Maja Chmiel: Nie wybaczę sobie tego, że tak bardzo zawiodłam

Maja Chmiel – autorka młodego pokolenia, która zadebiutowała powieścią "Sięgając marzeń" poruszającą ważne aspekty życia. Jej publikacje cechuje jednak dużą dawka humoru i niecodzienne podejście do najtrudniejszych tematów. Jak sama twierdzi, ma w sobie coś z dziecka, czemu daje upust w jej ostatniej książce pt. „Wyjątkowi są wśród nas” zawierającej kilka opowiadań dla dzieci oraz dorosłych tłumaczących w prosty sposób problemy związane z tolerancją, innością czy niepełnosprawnością. Z pisarką rozmawiam na stronie Kulturalne Rozmowy będącej patronem medialnym tytułu również o ostatnich wydarzeniach, czyli proteście, historii małego Alfie’ego, aborcji oraz programie rządowym Za życiem. Zapraszam. 


Sylwia Cegieła: Zacznijmy standardowo. Proszę opowiedzieć trochę o sobie moim czytelnikom.

Maja Chmiel: Jaka jestem??? Ciężko mówić o sobie samej, przedstawić w kilku zdaniach… Hmm! Jestem zwykłą, niczym się nie wyróżniającą osobą. Tak naprawdę nie lubię zbytnio rzucać się w oczy. Z duszą marzycielki, która raz na jakiś czas chętnie zachomikuje się w zaciszu własnego domu z dobrą książką przy nosie. Staram się cieszyć każdym dniem, brać z niego, ile tylko mogę, czerpać jak najwięcej… Życie mnie tego nauczyło. Patrzę w „jutro” optymistycznie i często uśmiecham się do własnych myśli. Zawsze powtarzam, że szkoda życia na łzy, chowane urazy i choć los troszkę namieszał w tym moim życiu, to się nie poddaję.
Znajomi mówią o mnie uparciuch z bujną wyobraźnią. Odbieram to jako zaletę (śmiech)! By pisać, trzeba posiadać konkretny bagaż wyobraźni, upór. No cóż…, gdyby nie on, nie wydałabym kolejnej już książki.

S.C.: Kim są ci „wyjątkowi” z Pani książki? Jaka jest według Pani definicja wyjątkowości?

M.Ch.: „Wyjątkowi” bohaterowie to zwykłe osoby, ludzie tacy jak my, żyjący blisko obok nas, w istnienie których „wpisała się” choroba, niepełnosprawność, „inność” i którym przyszło walczyć z o wiele większymi przeciwnościami losu, trudami codzienności.
To chłopiec mieszkający pod numerem 12 na pierwszym piętrze w pocie czoła pokonujący każdego ranka drogę do szkoły. Kilkuletnia dziewczynka codziennie chodząca z mamą na spacer do parku i słuchająca jak ta ukochana osoba pięknie „maluje” słowami obraz otaczającego ją świata. To człowiek podążający przez życie wg twardo przyjętych schematów, wyuczonych nawyków. To moi bohaterowie. „Wyjątkowi”, pełni nadziei, że jednak warto. To osoby uparcie walczące z własną chorobą, niepełnosprawnością, lękami.
Pyta Pani, jakbym zdefiniowała wyjątkowość? W tym słowie zawarte jest wszystko. Nadzieja, że – pomimo przeciwności losu – da się radę. Wiara, która w końcu pozwoli przezwyciężyć strach, stanąć na nogach o własnych siłach, oczyma wyobraźni dostrzec zaledwie błękitne niebo – wręcz cały świat. Wyjątkowość to ogromne dobro powracające niczym bumerang. To sens walki o jutro, chwile przetrwania dzisiaj i jedynie wspomnienie tego, co wczoraj.

S.C.: Pisze Pani książki zaangażowane ze względu na syna chorującego na Zespół Downa. Trudno jest o tym pisać? Otworzyć siebie i poruszyć wyobraźnię tak, aby nie były to jednak publikacje epatujące litością, bólem i cierpieniem? 

M.Ch.: Mój debiut „Sięgając marzeń” jest pozycją z całkiem innej półki aniżeli „Zespół Downa… trudniejsze życie, piękniejszy świat” czy „Wyjątkowi są wśród nas”. Nie uważam, bym pisała książki zaangażowane ze względu na syna. Faktycznie, ostatnio wydany zbiór opowiadań z przesłaniami powstał po książce „Zespół Downa...trudniejsze życie, piękniejszy świat”. Poszłam – jak to się mówi – „za ciosem” będąc jeszcze w temacie „inności”. W tym momencie jestem na etapie kończenia kolejnej książki i mam nadzieję, iż tematyka – daleka od poprzednich trzech publikacji – mile zaskoczy odbiorcę.
Faktem jednak jest, że przelany na papier oraz zadedykowany mojemu synowi „Zespół Downa...” był nie lada wyzwaniem. Trudno się pisze o własnych uczuciach, doświadczeniach – niejednokrotnie negatywnych – łzach, smutku, rozczarowaniu, o chorobie własnego dziecka. Trzeba precyzyjnie dobierać słowa, wracać do poprzednich myśli, analizować. Poruszyć wyobraźnię tak, by treść nie została opacznie zrozumiana, a autorkę tak specyficznej powieści nie posądzono o zwracanie uwagi na siebie poprzez pryzmat chorego dziecka, ponieważ z taką opinią też się spotkałam. No cóż, każdy czytelnik jest odrębną jednostką. Ma prawo do krytyki i autor na nią też musi być przygotowany. Życie nie polega na odbieraniu samych zwycięskich laurów oraz słów uznania. Dzisiaj jednak cieszę się, że „Zespół Downa” ujrzało światło dzienne. Było trudno, ale warto. Właśnie dla mojego syna…

S.C.: Skąd czerpie Pani inspiracje do wszystkich opowieści?
              
M.Ch.: Pomysły rodzą się w głowie same z siebie w najmniej oczekiwanym momencie. Po prostu zapala się jakaś lampeczka, pojawia jedno słowo, które szybko zapisuję i… obieram kurs. Pisanie jest moją pasją. Lubię to robić. Dzięki temu choć na ułamek sekundy odłączam się od realności dnia codziennego. Wiele to dla mnie znaczy. Daje satysfakcję, pomaga odetchnąć. Inspiracją może być wszystko. Wystarczy ta jedna myśl, słowo, dwa początkowe zdania wystukane na klawiaturze i potem już z górki. Najwspanialsze jest jednak to przejmująco dziwne uczucie, które trudno mi sklasyfikować – duma, spełnienie, przeświadczenie wykonania dobrej roboty, gdy trzyma się w ręku świeży egzemplarz kolejnej książki własnego autorstwa… To budujące i aż chce się pisać dalej.
                          
S.C.: W swojej najnowszej książce – „Wyjątkowi są wśród nas” nawołuje Pani do dialogu rodziców z dziećmi. Czemu miał on służyć?

M.Ch.: W natłoku wielu spraw i obowiązków często zapominamy o takiej normalnej rozmowie z dziećmi. Niekiedy nasz dialog zostaje zredukowany do paru zaledwie chwil, jakie mamy dla siebie w drodze powrotnej z przedszkola, szkoły. W gonitwie codzienności umykają pamięci pytania zadawane z determinacją przez młodego człowieczka, na które i tak nie mielibyśmy nawet chwili, by odpowiedzieć. Rekompensujemy ten brak czasu przyzwoleniem na następną godzinę przed telewizją czy zagranie dłużej, niż zwykle w ulubioną grę komputerową.
Rozmowa matki czy ojca z dzieckiem to bardzo ważny element istnienia rodziny. Młody, dopiero co poznający życie człowiek jest ciekawy tego świata. Jest absorbujący i naprawdę potrafi zadawać setki pytań.
W najnowszej książce zachęcam dorosłych do dialogu ze swoimi pociechami, do słuchania ich i szukania odpowiedzi na każde: Dlaczego? Po co? A czemu tak?
To przecież my – ojciec, matka – rodzice, jesteśmy autorytetem dla naszej córki czy syna. Jesteśmy ich nauczycielem życia oraz przewodnikiem ku dorosłości i to od nas zależy, jakie wartości naszym latoroślom wpoimy, czego nauczymy.
      
S.C.: Jak zatem rozmawiać z dziećmi o tolerancji, niepełnosprawności, inności?

M.Ch.: Wyraz tolerancja, inność, niepełnosprawność dla dzieci jest dość skomplikowanym oraz trudnym do zrozumienia pojęciem. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy ten temat omijać szerokim łukiem. Rozmawiajmy z dziećmi o tych kwestiach w sposób prosty, zwyczajny, unikając wzniosłych słów, patosu, adekwatnie do wieku, predyspozycji intelektualnych. Pozbądźmy się stereotypowych myśli typu: „to jeszcze dziecko, i tak nie zrozumie...”.
Młody człowiek – pomimo że wstępuje maleńkimi kroczkami w życie – już od samego początku kształtuje swój charakter. Jest mądrym obserwatorem otaczającego go świata, dociekliwym rozmówcą, który rzadko odpuszcza i – wbrew pozorom – potrafi zadać takie pytanie, z którym my dorośli mamy często „twardy orzech do zgryzienia”.

S.C.: Czy niepełnosprawny faktycznie jest wyjątkowy? Na czym ta wyjątkowość Pani zdaniem polega? 

M.Ch.: Matka kocha swoje chore dziecko. Siostra nie wstydzi się niepełnosprawnego brata. Ojciec jest dumny z syna, pomimo jego „inności”.
Kochają miłością bezwarunkową, niewymagającą nic w zamian. Tą miłość syn, córka, brat czy siostra oddają po stokroć większą. My podajemy tym „wyjątkowym” istotom rękę. Zatrzymujemy się, aby zwyczajnie porozmawiać, zrozumieć. Sprawić, by mimo wszystko, ich świat stał się o wiele prostszy, normalny, by nie czuli się odrzuceni na margines społeczeństwa. W zamian otrzymujemy całe ich serce – serce syna, córki, siostry, brata.
Moi „wyjątkowi” bohaterowie zarażają optymizmem, uśmiechem, radością, a zarazem uczą wytrwałości udowadniając tym samym, iż warto mieć marzenia, plany na przyszłość i przede wszystkim, że warto walczyć, nie poddawać się, bo następny dzień może być lepszy od poprzedniego.
    
S.C.: Wprowadza Pani dorosłych w dziecięcy świat, aby tłumaczyli najmłodszym zagadnienia dość poważne jak na standardy codziennego życia. Trudno jest stać się dzieckiem autorce takiej jak Pani? 

M.Ch.: Myślę, że w każdym z nas przez całe życie tkwi jakaś cząstka dziecka. W natłoku codziennych spraw, obowiązków i – idącej w parze z dorosłością – odpowiedzialności na pewno nie raz czy dwa chcieliśmy znów mieć po te kilka lat.
Pyta Pani czy trudno stać się dzieckiem autorce takiej jak ja. Skłamałabym mówiąc, że nie. Trzeba nie lada wyobraźni i to odpowiednio dużego kalibru, by zaciekawić tak wymagającego odbiorcę. „Wtopić się” w jego skórę, zacząć myśleć jego kategoriami, popatrzeć na świat jego oczyma – oczyma właśnie tej dziecięcej wyobraźni, by dostrzec to, co dla nas dorosłych jest tak często niewidoczne.

S.C.: Jak ocenia Pani społeczeństwo pod kątem tolerancji? Niby dużo się o niej mówi w telewizji, w radiu, ale to wciąż temat tabu rozpatrywany właściwie w dwóch kategoriach: wyjątkowości, bohaterstwa albo litości, cierpienia i bólu. Czy nie można inaczej? Gdzie w tym wszystkim jest normalność?  

M.Ch.: Tolerancja!!! Ma Pani rację, dużo się o niej mówi w radiu, telewizji, pisze na łamach dość poczytnych gazet. Wszystko wtedy wygląda pięknie, wręcz skrojone na miarę społeczeństwa. Smutne jest jednak to, iż – w obliczu zetknięcia się z „innością” – ten idealnie uszyty na miarę garnitur czy sukienka po prostu nie pasuje. I tu rozczarowanie…
Niektórzy wciąż mają problem z akceptacją niepełnosprawności oraz wspomnianej wyżej „inności”. Tolerancja w naszym społeczeństwie to faktycznie temat tabu, który nim pozostanie dopóki mentalność ludzi nie ulegnie zmianie. Dlatego trzeba jednak więcej rozmawiać, tłumaczyć i, przede wszystkim, nie kategoryzować, z czym mamy teraz do czynienia.
Każda matka – niezależnie, czy to zdrowego czy chorego dziecka – jest dla niego osobą wyjątkową, bohaterską, zaś w parze z miłością do własnej córki czy własnego syna idą niekiedy łzy, cierpienie, ból. Kwalifikowanie tematu tolerancji, niepełnosprawności w kategorii bohaterstwa czy litości całkowicie odbiega od normalności.
Jeśli chcemy uchodzić za tolerancyjnych ludzi, powinniśmy okazywać wobec siebie wzajemny, zdrowy szacunek. Nie postrzegajmy ojca, matki, rodzica niepełnosprawnego jako kogoś wynaturzonego. Popatrzmy na taką rodzinę jak na każdą inną i dajmy sobie wszyscy szansę.

S.C.: Jest Pani matką dziecka niepełnosprawnego. Jak postrzega Pani otoczenie? Stygmatyzuje czy jednak czuje się Pani pełnoprawną członkinią społeczeństwa? 

M.Ch.: W swoim otoczeniu nigdy nie spotkałam się z dość drastycznym i jawnym odrzuceniem, choć czasami spojrzenia niektórych ludzi czy „mówienie za plecami” dawało jasno do zrozumienia, o co chodzi. W takich przypadkach słowa były po prostu zbędne.
Na szczęście na swojej drodze spotkałam wiele życzliwych osób, którym w tym miejscu chcę podziękować za to, że byli, wciąż są i mam nadzieję, że będą.

S.C.: A co z dziećmi z niepełnosprawnością, które widzą dzieci zdrowe i chciałyby żyć jak one? Jak tłumaczyć im, że wcale nie są gorsi i że mogą czerpać z życia tyle samo, co inni?

M.Ch.: Takie rozmowy z reguły do łatwych nie należą. Z wiekiem chore dzieci dostrzegają różnicę pomiędzy sobą a zdrowymi rówieśnikami. Różnicę, która przypomina wręcz przepaść.
Nie zawsze też jest tak, że chore dziecko akceptuje swoją niepełnosprawność. Pojawia się gorycz, żal, rozczarowanie. Trzeba jednak podejmować z dziećmi tak trudne rozmowy, tłumaczyć, wpajać poczucie wartości, wyjątkowości i pokazywać, że nawet niepełnosprawny może czerpać z życia tak samo jak każdy inny. Może mieć marzenia i – jak ja to mówię do syna – zdobywać świat.

S.C.: Co najbardziej Panią irytuje w zachowaniu ludzi? Jakie zachowania uważa Pani za sztuczne?

M.Ch.: Litość oraz dwulicowość. To pierwsze, co ciśnie mi się na usta bez żadnego zastanowienia. Nie lubię, gdy ktoś okazuje wobec mnie litość. Nigdy jej od nikogo nie wymagałam. Dwulicowość zaś bardzo boli. Ciężko rozmawiać z osobą, która przed tobą odgrywa rolę życia „życzliwie” cię wspierając, a za plecami jakby pomyliła scenariusze i ukazuje swoje drugie, prawdziwe oblicze.

S.C.: Czego jeszcze brakuje Polakom w kontaktach z niepełnosprawnymi?

M.Ch.: Przede wszystkim odwagi, empatii oraz chęci przełamania przyjętych stereotypów, że niepełnosprawny to człowiek gorszej kategorii.
Oni są zwykłymi ludźmi tak jak ja, Pani i miliony na tym świecie, tylko z o wiele bogatszym bagażem, który dostali „w spadku” od losu. To nie ich wina i – tak jak każdy człowiek – zasługują na szacunek, godne oraz normalne życie. Choroba przecież nie wybiera, za to my możemy…

S.C.: Matka niepełnosprawnego dziecka jest bohaterką czy antybohaterką? Lubi Pani być nazywana bohaterką?
   
M.Ch.: Dobre i konkretne, choć trudne pytanie. Ja nigdy nie czułam się i do tej pory nie czuję bohaterką. Jestem matką i jak każda matka obdarzam miłością, pielęgnuję, wychowuję, uczę, wpajam wartości. Nie różnię się niczym od innych matek prócz tym, że mój syn urodził się z Zespołem Downa. Takich matek niepełnosprawnych dzieci jest bardzo dużo i każda z nich sama w sobie jest bohaterką. Kocha, otacza opieką, poczuciem bezpieczeństwa, oddaje całe swoje serce… Nie zawodzi!!!
Kończąc „Zespół Downa… trudniejsze życie, piękniejszy świat” napisałam: „Może kiedyś tak się stanie… Może… Zadzwoni telefon… Może… Ktoś powie… PRZEPRASZAM.
A ja odpowiem:
- WYBACZAM”.
Ja do tej pory nie wybaczyłam i wiem, że nigdy nie wybaczę samej sobie. Nie wybaczę sobie tego, że tak bardzo zawiodłam. Bohater nie zawodzi...

S.C.: Nie sposób nie zapytać Pani jako matki niepełnosprawnego dziecka o wydarzenia z ostatnich kilku tygodni. Co sądzi Pani o proteście opiekunów osób niepełnosprawnych? 

M.Ch.: Nie jest to pierwszy i zapewne nie ostatni protest tego typu. Wiemy, jak jest, ile nasze państwo rzuca kłód pod nogi właśnie nam – rodzicom, opiekunom niepełnosprawnych. Biurokracja przeraża, znieczulica na porządku dziennym, stos papierów do wypełnienia, nawet w najbardziej błahej sprawie i słowa urzędniczki na odchodne: „Proszę czekać. Do miesiąca się odezwiemy...”, ale czy nasze dzieci mogą tyle czekać?
W wielu przypadkach urzędniczy miesiąc to zbyt długo. Podziwiam te matki, ojców, opiekunów „koczujących” i walczących o prawo do „normalnego” leczenia swoich chorych dzieci, dostępu do świadczeń pozwalających na szybką rehabilitację, wsparcie finansowe. Walczących po prostu o godne życie.

S.C.: W jaki sposób państwo mogłoby wesprzeć socjalizację osób niepełnosprawnych? Jakie widziałaby Pani rozwiązania na poziomie edukacji?  

M.Ch.: Socjalizacja podobnie jak edukacja pozostawia wiele do życzenia. W tych kwestiach państwo ma jeszcze dużo do zrobienia. Niby wszystko jest, ustawy oraz przepisy jasno precyzujące formy pomocy, szkoły, placówki dostosowane do potrzeb chorych, w dalszej kolejności miejsca pracy dla niepełnosprawnych. Trochę odważniej mówi się też o integracji, choć pod tym względem zdania są podzielone, jak już wcześniej wspomniałam. Bez dialogu, próby zrozumienia, zaakceptowania oraz przełamania tematu tabu, którym wciąż jest pojęcie tolerancji, nic nie wyjdzie.
W praktyce, niestety, teorię podważa gorzka prawda oraz pozbawiona skrupułów rzeczywistość. A przecież nie chodzi tutaj o precyzyjne spisanie ustaw, które potem nijak się będą mieć do życia.
My, rodzice, opiekunowie chorych dzieci nie potrzebujemy ciągłych „czeków bez pokrycia”. Socjalizacja osób niepełnosprawnych jest bardzo potrzebna. To dzięki niej nie tylko człowiek chory uczy się funkcjonować wśród innych ludzi, poznaje zasady, wzorce zachowania, wartości, obowiązujące normy w społeczeństwie, nabywa umiejętności. Proces edukacji stanowi integralną część socjalizacji i tu napotyka kolejne strome schody. Placówki szkolne są słabo przygotowane na niepełnosprawne osoby i raczej nie mam tutaj na myśli gonitwy za standardami wyposażenia, co jest – rzecz jasna – również bardzo istotne, bo nasze dzieci mają prawo do nauki w godnych warunkach. Na etapie edukacji istnieje potrzeba, aby mentalność co poniektórych nauczycieli uległa zmianie, bo można być nauczycielem, wpajać wiedzę, edukować, ale przede wszystkim trzeba być CZŁOWIEKIEM.             
                     
S.C.: Obowiązująca dziś ustawa aborcyjna zezwala na aborcję uszkodzonego płodu. Co Pani o tym sądzi? Pani zdaniem rząd dobrze robi chcąc zaostrzyć tę ustawę? 

M.Ch.: W wywiadzie dla kwartalnika „Bardziej Kochani”, który miałam zaszczyt udzielić po publikacji „Zespół Downa… trudniejsze życie, piękniejszy świat” też została poruszona kwestia aborcji. Dużo się o niej wtedy mówiło i w tym kontekście również o Zespole Downa.
Obecnie temat aborcji znów powrócił, próby zaostrzenia ustaw, nie wspominając protestu rodziców w Sejmie. Opiniując i odpowiadając na Pani pytanie, odniosę się do stanowiska, jakie zajęłam w rozmowie z redaktorem „Bardziej Kochani” – Panem Andrzejem Suchcickim.
Temat aborcji zawsze będzie budzić emocje, wywoływać sprzeciwy, dzielić społeczeństwo. Ja nie chciałabym mieszać się w polityczno-medialne „burze”. Uważam tylko, że każdy człowiek powinien w życiu tak postępować, by później sumienie mu nie ciążyło.

S.C.: Czy uważa Pani, że Program „Za życiem” jest w naszym kraju potrzebny? Jak ocenia Pani jego założenia? Czy można Pani zdaniem zmusić kogoś do urodzenia chorego dziecka? Nie należy pozostawiać wyboru rodzicom? Pytam Panią jako matkę niepełnosprawnego dziecka.

M.Ch.: Wychowanie dziecka to prawdziwe wyzwanie, a wychowanie dziecka niepełnosprawnego jest ogromny poświęceniem, z którym wiąże się wiele wyrzeczeń, przewartościowanie własnego życia… po prostu pójście z nim na ustępstwa, gdyż życie takiej „wyjątkowej” rodziny toczy się troszeczkę innymi torami, co nie oznacza, że jest ono gorsze. Są łzy, często cierpienie krzywe spojrzenia ludzi, ale jest też radość, szczęście, duma, grono życzliwych osób, a przede wszystkim, nieznająca granic miłość.
Ciężko się wypowiedzieć na temat tego, czy pozostawiać wybór rodzicom w kwestii urodzenia chorego dziecka. Z jednej strony, żyjemy w państwie demokratycznym. Jest wolność słowa, wiary, przekonań. Nikogo nie można do niczego zmusić. Niezaprzeczalnie jednak poczęte dziecko też ma prawo żyć.
Program „Za Życiem” ma jasno określone zasady niesienia pomocy, wsparcia, ale to przyszła matka dowiadująca się o chorobie nienarodzonego jeszcze dziecka, staje przed poważnym dylematem i to ona zadaje sobie pytania: jak to będzie, czy da radę, czy udźwignie taki ciężar i sprosta odpowiedzialności.
Dużo zależy tutaj od predyspozycji psychicznych, otoczenia, rodziny. Nie oszukujmy się, wiele osób po prostu wstydzi się „inności”!!! Nikogo nie można do niczego zmusić, lecz nie można też odebrać nikomu prawa do życia… i tutaj odniosę się do wcześniejszych słów: „…każdy powinien postępować tak, aby sumienie później zbytnio nie ciążyło...”.

S.C.: Zmieńmy temat. Wielka Brytania nie zgodziła się na wsparcie medyczne a potem na wyjazd małego Alfie’ego Evansa do kliniki w Watykanie. Co sądzisz o całej tej sprawie? Jak myślisz, jakimi względami kierowano się zasądzając taki wyrok?  

M.Ch.: Sprawa kontrowersyjna. Poruszyła cały świat, na oczach którego toczyła się zacięta batalia o  życie dziecka i ta batalia zakończyła się tragedią. Czy do tego musiało dojść? Dzisiaj chyba każdy zadaje sobie to pytanie. Jakimi względami kierowano się zasądzając taki wyrok? Czy brane były pod uwagę prawa człowieka? Prawa rodziców do wyboru terapii, decydowania o sposobie leczenia oraz prawa samego dziecka? Tragedia, do której doszło jednoznacznie wskazują, że nie. Gwarantowane prawa człowieka zostały bezprecedensowo naruszone i, według mnie, całkowicie pominięte przy podejmowaniu decyzji. Do tego dochodzą jeszcze aspekty religijne.
Brakuje słów na jakąkolwiek wypowiedź. Czym się kierowały sądy, Trybunał wydając taki wyrok – w sumie wyrok śmierci? Nie wiem, lecz na pewno nie kieruje się dobrem dziecka, odrzucając argumenty, petycję i pomoc ośrodków zagranicznych (Rzym, Mediolan, Monachium).

S.C.: Czy będą następne książki? Jakie masz plany na najbliższe miesiące. A może zaczniesz też pisać o czymś innym, niekoniecznie tylko o niepełnosprawności?…

M.Ch.: „Wyjątkowi są wśród nas” powstało w trakcie wydawania „Zespół Downa… trudniejsze  życie, piękniejszy świat”. Nie piszę jednak tylko o niepełnosprawnościach. Mój debiut jest całkiem inną pozycją. Teraz, jak wspominałam na początku, jestem w trakcie kończenia kolejnej książki, która nie ma nic wspólnego z trzema do tej pory wydanymi. Pomysły w głowie rodzą się znienacka, w tym momencie – oprócz dopinana na ostatni guzik obecnego tekstu – już zbieram materiał do następnego. Kiedyś na pewno też znów powrócę do bajek, ale chciałabym podjąć wyzwanie stworzenia zbioru bajek bardziej terapeutycznych.
Gdzieś w „szufladzie” czeka na swoją kolej zarys powieści z serii literatura kobieca. „Sięgając marzeń” zostało przyjęte dość pozytywnie, więc nie wykluczam napisania czegoś jeszcze w tym klimacie.  Science-fiction również zajmuje pewne miejsce na mojej liście.
Sama Pani widzi, planów mam dużo, podobnie jak pomysłów, które rodzą się w mojej głowie nagle, nie ważne, czy nad czymś obecnie pracuję czy nie… Jest myśl, chwytam klawiaturę i… piszę. Nie szufladkuję się w jednej kategorii. Wyobraźnia wszystko podpowiada. Pisanie stanowi dla mnie pewnego rodzaju odskocznię od rzeczywistości. Daje chwilę wytchnienia, a co najważniejsze, przynosi wiele satysfakcji.
Czy robię to dobrze? To już należy do oceny szanownego odbiorcy. Mnie zaś pozostaje podziękować  Wydawnictwu Psychoskok, dzięki któremu moje książki ujrzały światło dzienne, wiernemu czytelnikowi oraz Pani za zaproszenie do rozmowy...
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

1 komentarz: