Życie jest cudem, a każdy dzień nową szansą

Magda Palmowska – można powiedzieć, że jej życie i szczęście zaczęło się tam, gdzie miała miejsce katastrofa, ponieważ zdiagnozowano u niej boreliozę oraz chorobę tarczycy.  Stan, w którym się znalazła pozwolił jej na zatrzymanie się, pomyślenie oraz uważne wsłuchanie się we jej własne potrzeby. Wtedy też odkryła mindfulness – trening uważności i szybko zaczęła praktykować. Rozpoczęła ogromnie trudną wędrówkę po własnym umyśle, emocjach oraz stała się zupełnie inną Magdą. Założyła bloga Coaching serca, prowadzi warsztaty coachingowe, ale też zdrowego i harmonijnego życia. Swoją wiedzę o sobie samej oraz dość osobiste wspomnienia postanowiła spisać w książce pt. „Zdrowa nadzieja”, której blog Kulturalne Rozmowy ma zaszczyt patronować. Podczas rozmowy autorka zdradza mi m.in. co ją skłoniło do wydania publikacji. Zapraszam. Będzie motywująco.  


Sylwia Cegieła: Zacznijmy od tego, że spełniłaś swoje marzenie i napisałaś książkę. Jakie to uczucie mieć w ręku coś własnego i widzieć na tym swoje nazwisko? Czy wiąże się to z jakimś zaspokojenie potrzeb, pragnień, ambicji. A może jest to zwykły fejm?

Magda Palmowska: Uczucie zrealizowanego marzenia jest piękne. Określiłabym je jako lekkość, poczucie radości, spokoju i po prostu spełnienia. Powiem szczerze, że nazwisko widziałam już na swoich pracach np. licencjackiej, magisterskiej, dyplomach etc. Nie przykładam do tego aż tak dużej wagi. Owszem – książka i jej napisanie dało mi ogromną satysfakcję, ale nie sądzę, żeby z tego tytułu uderzyła mi sodówka, czy poczucie jak to określiłaś „fejmu”.

S.C.: Czym więc jest dla Ciebie ta książka?

M.P.: Książka „Zdrowa Nadzieja” jest moim osobistym opisem podróży, którą przeszłam. Jest też dawką wiedzy, narzędzi i inspiracji, które (mam nadzieję) będą wspierać osoby znajdujące się na ważnym życiowym zakręcie, w kryzysie czy w sytuacji, która jest dla nich trudna. Proces twórczy był dla mnie nagrodą i zrealizowanym marzeniem samym w sobie.
Natomiast to, że udało mi się samodzielnie wydać książkę (jestem self-publisherem) i doprowadzić ten długi i wymagający proces do końca – uważam za swój sukces w kontekście wytrwałości, pracowitości i po prostu umiejętności dążenia do celu. Wiem, że wszystko jest możliwe i każde marzenie możemy zrealizować – oczywiście trzeba pamiętać o różnych kosztach, jak np. poświęcenie dużej ilości czasu, przechodzenie przez trudności, etc. W tym wypadku wiedziałam, że książka niesie ze sobą ważne przesłanie i dlatego miałam ogromną motywację, żeby nie odpuścić. Oczywiście, nie byłoby efektu końcowego, gdyby nie ogromne wsparcie bliskich mi osób (szczególnie moich rodziców i kochanego męża) oraz mojego zespołu, czyli Anki K. Misztal (w roli korektorki i redaktorki), Ewy Krefft-Bladoszewskiej (składającej tekst), Agnieszki Werechy (fotografki, która wykonała dla mnie sesję okładkową). Bardzo wspierała mnie też od samego początku Dorota Lipnicka z portalu e-inspiracja.pl.

S.C.: Miałaś za sobą cały sztab ludzi, co dowidzi, jak ogromna jest to praca. Wszystko jednak zaczęło się od choroby, jak stwierdzasz w swojej książce. Czy przed tym faktem nigdy nie myślałaś, aby coś napisać? Mam wrażenie, że grubą kreską podzieliłaś je na dwa życia.

M.P.: Problemy ze zdrowiem były w moim życiu ważnym momentem zatrzymania. Naprawdę mam wrażenie, że wcześniejsze doświadczenia i to, co robiłam – były mocno „uśpione”. To nie oznacza, oczywiście, że wcześniej moje życie było puste, złe, beznadziejne. Nie o to chodzi. Ale w dużej mierze – nie pozwalałam sobie na bycie w pełni sobą. Na prawdziwą samorealizację, na wolność w drobnych kwestiach i tą najważniejszą wolność – w umyśle. Miewałam poważne problemy w kwestii wiary we własne możliwości. Nie pchałam się do robienia rzeczy, które w głębi serca czułam, że są dla mnie. Ze strachu przed życiem po swojemu – nie poszłam np. na wymarzone studia dziennikarskie (nadrobiłam to w późniejszym czasie i dziś jestem m.in. mgr dziennikarstwa i komunikacji społecznej). Wybierałam na starcie plan B.
Jeśli pytasz o to, czy nie myślałam wcześniej, żeby coś napisać – to odpowiedź brzmi – myślałam. I w dużej mierze na tym się kończyło. Uwielbiałam pisać od dziecka. Zawsze nauczyciele wychwalali moje lekkie pióro, ale nie było kogoś, kto pokierowałby moim talentem, a ja sama nie miałam dostatecznie dużo wiary w to, że moje pisanie może mieć jakąkolwiek wartość. Kiedy pisałam pracę na studiach (licencjat na pedagogice i mgr na dziennikarstwie i komunikacji społecznej), uświadomiłam sobie, jak ogromną przyjemność sprawia mi proces twórczy. Czułam, że pisanie daje mi ogromną radość. Większość znajomych pukała się w czoło i uznawała pracę dyplomową za zło konieczne. Dla mnie to był najbardziej twórczy i kolorowy okres studiowania.


S.C.: Kim jest Magda Palmowska po napisaniu książki, a kim była przedtem? Jak wyglądało Twoje życie przed diagnozą?

M.P.: Kim byłam przed napisaniem „Zdrowej Nadziei”? Trudno odpowiedzieć w kilku słowach, ale postaram się. Byłam młodą, szczęśliwie kochającą i kochaną młodą narzeczoną, a później żoną. Studentką, a później pracownicą w przypadkowych pracach, które nie dawały mi zbyt wiele zadowolenia (m.in. w sekretariacie biura). Dziewczyną, która miała marzenia, ale równocześnie masę blokad i lęk przed działaniem. Osobą, która w dużym stopniu nie akceptowała swojego ciała… a więc i siebie samej. Byłam „normalna”, „zwyczajna”, raczej wesoła, ale w głębi serca mocno melancholijna. Nie radziłam sobie z wieloma emocjami. Część z nich wypierałam. Część wyładowywałam krzykiem raz na jakiś czas. Brakowało mi wglądu w siebie, nie miałam świadomości, ile toksycznych myśli przebiegających każdego dnia przez moją głowę. Miałam poczucie niedoborowości. Wydawało mi się, że coś „powinnam”, albo że czegoś „nie wypada”. Naprawdę dużo by opowiadać.
Uważam, że problemy zdrowotne i w ogóle kryzys w moim życiu – okazały się być szansą na zmianę, którą postarałam się w pełni wykorzystać. Tak naprawdę nie miałam wiele do stracenia – pod wpływem choroby czułam się bardzo źle. Zaczęła się przygoda z poznawaniem siebie, wielu mechanizmów myślowych, a także narzędzi, które wspierały mnie w codziennym „budzeniu się” do akceptacji siebie, świata, do cieszenia się z życia, które tak naprawdę jest cudowne. Ból fizyczny był też dla mnie niejako lekcją, nauczką, żeby uświadomić sobie, jak wiele każdego dnia mamy do doceniania. Kiedy zabrakło energii, pojawił się problem z codziennymi działaniami, bo po prostu towarzyszył ból i brak siły – człowiek zaczął widzieć, że zwykły spacer po lesie, nieśpiesznie wypita herbata w towarzystwie kochanej osoby, to wartości, które są nie do przecenienia.
Dziś, po napisaniu książki Magda Palmowska jest na pewno dużo bardziej świadoma siebie. Nie przejmuje się też specjalnie tym, co pomyślą sobie „jacyś ludzie”. Mam ogromnie duży apetyt na życie. Cieszę się z mojej relacji z mężem dużo bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Myślę, że oboje dojrzeliśmy i ta droga nas umocniła. Kocham życie, uwielbiam las, bieganie, mindfulness, pisanie, coaching, pracę z ludźmi, prowadzenie bloga. To co robię mnie inspiruje i napędza, ale kocham też chwile spokoju, po prostu bycia. Miewam, oczywiście, chwile zwątpienia czy gorsze momenty, ale potrafię dość szybo się otrzepać i cieszyć nowym dniem. Ważne jest dla mnie świadome przyglądanie się swoim myślom, budowanie zdrowych przekonań, dbanie o higienę emocjonalną i fizyczną. Kontakt z ciałem to dla mnie podstawowa wartość – dzień zaczynam od zrobienia czegoś dobrego dla ciała i dla umysłu, czyli np. bieganie albo joga i kilka stron wzmacniającej książki/pracy z przekonaniami etc.

S.C.: Początek książki to bardzo gorzka opinia o szkolnictwie, stereotypach i próbie wsadzenia nas już od najmłodszych lat w szufladki, w ramy światopoglądowe. W sumie już o tym przymusie robienia czegoś, bo „wypada” mówiłaś. Dlaczego piszesz o tym tak dokładnie i otwarcie? Przecież to niemodne. Ty jednak nie kryjesz rozczarowania tym systemem. Wiesz, że wielu ludziom możesz się narazić? 

M.P.: Być może to, co piszę jest niemodne i może narazić mnie na krytykę, ale – tak jak powiedziałam wcześniej – dzisiaj wiem, że to, co pomyślą o mnie inni nie jest już dla mnie priorytetem. Ważne, żeby żyć w zgodzie ze sobą i swoimi wartościami. A jedną z moich wartości kluczowych jest wolność – również „Zdrowa Nadzieja” jest jej wyrazem, a zatem chciałam, żeby była prawdziwa, autentyczna – bez gry pozorów i „ściemy”. Piszę to, co naprawdę myślę. A że uważam system szkolnictwa w Polsce za mocno spaczony… no cóż. Sama doświadczyłam tego, że – ślepo podążając za wymaganiami systemowymi – możemy wiele po drodze zgubić… Ze swojej indywidualności, ze swoich naturalnych zdolności… Szkoła w dużej mierze skupia się na dążeniu, żebyśmy myśleli i postrzegali w określony sposób. Żebyśmy działali szablonowo, przewidywalnie. Wszyscy mamy działać i myśleć podobnie, a może identycznie? Czemu to służy? Raczej nie dobru jednostki, ale po resztę przemyśleń odsyłam do książki. Oczywiście, można spojrzeć na te doświadczenia również bardziej optymistycznie – to, że szkoła „tłamsiła” moje twórcze zapędy – to też cenne doświadczenie, które doprowadziło mnie do tego miejsca, w którym jestem dziś.


S.C.: Dużo mówisz też o odżywianiu, o poście dr Dąbrowskiej – obecnie chyba najmodniejszej diecie wśród kobiet. Sama miałam okazję rozmawiać o nim z dziennikarką Karoliną Szostak (możecie ten wywiad przeczytać tutaj). Kiedy się zetknęłaś z postem i co właściwie my przeciętni ludzie powinniśmy o nim wiedzieć, nim zaczniemy go stosować?

M.P.: Post dr Dąbrowskiej poznałam wiele lat temu (około 13 lat, kiedy w Polsce jeszcze się bardzo niewiele na ten temat mówiło). Moja mama miała poważne problemy z astmą oskrzelową i próbowała się jakoś ratować. Znalazła wówczas w rzeczach mojej śp. babci Halinki małą książeczkę – autorstwa doktor Ewy Dąbrowskiej „Ciało i ducha ratować żywieniem”. Dziś śmiejemy się, że babcia nad nami czuwała i podsunęła nam tą cudowną wiedzę…
Post doktor Dąbrowskiej, czyli inaczej dieta warzywno-owocowa to kuracja zdrowotna – post częściowy, który prowadzi do oczyszczania się naszego organizmu z toksyn, a także przywraca mu naturalną homeostazę, potrafi też wiele naprawić… Przez lata poznawałam post od podszewki. Poznałam wiele osób, którym pomógł. Staram się propagować wiedzę na jego temat, ponieważ wiem, jak bardzo skuteczny i wspierający potrafi być w leczeniu wielu (również poważnych) chorób. Mnie pomógł między innymi w opanowaniu niedoczynności tarczycy.
Przed rozpoczęciem postu warto na pewno przeczytać dostępne materiały, czyli minimum książkę dr Ewy Dąbrowskiej. Dodatkowo, uważam, że – przeprowadzając post po raz pierwszy – warto odwiedzić jeden z ośrodków leczenia dietą np. SOFRĘ w Mielnie, czy w Karpaczu, żeby poznać osobiście dr Ewę Dąbrowską podczas jej wykładów i indywidualnej konsultacji. Jest także kilka grup na FB, które wspierają swoich członków w trwaniu na poście, ale to oczywiście mniej profesjonalna forma wsparcia. Warto, aby pierwszy post nadzorował ktoś, kto ma doświadczenie. Czasem potrzebne jest wsparcie lekarza, ale warto zwrócić uwagę na to, żeby był to lekarz otwarty i świadomy tego, na czym polega leczenie postem. Uruchamiają się wówczas samoleczące mechanizmy naszego organizmu i pewne wyniki badań krwi są podczas postu niemiarodajne… Trzeba odczekać zwykle kilka tygodni, żeby sprawdzić np. poziomy hormonów.
Na oficjalnej stronie doktor Dąbrowskiej są wskazania i przeciwwskazania do przeprowadzenia postu – warto na sam początek tam zajrzeć. Na przykład przeciwwskazaniem do przeprowadzenia postu jest okres ciąży i karmienia piersią czy nadczynność tarczycy. Z kolei post może się okazać bardzo pomocny przy leczeniu takich chorób jak np. astma, niedoczynność tarczycy, zespół policystycznych jajników, czy problemy miażdżycowe i wiele, wiele innych.
Zdrowe osoby również jak najbardziej mogą przeprowadzać i przeprowadzają post w celu oczyszczenia organizmu np. raz w roku. Post może trwać jednorazowo średnio 2-6 tygodni (można powtarzać kilka razy w roku – w zależności od wielu czynników, zaleca się bądź nie). Na poście spożywamy tylko warzywa niskoskrobiowe (czyli np. sałaty, kapusta, ogórki, pomidory, kalafior, cebula, papryka i inne) oraz niewielkie ilości owoców niskocukrowych (np. pół grejpfruta i jabłko). Nie spożywa się żadnych innych produktów, czyli np. nabiału, produktów mącznych, mięsa, ryb, kawy, warzyw strączkowych – po prostu niczego innego niż ściśle określone  warzywa niskoskrobiowe. Pić można wodę, herbatki ziołowe i owocowe, soki warzywne.


S.C.: Przed chorobą pewnie nie przyszłoby Ci do głowy, żeby być coachem? Rozkwitłaś na innym polu.

M.P.: Dokładnie. Nie odważyłabym się na zrobienie szkoleń z coachingu, gdyż tkwiło we mnie przekonanie, że nie powinnam być coachem, ponieważ porządna praca to siedzenie 8 godzin za biurkiem oraz przewidywalność. Dziś wiem, że przekonania, które nie są dla nas zdrowe, takie które nas unieszczęśliwiają, takie które sprawiają, że się kurczymy zamiast się rozwijać – możemy zmieniać. I po prostu warto poświęcić czas i energię na to, by się sobą opiekować i uważnie przyglądać temu, co pozwala nam rozkwitać, a co nie. Przed chorobą nie doceniałam też tak bardzo tego, co mam, nie potrafiłam cieszyć się z małych rzeczy. Dzisiaj to potrafię. Brakowało mi też umiejętności koncentrowania się na TERAŹNIEJSZOŚCI. Często wspominałam przeszłość i to, że czegoś żałuję, a jeszcze częściej wybiegałam w przyszłość i projektowałam lękowe scenariusze. Dzisiaj wiem, że przyszłość i przeszłość to fikcja, a jedyna rzeczywistość, którą mogę przeżywać to DZISIAJ, więc korzystam i dobrze mi z tym. Działam po swojemu. Słucham intuicji. No i biegam, bardzo regularnie. Medytuję. Zaprzyjaźniłam się z naturą jak z nikim i z niczym wcześniej. Las to mój drugi dom.

S.C.: Dużo mówisz o uważności – mindfulness. Co właściwie masz na myśli? Na czym polega trening uważności? Wiem, że pisałaś o tym w książce bardzo szeroko, ale gdybyś mogła tym, którzy jeszcze nie znają pojęcia przybliżyć jego znaczenie…

M.P.: Mindfulness, czyli uważność polega na tym, aby w pełni koncentrować się na CHWILI OBECNEJ, czyli tak naprawdę jedynej jaką mamy do dyspozycji. Zawsze jest TERAZ. Przyszłość i przeszłość to iluzja, którą karmi się lęk. Wielu ludzi tak naprawdę nie żyje, ponieważ nieustannie ich umysł skoncentrowany jest na tym, co się wydarzyło albo co w ich projekcjach może wydarzyć się w przyszłości. Nie mówię, że planowanie czy snucie marzeń jest złe – wręcz przeciwnie uważam, że marzenia i cele wykorzystywane w życiu w odpowiednich proporcjach mogą dodawać smaku i być doskonałą przyprawą. Pod warunkiem jednak, że robimy to z umiarem i że stosujemy właściwe przyprawy. Czyli nie karmimy się toksycznymi projekcjami, katastroficznymi wizjami. W zamian budujemy wspierające cele, ale też pamiętamy, żeby być w nich elastycznym i nie przywiązywać się za bardzo do swoich planów… Jest takie powiedzenie – chcesz rozśmieszyć Pana Boga – powiedz mu o swoich planach. Punktem wyjścia do szczęścia jest w moim odczuciu akceptacja i wdzięczność za chwilę bieżącą. Docenianie tego, co dzieje się TERAZ. Kiedyś miałam z tym problem – nie potrafiłam się skupić na tym, co działo się w moim życiu, gdyż bardzo często myślałam w toksyczny sposób np. „Będę szczęśliwa, gdy…”, czyli np. gdy pojadę na wakacje, gdy skończy się sesja, gdy zmienię pracę, gdy schudnę, gdy wyzdrowieję…, itd. To ogromna pułapka i odkrycie, że w niej tkwiłam było dla mnie przełomem.
Wracając do mindfulness – jest tak naprawdę odwrotnością takiego życia – czyli pełną obecnością, ćwiczeniem swojego umysłu w koncentracji na TU I TERAZ. Całe życie może być treningiem uważności. W książce podaję różne techniki, które mogą być bardzo wspierające, kiedy umysł jest jeszcze mocno rozbiegany – zarówno formalne ćwiczenia medytacyjne, jak i techniki, które możemy stosować wykonując codzienne czynności. Kotwice, które są niezwykle wspierające w uważnym byciu to na pewno koncentrowanie się na ZMYSŁACH, na ODDECHU. Mindfulness pomaga nam dostrzegać pełnię kolorów i smaków naszego życia, OBSERWOWAĆ to, co się wydarza zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz nas… A kiedy zaczynamy WIDZIEĆ nasze własne myśli, nasze emocje – odzyskujemy wpływ na własne samopoczucie oraz na to, w jaki sposób na co dzień myślimy i działamy.

S.C.: Jak i w czym pomógł Ci trening uważności?

M.P.: Dla mnie przygoda z mindfulness rozpoczęła się od biegania. Tak naprawdę najpierw było bieganie, później coraz częściej chwile „wyjścia” z rozbieganego, lękowego umysłu. Biegałam, żeby poczuć się lepiej, odstresować się i w efekcie zaczęło przytrafiać mi się coraz więcej takich chwil WOW, czyli np. biegałam, zatrzymywałam się na chwilę, gapiłam się na niebo, na drzewa, na świat i jedyne o czym myślałam można zdefiniować słowami: „Ta chwila jest idealna. Mam wszystko, czego potrzebuję”. Naprawdę coraz częściej zaczęłam doświadczać takich chwil. Wtedy jeszcze nie nazywałam ich „mindfulness”. Dopiero później uświadomiłam sobie, że takich stanów uważności doświadczam też w innych obszarach swojej codzienności, np. kiedy przygotowywałam coś dobrego na kolację, kiedy siadałam na moment, żeby napić się herbaty i po prostu pić herbatę. I zaczęłam coraz bardziej świadomie to wykorzystywać. Dużo czytałam na ten temat. Uczestniczyłam w warsztatach, rozwijałam uważność w moim życiu. Uważność pomogła mi we wszystkich obszarach życia – na pewno w zdrowieniu fizycznym i emocjonalnym – opanowałam lękowy umysł, który straszył mnie bardzo intensywnie, że pewnie nigdy już nie poczuję się dobrze i w pełni sił albo wydarzą się jeszcze gorsze rzeczy. Wyłapując te myśli i świadomie je obserwując – zaczęłam pracować nad zmianą przekonań. Poza tym, zrozumiałam, że im więcej „formalnych chwil mindfulness” w moim życiu, czyli przeznaczania czasu, który typowo dedykowałam albo medytacji, albo uważnemu bieganiu, tym więcej też spokoju i równowagi w pozostałych obszarach mojego życia. Coraz łatwiej było mi świadomie obserwować umysł i pracować z nim.


S.C.: Zaczęłaś bardziej doceniać siebie i życie same w sobie. To piękne.

M.P.: Dokładnie. Mindfulness to uważne bycie, docenianie tego, co się wydarza w naszym życiu TU I TERAZ. Może być dla nas ratunkiem, pozwolić odzyskać siebie. Zamiast nieustannie chcieć znaleźć się w jakieś nieistniejącej chwili w przyszłości, mamy szansę być bardziej obecnymi i korzystać z wdzięcznością z tego, co mamy oraz czego możemy doświadczyć. Może być naprawdę ogromną pomocą w kryzysowych momentach naszego życia, ukojeniem – jeżeli np. praktykujemy uważne bieganie/spacery/jazdę na rowerze po lesie czy parku – to dajemy sobie szansę na chwilę wytchnienia, na zachwycenie się tym, co jest dostępne zawsze i dla większości z nas – z natury, z piękna świata… Mindfulness to także szansa na to, aby świadomie decydować o tym, jakie myśli, a w konsekwencji emocje karmimy w swoim życiu. Co to oznacza? Jeżeli jesteśmy uważni, dostrzegamy związki przyczynowo skutkowe, widzimy, że czujemy, np. złość, ponieważ wcześniej pojawiły się w naszym umyśle konkretne myśli lub często schematy myślowe, które towarzyszą nam od lat. Mindfulness to narzędzie, które pozwoli nam je dostrzec, a w konsekwencji umożliwi podjęcie pracy nad zmianą. Już sama świadomość tego, co czujemy i dlaczego – to ogromny krok naprzód.
Poza tym, uważność pozwala nam wzmacniać radość z przeżywanych pięknych chwil, widzenia ich w pełnej krasie… Albo w trudnych momentach życia – pozwala nam świadomie doświadczyć smutku i – dzięki temu – pozwolić mu przepłynąć. Nie udajemy tutaj, że jakieś emocji nie ma. Widzimy każdą z nich. Dajemy jej uwagę, ale wiemy, że przepłynie. Dalajlama powiedział kiedyś, że uważność pozwala nam, żeby nie wzmacniać niepotrzebnie drugiego grotu strzały bólu – pierwszy grot symbolizuje sytuacje, które mogą nam się przytrafić i nie mamy na nie wpływu, np. śmierć bliskiej osoby, choroba czy inny kryzys, np. utrata rzeczy materialnych etc. – to jest grot strzały będący naszym bólem, który nam się przytrafił i warto świadomie go przeżywać, ale nie podgrzewać negatywnych emocji, czyli nie wzmacniać ich toksycznymi myślami. Jeżeli myślimy w toksyczny, niewspierający, niezdrowy sposób – aktywujemy drugi grot strzały – to jest dopiero cierpienie. Tego grotu nie musimy doświadczać. Bycie neurotycznym nie jest chlubą. Warto uczyć się bycia szczęśliwym, ponieważ to jest umiejętność. Decyzja i praca.

S.C.: Mindfulness to nowa, jeszcze jedna moda, której uległaś, styl życia czy metoda na przetrwanie w matrixowym świecie stereotypów, utartych schematów?

M.P.: Moda w moim przypadku na pewno nie, gdyż najpierw było doświadczanie takich stanów, brak definicji na nie, ale zrozumienie, jak wiele dają. Dopiero później pojawiło się hasło „mindfulness”, które pozwoliło mi nazwać to, co tak dla mnie tak ważne. Czy metoda na przetrwanie w matrixowym świecie? Przy wychodzeniu z kryzysu na pewno tak było – metoda, koło ratunkowe, które pozwoliło mi przetrwać trudne chwile i wyrwać się z pułapek umysłu.
Czy styl życia? Na pewno teraz już tak. Każdy dzień to dla mnie nie tylko praca, ale i konkretne nawyki, które wypracowałam i o które się troszczę. Lubię nazywać je rytuałami, ponieważ stanowią dla mnie ogromną wartość, są niezwykle wzmacniające dla całego mojego życia. Rytuały mindfulness dziś traktuję jako codzienny element funkcjonowania – jak mycie zębów. Uwielbiam na przykład uważny czas w lesie lub na joggowej macie.

S.C.: Podobno technikę mindfulness można praktykować w zaciszu własnego domu. Jak to zrobić? Od czego zacząć, aby już na początku się nie zrazić?

M.P.: Jak najbardziej! Warto zadbać o przyjazne warunki, czyli np. o to, aby miejsce, w którym będziemy praktykować którąś z formalnych technik było czyste, zadbane, przytulne. Możemy zapewnić sobie intymne światło albo świeczkę, jeśli chcemy praktykować wieczorem. O poranku najcudowniejsze jest po prostu światło słoneczne. Zacząć warto od prostej techniki koncentracji na oddechu – siadamy wygodnie z prostymi plecami na krześle/macie/poduszce do medytacji – i przez dziesięć minut oddychamy skupiając się w pełni na zmysłach. Staramy się poczuć swoje ciało, obserwujemy swój oddech. OBSERWACJA to w uważności słowo klucz. Patrzymy, co się dzieje, a jeśli nasze myśli wędrują w kierunku analizy przeszłości lub planowania dnia – spokojnie i łagodnie wracamy do oddechu, przywołujemy się z powrotem do teraz. Nie warto się zrażać i „karać”, że nasza medytacja jest „niedoskonała”. To normalne i naturalne, że (szczególnie gdy zaczynamy) nasz umysł szybko się znudzi, ponieważ jest zwykle przebodźcowany na co dzień i trudno mu utrzymać koncentrację na czymś „tak nudnym” jak zwykłe siedzenie i oddychanie, ale z czasem – jeżeli będziemy traktować się z akceptacją, wyrozumiałością i spokojem – czas spędzony na medytacji może okazać się coraz bardziej wartościowy. Być może uda nam się doświadczyć momentów pełnego spokoju, w których po prostu będziemy w pełni cieszyć się z bycia. To cudowne uczucie. Nie musisz nigdzie iść, nic robić, za niczym biec… No chyba, że chcesz praktykować biegowe mindfulness – wtedy warto biec i czerpać z tej formy uważności. W „Zdrowej Nadziei” opisuję różne techniki dla początkujących.


S.C.: Jak pokonujesz własne lęki przed porażką i negatywnymi emocjami?

M.P.: Zdarzają się różne momenty – są chwile, w których odczuwam większą równowagę i nie pojawiają się we mnie w ogóle myśli dotyczące porażki. To piękny, twórczy czas. Wtedy zwykle odczuwam flow podczas pracy. Realizuję swoje pomysły, a wszystko idzie gładko.
Zdarzają się też chwile zwątpienia, kiedy przypływają do mnie lękowe myśli dotyczące na przykład tego, że być może mój biznes nie będzie rozwijał się tak, jak bym sobie tego życzyła. Potrafię sobie z tym radzić między innymi właśnie dzięki medytacji, bieganiu i nieustannemu aktualizowaniu swoich przekonań. To co najważniejsze – staram się każdego dnia przypominać sobie prostą prawdę: życie jest cudem, a każdy dzień nową szansą. Nikt nie zna przyszłości, a w teraźniejszości mam wszystko, żeby być szczęśliwą. Jedyne czego mi trzeba do realizacji życia po swojemu to odwagi, by działać w zgodzie z intuicją. A ją słyszę coraz lepiej. 
Kiedyś zdarzały się myśli, że nie wyzdrowieję, a porażką wydawała się właśnie ta perspektywa. Udało mi się trwale zmienić to przekonanie na bardziej zdrowe i wspierające dla mnie i ta myśl przestała mnie dręczyć, a w konsekwencji, lęk w tym kontekście przestał się pojawiać. Nowe przekonanie, które zbudowałam brzmiało mniej więcej tak: „jogę być szczęśliwa bez względu na to, czy jestem w pełni zdrowa czy nie do końca. Moje życie jest pełne zawsze i nie zależy od żadnych okoliczności zewnętrznych”. Brzmi absurdalnie? Dla mnie nie. Uwierzyłam w tą myśl. Każdy z nas ma wpływ na swoje myślenie i może świadomie budować je tak, by żyć szczęśliwie.

S.C.: Jednym z naszych problemów społecznych jest niska samoocena i obawa o to, co powiedzą o nas inni. Ty też tak miałaś, jak czytałam w książce. Co sprawiło, że wreszcie przestałaś myśleć o sobie jako o kimś, kto powinien spełniać oczekiwania innych i nie wyrażać zbyt jasno swoich opinii, bo jest za pewny siebie?

M.P.: Tak, to był dla mnie poważny problem. Nie potrafiłam wyrażać siebie. Zdarzały się chwile, że myślałam „ten ktoś jest ważniejszy, bardziej kompetentny, bardziej doświadczony życiowo – i nie powinnam wyrażać przy nim swojego podejścia do jakieś sprawy, ponieważ się ośmieszę/obrazi się/wyrazi krytykę wobec mnie etc.”. I bałam się tej krytyki jakby to była najgorsza rzecz na świecie. Dzisiaj wiem, że ilu ludzi na świecie, tyle spojrzeń na różne sprawy… I nie każdy musi się z nami zgadzać. Nie każdy musi nas akceptować – to niemożliwe. Wolę być sobą i otaczać się ludźmi, którzy to akceptują, ponieważ sami też potrafią mówić swoim głosem. Przeczytałam gdzieś kiedyś, że ludzie wolą umrzeć niż zrobić z siebie głupka. Dzisiaj wiem, że wolę żyć po swojemu i nieraz zrobić z siebie głupka niż nigdy nie być sobą. Jedyni mnie lubią, szanują i dziękują za to, czym się dzielę – inni to krytykują albo po prostu przechodzą obojętnie – taka jest natura świata i to jest w porządku. Oczywiście, mówię tutaj o cywilizowanych zachowaniach, o konstruktywnej krytyce albo o braku akceptacji, który wyrażany jest po ludzku, a nie w formie hejtu. Sama również stosuję się do takich zasad, czyli jeżeli ktoś ma inne podejście do życia, świata, biznesu, duchowości, czegokolwiek – to mogę wejść z nim w ciekawą rozmowę, wymieniać się poglądami, ale nie „cisnąć” i uderzać w tą osobę.

S.C.: Żyjemy, jak sama wielokrotnie wspomniałaś – w matrixie, gdzie niestosowne jest nic nie robić, nuda jest zakazana, a ludzie dookoła nieustannie czegoś od nas wymagają. Jak sobie z tym poradziłaś? Sama padłaś ofiarą oczekiwań innych względem siebie. Jak osoba, która czuje, że nie robi tego, czego pragnie może się przeciwstawić schematowi? Przecież zdajesz sobie sprawę, że istnieją ograniczenia, które nie pozwalają na inne życie.

M.P.: Chcąc spełniać oczekiwania świata/innych ludzi – a ignorując własne potrzeby – na pewno nie doprowadzimy do niczego dobrego. Możemy natomiast doprowadzić się do poczucia, że nasze życie nie jest nasze. Dochodzimy do stanu przygaszenia, braku energii czy nawet choroby. W ten sposób nie będziemy zdolni spełniać już niczyich oczekiwań ani realizować planów kogokolwiek. Myślę, że warto zatrzymać się zanim do tego dojdzie.
Co zrobić, jeżeli ktoś ma niską samoocenę i boi się mówić swoim głosem? Myślę, że warto skorzystać z różnych form wsparcia – czy to w formie poszerzania swojej samoświadomości czytając, czy rozmawiając z osobami, które żyją tak, jak nam się marzy. Przydatny może okazać się coaching, a dla niektórych osób wystarczające będzie skorzystanie ze wsparcia terapeuty.
Warto uświadamiać też sobie ciągle na nowo, że tak naprawdę warto żyć tylko słuchając swojego wewnętrznego głosu. Nam się może wydawać, że inni chcą, żebyśmy żyli w jakiś sposób – a jeśli to spełnimy – uszczęśliwimy ich albo nie narazimy się na krytykę czy ich niezadowolenie. Ale czy spróbowaliśmy żyć po swojemu? Skąd wiemy, jak oni wówczas się zachowają? Jak zmiana naszej postawy wpłynie na otoczenie?


S.C.: To bardzo ciekawy aspekt.

M.P.: Moje doświadczenia są następujące – kiedy zaczęłam zmieniać swoje myślenie i żyć bardziej świadomie i po swojemu – otoczenia zaczęło się dostosowywać. Jak? To, co już dłużej do mnie nie pasowała i było ze mną niespójne odpadło, czyli na przykład rozstałam się z pracą na etacie, która nie przynosiła mi zadowolenia i satysfakcji. Musimy być gotowi na to, że jeżeli zmieni się nasze wnętrze, jeżeli namierzymy niektóre programy w naszym umyśle i postanowimy działać z większą świadomością – to rzeczywistość zewnętrzna też zacznie się zmieniać. Oczywiście, możemy odczuwać strach przed zmianą, ale warto iść za tym, co nasze. Osoby mi bliskie były na początku mocno zdziwione moimi nowymi pomysłami na życie, np. pisaniem książki czy rozwojem w kierunku coachingu, a później rozpoczęciem własnej działalności. Jednak z czasem – kiedy ja trwałam i uparcie działałam po swojemu – zaczęły mi kibicować i trzymać za mnie kciuki. Trzeba najpierw uwierzyć w siebie, żeby świat mógł również to zrobić. Warto. 

S.C.: Powiedziałaś, że z powodów zdrowotnych zdecydowałaś się na home office, co jednak nie spotkało się ze zrozumieniem otoczenia, które za pracę uważa tylko wyjście i siedzenie w biurze przez 8 godzin. Jakbyś przekonała niedowiarków, że to także praca, która wymaga takiego samego wysiłku i takich samych umiejętności jak każda inna czynność zawodowa?

M.P.: No cóż… nikogo do niczego nie zamierzam przekonywać. Już chyba z tego wyrosłam. Po prostu niech sami spróbują takiej pracy, jeśli mają ochotę się przekonać. Ja dziś – prowadząc samodzielnie swoją działalność i starając się działać na wielu polach – wiem, jak ogromny wysiłek trzeba włożyć w taką pracę. Porównując pracę w trybie „własna działalność i home office” do pracy na etacie, powiem szczerze, że – w moim przypadku – to drugie było dużo mniej obciążające pod kątem wysiłku twórczego, intelektualnego, tak naprawdę każdego. Tak jak mówiłam wcześniej – otoczenie z czasem zazwyczaj zaczyna nas rozumieć, jeśli trwamy przy swoim. Choć wciąż zdarzają się w moim życiu osoby, które uważają, np. że ja siedzę w domu i nic nie robię, a prowadzenie zdalnych sesji coachingowych to rozrywka, pisanie książki to była tylko zabawa, a warsztaty online to jakoś dziwnie brzmiąca forma odpoczynku.
Wychodzę z założenia, że jeżeli ktoś mnie krytykuje i nie szanuje mojej pracy – to tylko jego problem. A może zwyczajnie mi zazdrości, że jeżeli mam ochotę, mogę popracować w dresie? Choć akurat tego nie robię, bo dużo efektywniej działam, gdy się ładnie ubiorę i umaluję – tak robię codziennie i to mi się sprawdza. 

S.C.: Żyjemy w społeczeństwie, w którym w złym tonie jest okazywać uczucia i często w telewizji manipulują nami pokazując te negatywne, czyli cierpienie, płacz i gniew. Mało jest pozytywnych. Czym są emocje według Magdy Palmowskiej? Jak je okazywać, aby nikogo nie urazić, ale pozostać sobą?

M.P.: To, o czym mówisz, czyli wpływ mass mediów na społeczeństwo to temat rzeka. Kiedyś nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, jak nieprzefiltrowane, pochłaniane w nadmiernych ilościach programy telewizyjne mogą szkodzić i wpływać na naszą podświadomość. Kiedy zaczęłam się zmieniać dość naturalnie przyszło odstawienie telewizji. Mogę powiedzieć, że odpadła ode mnie naturalnie. Telewizor wciąż w domu mamy i korzystamy z niego sporadycznie – głównie po to, by podłączyć do niego komputer i wyświetlić jakiś wybrany wcześniej film. No i mamy jeden serial, który kultywujemy od lat, ale nie zdradzę jaki (śmiech). Oglądanie – przeważnie negatywnych sytuacji i emocji w telewizji – jeżeli nie jest przez nas kontrolowane (np. zaczynamy albo kończymy dzień z „gorącymi newsami”, które nieustannie nas straszą i pokazują światowe klęski, katastrofy, przestępstwa etc.) – może mieć ogromny wpływ na nasz sposób myślenia, odczuwania, działania… Zdecydowanie lepiej jest być szczęśliwym – niż „być na bieżąco”. Nie mówię, że mamy kompletnie ignorować to, co dzieje się na świecie – możemy przeczytać najważniejsze informacje. Lepiej jednak nie poświęcać za wiele czasu i energii na koncentrowanie się na rzeczach, których i tak nie zmienimy i które bywają zmanipulowane, ponieważ są w dużej mierze zlepkiem największych katastrof i ostatecznie zmienią nas w istoty pełne lęku i poczucia beznadziei.
Co do emocji – samo pojęcie „negatywne i pozytywne emocje” nie do końca jest w porządku. Wolę sformułowanie „emocje przyjemne i nieprzyjemne”. Ponieważ deprecjonowanie i spychanie emocji „negatywnych” – jeżeli już się w nas pojawiły – nie jest według mnie dobrą strategią. Każda emocja jest reakcją naszego organizmu na myśl albo na sytuację. I – jeżeli już się pojawiła – to widocznie tak miało być. Już jest, więc dostrzeżmy ją, dajmy jej przepłynąć, zaakceptujmy ją (nie mylić z podgrzewaniem jej…). Coś nam sygnalizuje i jest wskazówką, że np. czegoś nam brakuje, za czymś tęsknimy, czegoś nie chcemy, etc. Kluczowe jest to, aby trenować się w umiejętności bycia UWAŻNYM – zauważać swoje emocje… uczyć się je nazywać. Potrafić wytłumaczyć sobie (a czasem też innym), dlaczego w określony sposób się poczuliśmy oraz co dokładnie wywołało tę konkretną emocję. Być może świadomie dostrzeżemy, że nie chcemy karmić takiego sposobu myślenia, który np. powoduje, że odczuwamy często niepokój, lęk. A na sposób myślenia – możemy wpływać i jest to ogromnie ważna umiejętność. To temat rzeka. Często pracuję z klientami podczas sesji coachingowych korzystając z metody RTZ (racjonalna terapia zachowania), która wspiera nas w zmianie przekonań, budowaniu takich, które pozwalają nam czuć się bardziej tak, jak chcielibyśmy się czuć. I działać tak jak chcielibyśmy działać. Na przykład ktoś odczuwa lęk już na samą myśl o tym, że mógłby realizować się w działaniu, o którym w głębi serca marzy, co powoduje unikanie sytuacji, w której miałby szansę się realizować. Pracujemy nad przekonaniami, które za tym stoją. Kroczek po kroczku zmieniamy je na zdrowe, bardziej wspierające i pozwalające tej osobie działać w zgodzie ze sobą. Kiedy zmienia się sposób myślenia, lęk się z czasem w dużej mierze rozpuszcza.


S.C.: Co według Ciebie znaczy czuć się dobrze z samym sobą?

M.P.: To wiedzieć, kim się jest. Rozumieć swoje motywacje, znać swoje kluczowe wartości i wiedzieć, jakie są nasze mocne strony, a jakie słabości i nie wstydzić się tego. Nie wstydzić się siebie. Szanować siebie i innych. Dawać sobie przyzwolenie na popełnianie błędów. Na podejmowanie wyzwań. Akceptować siebie, swój bagaż doświadczeń. Być dla siebie  łagodnym. To znaczy, że gdy coś nam nie wyjdzie – nie katujemy się za to myślą, mową ani uczynkiem… Pozwalamy sobie być człowiekiem i traktujemy się jak dobry przyjaciel. Wspieramy siebie i wiemy, że możemy na sobie polegać.
Dla mnie to takie poczucie bezpieczeństwa, ciepła, spokoju wewnętrznego, zaufania do siebie. Lubię siebie i z radością mogę spojrzeć w lustro – i powiedzieć sobie – robisz to, co robisz najlepiej jak potrafisz, z serca, kochasz siebie, innych. Życie jest dobre. Ja jestem w porządku i inni są w porządku.
A jak coś nie wyjdzie? Trudno – to nie przekreśla mnie jako dobrego człowieka. Wciąż mogę się doskonalić i poprawić to, co nie wyszło.

S.C.: Medytujesz, biegasz, uprawiasz jogę, stosujesz post dr Dąbrowskiej. Co te czynności Ci dają? Kiedy znajdujesz na to wszystko czas? 

M.P.: Medytacja i wszelkie formy mindfulness, bieganie, Yoga Calligraphy Health System – to naturalne elementy mojego życia. Są jak mycie zębów, jak branie prysznica, jak sen i oddychanie. Nie zawsze tak jednak było, ponieważ (o czym piszę w „Zdrowej Nadziei”) był okres w moim życiu, kiedy kompletnie bagatelizowałam dbanie o siebie i swoją harmonię, co mocno odbiło się na moim zdrowiu. Mój tata, który biega przez całe życie, powiedział kiedyś, że nie sztuką jest biegać – ogromnym wysiłkiem jest tego nie zrobić i wytrzymać bez biegania przez chwilę. Miał na myśli to, że bieganie staje się dla człowieka tak bardzo naturalne jak oddychanie. Nie można żyć bez tej aktywności. A jeśli można – to co to za życie? Dla mnie wyjście na łono natury, kontakt z przyrodą – choćby przez chwilę w ciągu dnia – to są fundamenty mojego zdrowia fizycznego i emocjonalnego. Nauczyłam się tego próbując odzyskać zdrowie i wiem, że nie warto z tego rezygnować. Mając do dyspozycji 24 godziny na dobę (wszak każdy z nas ma tyle samo) lepiej dla własnego dobra znaleźć choćby pół godziny na jakąś formę mindfulness, ruchu, czasu dla ciała i ducha. To jest taki gwarant naszej równowagi życiowej.
Co te czynności mi dają? Dają mi wszystko. Dają mi radość i poczucie, że życie jest TERAZ. Uczą mnie uważności. Pomagają radzić sobie z emocjami. Wspierają w zmianie przekonań. Pozwalają dobrze zaczynać i kończyć dzień. Regulują mój rytm. Dodają energii. Poza tym takie rytuały w życiu freelancera to dodatkowy walor – porządkują mój dzień i pozwalają motywować się do wczesnego wstawania. Dzięki temu działam też dużo efektywniej.
No i najważniejsze – zarówno medytacja w domu, praktyka na macie czy bieg po lesie – pozwalają mi każdego dnia przypominać sobie, że życie jest cudem i że wszystkie destrukcyjne myśli (jeśli się pojawią) to tylko myśli. A my jesteśmy czymś znacznie więcej. Czuję kontakt z miłością, która łączy nas wszystkich. Dzięki tym działaniom odczuwam większy SPOKÓJ.
Jak znajduję czas? Kieruje się priorytetami i zwykle rozpoczynam dzień od zadbania o zdrowie – ćwiczę Calligraphy albo biegam. Wystarczy wstać godzinę wcześniej (śmiech). Nie marnuję czasu na oglądanie telewizji. Czas poświęcam na swoją działalność biznesową, blogowanie, na czas spędzony z mężem, na sport, medytację, na czytanie, gotowanie, spanie, rodzinę i przyjaciół. Doba nie jest z gumy i trzeba wybierać.
Jeśli chodzi o post dr Dąbrowskiej – stosuję go raz na kilka miesięcy – daje mi równowagę hormonalną. Pozwala trzymać tarczycę w ryzach. Oczyszcza mój organizm z toksyn. Sprawia, że jestem w lepszej formie. Daje witalność. Odmładza. Temat rzeka, ale naprawdę warto!

S.C.: Namawiasz wszystkich do aktywności i niepoddawania się, próbowania różnych form spędzania czasu. Wielu powie, łatwo powiedzieć a trudniej zrobić, mnie się tak nie chce, bo boli, bo nie lubię… Jak często to słyszysz?

M.P.: Wbrew pozorom nie słyszę tego za często. W pracy coachingowej trafiają do mnie zazwyczaj osoby, którym zależy na zmianie. Owszem – miewają trudności z utrzymaniem motywacji, cierpliwością, pojawia się czasem opór przed zmianą – ale takie totalne „rozmemłanie” to rzadkość. Ludzie są cudowni i mają masę energii w sobie. Każdy z nas ma tylko czasem trudniejsze momenty w życiu i potrzebuje wsparcia. To piękne, że – będąc w relacji coachingowej – wspólnie ruszamy ze skrzyżowania, a już po chwili Klient sam doskonale wie, dlaczego i po co mu aktywność.


S.C.: Dużo piszesz o bieganiu. Co czujesz kiedy przemierzasz w samotności kilometry? Kiedy jesteś sama ze swoimi myślami?

M.P.: Różnie. Bieganie jest dla mnie genialną metaforą życia. Czułam podczas biegania już chyba każdy możliwy stan. Towarzyszyło mi na początku moich zmagań o zdrowie. Towarzyszyło, kiedy pojawiały się pierwsze sukcesy w wymarzonej działalności. Towarzyszyło, gdy miewałam chwile zwątpienia i trudności. Jedno co jest bardzo ważne, biegowe mindfulness – jak lubię określać swoje uważne bieganie po lasach i polach – pozwala przeżywać świadomie swoje życie. To przestrzeń, kiedy zostaję sam na sam ze swoim sercem, ciałem i umysłem. Nie ma miejsca na fałsz. Jest zrozumienie. Jest radość. Czasem poczucie zmęczenia i rozczarowania. Wystarczy chwila, zatrzymanie na ulubionej polanie i pojawia się wdzięczność. Nawet w najtrudniejszych momentach tak było. Wdzięczność za życie. Za piękno świata. Za chwilę, która trwa i której mogę doświadczyć w pełni. Jest coś cenniejszego?

S.C.: To Twoje źródło szczęścia? Jak szczęście definiuje Magda Palmowska?

M.P.: Po pierwsze lubię powtarzać, że szczęście to wybór. Mamy wpływ na swój stan umysłu. Odpowiadamy w dużej mierze za swoje myśli – możemy samodzielnie i świadomie wpływać na swoje przekonania. Nie oznacza to, że nigdy nie będziemy odczuwać nieprzyjemnych emocji, lecz to, że świadomie je zauważymy, nauczymy się w dużej mierze je puszczać, będzie nam łatwiej wracać do równowagi.
Każdy dzień warto rozpocząć z intencją, że chcemy być szczęśliwi. Każdy dzień to nowa historia, nowa szansa.
Ja upatruję szczęścia w małych rzeczach. W miłości. Do mojego kochanego męża, do moich bliskich, do moich kotów. Czerpię radość z kontaktów z innymi ludźmi, ze swojej pracy, z pisania, z biegania. Po prostu z bycia. Uwielbiam maleńkie chwile zatrzymania, dlatego picie herbaty o poranku z ulubionej filiżanki ma dla mnie ogromną wartość.
Szczęście to decyzja i umiejętność działania w zgodzie z sercem. To także wolność od toksycznych myśli. Umiejętność „wychodzenia” z rozpędzonego umysłu. Radość z tu i teraz.

S.C.: Jak osiągnąć ten stan? Jak Ty go osiągnęłaś? Co powinni zrobić ludzie, aby zacząć odczuwać szczęście? 

M.P.: To sprawa mocno indywidualna. Jest jednak jakiś wspólny mianownik, który obserwuje u wielu osób, które emanują spokojem – takim głębokim niezmiennym szczęściem, nawet gdy w życiu zewnętrznie wydarzają się jakieś trudne sytuacje, na które nie mamy do końca wpływu. Taki trochę stoicki spokój, a trochę radość życia z drobnostek, a trochę umiejętność stawiania sobie ciągle nowych i ciekawych celów, dążenie do realizacji marzeń, które może nie są kwintesencją szczęścia, ale jednak pozwalają nam dzień po dniu się rozwijać i cieszyć z tego, że uczymy się nowych rzeczy albo doskonalimy się w tym, co już znamy.
Ja uczę się tego podejścia do życia dzień po dniu. Mam wzloty i upadki. Życie to proces, zmiana. Niestała. Wydaje mi się, że każdy dzień to nowy rozdział i po prostu każdego dnia staram się od rana przedsięwziąć decyzję, że będę szczęśliwa. Warto koncentrować uwagę na tym, co dobrego nas spotyka, co wartościowego możemy dać innym, z czego możemy się ucieszyć, czerpać radość. I działać. Uśmiechać się. Zatrzymać, pooddychać głęboko, ZAUWAŻYĆ piękno, które jest wokół i w każdym z nas. Cieszmy się PROCESEM, ponieważ szczęście nie jest jakimś punktem na mapie naszego życia – gdy osiągnę X – będę szczęśliwa. Szczęście może być naszym udziałem już dzisiaj, jeśli tak postanowimy i będziemy uczyć się doceniać to, co mamy.


S.C.: Wspomniałaś w książce o Dagmarze Skalskiej, z którą miałam okazję rozmawiać o jej niezwykłej publikacji pt. „Osobowość pełna magii” (wywiad do przeczytania tutaj). Co dało Ci uczestnictwo w jej szkoleniu?

M.P.: Kilka lat temu poznałam historię Dagmary. Przeczytałam jej książkę i poznałam bloga. Później jej książki gdzieś się w moim życiu przewijały. Byłam na jednym z jej spotkań autorskich w Empiku. Aż nadszedł moment, w którym udało jej się sprowadzić do Polski Master Yanga – mistrza Yoga Calligraphy Health System. Udział w prowadzonych przez niego i przez Dagmarę warsztatach był dla mnie bardzo wartościowy. Poznając techniki pracy z ciałem i oddechem, bardzo wzbogaciłam swoje poranne rytuały. Był to też element wspierający moje leczenie boreliozy. Trudno w to uwierzyć, ale dzięki codziennej praktyce Calligraphy Health udało mi się doprowadzić do całkowitego ustania uporczywych migren, które towarzyszyły mi niezmiennie podczas choroby. Jestem ogromnie wdzięczna Dagmarze za to, że zaprosiła mistrza do Polski. Myślę, że techniki pracy z ciałem i oddechem, które poznałam będą już ze mną zawsze. Praktykuję każdego dnia minimum 15 minut. Jest to praktyka, która umożliwia doprowadzenie krwi i limfy do wszystkich komórek ciała. Natleniamy organizm, serwisujemy nasze narządy wewnętrzne.

S.C.: Prowadzisz bloga „Coaching Serca” oraz warsztaty coachingowe. Czego uczysz uczestników swojego szkolenia? Kto przychodzi do Ciebie po poradę? Jakie najczęściej problemy mają te osoby?

M.P.: Coaching Serca to przestrzeń wspierająca życie w zgodzie z sercem. Wsłuchiwania się w jego potrzeby i realizowania się na własnych zasadach z pasją. Zależy mi, żeby osoby, które czytają mojego bloga miały motywację i inspirację do tego, aby żyć bardziej harmonijnie – świadomie i w zgodzie z wartościami, które są dla nich istotne. Aby zyskiwały spokój i poczucie spełnienia, dbając jednocześnie o całokształt swojego funkcjonowania: ciało, umysł i serce.
Warto zaznaczyć, że to czym się zajmuję to kilka różnych działalności w ramach mojej marki. Coaching Serca – jak wspomniałam – jest przestrzenią blogową, ale ja jestem także coachem i pracuję z Klientami indywidualnymi prowadząc sesje i procesy coachingowe. Coaching, który prowadzę skierowany jest do osób, które szukają swojej ścieżki. Pragną ułożyć sobie na nowo swoje priorytety, uporządkować codzienność i zadbać o siebie. Pracuję zarówno z osobami, które chcą zająć się porządkami w życiu od ciała – miedzy innymi prowadzę sesje z elementami treningu biegowego czy mindfulness; jak i też od porządków w umyśle – pracujemy z przekonaniami (między innymi metodą RTZ) tak, aby Klient miał większą pewność siebie, zaufanie do siebie, świadomość swoich mocnych stron – i mógł je wykorzystywać z większą mocą (zarówno w kontekście samorealizacji w pasjach, jak i np. w budowaniu swojego biznesu). Podchodzę do człowieka holistycznie i wierzę, że żeby ułożyć sobie w pełni spełnione i szczęśliwe życie – warto skupić się na każdej sferze.
Dodatkowo, prowadzę także warsztaty zdrowego i harmonijnego życia oraz zaczynam działać coraz prężniej w sieci (za dwa tygodnie organizuję warsztat online „mapa marzeń”). Mam także w planach stworzenie kursu online. Ważną przestrzenią jest dla mnie grupa na FB, którą uruchomiłam i do której dołącza coraz więcej cudownych osób – „Słucham serca – uważne życie z pasją” (wpadajcie tutaj). Działamy. Co piątek prowadzę Live’y. Ostatnio mieliśmy też wyzwanie tygodniowe „Magia Poranka”, które zaowocowało tym, że wielu grypowiczów na stałe wdrożyło do swojego życia poranne rytuały. Jestem niesamowicie szczęśliwa i dumna!

S.C.: Jak widzisz swoją przyszłość? Jakie masz marzenia? Dokąd chcesz dotrzeć?   

M.P.: Powtórzę się i powiem przewrotnie, że przyszłość nie istnieje (śmiech). Jedyne co mamy to TERAZ. Dlatego staram się koncentrować na tym, na co mam wpływ każdego dnia, analizuję to, co przypływa i staram się w miarę możliwości budować swoje cele. Mam wiele marzeń i jestem głodna życia. Bardzo chciałbym dalej móc rozwijać swoją działalność coachingową. Mam mnóstwo pomysłów, które staram się realizować kroczek po kroczku. Myślę także nieustannie o poszerzaniu swoich kompetencji i dalszym rozwoju zawodowym.
Mam wiele małych marzeń. Każda mała cegiełka, każdy Klient coachingowy, który osiągnął swój cel to moja radość. Każdy uśmiech mojego męża to moje szczęście. Moja rodzina jest bardzo ważna dla mnie. Podróże są dla mnie magią i cudowną życiową przyprawą – dlatego nieustannie wskakują mi do głowy nowe miejsca, które chciałabym zobaczyć.
Jednak tak naprawdę nie cele i plany są najważniejsze. Najważniejsze dla mnie jest poczucie wolności, spokoju, równowaga, miłość. A to wszystko jest na wyciągnięcie ręki – nigdzie nie potrzebuję docierać. Wystarczy, że się zatrzymam, spojrzę na las… i wiem, że niczego mi nie brakuje. Życie jest piękne TU I TERAZ.

S.C.: To była niezwykle piękna i motywująca rozmowa. Bardzo Ci dziękuję za poświęcony mi czas. Życzę też powodzenia w realizacji dalszych planów mimo, że przyszłość nie istnieje (śmiech).

Zdjęcia: Agnieszka Werecha
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

8 komentarzy:

  1. Forma wywiadu? Uwielbiam, będę tutaj zaglądać. Kocham poznawać życie poprzez ludzkie historie :)

    Justyna Kozieł z https://justynakoziel.wordpress.com <3

    OdpowiedzUsuń
  2. bardzo ciekawie napisany wywiad, chociaż zazwyczaj nie przepadam to wciągnął mnie od początku :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Trening uważności bardzo mnie zainteresował. Pierwszy raz spotkałam się z takim określeniem i chyba zgłębię temat.

    Poza tym uwielbiam taki pozytywnych ludzi :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bohaterka wywiadu, to silna i piękna kobieta, która nie zdawała sobie sprawy ze swojej mocy. Sporo ją spotkało, ale ona nie poddała się, tylko rozkwitła :) Wielke gratulacje :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękna osoba-nie tylko z zewnątrz ale przede wszystkim od środka :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo pozytywny wywiad, ale i bohaterka bardzo pozytywna. Wiele dobrego zdziała jeszcze w zyciu i da siłę wielu ludziom.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mówiąc krótko chodzi o postępowanie zgodnie ze swoim sumieniem, nie potrzeba do tego yogi, medytacji, wschodnich filozofii itp.

    OdpowiedzUsuń
  8. Intrygujący wywiad! :) Bardzo przyjemna osoba i historia! :) Klaudia J

    OdpowiedzUsuń