Elżbieta Seredyńska: Pisarz musi tak wykreować bohatera, żeby ożył na kartach powieści

Elżbieta Seredyńska to kolejna autorka powieści fantasy, która przenosi swoich czytelników do świata mroku, aniołów, wampirów oraz krainy nieumarłych. Razem z pisarką zastanawiamy się, dlaczego ten gatunek w ostatnich latach zyskał aż tak ogromną popularność. Próbujemy rozwikłać problem kobiet w literaturze oraz żeńskich bohaterek. Seredyńska – po napisaniu „Sióstr półkrwi” wyjaśnia także, dlaczego woli czytać książki spod pióra mężczyzn. Będzie prawdziwie, szczerze i bez lukrowania. Bardzo się cieszę, że Wydawnictwo Alternatywne obdarzyło portal Kulturalne Rozmowy zaufaniem i zaprosiło do objęcia patronatem tego tytułu. Zapraszam serdecznie na niezwykłą rozmowę.  

  
Sylwia Cegieła: Zacznijmy naszą rozmowę zwyczajnie. Kim jest Elżbieta Seredyńska?

Elżbieta Seredyńska: Kim jestem? Trudne pytanie (śmiech). Bywam ekscentryczką – ładniejsze określenie dziwaka – co z jednej strony może wydawać się intrygujące, a z drugiej potrafi utrudnić kontakty interpersonalne. Każdego dnia się zmieniam, rozwijam albo cofam – zależnie, czy to dobry dzień (śmiech).

S.C.: Na swojej stronie napisała Pani, że prace nad „Siostrami Półkrwi” rozpoczęła Pani w 2008 roku. Mamy rok 2018 i premierę. Co spowodowało, że pisanie trwało aż całą dekadę?

E.S.: W 2008 roku powstał zarys fabuły „Sióstr półkrwi”, a raczej samego Piątego Wymiaru jako świata przedstawionego, świata alternatywnego do naszego. W pierwowzorze głównymi bohaterkami były ludzkie dziewczyny żyjące w świecie, który my – ludzie – znamy doskonale, czyli w XXI wieku w Krakowie i przeniesione do Piątego Wymiaru za pomocą teleportacji. Jak widać, to zupełnie inny koncept na powieść. Nie należy zatem zakładać, że „Siostry półkrwi” pisałam aż dekadę, ponieważ: pierwsze lata tworzyłam nie dość że zupełnie inną książkę, w której mianownikiem wspólnym był zaledwie świat przedstawiony, ale zarówno bohaterowie, jak i wątki z nimi związane były tam zupełnie inne niż w obecnej formie; to jeszcze mnóstwo innych form literackich gdzieś pomiędzy. „Siostry półkrwi” w takiej formie, w jakiej zostały opublikowane pisałam w roku 2012. Niemniej jednak to nie oznacza, że pracowałam nad tą powieścią sześć lat. Nic bardziej mylnego. Powieść powstała dość szybko – w zaledwie kilka miesięcy, po czym przestałam zupełnie nad nią pracować. Nie myślałam też poważnie o jej wydaniu. Wena u mnie działała trochę jak ocean. Były przypływy i odpływy – z przewagą odpływów, w których na długi czas zarzucałam w ogóle pisanie.

S.C.: Ile wersji w takim razie powstało? Czy nastąpił kryzys w którymś momencie pisania? Jak się wtedy Pani motywowała? 

E.S.: „Siostry półkrwi” są drugą wersją opowiadania o tym samym świecie, jednak tak różną od pierwowzoru, że nie wiem, czy akurat określenie „wersja” jest adekwatne. Kryzysem w pisaniu w ogóle – nie tylko przy okazji Sióstr półkrwi – była dla mnie choroba, pobyty w szpitalu i, w konsekwencji, ogólne zniechęcenie do twórczej pracy. Na kilka lat zarzuciłam pisanie beletrystyki, o jakichkolwiek planach wydawniczych już nie wspominając. Najtrudniejsze było zmotywowanie się do ponownej pracy nad tekstem, gdy zrodził się w mojej głowie pomysł na szukanie wydawcy. Po wielu latach przerwy w tworzeniu odniosłam wrażenie, że „Siostry półkrwi” napisała zupełnie inna osoba i że ja już nie mam z nią nic wspólnego, więc redagowanie i dokańczanie tego utworu było tym trudniejsze.

S.C.: Pierwsze wersy jakie kiedykolwiek Pani napisała powstały, gdy była Pani jeszcze dzieckiem, o czym wspominała Pani na stronie autorskiej. Czy już wtedy czuła Pani, że pisanie to nie tylko fanaberia, ale coś więcej? Jak to było w Pani przypadku?  

E.S.: Pierwszej „powieści”, nad którą zaczęłam pracować mając niespełna dziesięć lat, nie nazwałabym ani fanaberią, ani też wielkim zrywem pisarskich aspiracji. U mnie to było coś pomiędzy. Z jednej strony lubiłam tworzyć wymyślone scenariusze przygód mojej kotki i je spisywać i może to był już jakiś znak, że w przyszłości zwiążę się w jakiś sposób z pisaniem prozy, ale z drugiej strony nie zamierzam też dorabiać sobie fantastycznych motywacji, omenów i przeznaczenia w tej dziecięcej zabawie.


S.C.: Jak się Pani czuje teraz po napisaniu i opublikowaniu powieści? Jakie to uczucie mieć w rękach własne dzieło? 

E.S.: Opublikowanie pierwszej książki przez profesjonalne wydawnictwo, zobaczenie jej w papierowej wersji, z kolorową okładką, starannie złożonych tekstem, wzbudziło we mnie na pewno zachwyt, ale jednocześnie niepokój, czy dołożyłam wszelkich starań, by Siostry półkrwi były dobrą powieścią. Myślę, że przy debiucie takie ambiwalentne odczucia nie towarzyszą tylko mnie, ale i wielu autorom.

S.C.: Skąd pomysł na Sonię i Aiszę? Czy są one jedynie wytworem Pani wyobraźni? Czy jednak jakaś metafora, która ma swoje odniesienie do rzeczywistości? 

E.S.: Wyznaję zasadę, że pisarz musi tak wykreować bohatera, żeby ożył na kartach powieści, stał się istotą z krwi i kości, a nie papierowym narzędziem w rękach twórcy. Właściwie ja tylko oddałam kawałek swojej duszy tym bohaterkom, a gdy już ożyły, same zaczęły się przedstawiać w taki sposób, na jaki miały ochotę. Ktoś może uznać, że szaleństwem jest oddać fabułę bohaterom, ale w moim przypadku była w tym pewna logika. Próbowałam pisać pod wzór schematów, poradników pt. jak napisać dobrą książkę, etc., ale to nie dla mnie. Dla mnie pisanie to przede wszystkim sposób na indywidualne przedstawienie historii, którą się uważa za interesującą i wartą opowiedzenia. Nie żałuję, że rozwijałam warsztat pisarski, takim czy innym sposobem, ale na dłuższą metę nie umiałabym kierować się wskazówkami ekspertów. Może to ryzykowne zagranie i może sprawia, że „Siostry półkrwi” mają specyficzną strukturę i choćby fabularnie nie przypominają tego, do czego czytelnicy się przyzwyczaili. Już nawet prosty podział każdej powieści na wstęp, rozwinięcie i zakończenie w mojej książce wypada dość dziwnie. Nie wspominając o zwrotach akcji i innych chwytach pisarzy, które są powszechnie znane i stosowane prawie zawsze w beletrystyce. U mnie fabuła rozwijała się tak jak chciały tego główne bohaterki, bynajmniej nie zgodnie z jakimś misternym planem, który sobie wcześniej wyrysowałam na kartce. Czy Sonia i Aisza były kreowane na wzór jakiś znanych mi kobiet? Absolutnie nie. Tchnęłam jedynie w nie życie, resztą zajęły się one same.

S.C.: Skąd więc czerpała Pani inspirację? 

E.S.: Moją główną inspiracją była wyobraźnia. Od dziecka niejako żyłam fikcją, filmami, książkami, ustnymi opowieściami. Nie należałam nigdy do mitomanek – jestem na to za szczera, ale lubiłam fantazjować sama dla siebie. Zawsze miałam głowę pełną pomysłów, a ograniczeniem były tylko najdalsze zakątki mojego własnego umysłu. Oczywiście, jeśli już mam mówić o inspiracji z zewnątrz, to były nią wszelkie utwory artystyczne (nie tylko książki, filmy, ale też muzyka) i na pewno nie byłabym w stanie podać kilku konkretnych. Moja wyobraźnia od zawsze była jak plastelina, każdy bodziec, czy to piękna piosenka czy ciekawy motyw w książce, działa na nią jak palce formujące w dany kształt. Muszę przyznać, że wiele scen z książki zaczynało odtwarzać się w mojej głowie niczym film pod wpływem wzruszającej muzyki. Dlatego, gdybym miała się określić, to inspiracją (o dziwo) nie byłyby inne utwory literackie, a właśnie muzyczne. 

S.C.: Brzmi ciekawie. A za co ceni Pani swoje bohaterki? Którą postać było Pani najłatwiej opisać, a którą najtrudniej?

E.S.: Sonię cenię za postawę nonkonformistyczną, która, myślę, wymaga podziwu bez względu na świat czy rasę. Istoty rozumne i stadne – podobnie jak ludzie – ale też anioły i wampiry też wykazują te cechy, zawsze będą dążyć do akceptacji i podziwu otoczenia, tak jesteśmy zaprogramowani. Buntowanie się wobec odgórnie przyjętych zasad i norm społecznych, których według własnego sumienia się nie popiera, jest czymś, co wymaga nie tylko odwagi, ale i trochę szaleństwa. Sonia potrafi dużo poświęcić na rzecz wartości, w które wierzy. Nie godzi się na próżność i hipokryzję swojej rasy i potrafi to okazać czynami. Ona nie ucieka się tylko do pięknych, a zarazem pustych słów. Działa często na granicy ryzyka. Nie dba o swoją reputację czy przychylność możnowładców. Postępuje wedle własnej hierarchii wartości, bez względu na konsekwencje.
Aiszę cenię natomiast za olbrzymią samokrytykę, której większości z nas brak. Ona potrafi przedstawiać się w demonicznym świetle, choć wiele jej czynów pokazuje, że nie ma serca z kamienia. Do tego zabójcza mieszanka sarkazmu, buty i szaleństwa sprawia, że lubię o niej pisać, mimo że nie zawsze popieram jej zachowanie.
Najtrudniej przedstawia się postaci, które czytelnikowi nie są zbyt bliskie, czy to ze względu na małą ilość scen z ich udziałem czy to ze względu na wyjątkowo parszywy charakter. Chociaż nie mogę powiedzieć, żeby naprawdę trudno pisało mi się o którymkolwiek z bohaterów. Lubię ich różnorodność, skomplikowane charaktery i może dlatego nie dzielę ich w kategoriach „o tym dobrze mi się pisze, a o tym to już naprawdę ciężko”. Nigdy nie lubiłam jednoznacznych, szablonowych postaci, które w powieści mają stricte określoną rolę, dobrą albo złą. Moim zdaniem każda istota ma dualną naturę i postrzeganie kogokolwiek w kategoriach dobrego czy złego jest zbyt uproszczone.


S.C.: W Pani powieści dominują kobiety ze wszystkimi ich wadami i zaletami. Łatwiej się opisuje postać żeńską czy męską?

E.S.: Moim zdaniem kobiety często, acz nie zawsze, bywają dużo bardziej skomplikowanymi stworzeniami niż mężczyźni. Mnóstwo przykładów z życia pokazuje, że często dużo prościej jest się porozumieć z mężczyzną niż z kobietą. Możliwe że to wynika z faktu, iż kobiety traktują siebie nawzajem zawsze jak konkurencję i potrafią być poetycko wredne, czując zagrożenie. Do tego całe wieki kobiety były spychane na margines społeczny, zwłaszcza jeśli w grę wchodziła władza, co zmusiło tę płeć do doskonalenia sztuki intryg, zawoalowanych gierek i wykorzystywania nie zawsze czystych chwytów, by tak naprawdę na cokolwiek mieć wpływ. Myślę, że to kultura patriarchalna i przymus kombinowania sprawiły, iż kobiety najczęściej mają dużo bardziej złożone osobowości od mężczyzn. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że opisywanie kobiecej bohaterki to dość grząski grunt, a do tego studnia bez dna. Męski bohater – przynajmniej ten zdrowy psychicznie – będzie zachowywał się bardziej przewidywalnie, jeśli już poznamy jego charakter, temperament i wartości. Kobieta – nieważne jak dobrze ją znamy – zawsze może wyjść ze schematu przewidywalnych zachowań w danej sytuacji. Myślę, że mężczyźni mają podobne zdanie i nie bez kozery uważają, że dużo kobiet ma huśtawki nastrojów, których nawet nie sposób zawsze wytłumaczyć hormonami (śmiech).

S.C.: Bardzo trafne spostrzeżenia i, niestety, muszę się z Panią zgodzić. A czy pisząc „Siostry Półkrwi” znała już Pani zakończenie? Czy jednak pracowała Pani nad nim dopiero jak przyszła pora?

E.S.: Pisząc „Siostry półkrwi” nie miałam misternie utkanego planu fabuły, więc i zakończenie nie było dla mnie oczywiste.

S.C.: Przenosi Pani czytelnika do świata anielic i wampirów. Poznajemy nieśmiertelnych i upadłych. Dlaczego nie napisała Pani książki, w której byłoby chociaż odrobinę świata realnego? 

E.S.: Miłośnicy fantastyki sięgają po nią z jakiś powodów. Myślę, że większość z nich szuka w fantastyce alternatywnego świata, życia, bohaterów. Prozę rzeczywistości zostawiam poza swoją twórczością. Nigdy nie fascynowałam się literaturą faktu, poza może powieściami historycznymi, dlatego nie czuję potrzeby pisać powieści, która ma jakiekolwiek korzenie w naszym świecie. Cała przyjemność opisywania fantastycznych krain polega na tym, że właśnie one nie mają żadnego związku ze światem, w którym żyję.

S.C.: Idąc tym tropem, czego brakuje Pani we współczesnym świecie, że zdecydowała się Pani na taką właśnie tematykę – fantazję, magię, czary i mrok. Co chce Pani sobie albo swoim czytelnikom zrekompensować? 

E.S.: Przede wszystkim w realnym świecie nie do końca akceptuję wszystkie prawa fizyki (śmiech). Nie dość, że fizyka nigdy nie należała do moich ulubionych przedmiotów, to jeszcze tak mnie ogranicza w życiu… Skoro ludzie nie mogą latać (ja nawet po kilku Red Bullach nie dostałam skrzydeł), czary i magia jako takie nie występują, a wieczna młodość to utopia, to jedyne co mogę, to pisać o tym. To jedyna rekompensata okrucieństwa sztywnych zasad fizyki tego świata.

S.C.: Lubi Pani pisać o okrucieństwie, śmierci bohaterów czy jednak traktuje to Pani jako nieodłączny element fabuły? Co Pani czuła, gdy Pani pisała np. o wampirach wysysających krew ze swoich ofiar? 

E.S.: Samo pisanie o okrucieństwie czy śmierci nie sprawia mi radości, co – na szczęście – jasno pokazuje, że nie mam zapędów socjopatycznych. Traktuję to jako obowiązek, by w miarę realistycznie odtworzyć świat, o którym piszę. Możliwe, że przez nadmierne oglądanie horrorów widok krwi – czy to na ekranie, czy w wersji papierowej – nie robi na mnie wrażenia. Nie podchodzę zbyt emocjonalnie do scen, które opisuję. Potrafię rozgraniczyć fikcję artystyczną od codzienności. W życiu osobistym jestem bardzo wrażliwa i chyba wiele osób z najbliższego otoczenia zadziwiłam mrocznością tego świata. Niewątpliwie nie pisałam o tęczowej krainie z kucykami pony, więc okrucieństwo było nieodzowną częścią tej historii.


S.C.: Wielu czyta, aby uciec od rzeczywistości, od problemów i zatopić się w czyimś życiu chociaż na moment. A jak Pani traktuje swoje pisanie?  

E.S.: Dla mnie przygoda z pisaniem to była przede wszystkim ucieczka od codzienności, którą nie zawsze akceptowałam. Pisanie dawało mi wybór, gdzie i z kim chcę spędzić daną chwilę. W codziennym życiu często trzeba iść na kompromis, albo – co gorsza – wybierać mniejsze zło. Wybór nie zawsze jest tak łatwy, w jakim byśmy chcieli go dokonywać.

S.C.: Kto powinien przeczytać „Siostry Półkrwi”? Czego Pani oczekuje od czytelników powieście fantastycznych? 

E.S.: Chciałam stworzyć unikatowy świat, jednocześnie pełen uniwersalnych prawd, które czytelnicy będą w stanie ocenić na postawie własnych doświadczeń. Z zamysłu dedykowałam tę książkę fanom fantastyki, którym znudziły się sztampowe tematy i wyblakłe po dekadach pomysły, które pisarze na siłę próbują wskrzeszać w nieco odświeżonej wersji. 

S.C.: Czy zamierza Pani napisać kolejne książki? Jeśli tak, to co to będzie?

E.S.: Na razie mam chwilowy przestój w twórczym gospodarowaniu swoim czasem, który pewnie wynika z różnych zawirowań w życiu osobistym. Mam nadzieję, że szybko uda mi się wrócić na właściwy tor, jeśli chodzi o pisanie i będę, oczywiście, kontynuować losy bohaterów z „Sióstr półkrwi”. Następnie chciałabym dokończyć autobiografię o trudach życia z chorobą, niemniej, priorytetem jest jednak dopowiedzenie historii Sonii i Aiszy.

S.C.: Dlaczego ta fantastyka się u Pani pojawiła? Łatwiej się sprzedaje? Jest popularna? 

E.S.: Gdy zaczynałam pisać, fantastyka była jedyną formą, w której się odnajdywałam jako autorka. Nie przejmowałam się szczególnie tym, czy akurat ten gatunek jest na topie czy nie. Nie miałam nigdy obszernej wiedzy w zakresie marketingu, więc kalkulacje finansowe nie były nigdy dla mnie motorem w twórczości. Myślę, że dużo większy biznes można dzisiaj zrobić, pisząc kryminały, ale dla mnie pisanie to przede wszystkim odskocznia od codzienności, dlatego fantastyka niejako sama mnie wybrała z wiadomych powodów.

S.C.: Co fantastyka daje Pani jako człowiekowi i autorce? 

E.S.: Fantastyka daje mi możliwość opowiedzenia historii, która w naszym świecie nie mogłaby zaistnieć ze względu na wiele ograniczeń, chociażby tej niedobrej fizyki (śmiech). Jako człowiekowi fantastyka daje mi możliwość uwolnienia się od pęt realnego świata, z jego bardzo jasnymi prawami i defektami. Jako autorce daje mi swobodę w tworzeniu. W fantastyce nie trzeba hamować wyobraźni. Można dać jej rozwinąć skrzydła i to uwielbiam najbardziej. Wolność. W każdym aspekcie.

S.C.: Co jest najważniejsze, a może raczej najprzyjemniejsze w pisaniu? A co jest najtrudniejsze? 

E.S.: Najważniejsza, a zarazem najprzyjemniejsza w pisaniu jest autentyczność i to – wbrew pozorom – także w fantastyce. Jeśli autor sam nie bardzo wierzy w prawdopodobieństwo istnienia opisywanego przez niego świata, bohaterów czy wydarzeń, to opowieść – koniec końców – będzie płaska. Myślę, że najwięksi twórcy fantastyki musieli choć odrobinę wierzyć w to, że może gdzieś…, w innej galaktyce… (śmiech) Ta wiara w możliwą autentyczność jest chyba też najtrudniejsza w pisaniu, ponieważ są momenty, kiedy nawet pisarzowi zakręconemu na punkcie co dziwniejszych pomysłów, świat realny jednak przeszkadza w puszczaniu wodzy fantazji. 

S.C.: Jak Pani sądzi, dlaczego fantastyka w ostatnich latach tak szybko się rozwinęła? 

E.S.: Sądzę, że im większy postęp naukowy i technologiczny, im mniej przed ludźmi tajemnic kryje wszechświat w całości, albo samo życie na Ziemi czy konkretniej człowiek, tym większa chęć fantazjowania o tym, co nierealne czy choćby nieudowodnione przez naukowców. To chyba takie buntowanie się przeciwko systemowi faktów i mitów.

S.C.: Czy „Siostry półkrwi” można zaliczyć tylko do literatury kobiecej? Lubi Pani w ogóle nadawanie literaturze etykiet, np. literatura dla kobiet, dla mężczyzn…? 

E.S.: Hmmm, ciężko mi powiedzieć, czy „Siostry półkrwi” są literaturą kobiecą. Jako ciekawostkę przytoczę fakt, że w różnych testach wychodziło mi, że mam bardziej męski mózg, a co za tym idzie, nie do końca potrafię myśleć tak jak większość kobiet. Coś w tym jest, gdyż „Siostry półkrwi” to nie żaden romans w fantastycznych wydaniu, którymi lubią zaczytywać się znudzone zwykłym związkiem kobiety. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że na pewno nie piszę w typowo męskim stylu, ponieważ jestem w końcu kobietą. Starałam się złapać jakąś przestrzeń pomiędzy typowo kobiecą a typowo męską narracją. Czy to mi się udało? To pytanie bardziej do czytelników. Osobiście nie lubię etykiet. Jeśli chodzi o fantastykę, polską czy zagraniczną, większą słabość mam do męskich autorów, natomiast, miałam też etapy w życiu, w których zaczytywałam się klasycznymi romansidłami pisanymi przez kobiety, więc najważniejsze to być otwartym na wszystko, a najgorsze co można zrobić, to żyć utartymi schematami.

S.C.: To prawda. Jak już sobie tak otwarcie rozmawiamy o kobietach to nie sposób nie zauważyć, że obecnie coraz więcej autorek wydaje fantastykę. Dlaczego? Kobiety mają inne predyspozycje do pisania o wampirach, magii niż mężczyźni, których jednak bardziej Pani ceni w tej kategorii pisarzy? 

E.S.: Ja osobiście znam więcej męskich autorów fantastyki niż kobiecych, ale, oczywiście, statystyk nie sprawdzałam. Męscy autorzy w tym gatunku wydają mi się bardziej godni uwagi, ponieważ przede wszystkim piszą z reguły o akcji, w której tle ewentualnie może zaistnieć jakiś tam wątek miłosny, natomiast kobiety zbyt „harleqinizują” ten gatunek, co mnie osobiście najczęściej drażni. Sama nie unikałam wątków romansowych w „Siostrach półkrwi”, ale trend na romanse z wampirem w tle czy jakimś innym zjawiskiem fantastycznym to nie jest coś, co mnie osobiście szczególnie podnieca. Myślę, że autorkom-kobietom dużo trudniej zepchnąć wątki romansowe na boczny tor i skupić się na całokształcie świata fantastycznego oraz bohaterach i intrygach, trzymając jednocześnie w tle nieszczęśliwych kochanków. To chyba największy minus według mnie. Mężczyźni z reguły nie mają z tym problemu i to mi się podoba.

S.C.: Myśląc literatura kobieca mamy na myśli jednak poradniki kulinarne, romanse. Czy to nie krzywdzące? 

E.S.: Takie stereotypy, oczywiście, są krzywdzące, ale kobiety same się do tego przyczyniają, choćby zbyt intensywnie skupiając się w książkach na wątkach romansowych, tak jakby oprócz miłości romantycznej między kobietą a mężczyzną, nie było nic innego godnego uwagi pisarza. Na pewno są kobiety, które potrafią pisać o różnych tematach, gdzie wątki romansowe są tylko częścią całości, ale – nie czarujmy się – dużo z nich za bardzo zanurza się w świecie uczuciowym bohaterki, która całe swoje „ja” skupia wokół jakiegoś tam bohatera, najlepiej buntownika.

S.C.: Skoro już wiemy, że woli Pani czytywać męskich autorów, to proszę jeszcze zdradzić którzy z tych autorów piszących fantastykę i nie tylko są dla Pani inspirujący? 

E.S.: Doceniam kunszt pisarski wielu autorów – nie tylko piszących fantastykę – zarówno ich styl narracji, jak i same pomysły, ale zawsze starałam się zachować dystans jeśli chodzi o inspirację. Myślę, że zbyt wielkie uznanie dla konkretnego autora, zwłaszcza gatunku, w którym sama piszę, mogłoby skończyć się koślawym naśladownictwem. Z tego też względu wolę czerpać inspirację z innego obszaru artystycznego, jakim jest muzyka. 

S.C.: Czy według Pani pisarz różni się od tzw. „zwykłych” ludzi? Jeśli tak, to czym? 

E.S.: Pisarz to po prostu artysta, a jak wiadomo, większość artystów, ale nie tylko pisarzy, bywa nieco inna od „zwykłego” człowieka. Najczęściej ma to związek z ekscentryzmem w sposobie bycia i postrzegania świata. Dużo artystów też ma problemy, które od „normalności” trochę ich odgradzają, jak chociażby choroby psychiczne. Ja osobiście nie czuję się wyjątkowa przez to, że piszę. Raczej wiem, że od dziecka bywam „inna”, ale nie wiem, czy to bezpośrednio ma związek z jakimiś artystycznymi aspiracjami.

S.C.: Obecnie wydaje się więcej książek niż człowiek jest w stanie przeczytać. Czy więc uważa Pani, że w literaturze możliwy jest jeszcze sukces? Jak autorka taka jak Pani rozumie te słowo? Co dla Pani będzie sukcesem? 

E.S.: Na pewno sukces na rynku wydawniczym, zwłaszcza polskim, trudno jest osiągnąć. Dla mnie sukces to nie napisanie bestsellera i zbicie na tym kokosów. Największym sukcesem w tej branży byłoby dla mnie utrzymywanie się z pisania, czyli traktowanie tego jako pracy zarobkowej połączonej z pasją, a nie tylko jako hobby.

S.C.: Myśli Pani o pisaniu w kontekście późniejszej ewentualnej kariery? Czy jednak będzie to zawsze hobby? 

E.S.: Jeśli uda mi się zrobić karierę pisarską, to będzie duże osiągnięcie. Nie zamierzam jednak rezygnować z pisania, jeśliby to miało pozostać tylko w ramach hobby.

S.C.: Obecnie promocja literatury w dużej mierze opiera się na mediach społecznościowych, współpracy z blogerami oraz ogólnie jest związana z technologią. Jak Pani na to patrzy jako pisarka?
 
E.S.: Mimo nowoczesnej technologii, próbowałam pisać ręcznie, tak jak dawni pisarze i muszę przyznać, że wygoda XXI wieku uczyniła nas bardzo słabymi i leniwymi, ponieważ ja po większej dawce weny i pisaniu non stop przez kilka godzin, myślałam, że straciłam czucie w ręce (a niestety umiem pisać tylko prawą, więc o zmianie nie było mowy). Dlatego doceniam postęp i pisanie na komputerze. To bardzo efektywne narzędzie z czysto praktycznego punktu widzenia. Jestem zwolenniczką zachowania umiaru w korzystaniu z Internetu, ale uważam, że nie ma nic złego w promowaniu tradycyjnych książek, papierowych, właśnie poprzez portale społecznościowe, blogi, itd. To pomocne, że w krótkim czasie można dotrzeć do dużego grona odbiorców bez ograniczającej nas odległości czy czas.

S.C.: Bardzo dziękuję za ciekawą i szczerą rozmowę. Mam nadzieję, że niebawem ukaże się kolejna część i jeszcze lepiej poznamy losy Soni i Aiszy. 
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: