Krzysztof Piotr Łabenda: Trzeba szanować wspomnienia i je cenić

Krzysztof Piotr Łabenda – doktor praw, wieloletni (ponad 30 lat) praktyk bankowy, a także wieloletni   pracownik   naukowo-dydaktyczny   uczelni   trójmiejskich. Człowiek wielu talentów i zainteresowań. W dorobku ma głównie publikacje o charakterze popularno-naukowym i naukowym cieszące się sporym zainteresowaniem w środowisku ekonomistów. Jednak na tym nie poprzestaje, ponieważ na swoim koncie ma kilka powieści obyczajowych, w tym „Pierścionek z cyrkonią” wydany już kilka lat temu, ale obecnie nastąpiło wznowienie w ramach współpracy z Wydawnictwem Psychoskok. Mam to szczęście jako portal Kulturalne Rozmowy patronować powieści. Zapraszam więc na rozmowę o procesie powstawania książki, roli autora oraz inspiracjach. Będzie niezwykle interesująco.  



Sylwia Cegieła: Co sprawiło, że w pewnym momencie życia zaczął Pan pisać? W którym momencie życia to nastąpiło? Było to związane z jakąś konkretną sytuacją, czy była to naturalna kolej rzeczy a może pomysł na pisanie powstał pod wpływem chwili?

Krzysztof Piotr Łabenda: Pisać chciałem chyba „od zawsze”, ale przecież na ogół chcieć nie oznacza móc, chyba że mówimy o bardziej lub mniej udanym pisaniu do szuflady bez zawracania tym głowy innym. Moim zdaniem to tak nie działa, że „śpiewać każdy może”. Pisanie książek wymaga – tak uważam – pewnego doświadczenia życiowego, wiedzy, zasobu słów. Warto też, by autor miał raczej bogate wnętrze, pewną wrażliwość większą niż u innych. Trzeba zebrać trochę doznań, pozwolić, aby życie nabiło nam parę guzów i siniaków oraz podarowało tyle, ile tylko się da radości. Ja uznałem, że mogę zabrać czas moim potencjalnym czytelnikom, kiedy wkroczyłem w „smugę cienia”, kiedy uświadomiłem sobie, że więcej niż połowę życia mam za sobą, a bagaż doświadczeń pozwala mi na to, by coś czytelnikom opowiedzieć oraz podzielić się z nimi własnymi doznaniami i przemyśleniami. Z całą pewnością nie był to żaden jednorazowy impuls.

S.C.: Czy książka „Pierścionek z cyrkonią” była w Pana planach do napisania od dłuższego czasu, czy powstała pod wpływem jakiegoś wydarzenia?

Krzysztof: Pierwsze wydanie „Pierścionka z cyrkonią” pojawiło się na rynku kilka lat temu. Poprzedni wydawca tej książki (niech zapomniane będzie imię jego) nie dość, że okazał się – delikatnie mówiąc – mało uczciwy, to jeszcze w przypadku tej książki zepsuł wszystko, co było do zepsucia. Musiało minąć parę lat (uwarunkowania prawne), by to dzisiejsze wydanie, zmienione i poprawione (co książce wyszło tylko na dobre), mogło ujrzeć światło dzienne. O tym, że napiszę taką książkę byłem przekonany od dawna, a bezpośrednim impulsem stał się zjazd mojej klasy licealnej, który zorganizowaliśmy wiele lat po maturze. Zobaczyłem wówczas moje koleżanki i moich kolegów w zupełnie innym świetle, w innych rolach życiowych. Rozmawialiśmy głównie o naszych radościach dnia dzisiejszego. Wspominaliśmy. Pomyślałem, że powinno się część tej naszej młodości ocalić od zapomnienia. Ci, którzy chodzili ze mną do liceum bez trudu odnajdą na kartach „Pierścionka z cyrkonią” naszą szkołę, naszych nauczycieli, a także i w wielu sytuacjach siebie samych.

S.C.: Pisał ją Pan z myślą już o drugiej części? Będzie kontynuacja tej historii?

Krzysztof: „Pierścionek z cyrkonią” nie ma jednoznacznego, przesądzającego o czymś zakończenia. Zrobiłem tak w nadziei, że znajdę dość sił i pomysłów na kontynuację tej powieści. Tak się stało. Drugą częścią tej książki jest powieść „Wzgórze Młynarza.” Także i ta książka nie zamyka wszystkich drzwi. Jedne z nich wiodą do kolejnej mojej powieści pt. „Kleszcz”, gdzie „rozprawiam się” z Polską dnia dzisiejszego i odnoszę się do aktualnej sytuacji politycznej, ale – oczywiście – nie porzucam opowieści o miłości. Piotr i Gosia nie są tu postaciami pierwszoplanowymi, ale są. W „Kleszczu” wszystkie drzwi zostają już zamknięte i dalszych powieści o losach Piotra i Małgorzaty już nie będzie. Po „Kleszczu” pojawiła się jeszcze jedna powieść pt. „Przetrwać noc”, gdzie mówię o miłości skomplikowanej, bolesnej, ale też jeszcze bardziej niż w poprzedniej zagłębiam się w mroki duszy ludzkiej, analizuję ludzką podłość.

S.C.: Jaki był Pana zamysł jako autora w przypadku „Pierścionka z cyrkonią”? Opowiedzieć historię czy jednak jest w treści jakiś ukryty cel?  

Krzysztof: W pierwszej kolejności chciałem opowiedzieć historię Piotra i Małgorzaty (w zdecydowanej większości wymyśloną) zakotwiczoną w realiach i namówić czytelnika na to, by uwierzył, że warto czekać na tę jedną jedyną (tego jedynego), choćby miało to trwać długie lata. Chciałem też trochę namówić czytelnika na podzielenie ze mną fascynacji światem dobrej muzyki, poznanie radości, jaką może sprawiać dobre jedzenie czy przyzwoite wino pite z umiarem, poznawanie nowych miejsc i ludzi.


S.C.: Dlaczego wybrał Pan taką właśnie tematykę „z życia”, dlaczego nie jest to np. fantastyka czy książki przygodowe i co skierowało Pana na ten właśnie temat?

Krzysztof: Na brak wyobraźni chyba nie powinienem narzekać, ale mam ją jednak zbyt skromną, by szukać możliwości ekspresji na gruncie fantastyki. Książki przygodowe nigdy mnie jako czytelnika specjalnie nie pociągały. Fascynuje mnie jednak – przepraszam za to określenie – dusza ludzka, emocje targające naszym wnętrzem, skłonność do bycia podłym, z którą każdy z nas w jakimś stopniu się styka i boryka oraz chęć doskonalenia w sobie tego co piękne i szlachetne. W duszach ludzkich mieszka też najczęściej miłość. Opowiadam więc o niej, o tym jaką ona i jest i jaką mogłaby być.

S.C.: W książce porusza Pan bardzo kontrowersyjny temat przymuszonego macierzyństwa i związanym z nim problemów alkoholowych. Skąd u Pana chęć pokazania tych wszystkich reakcji, które są realistyczne aż do bólu? Czy Ewa ma swój pierwowzór?

Krzysztof: W realnym życiu nie spotkałem jednego pierwowzoru Ewy. Na moją bohaterkę składa się kilka poznanych kobiet, trochę wiedzy i mojej wyobraźni. Zetknąłem się w swoim życiu z bałaganiarami (kto z nas jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem), kobietami pijącymi, zdradzającymi i takimi, które nie akceptowały swojego macierzyństwa. W końcu całe swoje zawodowe życie pracowałem głównie z kobietami. Fragment o braku zgody na ofiarowanie własnemu dziecku nerki jest oparty w całości na rozmowie, którą przed laty odbyłem w Paryżu podczas stażu w jednym z banków z przebywającą tam przez chwilę w podróży służbowej Ewą. Ta rozmowa na zawsze zapadła mi w pamięć. Nie potrafiłem zrozumieć tamtej Ewy wówczas i nie potrafię zrozumieć jej i dziś. Nie mogłem pojąć, że można tu stawiać granice poświęcenia dla własnego dziecka. Być może tamtą Ewę usprawiedliwia to, że wówczas nie miała dzieci. To ta kobieta użyczyła nieświadomie swojego imienia mojej bohaterce.

S.C.: Mnie też ten wątek niezwykle intryguje. Co by Pan robił, gdyby nie był Pan pisarzem?

Krzysztof: O sobie jako o pisarzu myślę z pewną nieśmiałością i lekkim zażenowaniem. Czasem stawiam sobie pytanie, czy rzeczywiście nim jestem. Wierzę, że już tak. Pisarstwo nie jest i nie było nigdy moim podstawowym zajęciem. Mówi się przecież (i jest w tym sporo prawdy), że dziś więcej osób książki pisze niż je czyta. Przez dziesięciolecia byłem jednocześnie czynny w praktyce bankowej i funkcjonowałem jako nauczyciel akademicki. Ślady tych moich aktywności można bez trudu odnaleźć i w „Pierścionku z cyrkonią” i we „Wzgórzu Młynarza”. Świat bankowości i kontakty ze studentami, które bardzo sobie ceniłem, pozwalały mi zdobywać doświadczenia i gromadzić przeżycia, które później wykorzystywałem w moich powieściach. Dziś jestem stypendystą ZUS (mówiąc poważnie – jestem na emeryturze). Pytanie może zatem powinno brzmieć: czy mógłbym się obejść bez pisania? Bez pisania i w konsekwencji bez publikowania, kontaktu – choćby poprzez Facebooka – z czytelnikami. Odpowiadam: pewnie tak, choć z trudem. Kiedyś nie wyobrażałem sobie życia bez tej mojej akademickiej aktywności, ale okazuje się, że i bez niej da się żyć. Dawniej, na tak postawione pytanie odpowiedziałbym, że może gdybym nie pisał, to bym podróżował. Dziś to także jest możliwe, choć już mniej oczywiste. Przecież tak jak wszyscy doznaję kurczenia się mojego świata. Z wiekiem, naturalną koleją rzeczy pojawiają się ograniczenia w fizycznej aktywności, których raczej nie da się wyeliminować. Na bungee pewnie bym jeszcze mógł skoczyć, ale nurkowanie w głębinach nie jest już dla mnie. Doznawać wzruszeń i zachwytów można na różne sposoby i w różnych okolicznościach. Jest literatura, muzyka, świat kulinariów.

S.C.: To prawda. Widać, że lubi Pan życie. Chciałam o też zapytać o przeszłość. Czym dla Pana jest przeszłość, o której zachowanie w pamięci tak walczy bohater Pana powieści? Dlaczego zdecydował się Pan na retrospekcję?

Krzysztof: Najpiękniej wyraził to Konstanty Ildefons Gałczyński w swoim wierszu „Ocalić od zapomnienia.” Ja też chciałbym i serce ukochanej kobiety i jej „oczu chmurność” ocalić od zapomnienia. Moja miłość i młodzieńcze zauroczenia są na kartach moich powieści. Ja kiedyś odejdę, ale te doznania, wzruszenia, ten świat powinien pozostać, choćby tylko w książkach. Czas jakiś temu na mojej stronie autorskiej na Facebooku zamieściłem krótką refleksję o przemijaniu. Za mojego życia do lamusa odesłaliśmy telefon stacjonarny, kasetę magnetofonową, walkmana, kasetę VHS… Nie ma już ani jednej gazowej latarni z tych zapalanych niegdyś na ulicach miast. Mógłbym długo tak jeszcze wymieniać. Przeszłość to i prawda historyczna (Piotr – bohater „Pierścionka z cyrkonią” doświadcza i Marca’68 i podłości Służby Bezpieczeństwa) i młodość, a ta zawsze jawi się jako najpiękniejszy czas w życiu. Trzeba szanować wspomnienia i je cenić. To trochę tak jak z fotografiami z wakacji – gromadzimy je, by czasem kiedyś wracać, choćby w pamięci, do miejsc i zdarzeń, choć przez chwilę przeżyć raz jeszcze tamto wzruszenie, drgnienie serca, zachwyt.

S.C.: W jaki sposób konstruował Pan postacie powieści? Czy najpierw układał Pan sobie w głowie ich obraz, zachowanie, dopasowywał charakter? Czy jednak pisał Pan spontanicznie kolejne dialogi, sceny, aby potem poskładać wszystko w całość i dopisać brakujące elementy?

Krzysztof: Kiedyś jedna z moich czytelniczek zadała mi podobne pytanie: od czego się te moje opowieści zaczynają i jak się układają w mojej głowie. Z grubsza rzecz biorąc jest tak, że nie wiadomo kiedy, nie wiadomo dlaczego, przyczepi się do mnie jakieś zdanie – zasłyszane lub wymyślone przeze mnie – i chodzi za mną, męczy, dręczy, spać nie daje. Megalomańsko rzekłbym, że to takie ziarnko piasku, które trafia do muszli perłopława. To wokół tej frazy powstaje przyszła powieść. Zastanawiam się kto, w jakich okolicznościach, z jakiego powodu mógłby to zdanie wypowiedzieć. Tak powstaje zarys bohatera powieści i zaczątek fabuły. Staram się sobie tego bohatera wyobrazić, nadaję mu imię, określam z grubsza jego charakter, kreślę jego historię. Później zjawiają się inni, którzy mają tę historię dopełnić, rozbudować. Kiedy siadam do pisania mniej więcej wiem, i o czym to będzie, i kto się na kartach powieści pojawi. Później piszę i częstokroć moi bohaterowie wymykają mi się spod kontroli. Zaczynają sami siebie kreować.


S.C.: To bardzo ciekawe. Jakim gatunkiem literackim Pan sam określiłby swoją twórczość?

Krzysztof: Powieść obyczajowa, romans, romans z elementami kryminału. To zależy, o której z moich dotychczasowych książek będziemy mówić. Jeśli istnieje coś takiego jak literatura kobieca, to „Pierścionek z cyrkonią” i „Wzgórze Młynarza”, jako druga część tej powieści z pewnością do niej należą. Myślę, że i „Przetrwać noc” też można do tej kategorii zaliczyć.

S.C.: W jaki sposób przebiega u Pana proces twórczy?

Krzysztof: Nie mam na to jednoznacznej odpowiedzi. Kiedy już coś zaplanuję i z grubsza wymyślę historię, wtedy gromadzę materiał faktograficzny, szperam w źródłach, w internecie. Staram się wiernie opisywać miejsca i czas. Notuję te informacje, grupuję, opatruję komentarzem. Częstokroć nie śpię w nocy, bo – leżąc w ciszy i przewracając się z boku na bok – analizuję, projektuję, dokładam wątki poboczne, szkicuję fragmenty dialogów i rano to zapisuję.

S.C.: Porozmawiajmy trochę o opisywanych przez Pana w powieści miejscach. W „Pierścionku…” zabrał Pan swoich czytelników do Włoch i Paryża. Czy osobiście miał Pan okazję tam być? Skąd Pan czerpał wiedzę o tych krajach, miejscach, w których byli bohaterowie?

Krzysztof: I tu i tu byłem wielokrotnie. W Paryżu jestem wręcz zakochany, co bez trudu można zauważyć, kiedy się czyta moje powieści. On tam zawsze jest – na pierwszym planie, w tle, ale jest. W swoim życiu trochę po świecie podróżowałem. Kiedyś to uwielbiałem. Teraz lubię, bo nie czynię tego już tak często. Odwiedzając bardziej lub mniej egzotyczne miejsca, szukałem zawsze odpowiedzi na pytanie: czy to jest miejsce dla mnie, czy tu chciałbym osiąść na emeryturze. Spośród wielu miast, które odwiedziłem (i to nie tylko w Europie) tylko w dwu udzieliłem twierdzącej odpowiedzi: w moim rodzinnym Gdańsku i ukochanym Paryżu. Może jeszcze z Montrealem moglibyśmy się polubić.

S.C.: Wiem już więc, że ma Pan z bohaterem wspólne miejsca, do których wracacie, ale nie wiem, czy główny bohater powieści ma w sobie jakieś Pana cechy charakteru i osobowości?

Krzysztof: Tak, zdecydowanie tak. I Piotr i ja kochamy Paryż i Francję. Tak ja, jak i Bonerski mamy w swoim życiorysie kartę nauczyciela akademickiego i pracę w finansach. Obaj lubimy dobre wino. Nie musimy się wstydzić tego, co ugotujemy. Piotr i ja kochamy dobrą muzykę. Wstyd się przyznać, ale i mnie się zdarza nadmiernie się zapędzić i niepotrzebnie popisywać, trochę pouczać słuchacza. U Piotra te nadmierne skłonności dydaktyczne też widać. Może mniej w „Pierścionku z cyrkonią”, a więcej we „Wzgórzu Młynarza”, zwłaszcza kiedy opowiada Gosi o Paryżu. To dość częsta skaza zajmujących się dydaktyką. Obaj mamy też taki sam pogląd na miłość – wierzymy w tę jedną, jedyną i w to, że warto na nią (było) czekać.

S.C.: Czym dla Piotra jest tytułowy pierścionek z cyrkonią?

Krzysztof: To materialny przejaw wiary w to, że miłość powróci. To swego rodzaju symbol wierności Małgorzacie. To także pamięć o tym, co było tak piękne w jego życiu, w tym o ich pierwszym zbliżeniu. W tym pierścionku zamknięta jest jego jedyna, prawdziwa miłość i wiara w to, że trzeba być cierpliwym, a ona powróci.

S.C.: Pytanie trochę z „innej beczki”. Czy jest jakaś lektura, której Pan w szkole nie przeczytał? Dlaczego Pan tego nie zrobił?

Krzysztof: Nie przeczytałem i nie przeczytam „Trylogii” Henryka Sienkiewicza. Po pierwszych stu stronach miałem naprawdę dość i nie mogłem się przemóc. Szczerze mówiąc, nie czuję się z tym źle. Nie ma we mnie odrobiny wstydu z tego powodu. Adaptację filmową obejrzałem i to dało się znieść.

S.C.: Ja mam podobnie, książki nie do końca, ale adaptację nawet lubię. Jakie uczucia budzą się w Panu podczas pisania?

Krzysztof: Pisanie w pewien sposób mnie zmienia, może uszlachetnia. Jestem – wiem, to brzmi strasznie – stwórcą odpowiedzialnym za los kreowanych bytów. W jakimś stopniu staję się tymi bytami i to powoduje pojawienie się we mnie odczuć takich jakie chciałbym wywołać w czytelniku. Kiedy piszę jestem trochę „nakręcony”. Są chwile, kiedy muszę sam siebie hamować, bym w tym twórczym zapędzie nie rozbił się o jakiś mur.

S.C.: Brzmi dość nietypowo. Jakie miejsce lub miejsca dają Panu tzw. wenę twórczą czy energię do pisania książek?

Krzysztof: Inspiruje mnie mocno muzyka: klasyka, jazz. Uwielbiam słuchać Kari Bremnes czy Diany Krall. Dużo mi dawały i dają podróże. Potrzebuję do pisania ludzkich rozmów – albo tych, które sam prowadzę, albo zasłyszanych czy wręcz podsłuchanych. Czasem są to rekcje moich czytelniczek ich prośby o to, by o czymś opowiedzieć. Moje biurko jest może warunkiem nie tyle koniecznym, co niezbędnym do tego, bym mógł pisać.

S.C.: Jak wygląda u Pana zwyczajny, wolny od pracy i obowiązków dzień? Pytam, ponieważ akurat zaczyna się majówka – czas wyjazdów, grilla i innych rozrywek.

Krzysztof: Pytanie jest super, bo uświadamia mi, że jako „stypendysta ZUS” niczego już nie muszę. Sam sobie wyznaczam rytm dnia, określam obowiązki, ustanawiam święta. Jestem wolnym człowiekiem. Czytam, słucham muzyki. Od czasu do czasu oglądam bardziej lub mniej ogłupiające filmy i seriale w telewizji. Irytuję się doniesieniami politycznymi. Kiedy żyła jeszcze Ruda – moja ukochana suka – zdecydowanie więcej spacerowałem. No i obok, w fotelu, siedzi moja cierpliwa żona pierwsza czytelniczka moich powieści i natchnienie dla niektórych scen.

S.C.: Czy pisząc traci Pan poczucie czasu i zaczyna żyć życiem książki czy jednak potrafi się Pan odciąć i po odłożeniu pióra, odejściu od klawiatury z łatwością wraca do rzeczywistości?

Krzysztof: Kiedy piszę, jestem maksymalnie skupiony. Gdy nie piszę, lubię grającą mi w tle muzykę, ale gdy siadam do pisania, potrzebuję ciszy. Najlepiej by było, gdyby wówczas nie było nikogo w domu. Pisanie jest dla mnie czynnością na tyle intymną, że nie znoszę, np. zaglądania mi przez ramię. Pisząc, staram się wcielać w moich bohaterów, „wchodzić w ich skórę”, czuć się tak jak – w moim mniemaniu – oni by się czuli. Pisanie jest jak dostarczanie sobie substancji pobudzającej. Kiedy coś idzie nie tak, bywam rozdrażniony, nieprzyjemny, opryskliwy. Na całe szczęście potrafię wracać w miarę bezboleśnie do rzeczywistości i zostawiać moich bohaterów na krótsze lub dłuższe chwile. Nie mam nawyku codziennego pisania. Kiedy trzeba, piszę po kilka godzin przez kilka dni, a kiedy wena odchodzi, mogę przez kolejne dni nie napisać ani słowa, choć to mnie irytuje. Pisanie bywa o tyle męczące, że staram się zajrzeć w duszę moich bohaterów, czuć i myśleć jak oni, nawet jeśli bohaterem powieści jest psychopata. Tak było na przykład z Kamilem Witkowskim w „Przetrwać noc” – podłym do szpiku kości psychopatą. Ciężko się później wychodzi z takiej roli i wraca do rzeczywistości.

S.C.: To prawda – bywa i tak. Już tak na zakończenie chciałabym zapytać, nad czym obecnie Pan pracuje? Jakie ma Pan plany wydawnicze?

Krzysztof: Jeśli wszystko pójdzie dobrze, na jesieni powinna trafić na rynek wydawniczy moja najnowsza powieść pt. „Blizny”. To powieść szczególna z mojego punktu widzenia. Jedna z myśli przewodnich, która pojawia się w tej książce, to banalna prawda, że nic nie jest nam dane na zawsze. Wystarczy chwila, by szczęście odeszło bezpowrotnie. Nie będę tu wiele zdradzał, ale powiem, że wracam w niej do wielkiej i jedynej miłości, jaka się może przytrafić dwojgu ludziom, ale też i podejmuję próbę rozprawienia się z odwiecznym problemem, jakim jest śmierć. W tle mamy jeszcze kwestie dotyczące transplantacji organów. Czy miłość umiera wraz z tym, kogo się kocha?

S.C.: Czyli będzie interesująco. Już nie mogę się doczekać lektury tej powieści. Bardzo dziękuję za interesującą i szczerą rozmowę. Życzę powodzenia przy pisaniu następnych książek.

Rozmawiała: Sylwia Cegieła 
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

8 komentarzy:

  1. Gratuluję wywiadu. Po Twój patronat na pewno kiedyś sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawy wywiad z ciekawym człowiekiem. Nie ukrywam, że nie znam jego dorobku ale to pewnie dlatego, że rzadko czytam polska literaturę. Może sie skusze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo ciekawy wywiad;) i choć opisywana literatura raczej nie jest w kręgu moich upodobań, to sama postać Autora zdaje się być niezwykle interesująca.
    http://czytamiznikam.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo fajnie się czyta wywiad z ciekawą osobą !

    OdpowiedzUsuń
  5. Super wywiad, bardzo przyjemnie sie czytało, choć nie znam jego książek.

    OdpowiedzUsuń
  6. Super wywiad. Gratuluje za pytania, bo nie były nudne a odpowiedzi długie ale wyczerpujące :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie znam tego pana, ani jego twórczości.

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo interesujący wywiad. Super pytania. Musze kiedys sięgnąć po tę ksiazke

    OdpowiedzUsuń