Najnowsze

Piotr Płuska: Śpiew to najpiękniejszy sposób na okazywanie emocji

Piotr Płuska – solista i śpiewak operowy, ale też aktor musicalowy. Łączy w sobie dwie pasje do muzyki i pedagogiki, gdyż w wolnych chwilach między spektaklami edukuje młodych ludzi oraz przygotowuje ich do tego trudnego zawodu, jakim jest praca na scenie. W latach 2008-2009 był stypendystą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jego gruntowne wykształcenie pozwoliło mu w pełni wykorzystać swój talent oraz pasję, która artystom jest niezwykle potrzebna. Występował na wielu estradach polskich i zagranicznych, o czym opowiedział mi na portalu Kulturalne Rozmowy. Piotr wspomina o swoim debiucie na deskach teatru oraz niemieckie i włoskie podejście do sztuki. Zapraszam – będzie ciekawie.  
musical Frollo, fot. Przemysław Burda
Sylwia Cegieła: Jak zaczęła się Twoja przygoda ze śpiewem? Jak trafiłeś na deski teatru? 

Piotr Płuska: Śpiew towarzyszył mi już d najmłodszych lat, czyli od przedszkola. W szkole podstawowej śpiewałem na wszystkich uroczystościach szkolnych, na konkursach piosenki dziecięcej. W szkole średniej zacząłem uczyć się techniki wokalnej  i tak trafiłem do Akademii Muzycznej w Łodzi na Wydział Wokalno-Aktorski. Na deski teatru zagościłem jeszcze jako student. Jesienią 2007 r. Teatr Muzyczny w Łodzi potrzebował studenta do spektaklu "Być jak Callas" i tak rozpoczęła się moja droga.

S.C.: Jak rodzina zareagowała na fakt, że chcesz zostać artystą? Nie chcieli dla Ciebie tzw. „normalnej” pracy?

P.P.: Od początku widzieli, że pisane mi jest zostać artystą. Nie protestowali, wręcz wspierali.  

S.C.: Debiutowałeś ponad 10 lat temu. Pamiętasz swój pierwszy występ? Jakie towarzyszyły Ci emocje? 

P.P.: Oczywiście. Tego się nigdy nie zapomina. Mowa oczywiście o pierwszym występie na "wielkiej" scenie. To był spektakl studencki "Wesele Figara" Mozarta wystawiony w Teatrze Wielkim w Łodzi. Byłem tak podekscytowany, że nie mogłem spać, a tuż przed swoim wejściem na scenę trzęsły mi się kolana. Jest jeszcze jedno zabawne wspomnienie związane z tym spektaklem. Ponieważ jako studenci wchodziliśmy już w istniejący i grany spektakl, używaliśmy kostiumów tamtejszych solistów. Mnie trafiły się ciut przyciasne buty, na tyle ciasne że mój duży palec u stopy pamiętał to chyba pół roku (śmiech).

S.C.: To musiało być bardzo bolesne doświadczenie. Przygotowując się do tej rozmowy, przeczytałam na Twojej stronie, że jesteś nie tylko aktywnie śpiewającym artystą musicalowym, ale też pedagogiem i logopedą. Co Tobie jako artyście daje bycie jednocześnie pedagogiem i wokalistą? Na co zwracasz uwagę jako nauczyciel podczas warsztatów? 

P.P.: Przygoda z uczeniem zaczęła się od szkoły muzycznej w Łodzi przy ul. Sosnowej, której również jestem absolwentem. Za swój cel postawiłem sobie wyrabianie w młodzieży dobrych wzorców wokalnych i muzycznych, pracę nad dykcją, uruchamianie emocji w śpiewie, prawidłowy oddech, uświadamianie ich i próbę obrony przed wszechobecną komercją i bylejakością. Poza tym, warto dzielić się z młodymi swoją wiedzą i doświadczeniem. 

S.C.: Podobnie jest z Twoimi umiejętnościami jako logopedy? Umiejętność „słyszenia” i nauka poprawności ułatwia czy utrudnia śpiewanie? Jak to właściwie jest? Myślisz nad każdą głoską, literą, oddechem? Czy jednak dajesz się ponieść emocjom na scenie? Jesteś artystą czy rzemieślnikiem? 

P.P.: Kiedy słucham, owszem, trochę przeszkadza. Kiedy śpiewam, silne emocje czasem odcinają od świadomości, a to niedobrze, dlatego lepiej jest mieć wyrobione dobre nawyki. To bardzo pomaga. Można być zarówno artystą, jak i rzemieślnikiem. Rzemieślnik uczy się partii, rozczytuje materiał, przygotowuje technicznie rolę. Artysta wciela to wszystko we mnie, dodaje sporo siebie, emocje, uczucia, intencje – tak powstaje rola.
musical Frollo, fot. Przemysław Burda
S.C.: Czym dla Ciebie jest śpiew i jakie miejsce zajmuje w Twoim życiu?

P.P.: Śpiew to najpiękniejszy sposób na okazywanie emocji, a przy okazji sposób na życie.

S.C.: Czy jest ktoś, kto Cię inspirował podczas Twojej długiej edukacji? Pomógł kiedyś w rozwoju talentu? Kto inspiruje Cię teraz? Czy to jest ciągle ta sama osoba? 

P.P.: Tak. To profesor Włodzimierz Zalewski. Nauczył mnie prawie wszystkiego i przygotował do pracy na scenie – okazuje się, że w każdym repertuarze. Dziś największą inspiracją dla mnie jest publiczność. Dla Nich śpiewam. 

S.C.: Miałeś okazję śpiewać też w teatrach poza Polską. Czego się tam nauczyłeś? Jak wygląda praca na scenie w Polsce i poza nią? Czy w ogóle są jakieś różnice? 

P.P.: Są i to spore. Wynikają jednak bardziej z mentalności danego narodu. U Niemców pracuje się jak w zegarku. Wszystkie próby są dokładnie rozpisane, artysta ma czas odpocząć, popracować nad rolą – nie traci czasu na bezczynne siedzenie na próbie. U Włochów najczęstsze słowo to tranquillo. Ci z niczym się nie śpieszą, odkładają sprawy na później, strajkują, kłócą się - jak to Włosi. Ma to swój urok. W Polsce, moim zdaniem, słabo działa logistyka i organizacja pracy. My, jak to Polacy, lubimy trochę kombinować. Mamy za to bardzo zdolnych artystów, którzy równoważą te niedociągnięcia. 

S.C.: Jakie są, jeśli są, największe różnice w nauczaniu śpiewu u nas i zagranicą?

P.P.: Jeśli chodzi o śpiew klasyczny, to zasadniczo wszystkim chodzi o to samo. Do każdego trzeba znaleźć i dopasować indywidualny sposób przekazywania informacji. Podczas nauki śpiewu opieramy się na wyobraźni i odczuciach. To w końcu żywy instrument, którego ja jako nauczyciel nie czuję. Czuje go uczeń. Jeśli chodzi o śpiew musicalowy to istnieje wiele technik i sposobów. Każdy wybiera to, co mu najbardziej odpowiada. Dla mnie nieważna jest metoda – ważne natomiast, by była skuteczna. 

S.C.: Jesteś laureatem wielu konkursów i stypendiów. Które z tych wyróżnień jest dla Ciebie najważniejsze? Które otworzyło Ci drogę i pomogło dojść do tego miejsca, w którym jesteś teraz?

P.P.: Miejsce, w którym jestem teraz zawdzięczam przede wszystkim własnej pracy, cierpliwości i uporowi. Jeśli chodzi o konkursy, najwięcej dał mi ten w Krakowie – Międzynarodowy Konkurs Wykonawstwa Muzyki Operetkowej i Musicalowej im. I. Borowickiej. Dyrektor konkursu, Ewa Warta-Śmietana do dziś zaprasza mnie do współpracy w najróżniejszych koncertach i projektach muzycznych.

S.C.: Grasz w niezwykle popularnych musicalach, m.in.: Piłata w Jesus Christ Superstar, Padre w Człowieku z La Manchy czy Frollo w Notre-Dame de Paris. Która z tych ról jest Twoją ulubioną i dlaczego?

P.P.: Myślę, że takim number one jest Frollo. Musical czy też pop-operę Notre Dame de Paris znam niemal od jego prapremiery w Paryżu. Jest piękny muzycznie, specyficzny i za razem oryginalny w swojej formie. Zawsze marzyłem, żeby w nim zagrać i marzenie się spełniło.
musical Piłat, fot. Michał Matuszak 
S.C.: Porozmawiamy trochę o samym środowisku artystów klasycznych. Jak byś scharakteryzował świat operowy? Co z konkurencją i podnoszeniem kwalifikacji? 

P.P.: Dobre pytanie. Znakomicie zilustrował to Webber w musicalu Upiór w Operze. Choć małymi kroczkami zbliżamy się do profesjonalnego modelu jaki panuje na Zachodzie, to jeszcze często możemy spotkać rozhisteryzowane, wiecznie obrażone divy i ciągle chorych tenorów (śmiech). W Polsce środowisko operowe jest bardzo małe i hermetyczne. 

S.C.: Też mi się tak wydaje, ale jako laik nie chciałam o tym mówić głośno.  

P.P.: Często celowo nie dopuszcza się do głosu, młodych i zdolnych artystów. Nie daje się im szansy rozwoju, właśnie po to, żeby nie stanowili oni konkurencji dla reszty. Dlatego też sporo młodych próbuje, często skutecznie, swoich sił właśnie na scenach zachodnich lub kompletnie zmienia zawód. Generalnie w Polsce nie szanuje się zbytnio artystów. Dla wielu (choć nie wszystkich) dyrektorów czy reżyserów to ostatnie ogniwo... Co do konkurencji, to jest ona potrzebna – byle była zdrowa i bez elementów zawiści i celowych szkodliwych działań. Jeśli chodzi o podnoszenie kwalifikacji – to należy dbać o swój warsztat przez całe życie. Nigdy nie powinno się spoczywać na laurach. 

S.C.: W czym tkwi piękno opery? Co Ciebie jako wykonawcę w niej fascynuje? 

P.P.: Uwielbiam brzmienie orkiestry symfonicznej, barwy kolory, napięcie, różnorodność brzmienia, połączenie z partiami wokalnymi i chóralnymi. W operze piękno zawarte jest w samej muzyce – reszta to dodatki. 

S.C.: W jaki sposób przygotowujesz się do roli? Masz jakieś swoje rytuały?

P.P.: Zawsze zaczynam od rozczytania i opanowania materiału muzycznego. Potem uczę się tekstów (jeśli są). Staram się nauczyć całego materiału na pamięć najszybciej jak się da, żeby podczas prób mieć więcej czasu na budowanie roli, a mniej na zastanawianie się nad tekstem. 

S.C.: Czego szukasz w odgrywanych przez siebie postaciach?

P.P.: Prawdy.

S.C.: Twój głos jest klasyczny. Nie masz poczucia, że aby być popularnym opera to za mało? 

P.P.: Opera kiedyś była dla ludu, dziś jest już gatunkiem elitarnym. Nie jest w stanie wygrać z galopującą komercją jaką serwują nam media. To taki znak naszych czasów, myślę.
fot. Magdalena Oraczewska
S.C.: Jaki masz stosunek do tzw. medialności? Tobie ona przeszkadza czy pomaga w pracy? 

P.P.: Nie przepadam za medialnością, choć jest ona bardzo ważna dla artysty w dzisiejszych czasach. Jeśli ma służyć propagowaniu wizerunku i reklamowaniu swojej działalności to dobrze. Dzięki temu dotrze się do większej ilości odbiorców. Nie znoszę, niestety, tzw. celebrytów. 

S.C.: Wolisz występować na deskach opery czy teatru musicalowego? Które z tych miejsc bardziej rozwija artystę? Gdzie czujesz się lepiej?     

P.P.: Tak się składa, że od dłuższego czasu gram 90% repertuaru musicalowego. W operze moim zdaniem za bardzo zwraca się uwagę na sam głos, a za mało na aktorstwo i budowaną postać, a przecież bez odpowiedniego połączenia tych elementów wychodzi nam pieśń a nie teatr. Ten balans jest zachowany w musicalu. Tu da się kosztem pięknej nuty stworzyć emocje czy coś podkreślić. To po prostu inna estetyka i inny sposób śpiewania, bardziej swobodny – choć uważam, że wcale nie dowolny.  

S.C.: Mam podobne zdanie o musicalu. Jak śpiewak dba o głos? Czego powinien unikać, a co może, aby nie zepsuć sobie głosu przed występem? Jak dbać o struny głosowe? 

P.P.: Szczerze mówiąc, nie dbam jakoś szczególnie. To chyba za sprawą silnych strun głosowych jakie posiadam. To trochę jak w sporcie – żeby przebiec maraton, trzeba wcześniej trochę pobiegać. W śpiewie też – żeby śpiewać – trzeba po prostu śpiewać (śmiech) i utrzymywać dobrą kondycję wokalną. Unikam przeciążania głosu. Nie śpiewam partii ponad swoje siły i możliwości. Staram się wysypiać, ponieważ to najlepiej regeneruje głos. 

S.C.: Jakie predyspozycje powinien mieć śpiewak operowy? 

P.P.: Przede wszystkim mieć słuch muzyczny i zdrową krtań, elastyczne struny głosowe, umiejętności aktorskie, poczucie rytmu i tonę pokory (śmiech). Osobiście uważam, że powinien mieć chociaż podstawowe wykształcenie muzyczne. To bardzo pomaga podczas nauki i później w pracy. 

S.C.: Co robisz, gdy tuż przed występem dopada Cię trema? Jaką masz na nią receptę?

P.P.: To się zdarza bardzo rzadko, ale wtedy po prostu wychodzę i z pełnym przekonaniem robię swoje. Akcja się toczy, pojawiają się emocję i trema znika. 

S.C.: Masz taką pracę, że musisz odgrywać różne role niemal jednocześnie. Jak radzisz sobie z wychodzeniem z każdej z nich? Jak długo Twoje postacie tkwią w Tobie po występie? A może nie masz z tym problemu i od razu po występie stajesz się sobą – Piotrem?

P.P.: Szczerze nie ma pojęcia jak to się dzieję i jak to się dzieje, że mi się to wszystko nie myli. Na pewno jest to efekt wcześniejszej pracy nad rolą i jej utrwalenia w pamięci. Przed występem potrzebuję chwili skupienia, koncentracji. Najczęściej zaszywam się na klika minut gdzieś głęboko w ciemnej kulisie. Po spektaklu od razu wracam do rzeczywistości i staje się sobą.
musical Frollo, fot. Przemysław Burda
S.C.: Bardzo często aktorzy musicalowi czy śpiewacy operowi marzą o jakiejś roli i niektórzy czekają długie lata na tę „jedyną”. Masz taką „jedyną” rolę, w której chciałby wystąpić.

P.P.: Jeśli chodzi o operę to jest to Rigoletto. W musicalu moje dwa największe marzenia już się spełniły - Javert i Frollo. 

S.C.: Dużo śpiewasz, ale pewnie i słuchasz. Jakie utwory można usłyszeć w głośnikach Twojego samochodu? 

P.P.: Mój standardowy zestaw w samochodzie: Toto, Queen, Pink Floyd i Jean Michel Jarre. 

S.C.: Jakie masz plany na najbliższe miesiące?

P.P.: Ponad wszystko odpoczynek!!!

S.C.: Wobec tego życzę dużo relaksu i wielu chwil, w których mógłbyś choć na moment zapomnieć o pracy.

Brak komentarzy