czuję. Moje książki  to cała ja. Mnie się podobają i mam nadzieję, że trafię do ludzi. Oczywiście, zdaje sobie sprawę, że obok pochwał i tak zawsze znajdzie się krytyka, ponieważ każdy ma inny gust. Jest to też dla mnie lekcja.
Wydając pierwszą książkę miałam w głowie "albo się uda albo nie, zobaczymy". "Cykl" spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem, toteż stwierdziłam, że może jednak coś z tego mojego pisania będzie (śmiech). Wiedziałam już wtedy, że na pewno na nim nie skończę. I udało mi się. Niedawno Wydawnictwo Psychoskok opublikowało moją drugą książkę pt. "Wiara, Nadzieja, Miłość".

S.C.: Jak już wspomniałaś „Wiara, nadzieja, miłość” to nie jest Twoja pierwsza publikacja. Rozpoczęłaś od fantastyki, skąd więc ten nagły zwrot w stylistyce?

M.J.: Ciekawe pytanie. Owszem, "Cykl" owiany jest mgłą fantastyki zmieszanej z mistyką i  tajemniczością. Główni bohaterowie to przecież anioły. "Wiara, Nadziej, Miłość" jest historia z życia wziętą. Po prostu miałam na nią pomysł i wiedziałam, co chcę napisać. Nigdy nie powiedziałam, że ograniczę się do jednego gatunku. Od tego też będzie zależał świat przedstawiony moich dalszych – mam nadzieję – książek – od tego, co i w jaki sposób będę chciała przekazać.

S.C.: Jak wygląda Twój warsztat pisarski? Co się musi zadziać, abyś zaczęła pisać? 

M.J.: Prawdę mówiąc, musi po prostu przyjść na to dzień. Do pisania musi mnie natchnąć. Czasem jest tak, że przez bardzo długi okres czasu potrafię nic nie pisać, nawet w najmniejszym stopniu mnie do tego nie ciągnie. Innym razem z kolei cały dzień (kiedy np. nie jestem w domu) czuję, jak rodzi się we mnie nowa historia, widzę w głowie kolejne wydarzenia, myślę tylko o tym. Aby pisać, nie mogę się zmuszać, bo wiem, że wtedy nic sensownego z tego nie będzie. Ja tak nie potrafię. Do pisania potrzebuję, oprócz pomysłu, również weny i takiego "przyciągania". Dopiero wtedy jestem w stanie coś „urodzić”. I, oczywiście, niezwykłą pomocą jest także muzyka. Jestem jej wielką pasjonatką, jeśli o to chodzi. Żyję muzyką, dlatego zawsze ona mocno do mnie trafia, mocno przeszywając mnie od środka i tym samym pozwala jeszcze lepiej wczuć się w zapisywaną fabułę.

S.C.: Czy masz jakieś konkretnych wykonawców, konkretne utwory, które Cię inspirują? W jaki sposób dobierasz playlistę i czy ma to związek z tematyką poruszaną przez Ciebie w fabule?

M.J.: Jestem wielką pasjonatką muzyki, także ciężko jest mi podaj w tej chwili kilku wykonawców czy kilka tytułów. Chociaż, muszę przyznać, że w moim sercu zawsze swoje specjalne miejsce ma utwór pt.  "Wherever you will go"
Fakt faktem, najczęściej słucham rocka, ale prawda jest taka, że w prawie każdym gatunku coś znajdę dla siebie. Wszystko zależy od piosenki. Dlaczego rock? Ta muzyka do mnie uderza, przeszywa mnie i czuję ją najbardziej ze wszystkich gatunków. Żebym pokochała jakaś piosenkę, ona musi dotrzeć do mnie, do mojego wnętrza. Przy takich utworach najlepiej mi się pracuje. Tematyka zależy od mojego nastroju. Czasem jest to coś mocniejszego, a czasem bardziej łzawego. W każdym razie, można powiedzieć, że nastrój książek i moja muzyka w jakimś stopniu się pokrywa.

S.C.: Którzy ze współczesnych pisarzy są Twoim wzorem? Masz takich, na których się wzorujesz?

M.J.: Ciężko jest mi powiedzieć. Nie szukam inspiracji w innych pisarzach. Raczej patrzę na otaczający mnie świat. Oczywiście, jest duża ilość autorów, których twórczość bardzo mi się podoba i których szanuję. Winnam wymienić tutaj Dana Browna – każda jego książka jest dla mnie nową przygodą. "Kroniki królobójcy" Rothfussa są dla mnie czymś więcej niż tylko powieściami, choć jeszcze nie po wszystkie sięgnęłam. Cassandra Clare, Kerstin Gier i wiele więcej. Są to ludzie, których szanuję i których twórczość zachęca do oderwania się od rzeczywistości.

S.C.: Jaką wartość dla Ciebie samej ma opowiedziana przez Ciebie historia? Czy to nie jest przypadkiem głos młodych, którzy próbują zaznaczyć po raz kolejny swoją obecność i mówić o swoich problemach? 

M.J.: Można tak powiedzieć. Historia Diany w pewnym sensie jest wołaniem o uwagę i zrozumienie. Dziewczyna jest bardzo niepewna siebie i się boi. Ma problemy, ale nie umie o nich rozmawiać. Choroba, w którą popada jest niebezpośrednim wołaniem: "Ja tu jestem! Boję się! Potrzebuję was! Pomóżcie mi!", choć się od tego nie przyznaje i twierdzi, że wszystko ma pod kontrolą. Dla mnie jest to bardzo ważna historia, ponieważ wiele wątków zaczerpnęła z życia. Czyje życie stało się dla mnie wzorem? To nie istotne. W każdym razie, dzięki temu ta książką jest tak bardzo istotna, ponieważ jest prawdziwa.

S.C.: Skąd czerpiesz tzw. wenę twórczą? Czym się kierujesz przy doborze tematyki?

M.J.: Wenę czerpię z otaczającego mnie świata i z tego, co się wokoło mnie dzieje, a także z samej siebie. Choć nie jest tak, że wszystko, co piszę dotyczy mnie. Raczej staram się przedstawić jak daną sytuację czuję lub jak ją sobie wyobrażam, gdybym stanęła z nią face-to-face. Wybierając tematykę staram się uderzać w tematy bardzo popularne nie bez przyczyny. Są one najbardziej powszechne i dotyczą największej ilości ludzi choć nie każdy zna je od podszewki, na co właśnie usiłuję zwracać uwagę. Pisząc "Wiarę, Nadzieję, Miłość" znałam doskonale powagę problemu, który przez wielu jest bagatelizowany. Jak można niechęć do jedzenia uważać na chorobę? A jednak nie każdy zdaje sobie sprawę, przez co przechodzi osoba chora i największą bzdurą jest stwierdzenie, że pomoże terapia i na tym koniec. Droga jest bardzo długa i trudna, a potem tak naprawdę część tego pozostanie w człowieku, gdyż do końca nie da się tego wyzbyć, niestety. Choć, według mnie, miłość jest w stanie dostatecznie zagłuszyć wszystko, co złe, żeby nie wracało.

S.C.: Ile trwały prace nad „Wiarą…”? Czy napotkałaś na jakieś trudności podczas pisania?

M.J.: Nie był to jakiś długi okres. Zaczęłam jakoś wiosną i we wrześniu już było gotowe. Dokładnie nie potrafię powiedzieć, dlatego że pisałam z przerwami, czasami dość długimi. Prawda jest taka, że albo nie miałam dostatecznej ilości czasu, ponieważ nie zajmowałam się tylko tym albo też – jak już pisałam – nie miałam weny i natchnienia mimo tego, że doskonale wiedziałam, co chcę napisać. To były właśnie te trudności. Pamiętam też, że nie miałam pomysłu na jedną scenę. Zostawiłam sobie miejsce opisane wielkimi, czarnymi literami DOPISAĆ i pisałam dalej. Po jakimś czasie udało mi się do tego wrócić i zrobić tak, jak chciałam. Bywało, że łapałam blokadę. Wtedy wolałam nie otwierać pliku tylko poczekać aż znów będę mogła się do tego zabrać.

S.C.: Kim jest autor dla Ciebie? Jaki ma cel?

M.J.: Autor dla mnie jest osobą, która tworzy coś swojego i przekazuję ludziom w jakimś celu. Osobiście, kiedy sama piszę, staram się, żeby – oprócz rozrywki – znalazł się powód do rozmyślań. Według mnie, literatura powinna coś wnosić. Szczerze mówiąc, dosłownie z każdej książki można coś wyciągnąć, wystarczy tylko spojrzeć na nią pod odpowiednim kontem. Moje książki można potraktować w ten sam sposób: przeczytać dla rozrywki czy też relaksu lub odebrać je jako powód do zastanowienia się nad pewnymi, życiowymi sprawami. Taki jest mój główny cel – skłonić do refleksji i innego spojrzenia na świat. Taki cel powinien mieć autor. A jaki ma? To już zależy tylko od niego. 

S.C.: Czy pisząc fragmenty dotyczące anoreksji konsultowałaś się ze specjalistą lub osobą cierpiącą na tę chorobę?

M.J.: Tak jak już pisałam, książka powstała na postawie prawdziwych przeżyć pewnej osoby. Temat anoreksji jest mi bliski i przez to bardzo dobrze znany. Można powiedzieć, że miałam z nią styczność od samego zarodka przez wszystkie stadia rozwoju aż do poprawy stanu zdrowia psychicznego. Fragment o szpitalu, fakt faktem, został wymyślony, oddałam go tak, jakby to mogło wyglądać. Szczegóły związane ze sposobem prowadzenia choroby poprzez psychologa czy też psychiatrę a także zachowania podczas leczenia były jednak jak najbardziej prawdziwe. Powiem szczerze, że bardzo ciężko byłoby mi bez żadnego prawdziwego przykładu czy też chociażby opisu realnych przeżyć osoby chorej oddać w odpowiedni sposób całą naturę anoreksji.

S.C.: Obecnie ciągle się mówi o byciu fit. Nobilituje się piękne, szczupłe sylwetki, a z drugiej strony nakłania się młode dziewczyny do bycia sobą bez względu na wygląd.

M.J.: Jest to niezmiernie trudne. Niestety, na każdym kroku bombardowani jesteśmy bilbordami, reklamami, ulotkami, programami czy też nawet teledyskami dotyczącymi bycia fit, czyli bycia już nie tyle zdrowym, co po prostu zgrabnym, ładnym, wysportowanym, bo... no właśnie, bo? Bo taka jest moda i nie mówię tu o zdrowej stronie, tylko bardziej o ciągłej presji, że kilka kilogramów za dużo oraz lekko wystający brzuszek jest powodem do wstydu. Wiele młodych dziewczyn zapomina, iż to, co widzą w magazynie jest przerabiane, podobnie jak teledyski czy filmy. Obecny kanon piękna jest bardzo mocno eksponowany i rozgłośniami, przez co – zwłaszcza dziewczyny – czują się gorsze, nieatrakcyjne i brzydkie. Chcą coś zmienić i czasem brną za daleko, tak jak Diana, która też miała problem z akceptacją samej siebie.

S.C.: Jak w tym wszystkim walczyć o akceptację siebie? 

M.J.: Akceptacja siebie jest o tyle ważna, ponieważ w swoim własnym towarzystwie spędzimy tak naprawdę resztę życia. Co więcej, nikt nie jest idealny, każdy z nas ma swoje mocne i słabsze strony, dlatego nie powinniśmy się obwiniać o to, że coś nam pójdzie źle czy też w czymś nie jesteśmy dostatecznie dobrzy. Nad akceptacją siebie trzeba pracować. Nie przychodzi ona od tak, ale na pewno jest to warte zachodu i walki.

S.C.: Swoją książkę podzieliłaś na 3 części. Skąd ten schemat się wziął? Przypadek czy precyzyjnie obmyślany plan?

M.J.: To był w sumie przypadek. Przeglądałam podręcznik do języka polskiego i natrafiłam na trzy wiersze Czesława Miłosza zatytułowane "Wiara", "Nadzieja", "Miłość" i tak na nie spojrzałam, w sumie na tytuły i stwierdziłam, że mogą one być ciekawym motywem. Po jakimś czasie zaczęła mi się w głowie kreować historia, którą udało mi się doprowadzić do końca.

S.C.: W swoją bohaterkę tknęłaś prawdziwe życie, obdarowałaś ją realnymi emocjami pozbawiając ją poetyckości. Czy trudno było Ci tak w 100 procentach przeniknąć do jej świata?

M.J.: Szczerze mówiąc nie, nie było mi trudno przeniknąć do świata Diany. Jestem osobą bardzo empatyczną i potrafię wczuwać się a także przeżywać bardzo silnie uczucia innych. Cieszę się niezmiernie, że realizm emocji jest wyczuwalny. Taki był mój cel. Mówiąc szczerze, nie umiałabym pisać nie tworząc żadnej więzi z bohaterami. W pewnym stopniu, kreując postacie przelewam w nie cząstkę siebie po to, by pobudzić je do życia.

S.C.: Uważasz, że temat anoreksji i brakuj akceptacji jest potrzebny społeczeństwu? A może raczej jest potrzebny Tobie jako człowiekowi, pisarce i potraktowałaś go jako kolejny chwytliwy temat do prozy?

M.J.: Tak, uważam, że jest to temat potrzebny społeczeństwu, dlatego że obecnie media nakładają ogromną presję i kładą nacisk na wygląda zewnętrzny, co może bardzo negatywnie odbijać się na młodych – zwłaszcza dziewczynach, gdyż czują się niedoskonałe i cały czas gorsze, ponieważ uważają, że nie spełniają oczekiwać społeczeństwa. Dlatego tak ważne jest spojrzenie na siebie z dystansem, lecz o tym się na forum nie mówi, a uważam, że powinno znacznie częściej i głośniej. Po części jest to chwytliwy temat, jednak nie taka była moja intencja. Chodziło mi głównie o zwrócenie uwagi na to, jak chęć zmiany – gdy jest zbyt mocna – może negatywnie wpłynąć na nasze życie. Chciałam uświadomić, że bardzo często nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo słowa mogą zranić i do czego doprowadzić. Chęć zmiany, z pozoru niewinna może przeistoczyć się w walkę o życie, dlatego, że nie czujemy się dobrze nie spełniając określonych standardów. A przecież nie powinno być żadnych wytycznych.

S.C.: Wiem, że książka nie jest bezpośrednio związana z Twoją historią, ale pewnie był jakiś impuls, który skłonił Cię do napisania „Wiary…”.

M.J.: Hmm... Pomysł wydał mi się po prostu dobry ze względu na jego powszechność i świadomość, że będę w stanie bardzo dokładnie przedstawić cały proces choroby a także okoliczne wydarzenia. Postanowiłam wykorzystać znaną mi historię, ku przestrodze i ku poznaniu dokładniej problemów, z jakimi się spotykamy, a którym nie poświęcamy należytej uwagi. Co więcej, mam też w sobie coś takiego, że czasami patrzę trochę pod innym kątem i dostrzegam trochę więcej, stąd takie klarowne opisy emocji.

S.C.: Skąd w tak młodej osobie chęć pisania o poważnych sprawach: anoreksji, braku akceptacji?

M.J.: Podobno jestem bardzo dojrzała jak na swój wiek – często to słyszę. Nie ukrywam, że faktycznie czasami mam wrażenie, że sposób mojego myślenia a wiek nie do końca się pokrywają. Jedna moja znajoma, po przeczytaniu "Cyklu" stwierdziła, że gdyby mnie nie znała, powiedziałaby, że czyta przeżycia kobiety dojrzałej i doświadczonej. Również przy "Wierze, Nadziei, Miłości" już spotkałam się z opinią, że jak na tak młodą osobę jest to bardzo poważny temat. Nie ukrywam, piszę o poważnych sprawach, ponieważ po prostu wiem, co chcę przez nie przekazać. Są to tematy trudne, dlatego pomija się ich istotę. Młodzi ludzie nie zawsze też chcę o nich myśleć, bądź też brakuje im odpowiedniej wiedzy. Im szybciej poznają problemy świata współczesnego, tym łatwiej będzie je zrozumieć.

S.C.: W jaki sposób kreowałaś swoich bohaterów? Czy pisanie poprzedziłaś rozmyślaniem o ich fizyczności, osobowości czy jednak wszystko odbywało się podczas samego procesu pisania? 

M.J.: Przed samym procesem pisania dużo o nich myślałam – tak samo jak i o samej postaci książki czy też generalnie o fabule. Miałam przygotowany specjalny notatnik, w którym zapisywałam np. imiona, postaci, jakiś zarys akcji po to, by się nie pogubić. Nie były to jednak przygotowania typu szczegółowe opisy postaci czy po kolei, co się będzie działo; raczej pobieżnie, kto kim będzie i co się wydarzy. Reszta, mówiąc przysłowiowo, wychodziła w praniu. Na bieżąco też zmieniałam, wymyślałam i przekształcałam. Nie nakładałam na siebie punktów, co ma być. Pozwoliłam historii płynąć.

S.C.: A okładka? Ma jakieś szczególne znaczenie, symbolikę?

M.J.: Zależało mi, by okładka była minimalistyczna. Widnieje na niej dziewczyna odwrócona plecami ze związanymi rękami. Specjalnie nie widać twarzy, po to, by każdą dziewczyna mogła się z nią utożsamić. Tasiemka wiążące nadgarstki też nie jest przypadkowa. Anoreksja ogranicza człowieka. Ubezwłasnowolnia. Zatrzymuje w miejscu i nie pozwala uciec. Diana czuła się jak w klatce. Nie potrafiła uciec, uwolnić się. Miała związane ręce.

S.C.: Twoja bohaterka Diana nieustannie poszukuje szczęścia i akceptacji. Czym dla Ciebie jest szczęście? A jakbyś opisała swoją bohaterkę?

M.J.: Dla mnie definicją szczęścia jest przede wszystkim miłość. Miłość definiuję też z pojęciem leku, jako że faktycznie poczucie, że jest się kochanym i że się kocha zmienia człowieka. Dodaje mu skrzydeł, a przede wszystkim daje mu wiarę w swoją wartość, przez co leczy. Dla mnie największym szczęściem jest to, że rankiem budzę się obok tej właściwej osoby; że mogę spokojnie wstać i stawić czoła nowemu dniu. Szczęście przejawia się też w ludziach, znajomych i rodzinie. Mam po prostu osoby, które ze mną są, które mnie wspierają i na które mogę liczyć. Diana również szukała szczęścia. Myślała, że zmiana samej siebie da jej upragnione uczucie, jednak dopiero kiedy stanęła oko w oko z miłością poczuła się ważna dla kogoś taka jaka jest. Uważam, że esencją szczęścia są właśnie osoby, przy których czujemy się dostatecznie dobrzy. Nie musimy nikogo udawać. Jesteśmy sobą i to wystarcza.

S.C.: Co zostanie w Tobie po tej historii? A co z niej powinno zostać w odbiorcy, czytelniku? Czego się po niej spodziewasz? Masz jakieś nadzieje z nią związane?

M.J.: Na pewno chciałabym, aby ludzie spojrzeli na problem anoreksji czy braku akceptacji nieco poważniej. Ważne jest dla mnie też, żeby dać poczucie własnej wartości a przede wszystkim, żeby przy zmianie siebie czy sposobu swojego życia nie zatracić własnego „ja”, a przede wszystkim, żeby nie stracić kontroli. Mam nadzieję, że w odbiorcy również ta historia pozostawi ślad i skłoni do refleksji nad swoim życiem, ale też i nad życiem osób znajdujących się w otoczeniu.      
Jeśli chodzi o wiązane z książką nadzieję, to chciałabym, aby dotarła do jak największej ilości osób i żeby wniosła coś do życia, a nie była tylko kolejną pozycją na półce.

S.C.: Temat zaburzenia odżywiania oraz braku akceptacji w grupie rówieśniczej to wciąż kwestia, która wymaga sporej uwagi, o czym sama wielokrotnie wspomniałaś też podczas naszej rozmowy. Skąd, Twoim zdaniem, bierze się deficyt w sferze uwagi? Czy, według Ciebie, społeczeństwo jest gotowe na debatę na ten temat? Czy jednak dopiero się tego uczymy?

M.J.: Wydaje mi się, że uznaje się te problemy za błahe w opinii publicznej. Są przecież o wiele poważniejsze sprawy wagi światowej. Często też jesteśmy za bardzo zabiegani, żeby dostrzec problemy młodzieży, ba, nawet własnych dzieci. Młodzi ludzie też często boją się mówić. Wiem to sama po sobie. Mam przecież niespełna dwadzieścia lat i z wieloma sprawami mogę się śmiało utożsamiać. Widzę, że problem braku akceptacji dotyczy ogromu ludzi, a za tym w rzędzie idą różne choroby – nie tylko zaburzenia odżywiania. Ludzie zwykle zdają sobie z nich sprawę za późno.
Uważam, że społeczeństwo byłoby gotowe, gdyby nie pośpiech. Nad tego typu problemami trzeba się zatrzymać i zastanowić. Co ważne jeszcze, należy zacząć od samego siebie.

S.C.: No właśnie, każdy uważa, że jego to nie dotyczy. Przechodzi obojętnie obok ludzkich tragedii. Dlaczego akurat Ty dotknęłaś tej sfery? Czy w związku z tymi wydarzeniami, których byłaś światkiem, czułaś się do tego zobligowana?   

M.J.: Pewnie dlatego, że miałam z nią styczność i wiem, jak bardzo poważny jest ten problem. Poza tym, wciąż jestem młoda i uważam, że też inaczej słucha się głosu osoby w podobnych wieku aniżeli kogoś dużo starszego. Brak akceptacji to problemy głównie ludzi w moim wieku, dlatego postanowiłam poświęcić mu trochę więcej uwagi. Podobnie z anoreksją. Teraz jest czas, żeby wziąć te problemy pod lupę nie tylko dla samych siebie, ale żeby w przyszłości zapobiegać ich rozwojowi.

S.C.: Do kogo kierujesz słowa zapisane w powieści?

M.J.: Przede wszystkim do młodych dziewczyn, aby nie bały się mówić o swoich uczuciach i o tym, co je boli, ale odpowiednie są one tak naprawdę do każdego z nas, ponieważ każdy z nas może stać się oparciem dla osoby obarczonej problemem. Prym wiodą jednak osoby takie jak Diana – ciche, zamknięte w sobie. Wołam i apeluję do nich: jesteście wiele warci, nie musicie się zmieniać dla kogoś. Każdy z nas jest wyjątkowy i ma ogromne znaczenie – nie ważne jak nisko siebie samego ocenia.

S.C.: Prywatnie studiujesz kosmetologię, czy swoją przyszłość wiążesz z tym zawodem czy jednak pisanie będzie Twoim sposobem na życie? Kim chciałabyś być?

M.J.: Jedno wiem na pewno, pisanie zawsze będzie miało swoje własne miejsce w moim życiu, ale traktuje je jako hobby. Pod żadnym pozorem nie zamierzam z niego rezygnować. Tak długo jak będę miała pomysł i wenę, będę tworzyć. Takie podejście jest dla mnie najlepsze, ponieważ wiem, że gdybym złapała blokadę, nic się nie stanie.
Szczerze mówiąc, nie wiem, kim chciałabym być. Jestem osobą, która dość szybko się uczy i ma rozbieżne zainteresowania. Kosmetologia jest czymś, co wydaje mi się fajną opcją z racji tego, że jest to dziedzina, która stale się rozwija i do tego jest nieustanie pożądana. Poza tym, jest to też typowo kobieca branża, którą mogę wykorzystać chociażby dla samej siebie.
Oprócz tego, jest wiele obszarów, w których wiem, że czułabym się ok. Obecnie także pracuję w gastronomii. Bardzo lubię też udzielać korepetycji i od swoich "uczniów" słyszałam, że faktycznie coś do nich dociera. Nigdy nie wiem, z czym przyjdzie mi się zmierzyć. Czas pokaże.

S.C.: Czy myślisz już o kolejnej książce?

M.J.: Owszem (śmiech), ale na razie nie chcę za dużo zdradzać. Jeśli uda mi się doprowadzić ją do końca, wtedy z pewnością czytelnicy się o tym dowiedzą.

S.C.: Z pewnością się uda. Życzę powodzenia w dalszej karierze pisarskiej i nie tylko. Dziękuję za rozmowę. 

Brak komentarzy