Zycie jest wędrówką, podczas której zdobywamy kolejne szczyty

Aleksandra Bartosik – 19-latka, która udowadnia swoimi książkami, że gdy ma się coś mądrego do powiedzenia, wiek nie ma znaczenia. Swoją przygodę z pisaniem zaczęła bardzo wcześnie - gdy miała zaledwie siedem lat. Wtedy też spod jej pióra wyszły pierwsze wiersze. Krótkie utwory prozatorskie tworzyć postanowiła kilka lat później. Jest laureatką przeglądów i konkursów poetyckich. Prace nad pierwszą poważną powieścią zainicjowała jednak dopiero w wieku osiemnastu lat, co zaowocowało tytułem "Na pożółkłym papierze", o który właśnie zamierzam podpytać autorkę na portalu Kulturalne Rozmowy będącym patronem medialnym tej powieści epistolarnej. Będzie więc o dużo o emocjach, ludziach, mediach społecznościowych oraz - oczywiście - o samym pisaniu. Zapraszam na niezwykle wzruszającą, sentymentalną, ale bardzo mądrą opowieść o życiu i śmierci. 



Kim jest autorka listów „Na pożółkłym papierze”?

Aleksandra Bartosik: Jestem młodą kobietą – mam zaledwie 19 lat. Podobnie do bohaterki z mojego utworu mam obsesję na punkcie działania. Wciąż o czymś myślę, analizuję, zadaję pytania. I efektem tego są moje utwory – wcześniej wiersze, a teraz książka.
Staram się brać życie garściami, robić to, co lubię. Cenię sobie niezależność – zarówno w sferze prywatnej, jak i zawodowej. Mam wrażenie, że życie jest bardzo kruche i strasznie szybko pędzi, a ja chcę tyle zrobić, tyle doświadczyć. Nie ukrywam, że bywa to męczące.

S.C.: Skąd w tak młodej osobie – przecież jeszcze nastolatce – pojawiły się tak poważne tematy poruszane w książce? 

A.B.: Czy ja wiem? Odkąd pamiętam, za dużo myślałam. Interesowałam się i przez to bulwersowałam, ponieważ świat bywa okrutny, zwłaszcza gdy patrzy na niego i filtruje go przez swoją wrażliwość mała dziewczynka. Później zaczęłam dorastać i kiedy moi nastoletni znajomi chodzili na imprezy, to ja siedziałam nad książkami. Czytałam. Uwielbiam Jane Austen, w ogóle stare powieści. „Wichrowe wzgórza” mogę czytać wciąż na nowo i chyba nigdy mi się nie znudzą. Może przez to poszerzały się moje horyzonty. Łaknęłam wiedzy, a co za tym idzie, dużo myślałam. Głowa od tego pękała. I wtedy pisałam – natłok myśli zawsze skutkował przelaniem go na papier.
Kiedyś mój znajomy dogryzał mi, że jestem emocjonalną czterdziestką (śmiech). Może coś w tym jest? A wtedy miałam zaledwie 15 lat. 

S.C.: Mnie też tak mówili. Chyba faktycznie niektórzy za szybko i za dużo myślą. Wróćmy do tytuły powieści. Czym dla Ciebie jest ten pożółkły papier? Czy to tylko symbol przemijania? A może coś więcej? 

A.B.: Pożółkły papier przede wszystkim kojarzy mi się z czymś niezwykle intymnym. Nie przechowujemy starych gazet czy zeszytów, jeśli nie mają w sobie żadnej ważnej treści. A listy, które żółkną już ze starości niosą w sobie ogromny ładunek emocjonalny, uczuciowy.
Pożółkły papier jest też oczywiście symbolem przemijania. Kiedy sięgamy po kartkę, która ma lat 10, 20, a może i więcej, zdajemy sobie sprawę, jak nasze życie szybko biegnie, ile jest za nami – ludzi, miejsc, sytuacji, które pozostają już tylko wspomnieniem.

S.C.: Skąd pomysł na epistolarny charakter opowieści? To takie old school’owe. Dlaczego Twoja bohaterka nie poszła z duchem czasu i nie napisała serii wiadomości e-mail?  

A.B.: W swoim życiu prywatnym piszę listy. Korespondowałam już z różnymi ludźmi. Jest to swego rodzaju przygoda, coś niezwykłego w dzisiejszych czasach. Przede wszystkim jednak liczy się dla mnie bliskość. Kiedy siadam nad kartką papieru, zostawiam bieżące sprawy i po prostu piszę. Daję całą siebie adresatowi. I to jest w tym ważne. Po charakterze pisma widać zmęczenie, czasem wzruszenie, jeśli ręka drży. To coś niesamowitego – mogą nas dzielić tysiące kilometrów, ale jeśli trzymam w dłoni list od drugiego człowieka, nasza bliskość jest wręcz namacalna. To intymność, której w jakikolwiek inny sposób nie da się odtworzyć.
A moja bohaterka bardzo pragnęła takiej bliskości, choćby jej namiastki. Dlatego nie pisała maili mając jednocześnie w tle włączone jeszcze kilka innych okienek. Siadała nad kartką papieru i pisała. Aby dać całą siebie. Chciała choćby przez chwilę poczuć, że dawny partner wciąż w jakimś stopniu do niej należy, że nadal ich coś łączy ze sobą.

S.C.: Kim jest kobieta-nadawca listów dla Ciebie samej, a kim powinna być dla czytelników? Dlaczego jest bezimienna?  

A.B.: Cieszę się, że zadałaś mi to pytanie, bo jest ono dla mnie bardzo istotne. Moja bohaterka celowo nie otrzymała imienia. Zauważ, że im mniej wiemy o danej postaci, tym więcej myślimy. Celowo nie opisałam również jej wyglądu, aby nie zawężać horyzontów, możliwych interpretacji. Dzięki temu ta dziewczyna staje się poniekąd uniwersalna.
Zależało mi na tym, aby każda czytelniczka mogła dostrzec w niej siebie, swoją siłę, niezależność, moc jaką posiada. W dzisiejszych czasach wciąż żyje wiele kobiet, które boją się zrobić krok na przód, by zmienić coś w swoim życiu. Po prostu się boją. Tak jak moja bohaterka. Wyszła z domu z jednym plecakiem oraz praktycznie pustą kieszenią. I dała radę. Bo była silna, inteligentna. Wiedziała, że życie jest wędrówką, podczas której zdobywamy kolejne szczyty.
Chciałam dać inspirację wielu kobietom. Stać się bodźcem do refleksji – nad życiem swoim i ludzi wokół. Nad tym, jak wielkim darem jest nasze zdrowie i trzeźwy umysł.
Oczywiście, nie zawężam grona odbiorców, bo rozmawiam również z mężczyznami, którzy czytali moją książkę. Do nich także jest ona skierowana. Mogą w niej dostrzec swoje córki, siostry, żony… Myślę, że mała Amelka zadaje pytania bardzo ważne, które na pewnym etapie swojego życia stawia każdy człowiek. Dlatego grono preferowanych odbiorców to po prostu ludzie. Niezależnie od płci.


S.C.: Jaką rolę w życiu tej bohaterki odgrywają listy?

A.B.: Listy nigdy nie odgrywały dla niej szczególnej roli. Dopiero w momencie, w którym zrozumiała, jak wielką mają moc, której ona akurat potrzebuje, zaczęła pisać. Listy są jej narzędziem do przekazywania emocji, bólu, strachu i miłości.

S.C.: Mówisz w swojej powieści słowami nadawcy-kobiety, zresztą słusznie twierdzącej, że pisząc ręcznie przekazujemy emocje, a komputer tego nie potrafi. Skąd ten brak chęci okazywania uczuć w ludziach?  

A.B.: Myślę, że główną rolę odgrywa tu strach. Nie potrafimy się nawzajem słuchać. Dlatego psychologowie mają teraz pełne ręce roboty.
Wydaje mi się, że ludzie czerpią z dawnych doświadczeń, ze swojej młodości, w której często nie byli wysłuchiwani lub ich słowa były wyśmiewane. To budziło gorycz, czasem i wstyd. I się w sobie zamykali. Coraz bardziej i bardziej. Obserwuję to zresztą codziennie, jak z kimś rozmawiam. Ludzie sami przyznają, że mają opory przez okazywaniem swoich uczuć, ponieważ się boją, że nie zostaną należycie zrozumiani.
Żyjemy w czasach, w których każdy musi mieć sześciopak na brzuchu, śnieżnobiałe zęby i paznokcie zrobione u kosmetyczki, a w garażu ma stać nasz nowiutki samochód. Słabość jest teraz źle spostrzegana. 

S.C.: A Tobie się zdarza czy kiedykolwiek zdarzyła taka słabości? Co ją spowodowało i jak sobie z nią poradziłaś?  

A.B.: Zależy, co masz na myśli, ale tak, przyznaję się do tego, że w wielu kwestiach jestem słaba. Słabsza niż bym sobie życzyła. Przykładowo dużo choruję. Nie są to na szczęście choroby poważne, ale od dziecka odwiedzałam dużo lekarzy. Tak zostało mi do dzisiaj. Jednak nauczyłam się z tym żyć. Trzeba dostosować dietę, tryb życia, być świadomym tego, co można robić, a czego lepiej unikać i tak idę do przodu.
Może i na zewnątrz wyglądam na bardzo pewną siebie, ale tak naprawdę w środku kuli się dziewczyna, której trzeba czasem pomóc iść przez świat, zmotywować, bo nie zawsze jest łatwo. Na pewno trudno ze mną wytrzymać, gdy się denerwuję. Jak już wcześniej wspominałam, cenię w sobie niezależność, a kiedy ktoś próbuje wchodzić butami w moje życie, to przestaję być miła. Często używam zbyt mocnych słów, wiem o tym. Nie potrafię inaczej. Może i jestem bardzo młoda, ale to jeszcze nikogo nie upoważnia do wtrącania się w nie swoje sprawy. Nie toleruję takiej impertynencji.

S.C.: Chyba nikt nie toleruje. Porozmawiajmy trochę o obecnej technologii cyfrowej. Potrafimy się w tym świecie mocno cyfrowym podzielić dosłownie każdym najmniejszym detalem z własnego życia. Pokazujemy własne zdjęcia, filmiki, celebrujemy wszystkie ważne dla nas wydarzenia a nie potrafimy napisać nic od siebie, komunikować się z drugim człowiekiem bezpośrednio. Zresztą tak samo jest z bohaterką – też nie umiała wyrazić emocji, więc postanowiła opisać, co czuje. Czy to znaczy, że zatraciliśmy raz na zawsze tą umiejętność, a pisarz jest przekazicielem naszych wewnętrznych pragnień?  

A.B.: Ludzka natura od zawsze jest taka sama. To czasy i warunki życia ulegają zmianie. Podświadomie wciąż szukamy bliskości, ciepła, otwartych ramion, w których możemy zasnąć wiedząc, że jesteśmy bezpieczni i kochani. Teraz jednak ludzie bardzo zręcznie potrafią kamuflować swoje pragnienia, które nie są jednoznaczne z pragnieniami tłumu. Bo wstyd, bo co ludzie powiedzą. A później wielkie zdziwienie, że Kowalski się powiesił, a tak w ogóle wolał czytać Szymborską, zamiast biegać pięć razy w tygodniu na siłownię. I nie wytrzymał tej presji, ponieważ miał szczególnie rozbudowaną wrażliwość.
Co do udostępniania naszej prywatności gdziekolwiek się da, to muszę się ze smutkiem zgodzić. Chwalimy się nowonarodzonym dzieckiem na portalach społecznościowych, publikujemy wylukrowane posty na temat naszego powołania do macierzyństwa, a nawet przed swoim partnerem nie potrafimy przyznać, że sytuacja nas przerasta, zasypiamy na stojąco. To czysty przykład, którym próbuję pokazać, że faktycznie zatracamy umiejętność rozmowy. Nie chcemy okazywać słabości, przyznawać się, że nam na czymś zależy. Za to na siłę próbujemy udowodnić, że jesteśmy supeludzikami z niezwykłą mocą. Każdy dostrzega ten absurd, ale mało kto potrafi się z niego wyłamać. Jest to rzeczywiście smutne. Nie rokuje dobrze na przyszłość.
Natomiast nie przypisywałabym nie wiadomo jakiej mocy pisarzom. Ludzie posługujący się piórem – zresztą – tak jak i większość artystów, często są hiperwrażliwi. Mają szeroki zasób słownictwa, więc piszą to, co czują. Tak jak malarze przelewają na płótno swój ból, a raperzy zadają pytania w swoich tekstach. Jest nam zdecydowanie łatwiej wyrażać ludzkie pragnienia, ale na szczęście nie tylko my to robimy.

S.C.: Masz rację, są czasem ludzie, którzy jeszcze potrafią wyrazić emocje. W czym tkwi magia listów? Czy właśnie są przekaźnikiem tych ukrytych uczuć, o których wspomniałaś wyżej. Dlaczego warto, a może raczej powinniśmy je pisać? 

A.B.: Przechowuję listy, które pisałam z ludźmi już w wieku 14 lat. My dorośliśmy, drogi się rozeszły, ale listy wciąż są w szufladzie i – mimo odległości – która teraz nas dzieli, to w momencie sięgania po te kartki czuję dawną bliskość. Wracają wspomnienia, ponieważ taka bliskość jest ponadczasowa. Natomiast sięganie do archiwum w telefonie lub na czacie nie ma w sobie zupełnie nic. Jakiejkolwiek delikatności. Przynajmniej dla mnie.

S.C.: Jak wygląda komunikacja międzyludzka XXI wieku według Aleksandry Bartosik? Co powinno się zmienić? Czemu jesteś absolutnie przeciwna, a co jednak byś zostawiła? 

A.B.: To trudne pytanie. Zdecydowanie. Dlatego że nie można wrzucać wszystkich ludzi do jednego wora. Muszę w tym przypadku użyć uogólnienia i mam nadzieję, że czytelnicy mi wybaczą.
Teraz jest w modzie dodawanie półnagich zdjęć do Internetu, na których dziewczyny wypinają swoje ciała, a pod nimi dodają pełne głębi opisy typu „ja nie jestem taka jak inne…”. Coś tu poszło nie tak. Zdecydowanie. Tym rażącym przykładem chcę pokazać, że zatraciliśmy szacunek. Przede wszystkim do siebie. Zapominamy, że nie wszystko jest na sprzedaż. Po prostu. Fajnie, że możemy w bardzo łatwy i szybki sposób dać dużej liczbie znajomych znać, co u nas słychać, ale odróżnijmy zdjęcie z koncertu naszego ulubionego zespołu – na którym zwyczajnie dobrze się bawimy – od naszych piersi, niby niewidocznych, ale to o nie chodzi na naszym zdjęciu profilowym, a twarz pod tonami pudru i rozświetlaczy gra drugorzędną rolę.
Natomiast wspaniałą sprawą jest to, że dzięki Internetowi i telefonom możemy natychmiastowo skontaktować się z drugim człowiekiem. Wiemy, że wszystko u niego w porządku. Możemy sobie przesyłać ważne informacje lub zwyczajnie poplotkować, bo mieszkamy w różnych krajach, a bilety lotnicze kosztują.


S.C.: Mnie się też to podoba. Dorzuciłabym jeszcze kilka innych plusów, ale nie o mnie teraz rozmawiamy (śmiech). Dlaczego według Ciebie unikamy bezpośrednich, „analogowych” kontaktów z drugim człowiekiem, a zamiast tego wybieramy SMS, media społecznościowe?

A.B.: Myślę, że przede wszystkim brak nam odwagi. Jeśli chcemy kogoś przeprosić, to często jest nam wstyd za nasze zachowanie. Trzęsą się nam dłonie, łamie głos i to widać. Okazujemy emocje, odsłaniamy się, a pisząc SMS-a, nie odkrywamy się tak. I trwa to znacznie szybciej niż rozmowa twarzą w twarz. Teraz przecież tak ciężko o czas, aby się spotkać – ponieważ mamy egzaminy za tydzień albo szef czeka na ważny raport…

S.C.: Ile bohaterki opowieści jest w samej pisarce? Kto jest pierwowzorem jej losów? A może jednak nie ma nikogo, a wszystko to jest jedynie wytworem Twojej wyobraźni? 

A.B.: Rozmawiając z jedną z bliższych mi kobiet, usłyszałam, że czytając moją książkę czasami miała wrażenie, że słucha bezpośrednio mnie, ponieważ niedawno rozmawiałyśmy i mówiłam to samo, co moja bohaterka. Rzeczywiście nie da się ukryć, że ustami tej postaci wypowiadam własne myśli.
Cała treść utworu jest fikcją literacką. Jednak bohaterka posiada wiele moich cech. Jest poniekąd moim alter ego. Ruszyła w wędrówkę, którą ja planowałam rozpocząć jako młoda dziewczyna, kilka lat temu, ale moje życie potoczyło się inaczej. Miałam to szczęście, że spotkałam właściwego człowieka i już nie potrzebowałam wyruszać w drogę, by poczuć, że wszystko jest na swoim miejscu. Mąż jest siłą, która napędza mnie do działania, a w życiu mojej bohaterki jest odwrotnie.

S.C.: Czy historia tej kobiety nie jest przypadkiem odpowiedzią na pokolenia obecnie próbujące żyć po swojemu? Autorka listów wciąż szuka odpowiedzi na egzystencjalne pytanie: „jak żyć?”

A.B.: Historia tej kobiety jest odpowiedzią nie tylko dla ludzi młodych, którzy dopiero szukają swojej drogi, ale ma być bodźcem dla wszystkich. Moim zdaniem, życie to nieustanna służba drugiemu człowiekowi. Życie jest wędrówką, aktywnością. Jestem ogromną przeciwniczką stagnacji. Losy mojej kobiety mają być tego dowodem. Chcę, by były inspiracją do kroku na przód, ku lepszemu i bardziej świadomemu życiu. Nie potrafię zrozumieć osób, których całe życie odbywa się wedle takiego samego schematu i brak  w nim jakiegokolwiek bodźca. Żyją bezmyślnie. Kiedy zadaję pytania egzystencjalne ludziom kilkadziesiąt lat starszym ode mnie, a w odpowiedzi raczą mnie stwierdzeniem: „nie zastanawiałem się nigdy nad tym”, to brak mi słów, ręce opadają. Książka i losy bohaterki są więc poniekąd też buntem wobec takiego stylu egzystowania. Ja też cenię sobie życie spokojne i pokładane, ale w nim wciąż dzieje się coś nowego. I myślę, że to o to powinno chodzić.

S.C.: W moim przekonaniu obalasz też trochę mit związany z szerokopojętym altruizmem. Obecnie powstaje co krok nowa fundacja, organizacja pomocowa, hospicja. Jakbyśmy chcieli zacząć im wszystkim pomagać, to w końcu nie mielibyśmy czasu dla siebie i pieniędzy. Czy o to właśnie Ci chodzi? 

A.B.: Absolutnie nie chciałam obalać mitu altruizmu. Bardziej chodziło mi o pokazanie, że w każdej sferze naszego życia trzeba znać umiar. Przecież ten problem dotyka obecnie wielu ludzi. Chcą dużo zarabiać, więc pracują od świtu do nocy i zapominają, że istnieje coś takiego jak czas wolny, hobby, odpoczynek. Dla nich to strata czasu. Wciąż są więc dla innych – dla szefa, dla klientów, dla kontrahentów, ale dla siebie już im nic nie zostaje.
Natomiast gorąco popieram każdą akcję i organizację, która robi coś dla innych, dla ich dobra. Sama się udzielam, przykładowo razem z mężem regularnie przygotowujemy paczki dla schronisk. Dzielenie się dobrem jest zaraźliwe. W tym też jednak trzeba znać umiar. Co z tego, że pomogę rodzinie, której doszczętnie spłonął dom, jak mi samej braknie pieniędzy na to, aby zrobić dziecku obiad. Trzeba umieć mądrze pomagać.
Jednak w Polsce powstaje dużo organizacji, które są bliskie mojemu sercu. Przyglądam się działaniu choćby Szlachetnej Paczki czy Fundacji Rodzić po Ludzku. Ich aktywność niesie wiele dobra, ciepła, mądrości i świadomości.
Wierzę, że pewnego dnia moje losy splotą się bardziej z tymi organizacjami i będziemy razem pracować w ich słusznych inicjatywach.
Co jak co, ale całym sercem jestem po stronie wolontariatu. To piękna sprawa, która pokazuje, że nawet w dzisiejszych czasach potrafimy bezinteresownie kochać obcych ludzi.

S.C.: Z drugiej jednak strony są też i tacy ludzie, którzy nie zbyt często kierują swoją uwagę na potrzeby człowieka, stają się samolubami podążającymi za swoimi marzeniami i nie myślą o innych. Gdzie tutaj równowaga? Jak ją odnaleźć? 

A.B.: Każdy z nas jest osobną i bardzo złożoną jednostką, więc nie potrafię na to odpowiedzieć. Widzę jednak, że czasy, w których żyjemy na pewno nie sprzyjają spoglądaniu z czułością na drugiego człowieka. Za dużo zakładamy masek, zbyt wiele w nas egoizmu.
Aby uszczęśliwiać innych, przede wszystkim trzeba żyć w zgodzie z samym sobą. Umieć kochać samego siebie, być łaskawym wobec swoich błędów. Czasami ciężko jest samemu sobie wybaczyć, czyż nie? Kiedy jednak znajdziemy już wewnętrzną równowagę, to myślę, że przychodzi czas na hierarchię wartości. Jeśli u góry znajdą się kwestie materialne, to taki człowiek jest daremny. Nie tracę na niego czasu. Jednak w chwili, gdy dostrzegamy, że nic nam z papieru potwierdzającego naszego wykształcenie, a dziesięcioletnia kariera nie da nam ciepła w chwili zagrożenia, to trzeba iść tą drogą.
Kiedyś rodzina była fundamentem, a teraz nie dostrzegamy, że to drugi człowiek powinien być priorytetem. Partnerów zmieniamy jak rękawiczki, zamiast pracować nad relacją. Wskakujemy do łóżek obcym ludziom, a potem się dziwimy, że jesteśmy nieszczęśliwi. Wtedy właśnie rodzi się egoizm. Bo za wszelką cenę chcemy odzyskać spokój ducha oraz szacunek do siebie. Wtedy nie ma już czasu na altruizm, dostrzeżenie biedy i cierpienia innych, ponieważ sami cierpimy. Nasz styl życia warunkuje nastawienie do drugiego człowieka.

S.C.: Czy zdarzyło Ci się kiedykolwiek żałować, że czegoś nie zrobiłaś lub czy kiedykolwiek pragnęłaś powrotu do przeszłości? 

A.B.: Mądrość przychodzi z czasem. Wielokrotnie chciałam coś zrobić, lecz było już zbyt późno. Nawet teraz bardzo bym chciała cofnąć się kilka lat wstecz i poczuć dotyk osób, których przy mnie już nie ma, usłyszeć nasz wspólny śmiech, poczuć dawną wolność i radość. Jednak życie nieubłaganie pędzi.
Ja postawiłam na Boga. Jestem wierząca na swój intymny sposób. I wiem, że pewni ludzie odchodzą, by następni mogli się pojawić. Wierzę, że Bóg wie, co robi. W momencie, gdy naprawdę zaufałam poczułam prawdziwą harmonię. Nauczyłam się też sobie wybaczać. Kiedyś żałowałam, że nie potrafiłam walczyć – o ludzi i o siebie. A dziś już rozumiem, że dzięki temu teraz jestem właśnie w takim, a nie innym miejscu.

S.C. Gdybyś mogła cofnąć czas, co byś zmieniła w swoim życiu? Kim byś teraz była? 

A.B.: Z satysfakcją mogę powiedzieć, że nic bym nie zmieniła. Mam 19 lat, mądrego męża. Moja książka znajduje się na półkach księgarni w całej Polsce, a ludzie, którzy ją czytali mówią mi, że zszokowało ich, że tak młoda osoba potrafi tak lekko, a zarazem mądrze pisać. To ogromna nagroda dla tak młodej kobiety. Przeszłości nie zmienię, więc brnę na przód. I staram się jak najmniej ranić ludzi, którzy potrafią zrozumieć mnie i moją niezależność.

S.C.: Tak pięknie piszesz o chorobie, śmierci. Jaki masz do niej stosunek? Ty – Ola.   

A.B.: Wierzę, że COŚ musi być dalej. Inaczej nasze powstanie nie miałoby jakiegokolwiek sensu, a cała wędrówka byłaby zbyt idiotyczna. Tak wiele wbrew pozorom w ludziach godności, że na pewno czeka na nas coś pięknego. Uważam, że rzeczywistość, w której teraz funkcjonujemy to zaledwie mgnienie oka. Prawdziwa pełnia egzystencji dopiero przed nami. Może dlatego uważasz, że pięknie piszę o śmierci.
A co do choroby – no cóż. Jesteśmy bardzo krusi. Nasze ciała są ułomne. Dobrze jest o tym pamiętać i mieć tę pokorę i nie robić z siebie na siłę gigantów.
Jednak choroby, które za szybko zabierają nam bliskich rodzą we mnie bunt. Nie potrafię się z tym pogodzić. Niesprawiedliwość, która wojuje tym światem potrafi mnie rozbić na kawałki. I robi to nieustannie.

S.C.: Czy mimo tej niesprawiedliwości z przeszłością można się rozliczyć? Zamknąć pewien etap życia jak książkę i zapomnieć? Mam wrażenie, że bohaterce nie udało się to do końca. Tęsknota pozostanie w niej na zawsze… 

A.B.: Każdy z nas jest inny. Jedni potrafią zamknąć pewne rozdziały i iść przed siebie nigdy już nie oglądając się wstecz. Nie obchodzi ich, co mają za swoimi plecami.
Ja tak nie potrafię. Wciąż pali mnie tęsknota za ludźmi, którzy kiedyś byli mi tak bliscy jakbyśmy byli jednym ciałem. I wiem, że ta tęsknota nigdy nie zgaśnie. Taka już jestem. Jednak nauczyłam się zbyt dużo o tym nie myśleć i pielęgnować teraźniejszość.

S.C.: Trochę za dużo smutku w tej naszej rozmowie, więc zmieńmy temat i może porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym. Jak pojmują szczęście współcześnie żyjący ludzie? Czego szukają rzucając się w wir pracy, chcąc być tu i tam? Wielozadaniowość jest teraz taka modna… 

A.B.: Nie umiem Ci odpowiedzieć na to pytanie, bo nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy żyją w sposób, jaki właśnie opisałaś.
Jak już wcześniej wspomniałam – dla mnie praca to służba drugiemu człowiekowi. Kocham niezależność. Nie umiałabym żyć z myślą, że muszę rano wstać do pracy, którą ktoś mi zlecił, a jeśli się nie pojawię, wyciągnie wobec mnie konsekwencje prawne. Mam to szczęście prowadzić życie, w którym to ja organizuję swój dzień. Wiem, że mało kto może sobie na to pozwolić. Wiem również, że jeśli takich ludzi jak ja byłoby wielu, to ciężko było by nam coś załatwić, bo nikt by nie chciał pracować na etacie.
Jednak nie zawsze tak było. Mając 18 lat sama zaczęłam się utrzymywać. Nie musiałam, ale chciałam. Jednak praca pod czyjeś dyktando szybko stała się dla mnie frustrująca i mnie wypalała.
Ludzie poświęcający całe dnie na pracę w korporacjach, które robią z nich worki pieniędzy, a nie istoty pełne godności to dla mnie abstrakcja. To marnotrawstwo swojego życia. Nie wszystko warto robić dla pieniędzy. Niestety, wielu ludzi dostrzega to zbyt późno.

S.C.: Albo niektórzy nie mają innego wyjścia, ponieważ np. zmusiła ich sytuacja, a też chcą godnie żyć, mieć to czy tamto albo wyjechać na wymarzone wakacje. Ja bym jednak tak nie kategoryzowała. Powróćmy jeszcze na moment do listów, ale trochę od strony futurystycznej. Gdybyś miała pozostawić list w butelce dla następnych pokoleń, co byś w nim napisała? 

A.B.: Jego treść byłaby banalna. Napisałabym ludziom, aby budowali swoje życie na dwóch filarach: szacunku i miłości. Jeśli potrafiliby kochać ludzi sobie bliskich, a także mieliby do nich – a przede wszystkim do siebie – szacunek i nikomu nie pozwoliliby się wtrącać we własne sprawy, to myślę, że byliby szczęśliwi.
O Bogu nic bym nie napisała. Zbyt mało wiem, by móc się wypowiadać w tak fundamentalnych kwestiach.


S.C.: Co będzie następne? Gdzie teraz skierujesz swoje pisarskie kroki? 

A.B.: Teraz pracuję nad dwoma powieściami. Równolegle. Jednak nad jedną z nich bez pośpiechu. Chcę ją wydać dopiero za kilka lat, kiedy nabiorę doświadczenia w kwestiach, które tam opisuję. Gdy przyjdzie mądrość, będę mogła skończyć pisać tę powieść. Wtedy będzie ona wiarygodna. Podobnie jak ja.
A teraz kwestia drugiej powieści. Mam nadzieję, że uda mi się ją dokończyć w tym roku. Mam zamiar ją wydać jako swoją drugą powieść.
A później tomik wierszy. Już czeka. Złożony. W końcu od tego zaczęła się moja przygoda z piórem – gdy miałam 7 lat.

S.C.: Życzę więc wielu pięknych słów oraz jeszcze ciekawszych opowieści i bardzo dziękuję za rozmowę. Było pięknie i niebanalnie, a masz dopiero 19 lat.
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: