Najnowsze

Pisanie jest dla mnie bardzo dobrym wyłącznikiem od codzienności

Z Martą Matulewicz miałam już raz okazję rozmawiać przy okazji jej debiutu literackiego pt. „Dylematy Laury” (recenzja do przeczytania tutaj, a rozmowę można przeczytać też tutaj), której to powieści wydanej jako e-book portal Kulturalne Rozmowy był patronem medialnym. Obecnie pod skrzydłami Wydawnictwa Lira książka ujrzała światło dzienne, ale już w formie papierowej. Oprócz nowej okładki i nowego tytułu nowe imię zyskała też bohaterka. I właśnie o tej metamorfozie m.in. rozmawiam z autorką. Marta opowiada mi również o swoim trwającym dekadę pobycie w Londynie oraz o pracy w słynnym Harrodsie. Zdradza mi także, kogo w tym najsłynniejszym domu mody spotkała. Będzie więc bardzo ciekawie. Zapraszam do lektury.    


Sylwia Cegieła: To już druga nasza rozmowa na temat Twojego debiutu wydawniczego. Pierwotnie tytuł nosił „Dylematy Laury”, a teraz książkę poznajemy jako „Singielka w Londynie”. Zmieniłaś też wydawcę. Skąd te kroki?  

Marta Matulewicz: Gdy zostałam zaproszona przez Wydawnictwo LIRA do współpracy, chcieliśmy troszkę odświeżyć powieść, która – jak wiesz – została wcześniej wydana w formie elektronicznej, by zachęcić jeszcze większą część czytelników. 
Naturalnym krokiem w procesie wydawniczym jest korekta powieści (za którą bardzo serdecznie dziękuję pani Barbarze). Do korekty doszła redakcja, nowa śliczna okładka, więc zaczęłyśmy z panią redaktor zastanawiać się nad nowym tytułem. Pierwotnie człon „Dylematy” miał pozostać, ale jak zaczęłyśmy z panią redaktor wymyślać tytuły to nie mogłyśmy przestać (śmiech). Było bardzo wiele świetnych propozycji, by powstał jeden! Singielka w Londynie. Chciałam przy okazji podziękować BARDZO serdecznie pani redaktor Annie za całą pomoc i cierpliwość  przy tych zawirowaniach.

S.C.: Ale na tytule się nie skończyło. Bohaterka z Laury zmienia się z w Ewę. Czy wraz z tą metamorfozą w Twojej głowie zmieniło się myślenie o niej? Jaka teraz jest Ewa po tych dłuższym czasie? Czy zmiana imienia wpłynie też na fabułę? 

M.M.: Tak moja bohaterka do całości zmian zachodzących zażyczyła sobie jeszcze nowe imię (śmiech). Raczej nic się nie zmieniło i myślę o niej cały czas w ciepły sposób. Zmiana imienia nie wpłynie na fabułę, ale redakcja powieści – już tak (śmiech). 

S.C.: Porozmawiajmy o tej bohaterce jeszcze przez moment. Za co Ty lubisz Ewę? Jakie wartości wniosła ona do Twojego życia? 

M.M.: Ewę uwielbiam za odwagę, za to, że zawsze stara się iść do przodu z głową podniesioną do góry i za to, że ma ogromny dystans do siebie. A jeśli chodzi o wartości, to raczej u nas jest na odwrót to ja staram się wnieść do jej życia wiele szczęścia (śmiech).


S.C.: Od początku mówiłaś mi, że ma powstać druga część powieści. Jak zatem przebiegają prace nad drugą częścią losów Ewy? Czym zaskoczysz czytelników? 

M.M.: Druga część jest zakończona. Poprawiam ostatnie strony i będę ją wysyłała do Wydawnictwa. Zobaczymy, jak czytelnicy zareagują na pierwszy tom i wtedy będą podejmowane decyzje odnośnie dalszych losów.
W kontynuacji będzie o wiele mniej zabawnych sytuacji. Czytelnicy znajdą trochę więcej innego rodzaju zawirowań. Na razie nie chcę zdradzać więcej. 

S.C.: Co czuje autor, który tak długo obcuje ze swoją postacią? Jesteś w stanie choć na chwilę o niej zapomnieć i żyć swoim życiem? 

M.M.: Mogę śmiało powiedzieć, iż cierpię na rozdwojenie jaźni (śmiech). W ciągu dnia, gdy mam chwilę myślę o moich bohaterach o ich losach.  

S.C.: Fabuła jest na bieżąco aktualizowana? Jak często zdarza Ci się zmieniać bieg wydarzeń?

M.M.: W drugiej części męska postać wywróciła cały mój plan do góry nogami. Ja jedno, on drugie. Cały czas nie mogłam przekonać mojego bohatera do treści, więc wyszło na jego (śmiech).
Wiele razy zastanawiałam się, jak to jest, gdy bohaterzy w książce żyją swoim życiem – teraz już wiem. Tak więc fabuła w drugiej części była aktualizowana bardzo często. Znałam tylko zakończenie.

S.C.: Piszesz już drugą powieść. Czy zamierzasz wiązać swoją przyszłość tylko z pisaniem? Czy jednak jest i będzie ono dla Ciebie jedynie przyjemną rozrywką? 

M.M.: Bardzo bym chciała związać swoją przyszłość z pisaniem, ale jeszcze nie wiem, czy się uda. Jak na razie pisanie jest dla mnie bardzo dobrym wyłącznikiem od codzienności. Bardzo wiele się u mnie dzieje, a pisanie jest dla mnie taką odskocznią. 



S.C.: Porozmawiajmy teraz o Twoim pobycie w Wielkiej Brytanii. Mieszkałaś 10 lat w Londynie. Czy możesz trochę opowiedzieć o tym, jak Brytyjczycy postrzegają Polaków?

M.M.: Nie mogę uwierzyć, że mieszkałam na wyspach aż 10 lat! Czas płynie niesamowicie! Muszę przyznać, że miałam dużo szczęścia. Mnie nie spotykały żadne prześladowania. Znałam język angielki w stopniu komunikatywnym, więc potrafiłam się porozumieć z pracodawcą już na rozmowie kwalifikacyjnej. To bardzo ułatwiło mi życie. A jak oni nas postrzegają? Trzeba by było ich zapytać (śmiech). Według mnie postrzegają nas jako naród, który z jednej strony jest bardzo pracowity (i zabiera prace Anglikom), a z drugiej strony jako leni (którzy zabierają im pracę). Według nich są tylko dwa rodzaje Polaków, a to przecież nieprawda!  

S.C.: Co innego poznawać kraj jako turysta, a co innego w nim mieszkać. Co Cię zdziwiło – pozytywnie i negatywnie?

M.M.: Pozytywnie: ich życzliwość, sympatia, luz, otwartość, chęć pomocy. Negatywnie: dwulicowość, rasizm, lenistwo.  

S.C.: Serio, są rasistami?! Nie mogę w to uwierzyć. A jak żyło się na Wyspach przez te 10 lat? Czego się tam dowiedziałaś o sobie? 

M.M.: Bardzo wielu rzeczy (śmiech), np. tego, że jestem pracowita, że gdy potrzeba, zacisnę zęby i będę walczyć o swoje w kulturalny sposób oraz że potrafię zrozumieć brytyjski akcent.  

S.C.: Te ostatnie zawsze stanowi dla mnie wyzwanie (śmiech). Dlaczego, mimo tak długiego okresu mieszkania tam, zdecydowałaś się jednak na powrót do Polski? Nie żałujesz tej decyzji? 

M.M.: Byłam już zmęczona mieszkaniem w Anglii. Jakkolwiek fajnie by nie było, to nigdy nie był, nie jest i nie będzie mój kraj. Owszem, uwielbiam Londyn, ale będę w nim tylko gościem. Pomimo karty rezydenta, hipoteki na ładny domek z ogródkiem, nigdy nie czułam się w 100 procentach w domu.  Dla tych z Państwa, którzy nigdy nie mieszkali za granicą, to tak jakby przyjechać w gości i mieszkać u kogoś w domu przez kilka lat. Jest fajnie, ale czujesz, że to nie Twój dom

S.C.: Czy jest coś, do czego trudno było Ci się przyzwyczaić podczas pobytu n Wyspach? Nie mówię tu tylko o lewostronnym ruchu… 

M.M.: Nie. Myślę, że nie było niczego takiego poza ruchem (śmiech). Na początku miałam kłopoty z opanowaniem linii metra. W Londynie jest ich bardzo dużo, ale z czasem się ogarnęłam i korzystanie z metra bardzo przypadło mi do gustu.


S.C.: A jaka jest kuchnia brytyjska? Co zabrałaś z niej do Polski? 

M.M.: Dla mnie na początku była za ciężka – nie wyobrażałam sobie jak można jeść tzw. English breakfast na śniadanie. Wszystko podane na talerzu było smażone w głębokim tłuszczu. Milion kalorii. Nie mogłam pojąć, dlaczego chipsy octowe są takie popularne aż do momentu, w którym je pokochałam (śmiech). Kanapki z chipsami (fuj), kiełbaski były dla mnie bez smaku i dalej nie rozumiem co w nich jest tak wspaniałego (śmiech). 
Natomiast pokochałam steki szczególnie te średnio wysmażone (za nic na świecie nie mogę w Polsce takich sama sobie zrobić). Nauczyłam się jeść sałatę bez ciężkiego sosu. Polubiłam też popularne Fish and Chips oraz burgery. Kuchnia brytyjska jest dość ciężka. Smażone, odgrzewane w mikrofali bądź piekarniku dania, które według mnie nawet nie powinny nazywać się jedzeniem… 
Z Anglii przywiozłam z sobą radość, że nie będę musiała się natykać na tak masywną ilość śmieciowego jedzenia (śmiech). Polacy może mają mniej pieniędzy w portfelu, ale odżywiają się zdecydowanie lepiej. 

S.C.: Wspomniałaś o pracy w Harrodsie. Czy mogłabyś powiedzieć nam coś więcej o tym luksusowym miejscu?

M.M.: Ach, praca w Harrodsie była moim marzenia od momentu, w którym pierwszy raz postawiałam swoją stopę na angielskiej ziemi. Ale, by się dostać na rozmowę, trzeba mieć jednak wiele szczęścia, gdyż konkurencja jest bardzo duża. Gdy wysłałam swoje CV, miałam wielką nadzieję, że zostanę zaproszona na rozmowę i gdy po dwóch tygodniach zadzwonili do mnie z  biura z propozycją rozmowy, od razu się zgodziłam. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, co mnie czeka (śmiech). Pierwszy etap rozmowy polegał na tym, iż wszyscy kandydaci (a było ich około 70!!), musieli się po kolei przedstawić i opowiedzieć coś o sobie. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że rozmowy odbywały się w auli, w  której była dość spora scena! Tak, trzeba było na nią wejść (dzięki Bogu, nie zaliczyłam żadnego potknięcia na schodach – śmiech) i się przedstawić. Chodziło w tym ćwiczeniu o sprawdzenie naszych nerwów, komunikatywności oraz pomysłowości. Zostałam doceniona i przeszłam wraz z dwudziestką kandydatów (!) do drugiego etapu, w którym losowaliśmy jeden przedmiot z całego asortymentu w Harrodsie i trzeba było go sprzedać sprzedawcy, który udawał klienta, a druga osoba w tym czasie przypatrywała się i zapisywała na kartce komentarze. Ja wylosowałam kolczyki, więc wiedziałam, że będzie dobrze. Pracę dostałam wraz z 26-stronnicowym kontraktem do podpisania (śmiech).  
Praca była niezwykłym przeżyciem i – z perspektywy czasu – muszę powiedzieć, że wiele się nauczyłam o technikach sprzedaży, jak i o sobie. Widziałam wiele sławnych osób, np.: Madonna, Tom Cruise, Sarah Jessica Parker, Pink, Russel Crow. Miałam jeszcze możliwość zobaczenia na żywo Beyonce i Angeliny Jolie, ale nie chciałam zostawać po godzinach. Musisz wiedzieć, że dla tych gwiazd Harrods był otwarty po godzinach.

S.C.: To bardzo ciekawe, co mówisz, ale dziwi mnie ten 26-stronicowy kontrakt. Co w nim było? Mogłabyś najważniejsze szczegóły wymienić?

M.M.: Myślę, że mogę napisać, że ten kontrakt czytałam ponad 3 dni, ale – by go zrozumieć – trzeba mieć w pamięci, jak wygląda luksusowy Harrods. Elegancja, styl i klasa. Kolejni dyrektorzy dbają nie tylko o piękne wystawy, najbardziej luksusowe towary, ale także o pracowników.
Sprzedawca musi wyglądać bardzo elegancko, ale i skromnie, np. kobiety mogą ubierać się w garsonkę (spódnica za kolano) z koszulą (w stonowanych kolorach) do tego marynarka od kompletu. W żadnym wypadku nie może ona być w kolorze innym niż szary, czarny lub ciemnogranatowy. Makijaż bardzo naturalny, kolczyki delikatne, paznokcie krótkie przypiłowane w kolorze naturalnym, nie ma mowy o czerwonym. Można nosić po dwa pierścionki na dłoń. Buty (szpilki lub balerinki bez odkrytych palców i pięt w kolorze brązowym lub czarnym. Włosy (zawsze związane) powinny być umyte. Jeśli są krótkie to muszą być ładnie ułożone
Reszty nie mogę zdradzić, ale mogę Wam powiedzieć, że – pomimo tych wszystkich zasad – warto było tam pracować.


S.C.: Z pewnością. A jak wyglądało samo podejście pracodawcy i oczywiście pracowników do pracy? Czy widzisz jakieś różnice między Polską a Wielką Brytanią?    

M.M.: Różnic jest bardzo wiele. Np. w Anglii na rozmowie nie ma czegoś takiego jak pytania dotyczące twojego stanu cywilnego. Nikt nie pyta, czy np. planujesz ciążę lub czy jesteś w ciąży. Nie ma też pytań o dzieci. Jest tylko rozmowa dotycząca Twoich umiejętności. Tylko to mojego pracodawcę interesowało. W zamian mogłam pytać, o co chciałam. O godziny pracy, o wynagrodzenie, o sposób płatności. Wychodząc z rozmowy znałam więc zawsze pełny zakres obowiązków jak i przysługujących mi benefitów. Niestety, w Polsce temat wynagrodzenia nie zawsze jest omawiany na rozmowie, choć to się już powoli zmienia (śmiech).

S.C.: To prawda. Na zakończenie naszej rozmowy chciałam zapytać o Twoje dalsze plany wydawnicze. Kto będzie po Ewie? Masz już pomysł na nową fabułę? 

M.M.: Nie mam pojęcia (śmiech). A tak na serio, mam już kilka pomysłów na kolejne fabuły i mam nadzieję, że zostaną przyjęte równie ciepło jak Singielka. 

S.C.: Z pewnością tak będzie. Życzę więc wielu ciekawych opowieści i dziękuję za rozmowę. 

Brak komentarzy