Hanna Bakuła: Pisanie jest moim oddychaniem

Hanna Bakuła słynie ze swych szczerych i kontrowersyjnych opinii na temat kobiet i społeczeństwa. To jedna z najoryginalniejszych malarek polskich, która nie boi się krytyki i pokazywania prawdziwego oblicza w swoich dziełach. W dorobku ma również ponad dwadzieścia książek, w których pisze o miłości, związkach oraz seksie bez ogródek i zbędnego nadęcia. Niedawno znów wydała kolejną powieść, której bohaterką jest Molly – artystka oraz zdeklarowana singielka, która jednak postanowiła się związać naukowcem. Co z tego wyszło? Przekonacie się, gdy sięgniecie po Obłęd Singielka i Otello. Z tej też okazji na portalu Kulturalne Rozmowy mam przyjemność podpytać artystkę, co sądzi o współczesnym społeczeństwie, kobietach, feminizmie oraz życiu artysty w Polsce.  




Sylwia Cegieła: Jest Pani osobą o dość śmiałych poglądach, ale nie wulgarną jak wielu „komentatorów”. Jak się żyje w Polsce takiej osobie? Dostała Pani kiedyś jajkiem za swoje słowa? Przejmuje się Pani w ogóle opinią innych na swój temat? Co Pani sądzi o hejcie i poziomie dyskusji w mediach? 

Hanna Bakuła: To kilka pytań w jednym. Jajkiem nie dostałam. Nie spotykam się z żadną agresją w kontaktach osobistych. Nie jestem na Facebooku, ani na innych tego typu zmorach internetowych, które by mnie stresowały. Opinia innych mnie obchodzi, ale to muszą być osoby, które cenię i mi się podobają pod każdym względem. Póki co, żyje mi się w Polsce świetnie, ale wszędzie mam to samo. Jestem elastyczna i odważna.

S.C.: Co jest Pani największym atutem? Za co może się Pani pochwalić? Za co lubi siebie Hanna Bakuła?

H.B.: Nie należę do osób sobą zachwyconych. Lubię się za poczucie humoru i to, że jestem dobra, jakby to nie zabrzmiało. Myślę, że w Ameryce nauczyłam się nawiązywać kontakty z ludźmi, co jest proste. Oni to mają we krwi. Kluczem jest uśmiechanie się i mówienie cześć, jeśli znajdujemy się jakoś obok siebie – nawet do osób, których nie znamy. Kiedyś był taki zwyczaj w górach, że ludzie się serdecznie pozdrawiali. Amerykanie mają to na co dzień.

S.C.: Najpierw było malarstwo, a pisarką stała się Pani później. Czym dla Pani jest pisarstwo?

H.B.: Nauczyłam się pisać, jak miałam 4 lata, czyli w tym czasie, kiedy zaczęłam malować. Jako dziecko pisałam długie listy do rodziny z wakacji, ale i wierszyki, jak każda nastolatka. Czyli, kiedy dostałam propozycję z pisma Sukces i Twój Styl. Pisać umiałam, tylko nie przyszło mi do głowy, że będę to robiła zawodowo. Pisanie jest moim oddychaniem. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania, ale bez malowania też nie.

S.C.: Czy w Polsce artysta ma łatwe życie? Pytam z perspektywy kobiety, która wiele lat tworzyła też w Ameryce. Gdyby Pani miała porównać te dwa życia, jakie refleksje się Pani nasuwają? 

H.B.: Artysta ma inne życie niż inżynier czy bankowiec, bez względu na to, gdzie mieszka. Dobry artysta zawsze da sobie radę, tak jak dobry komputerowiec, muzyk czy lekarz. Dotyczy to wszystkich dziedzin sztuki, bez której świat nie mógłby istnieć i należy o tym pamiętać. Wszystko, co nas otacza, wszystkie przedmioty – nawet najbanalniejsze – są projektowane przez artystów, nie mówiąc o reklamie, architekturze, pociągach i samolotach, opakowaniach i ubraniach. Jesteśmy niezbędni, ale u nas szczególnie, często się o tym zapomina. 

S.C.: Co spowodowało, że zdecydowała się Pani poświęcić swoje życie sztuce? 

H.B.: Sztuka – moja na nią wrażliwość, no i wychowanie, ponieważ w domu byłam zawsze wspierana. Kiedy pierwszy raz byłam w teatrze kukiełkowym i zobaczyłam dekoracje oraz uszyte z pluszu zwierzaki, które się ruszały, zaczęłam płakać z zachwytu i nie spałam całą noc. Nie mówiąc o zespole Mazowsze. Rysowałam tancerki przez rok i żądałam takich strojów jak one.


S.C.: W jednym z wywiadów wspomniała Pani, że o Polsce myśli ze smutkiem. Dlaczego? Co Panią irytuje w Polakach, w naszym kraju? 

H.B.: Szkoda mi Polaków, którzy są pogubieni i potrafią żyć tylko we wspólnocie plemiennej, nie mając serca do niczego, co bezpośrednio nie dotyczy ich i ich rodziny. Jesteśmy ksenofobami i mamy coraz mniejsze poczucie humoru i tolerancję. Poruszamy się na tle Europy ruchem wstecznym. No i nie dbamy o artystów, a bez nich nie ma cywilizacji. Disco Polo nie załatwi sprawy.

S.C.: Co to znaczy, że jest Pani soft-feministką?

H.B.: To trochę żart, podobnie jak określenie soft drink. Feministką jest każdy, kto uznaje równość praw zarówno kobiet, jak i mężczyzn do wszystkiego. Skrajny feminizm chce, aby kobieta była traktowana jak facet, a ja myślę, że dostawanie kwiatów, samochodów i futer nie jest w tak złym guście jak to jest uważane przez hard feministki. To żart, ale każda przesada jest bez sensu. Kobiety muszą wywalczyć równe prawa do końca. Nawet w naszym zaścianku.

S.C.: Molly – zdeklarowana singielka, kobieta niezależna nagle się jednak zakochuje i stara się dopasować do siebie naukowca. Wprowadza w swoje środowisko. Pokazuje jak żyje w nadziei, że uda się jej go zmienić. Czy to nie jest zbyt egoistyczne lepić człowieka na swój obraz? Przecież to dwa różne światy…  

H.B.: Miłość jest ślepa, ale i głupia jak but. Gdybyśmy myśleli racjonalnie, nigdy byśmy się nie zakochiwali, ponieważ z tego są przeważnie kłopoty. Molly wierzy, że jej świat jest ciekawszy od sflaczałej, naukowej rzeczywistości Docenta, dlatego go zmienia, a on protestuje tylko na początku, potem jest zachwycony. Lepienie drugiej osoby jest fascynujące i bardzo twórcze. Czy ktoś jeszcze pamięta o Pigmalionie. Jak nie. To trzeba zobaczyć w Google.

S.C.: Dlaczego bohaterka Pani powieści, mimo że tkwi w dość toksycznej relacji, nie potrafi się z niej wyplątać? Jest przecież kobietą niezależną, ale jednak nie potrafi… 

H.B.: Nie potrafi, bo miłość odbiera rozum i poczucie logiki. W tym związku ona jest ofiarą, ponieważ wlecze za sobą kłodę i tego nie zauważa. Silne kobiety bardzo często są ofiarami byle jakich facetów.

S.C.: Coś faktycznie w tym jest. Dlaczego artystka wybiera naukowca? Co takiego ciekawego w nim zauważyła? 

H.B.: Artystka z mojej książki jest intelektualistką a nie tylko malarką. Czyta, bywa, podróżuje. Naukowiec jest dla niej wyzwaniem, gdyż jest inny i ma coś do powiedzenia. Rozum jest silnym afrodyzjakiem dla obu płci. Choć nawet mądrzy mężczyźni wolą głuptaski. Wystarczy jedna inteligentna osoba w związku i powinien to być mężczyzna. Prawda?

S.C.: Nie do końca się z Panią zgodzę. Uważam, że jednak w obecnych czasach bardziej zwraca się uwagę, co kobieta ma do powiedzenie niż czy ładnie wygląda. Kim jest bohaterka z Pani powieści? Czy to jest właśnie obraz kobiety naszych czasów?  

H.B.: Bohaterka moich powieści – Molly, to nowocześnie myśląca, bezpruderyjna, odważna i pracowita dziewczyna obdarzona talentem oraz poczuciem humoru. Połowa by wystarczyła. To, co jest zaletą w nowoczesnych, otwartych społeczeństwach, uważa się za ekstrawaganckie i skandaliczne w naszej rzeczywistości mającej korzenie w katolickim społeczeństwie XIX wieku.

S.C.: Czyli kobiety w Polsce są teraz mniej naiwne niż były kiedyś? Mam wrażenie, że oczekują więcej, mają większą świadomość tego, że więcej mogą, ale jednak nie wszystkie potrafią to wykorzystać. 

H.B.: Są dwa rodzaje kobiet. Te z dużych, otwartych miast oraz te z miasteczek czy wsi, gdzie są na widelcu całej społeczności, która w Polsce bywa skrajnie nietolerancyjna i zamknięta na jakakolwiek logikę. Dogmaty, nakazy, rozkazy i zmuszanie kobiet do podporządkowania się średniowiecznej obyczajowości powodują, że kobieta na prowincji musi się podporządkować i jeszcze udawać, że wszystko jest w porządku. Dlatego mniej naiwne powinny uciekać. Kwestia odwagi i pomysłu.


S.C.: Napisała Pani dotychczas ponad 20 książek. Dlaczego zabrakło wśród nich autobiografii, a pisze Pani jedynie książki, w których przemyca tylko fragmenty z własnego życia? Nie łatwiej byłoby napisać książkę o sobie dosłownie? Teraz wszyscy piszą biografie. To takie modne… 

H.B.: Te autobiografie zawsze trochę kłamią. Intuicyjnie autor się wybiela i udaje kogoś innego. Biografię napiszę, ale jeszcze nie teraz. Wszystko przede mną. Mam na myśli plany artystyczne, ale i życiowe. Po napisaniu biografii powinno się zniknąć, a ja nie chcę.

S.C.: Jest Pani kobietą o niezwykle silnej osobowości, pisze książki, maluje. Czy Hanna Bakuła ma jakieś słabości? Jest coś, czego nie potrafiłaby Pani zrobić?

H.B.: Jest mnóstwo rzeczy, których nie potrafiła bym zrobić. Wyliczę kilka. Skoczyć ze spadochronem,  być grotołazem, tańczyć ze spoconym obcym facetem, jeść mięso i słuchać disco polo. Jest tego mnóstwo, ale to mi przyszło do głowy w pierwszej chwili.

S.C.: Chyba też bym nie potrafiła tego zrobić (śmiech). Chciałabym teraz porozmawiać o Pani malarstwie. Co daje Pani możliwość portretowania ludzi? 

H.B.: To nie mnie daje tylko modelom, gdyż to najprostszy sposób na przejście do wieczności. Przecież moje portrety już wiszą w muzeach. Portret to moja, wzbogacona o indywidualną wrażliwość wersja modela, który zwykle sporo się o sobie dowiaduje i zawsze jest mi wdzięczny. Reklamacji nie mam.

S.C.: W czym tkwi klucz do stworzenia dobrego portretu wg Hanny Bakuły?  

H.B.: W tym, że się umie malować. Samo się rysuje i maluje, jak ma się świadomość tego, co się robi i umie patrzeć oraz, oczywiście, myśli.

S.C.: Co takiego jest w ludzkiej twarzy, że się nią Pani fascynuje?

H.B.: To dziwne pytanie. Domyślam się, że chce się Pani dowiedzieć, co mnie jako artystkę interesuje w twarzy modela. 

S.C.: Tak, właśnie tego chcę się dowiedzieć. 

H.B.: Interesuje mnie wyraz osoby, pewna szczurzość, nos i wyraźne usta. Umiem wyłapać co lepsze kąski. Mam do tego talent, acz gust mam nietypowy.

S.C.: Oprócz portretów maluje Pani również erotyki, pejzaże. Z czego wynika ta wielotematyczność? 

H.B.: Wszystko, co robię, wynika z tego, na co mam ochotę. Nie ma różnicy między człowiekiem a pejzażem. Rysuje się tak samo. Garnek też może być piękny, ponieważ uroda i piękno musi być w artyście.

S.C.: Wielu wyrabia sobie status specjalisty w jednej kategorii, a Pani jednak potrafi namalować wszystko. Czy jest coś, czego nigdy by Pani nie namalowała?

H.B.: Nie namalowałam nigdy robala i mechanizmu maszyny, niczego co ma kąt prosty i jest ponure.

S.C.: Co rozbudza w Pani kreatywność? Czy ma Pan jakiś własny rytuał, według którego Pani postępuje?

H.B.: Nie mam żadnych rytuałów w niczym. Wydają mi się pretensjonalne. Wszystkie! Nie improwizuję, ponieważ od pierwszej chwili wiem, czego chcę i po prostu wykonuję pewną pracę twórczą, tak jak pianista, który gra z nut. Moimi nutami jest wizja i świadomość tego, czego chcę. Tak sobie równo idę do celu i w trakcie miewam tylko minimalne wątpliwości.
fot. Sebastian Skalski
S.C.: Pani obrazy są przesycone kolorami, karykaturalne i satyryczne. Sama Pani stwierdziła, że gust ma nietypowy. Ja w tym obrazach widzę też trochę bunt, krytykę. Przeciwko czemu się Pani buntuje, co wyśmiewa? Skąd ta fascynacja Witkacym u Pani? Jak Pani sama scharakteryzuje swoją twórczość? Czy można ją określić jednym zdaniem? 

H.B.: Fajne pytanie, sto w jednym. Nie fascynuję się Witkacym, ale go bardzo cenię. Choć z kolorem miał kłopoty, w przeciwieństwie do mnie. Nie umiem odpowiedzieć, dlaczego robię to, co robię. To są sprawy metafizyczne i nigdy osoba nie tworząca nie zrozumie artysty, co jej tylko wyjdzie na dobre.

S.C.: Nie będę próbować (śmiech). Czy ma Pani jakiś szczególny obraz, który zajmuje honorowe miejsce w Pani domu?

H.B.: Na honorowym miejscu wisi lustro, bo artyści są narcystyczni.

S.C.: Wiele razy to już słyszałam. Co Pani sądzi o talencie w sztuce? Czy jest najważniejszy? Teraz mnóstwo osób chce coś osiągnąć, uważają, że mają talent do czegokolwiek. Psują rynek.   
H.B.: Sztuka i talent to nierozerwalna całość. Wie to każda osoba obcująca z twórcami. Bez talentu nie ma sztuki. Wtedy powstaje tylko szkodliwy kicz.

S.C.: Czy w którymkolwiek momencie działalności artysta może o sobie powiedzieć, że jest człowiekiem spełnionym? Czy u Pani te spełnienie już nastąpiło? 

H.B.: Jakby nastąpiło, to już bym miała wystawę pośmiertną. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie przyzna się do tego, że się spełnił do końca, ponieważ to oznacza wypalenie. 

S.C.: Czego życzyć artystce z tak ogromnym dorobkiem malarskim i pisarskim? Czy jest jeszcze coś, o czym Pani marzy?

H.B.: Marzę, żeby społeczeństwo doceniło rolę sztuki we wszystkich aspektach i pamiętało, że świadome tworzenie odróżnia nas od zwierząt. Proponuję hasła: „Cała Polska do Galerii!”, Cała Polska czyta dorosłym” i „ Cała Polska tańczy”. Na śpiew nie nalegam.

S.C.: Ja też nie będę nalegać. Bardzo dziękuję za niezwykle inspirującą rozmowę. Życzę wielu ciekawych tematów do pisania i malowania.
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: