Każde osiągnięcie to radość jak w czasach, gdy dostawało się zabawkę

Wszyscy kochamy czytać dobrą literaturę. Ostatnio coraz więcej jednak lubi wydawać własne książki, co można zaobserwować chociażby w mediach społecznościowych. Młodzi autorzy wybierają wydawcę i masowo wysyłają egzemplarze, oczekując na pozytywną reakcję i finał w postaci książki z własnym nazwiskiem na okładce. Wielu jednak decyduje się na ten krok bez udziału grupy wydawniczej i chce wydać książkę samodzielnie. Tak właśnie zrobiła Karolina Wójciak – mieszkająca w Kanadzie autorka dwóch książek, która postanowiła wydać książkę w modelu self-publishing. Pisarka odpowiada mi na wiele trudnych pytań związanych z tematem self-publishingu. W moim nowym cyklu zatytułowanym "To jest przyszłość biznesu" rozmawiamy m.in. o tym, jak napisać książkę. Autorka radzi osobom, które chciałyby  wydać swój tytuł bez wydawnictwa jak to zrobić. Objaśnia także, jak pisać ciekawe książki. Od Karoliny dowiecie się również, co  trzeba zrobić, aby wydać książkę, czy lepiej wybrać wydawnictwo czy jednak postawić na samopublikację. Dziewczyna zdradza mi również, czy trudno jest być autorem dobrej fabuły i ile kosztuje wydanie książki. Co najważniejsze, opowiada , jak wygląda dystrybucja książek w Polsce. Jakie są koszty self-publishingu oraz dlaczego zagranicą więcej sprzedaje się e-booków a w Polsce wciąż króluje "papier". Te wszystkie zagadnienia i wiele innych spraw poruszamy dziś na portalu Kulturalne Rozmowy. A po rozmowie zapraszam też na stronę Karoliny tutaj.  
   


Sylwia Cegieła: Dlaczego w ostatnim czasie tak wiele ludzi chce wydać książkę? 

Karolina Wójciak: Jakiś czas temu dołączyłam do grupy na Facebooku zrzeszającej autorów. Są to ludzie, którzy już wydali jedną lub kilka powieści, ale też i tacy, którzy dopiero zaczynają przygodę. Jedni liczą na wydanie książki poprzez wydawnictwo, inni decydują się na self-publishing. Co mnie zaskoczyło, to ilość osób. Są autorzy, o których nigdy nie słyszałam (oni o mnie pewnie też nie (śmiech)).
Wydaje mi się, że to przez internet i przez to, że jest większy kontakt z ludźmi. Jestem pewna, że piszących zawsze było dużo. Zawsze znajdą się tacy, którzy chowają teksty w szufladzie, ponieważ brak im funduszy, pewności siebie czy po prostu robią to dla własnej przyjemności bez myślenia o wydawaniu. Ale są też tacy, którzy bardzo chcą zobaczyć swoje nazwisko na okładce książki. Kiedyś miało znaczenie, gdzie jest autor i jaki ma dostęp do wydawnictw czy innych związanych z nimi usług, teraz już nie.

S.C.: Jak mam to rozumieć? 

K.W.: Wiedza jest w internecie. Wystarczy poszukać. Poza tym, całym procesem wydawniczym, czy poprzez wydawnictwo czy self-publishing można zarządzać z domu, przez internet. Jest to dużo łatwiejsze. 

S.C.: Zdecydowanie łatwiejsze – zgadzam się z Tobą. Skoro już wywołałaś temat self-publishingu, trzeba powiedzieć, że to dość nowe pojęcie i nowy sposób na zaprezentowania swojego materiału ogółowi. Wyjaśnij szczegółowo, czego dotyczy. 

K.W.: Self-publishing polega na wydaniu książki własnym nakładem finansowym. W takim wypadku autor decyduje o wszystkim: komu powierza książkę do korekty, u kogo zamawia okładkę. Znam autorów, którzy wszystko robią sami. Korzystałam z usług innych specjalistów, bo sama nigdy bym się nie odważyła robić korekty czy też projektować okładki. W moim przypadku chęć wydania w self-publishingu wynikała z tego, że chciałam zatrzymać prawa do książki, by móc ją przetłumaczyć i wydać po angielsku. Wydawnictwa tradycyjne, z którymi rozmawiałam, jasno mówiły, że nie ma możliwości wydania pozycji, muszą zapewnić sobie ich zwrot. Stąd właśnie pomysł wydanie książek samodzielnie.

S.C.: Ty więc dołączyłaś do grona młodych autorek książek, jednak na wydanie własnej publikacji ostatecznie decyduje się niewiele osób. Skąd ta dysproporcja w marzeniach i ich realizacji? Co Twoim zdaniem powstrzymuje ludzi od realizacji marzeń o własnej książce? Podpowiedz młodym zdolnym, jak samemu wydać swoją pierwszą książkę w Polsce?  

K.W.: Jest to jednak kwestia finansowa. Jeśli autor chce wydać książkę sam, przejść wszystkie etapy tak jak to się robi w tradycyjnym wydawnictwie, musi liczyć się z kwotami rzędu 7-10 tyś zł za jedną książkę (a i tak ta suma może się różnić ze względu na osoby, którym zlecamy poszczególne usługi jak i samą długość książki). Jeśli zaś chodzi o wydawnictwo tradycyjne, to bardzo trudno się dostać. Zgłoszeń wysłanych na skrzynki wydawnictw jest tak dużo, że niektóre propozycje nawet nie trafiają na biurko osoby wybierającej pisarzy do współpracy. 

S.C.: To faktycznie demotywuje i powoduje, że być może wiele wartościowej treści nie trafia do księgarń. A skoro już mówimy o poszczególnych etapach, to wymień te najważniejsze. Co należy zrobić, aby marzenia o nazwisku na papierze ujrzały światło dzienne? 

K.W.: Pomysł. Pisanie, pisanie i jeszcze raz pisanie. Potem książka trafia na półkę na dwa miesiące lub więcej, tak bym o niej zapomniała. Czytając ją ponownie przepisuję fragmenty, które nie brzmią zbyt dobrze albo np. pospieszyłam się w akcji i muszę bardziej objaśnić moje wyobrażenie sceny. Zwykle robię dwa czytania tekstu zanim trafi on do korekty. Korekty są dwie, a po każdej czytam tekst ponownie. Następnie tekst trafia do składu, a potem do druku. Z drukarni trafia do dystrybutora, który udostępnia książkę w księgarniach, z którymi współpracuje.

S.C.: A nie myślałaś o tym, aby zbudować e-sklep i samej zająć się dystrybucją? Tak chyba byłoby łatwiej i większa korzyść finansowa. 

K.W.: Tak, myślałam o tym. Sklep nawet jest i faktycznie można kupić książkę bezpośrednio ode mnie. Problem polegał jednak na wysyłce. Musiałabym znaleźć firmę, która wykonałaby to za mnie. Kiedy wydawałam „Matyldę” nie miałam pojęcia, że coś takiego w ogóle funkcjonuje. Dopiero po dołączeniu do grupy dowiedziałam się o takiej możliwości. Jest firma, która oferuje magazynowanie i wysyłkę – odpłatnie rzecz jasna. Jedyną wadą tego przedsięwzięcia jest to, że książki nie będą dostępne w ogólnopolskich księgarniach. Teraz wiele z nich oferuje darmowy odbiór w punkcie lub w kioskach ruchu, a moi czytelnicy pisali, że cenią sobie takie rozwiązania. Jak ze wszystkim, są więc plusy i minusy takiego rozwiązania. Dla mnie na początku ważna była dostępność, szybkość wysyłki, dla czytelnika zaś najważniejsza jest cena.


S.C.: Tak, to kwestia kluczowa. Kto pomagał Ci lub nadal pomaga w procesie redakcyjno-wydawniczym? 

K.W.: Osób jest kilka: Katarzyna Wróbel wykonuje dla mnie korekty. Łukasz Różyński skład (a także okładkę do „Tożsamości”), Dorota Bishop narysowała okładkę do „Matyldy”. 

S.C.: Z czym musiałaś się zmierzyć podczas samego procesu pisania? Poradź, być może przyszłym pisarzom, jakich błędów nie robić i jak się do tego dobrze przygotować do wydania pierwszej książki? 

K.W.: Cierpliwość. Najważniejsze to znaleźć czas. Nie robić tego na siłę, nie wyznaczać ilości stron jakie trzeba napisać każdego dnia, nie spieszyć się. Nie starać się podrabiać kogoś, pisać czyimś głosem, bo to nie będzie prawdziwe. Pisać z serca i być autentycznym. Wiernym sobie. 

S.C.: Masz za sobą wydanie dwóch książek. Czy obie były wydane w systemie self-publishingu? Jak wyglądał sam proces w obu przypadkach? Zauważyłaś jakieś różnice w procesie pisarsko-wydawniczym? 

K.W.: „Tożsamość” została wydana przez grupę PWN (serwis rozpisani.pl), a Matylda całkowicie przeze mnie. Obydwie te drogi są self-publishingiem. Jedyna różnica polega na tym, że portal rozpisani.pl posiada swoje własne drukarnie, a co za tym idzie, nie mogę negocjować stawek za druk książek. W przypadku „Matyldy” nawiązałam współpracę z rodzinną drukarnią w Warszawie.

S.C.: Każdy ma jakieś oczekiwania związane z wydaniem. Jak było z Tobą? Pisałaś te książki w nadziei na przyszły sukces czy z czystej radości? Co wtedy sobie myślałaś i czy w obu przypadkach towarzyszyły Ci te same emocje?  

K.W.: Pisałam zawsze dla siebie, a wydając, owszem, marzyłam o sukcesie. Tyle, że dla mnie sukces to już zobaczenie mojego nazwiska na okładce książki. Każde malutkie osiągnięcie to tak ogromna radość jak w czasach, gdy było się dzieckiem i dostawało zabawkę. Największą frajdę sprawiają czytelnicy. Ich wiadomości i komentarze. To moje paliwo. Co do emocji – strach. Zawsze strach. Tuż przed wydaniem obydwu książek chciałam się wycofać, ponieważ przecież znajdą się tacy, którzy skrytykują nie zostawiając na mnie suchej nitki. Zwłaszcza, że moje książki nie są lekką literaturą, a poruszane tematy są bardzo trudne.

S.C.: Dobrze, że o tym wspomniałaś, ponieważ obecnie zauważa się na rynku wiele książek o podobnej tematyce, takiej typowo dla kobiet, gdzie jest miłość, seks no i oczywiście wszystkie okładki mam wrażenie są do siebie podobne – zawsze jakaś para w intymnej sytuacji lub facet z sześciopakiem. Jak Ty to odbierasz? 

K.W.: Jeśli taka literatura ma się dobrze na rynku, oznacza, że czytelnicy ją kochają. Znajdą się zatem autorzy zaspokajający potrzebę rynku i wydający z ogromnym sukcesem właśnie takie książki. Uważam jednak, że ludzie sięgają po różnego rodzaju literaturę a nawet jeśli nie będę autorką sprzedającą milionów książek ze względu na brak ostrego seksu i golasów na okładkach, to nie chcę nikogo udawać – podszywać się pod kogoś, kim nie jestem, kopiować czyjejś pracy. Nie wydaję erotyków. Moje okładki są rysowane przez artystów, ale nie oznacza to, że są lepsze czy gorsze. Po prostu są inne. Pisząc swoje teksty, zawsze skrywam jakąś wiadomość. Staram się pokazać rozterki ludzi, ich zmagania oraz trudności, z jakimi się borykają, po prostu prawdziwe życie. Chcę, by książki najpierw miały akcję, historię, a dopiero potem romans i seks. Uważam, że to tak jak ze związkiem – musi być dobry fundament, by nie opierać wszystkiego na seksie.
Jeszcze na chwilę wrócę do okładki: wyobraź sobie, że odradzano mi sztukę, odradzano rysunki, a właśnie polecano gołego faceta ze spuszczonymi spodniami. Miało to gwarantować sukces. Tyle, że ja nie do końca byłam przekonana. W pewnym momencie po otrzymaniu wielu wiadomości od recenzentów o tym, że sięgając po moją książkę spodziewali się czegoś trudnego, pisanego wręcz poetyckim językiem – ocenili to na podstawie okładki, zaczęłam wątpić w mój wybór. Pisali, że dostali świetną historię, jazdę bez trzymanki i sugerowali bym koniecznie zmieniła okładkę. Powieść przystępna, ciekawa, a okładka taka bardzo ambitna, zbyt ambitna. Muszę przyznać, że wahałam się czy nie zmienić. Biłam się z myślami kilka dni. Nadal nie jestem pewna, czy dobrą decyzję podjęłam. Jednak, kiedy przechodzę koło ściany, na której mam wyeksponowane okładki moich książek w ramach, uśmiecham się z poczuciem satysfakcji, że jest po mojemu.

S.C.: Czy nie ma już miejsca na ambitna literaturę? Ludzie przestali ją rozumieć? 

K.W.: Pytasz, czy ludzie przestali rozumieć ambitną literaturę. Nie, to nie tak. Uważam, że w tak zwariowanych czasach, ludzie sięgają po historie, dzięki którym mogą odpocząć. Są wyciskani jak cytryny w pracy, nie mają chwili wytchnienia w domu, więc są po prostu przeładowani. To klęska cywilizacji – ciągła stymulacja.

S.C.: Co zrobić, aby zysk stał po stronie autora a nie wydawcy? Jak uzyskać pełną kontrolę nad publikacją? Już wiem, że self-publishing mi na to pozwala… 

K.W.: Na to pytanie musiałby odpowiedzieć autor, który wydaje u wydawcy. Jednakże jako osoba, która poznała proces od podszewki, mogę od razu powiedzieć, że koszty są ogromne. Wydawca, pokrywając je, ma nadzieję na zwrot i zarobek dla wielu osób – nie tylko autora. Do tego dochodzą koszty reklamy. Promowania autora, organizowania spotkań. Gdybym powiedziała, że tradycyjny wydawca jest zły, ponieważ zabiera większość pieniędzy, oznaczałoby to, że nie znam rynku. Możliwość negocjowania warunków z wydawnictwem pojawia się dopiero, gdy pisarz odniesie sukces. Jeśli autor ma mieć zysk z książki, musi się sprzedawać bardzo dużo egzemplarzy. W tym przypadku działa to tak samo zarówno w self-publishingu jak i tradycyjnie. Jeśli ktoś uważa, że przy self-publishingu „zgarnia” wszystkie pieniądze ze sprzedaży, to jest w ogromnym błędzie. Z każdej sprzedanej sztuki poprzez dystrybutora odliczana jest należność księgarni i dystrybutora, a dopiero potem jest autor. W przypadku sprzedaży publikacji bezpośrednio przez autora, wtedy zysk jest w 100% publikującego.


S.C.: A co z prawami autorskimi? Jak rozwiązałaś tę kwestię w przypadku polskiej i angielskiej wersji? 

K.W.: To właśnie była główna przyczyna, dla której wybrałam self-publishing. Jestem właścicielką praw autorskich i mogę robić z książkami co tylko przyjdzie mi do głowy. 

S.C.: A jak w ogóle wyglądał proces wydawniczy w USA? Skąd pomysł na tłumaczenie i jak to się wszystko odbywało?

K.W.: Książka została przetłumaczona dlatego, że mieszkam w Kanadzie. Wszyscy moi anglojęzyczni znajomi pytali o moje książki, więc to mi podsunęło myśl, by je przetłumaczyć. Nie ukrywam, że jest to ogromna inwestycja – ponad 12 tys. zł, której zwrot nastąpi pewnie po długim czasie, ale bardzo zależało mi, by książki pojawiły się na świecie. Wydane zostały przez Amazon, a dokładnie przez ich podstronę Createspace i są dostępne na całym świecie – od USA, po UK, Australię, Japonię, itd. To niesamowite uczucie. 
Ale od początku. Książkę tłumaczyła polka, a potem ja dopisywałam, uzupełniałam fragmenty, które mi nie pasowały. Ten proces zajął około 4 miesięcy. Potem książka trafiła do Jeni – edytorki w Karolinie Płn., która ją poprawiła tak, by czytelnik amerykański nie miał problemu z czytanym tekstem. Potem została opublikowana na Amazonie i w każdym sklepie, z którym współpracują.
Jako ciekawostkę napiszę, że jeden opis w książce został zmieniony dlatego, że amerykańska edytorka uznała go za rasistowski. Zaproponowała nawet napisanie go na nowo tak, by nie był obraźliwy. W Polsce nikt nawet tego nie zauważył. I druga ciekawostka – książka otrzymała kilka słabszych ocen dlatego, że nie poinformowałam o przemocy, morderstwach i gwałtach na okładce, mimo że została umieszczona w kategorii tylko dla dorosłych. Obecnie w każdym serwisie taka informacja figuruje. W Polsce nie ma żadnej wzmianki.

S.C.: Co jest potrzebne młodemu autorowi, który właściwie nie jest pisarzem, aby wydał swoją  pierwszą książkę i tego nie żałował?

K.W.: Upór! Zawsze będę zachęcać do wydania przez wydawnictwo tradycyjne, jeśli nie ma się własnych środków. Tak łatwiej i mniej ma się na głowie. Natomiast nie mogę gwarantować, że pisarz nie będzie żałował współpracy z wydawnictwem lub wydania własnym sumptem. Wielokrotnie zauważam, że nawet znani pisarze wędrują po wydawnictwach sprawdzając, gdzie im się bardziej podoba. Myślę, że oni potrafiliby lepiej rozwinąć ten temat – mają większe porównanie. 

S.C.: Co zrobić, aby nie ulec negatywnym emocjom podczas procesu twórczo-wydawniczego? Jak nie ulegać podszeptom typu: „po co mi ta książka?, przecież są lepsi, a ja właściwie nic takiego nie osiągnęłam”? 

K.W.: To jest taki drań – ten wewnętrzny głos. On jeszcze lubi mówić, że wszystko jest beznadziejne, a książkę – zamiast do wydawnictwa – powinno wysłać się do kosza. Ja jestem wobec siebie bardzo krytyczna, więc karmię ten wewnętrzny głos dość dobrze, by mnie potem męczył. Znalazłam jednak rozwiązanie – książki trzeba dawać ludziom. Prosić o przeczytanie, o opinię. Pytać, co ich poirytowało, co im się podobało. Rzecz jasna, nie można ślepo polegać na jednej opinii, ale to bardzo dużo daje. 

S.C.: Czy według Ciebie pisania można się nauczyć? Obecnie każdy marzy o wydaniu własnej książki. Nie masz wrażenia, że rynek jest wprost zalewany publikacjami, których nikt nie przeczyta nie z powodu ich jakości, ale właśnie dlatego, że jest ich za dużo?

K.W.: Wszystkiego można się nauczyć. Każdego zawodu. Pytanie tylko, jak to dalej będzie wyglądało. Pisanie to naprawdę trudny proces i jak powiedział Orwell: „pisanie książki przypomina straszliwą i wyczerpującą walkę, jest jak długie zmaganie się z bolesną chorobą. Nikt by nie przedsięwziął takiej rzeczy, gdyby nie był popychany przez jakiegoś demona, któremu nie można się przeciwstawić, ani go zrozumieć.” Nauczyć się a wytrwać i robić to z pasją, to już zupełnie inna historia.
Jeśli chodzi o jakość, trzeba bardzo pilnować publikacji self-publishingowych. Nie iść na skróty. Nie szukać usług „po taniości”, czy u znajomego, który kiedyś coś tam robił i ma pojęcie. Trzeba zaufać specjalistom. Wtedy taka pozycja będzie równowartościowa tej wydanej przez wydawnictwo, a czy czytelnik po nią sięgnie, to już kwestia jego upodobań i… reklamy, oczywiście!

S.C.: Jakich błędów należy unikać, a jakie Ty napotkałaś na własnej drodze? Przed czym przestrzegasz przyszłych autorów? 

K.W.: Jakość – mogłabym raz jeszcze powtórzyć powyższą odpowiedź. Dlatego właśnie postawiłam na specjalistów. Co więcej, mając wyznaczoną datę premiery drugiej książki, nie byłam przekonana co do okładki. Opóźniłam wydanie książki, dlatego, że czekałam na taki projekt, który sprawi, że będę zadowolona. 

S.C.: Obecnie dość często widzę reklamy typu: „napisz książkę w 30 dni i ją wydaj”. Czy jest to możliwe?

K.W.:  Być może. Mogę jedynie powiedzieć, jak to jest u mnie. W moim przypadku ten proces trwa od ośmiu miesięcy do roku. Włączam w to pisanie, korektę tekstu, projekty okładek, skład i druk.


S.C.: Zawsze pytam wprost o pieniądze, więc Ciebie też zapytam. Ile kosztuje wydanie książki? Czy i ile można zarobić na wydaniu własnej książki? Czy można się z tego utrzymać? 

K.W.: Absolutnie można. Warunki są dwa – świetna promocja i duża ilość sprzedanych książek. Bez tego ani rusz. Jest to jednak bardzo trudne do wykonania. Wielu autorów zmaga się z trudnością, jaką jest dotarcie do czytelnika i przekonanie go do swojego pióra, czyli do zaufania autorowi. Poza tym, trzeba nastawić się, że to proces czasochłonny i – zanim czytelnicy się dowiedzą, przeczytają, polecą znajomym – mija bardzo dużo czasu. Tak naprawdę środki mogą być zamrożone na długo. Nie mogę jednak w pełni udzielić odpowiedzi na to pytanie, ponieważ nie znam kosztów, jakie ponoszą wydający w self-publishingu w Polsce poza tymi bezpośrednio związanymi z książkami.
Poszczególne koszty zależą od usług osób, którym zlecamy pracę, ale wymienię mniej więcej, czego można się spodziewać:
- korekta tekstu (w zależności od długości książki – płaci się za ilość znaków) – 2500-3000 zł,
- skład – (jak wyżej) – 400-700 zł,
- okładka – 500-800 zł,
- druk (zależnie od tego, jaki wydajemy nakład) – tutaj można posłużyć się kalkulatorami. Ja drukuję książki mniej więcej co pół roku po 500 egzemplarzy. Koszt to ok. 5000 zł już z dostawą do dystrybutora. 

S.C.: Rozmawiamy o samych kwestiach technicznych i wydawniczych, ale nie zapominajmy, że promocja też jest ważna. Kto więc pomógł Ci w opracowaniu strategii marketingowej? A może uczyłaś się tego sama? Skąd czerpałaś taką wiedzę? 

K.W.: Zacznę od tego, że nie jestem guru i nadal w tej dziedzinie kuleję. Nie można być od wszystkiego i ja jestem na to przykładem. Staram się jak mogę, czytam porady, pytam ludzi, ale i tak muszę pracować nad tym, by odpowiednio zareklamować i sprzedać własną książkę. Trzeba mieć w sobie tę zdolność handlowca – planować działania, poświęcać czas, wyznaczyć budżet. Dla niektórych może to być jak zabawa, dla innych duże wyzwanie. Są fantastyczni specjaliści w dziedzinie, którzy pomagają, np. jak ustawić post sponsorowany na Facebooku tak, by inwestycja przyniosła odpowiednią ilość kliknięć. Są też tradycyjne szkolenia, grupy online. W moim przypadku, gdzie poza pisaniem robię też inne projekty, czasu jest, niestety, niewiele, a najlepszą akcją marketingową są dla mnie polecenia.

S.C.: Wydałaś dwie książki – jak już wcześniej wspomniałaś. Skąd u Ciebie w ogóle pomysł na wydawanie własnych publikacji? Czy zastanawiałaś się, dlaczego właściwie chciałaś napisać te książki? Chciałaś potraktowałaś ją jako element strategii własnego rozwoju czy był to jedynie chwilowy poryw serca?   

K.W.: Pisałam od zawsze tylko dlatego, że sprawia mi to przyjemność – dla jednego jest to basen, dla drugiego golf, dla mnie pisanie. To moja odskocznia i relaks. Do wydania książek jednak musiałam dojrzeć emocjonalnie (by móc zmierzyć się z tym, co niesie za sobą wyeksponowanie własnych myśli publice). 

S.C.: Jak wybrać temat na swoją książkę, żeby mieć pewność, że okaże się sukcesem? Jak Ty do tego podeszłaś? Czy absolutny sukces w ogóle jest możliwy? 

K.W.: Takiej gwarancji nigdy nie ma. Widać to też po komentarzach książek wielkich pisarzy, gdzie czytelnicy piszą, że super pomysł, ale książce czegoś brakuje. Pomysł to nie wszystko. Liczy się bardziej umiejętność opowiadania. Może pamiętasz taką scenę z „Pożegnania z Afryką?” gdzie Meryl Streep dostaje temat i opowiada historię. Karen Blixen tak właśnie opowiadała. Jedno zdanie wystarczyło, by stworzyła fantastyczną opowieść.

S.C.: Tobie udało się wydać książkę również w języku angielskim. Jakie są w tym przypadku różnice proceduralne? Zdradź najważniejsze szczegóły.

K.W.: Niewiele osób wie, że cała seria o wampirach wydana przez Stephanie jest właśnie self-publishingiem. Autorki romansów, new adult, które w Polsce doczekują się tłumaczeń i wydawnictwa tradycyjnego też zrodziły się z self-publishingu. Powód jest bardzo prosty. W USA – zwłaszcza na Amazonie, odchodzą koszty druku. Tutaj funkcjonuje PO (print od demand), czyli druk na żądanie. Czytelnik zamawia książkę i jest ona drukowana tylko dla tego konkretnego klienta – jedna sztuka. Nie ma więc nakładów, nie ma magazynowania. Poza tym kultura czytelnicza jest zupełnie inna. W USA i na świecie sprzedaję więcej e-booków niż książek papierowych. W Polsce jest odwrotnie.

S.C.: A widzisz. Ja ciągle czytam opinię, że jednak ktoś woli papier niż książkę elektroniczną lub audiobook. Osobiście lubię jednak słuchać, ponieważ nie mam czasu na tradycyjne czytelnictwo i staram się wykorzystywać każdą chwilę na dobrą lekturę. A jak jest u Ciebie? 

K.W.: Dla mnie obecnie książki funkcjonują jedynie jako audiobooki. Pracując jako fotograf, spędzam godziny nad edycją zdjęć. Moje oczy i ręce są zajęte, więc - nie chcąc marnować czasu – słucham. Mam subskrypcję na Audible i słucham książek po angielsku. Pomaga to szlifować język, a jednocześnie daje dostęp do literatury na całym świecie. 
Natomiast jeśli gdzieś jadę (nawet odebrać dzieci ze szkoły, gdzie czekam w samochodzie), zabieram ze sobą Kindle). 

S.C.: Czyli jednak cenisz sobie wygodę. Jednak własna książka na półce w pokoju wygląda pięknie, ale co zrobić, aby potencjalny czytelnik wybrał właśnie Twoją i położył ją obok innych? Jaka jest tajemnica dystrybucji? Gdzie i do kogo uderzyć?  

K.W.: Polecenia. Bloggerzy. Recenzje. Prośby o dzielenie się opinią.


S.C.: Mówi się, że w self-publishingu wydaje się książki, w których wydanie nikt nie chce zainwestować z powodu ich jakości, a prestiżem jest, gdy za autorem stoi wydawnictwo. Czy warto tak generalizować? Jaka jest prawda? 

K.W.: Wydawnictwo decyduje się na to, co uda im się sprzedać, a nie zawsze przekłada się to na jakość tekstu. Jest to biznes jak każdy inny. Są genialne publikacje i są średnie. Nie ma – moim zdaniem – reguły. Potwierdzeniem na to jest J.K. Rowling i Stephen King, których książki zostały wielokrotnie odrzucone. Kingowi nawet powiedziano, że nikt jego książek nie będzie chciał czytać. Czy to, że zostali odrzuceni wielokrotnie oznacza, że ich książki były słabe? Nie, to po prostu czyjaś opinia. Ostatnio czytałam taki fajny artykuł, gdzie ktoś mówił o książkach celebrytów. Wydawnictwa z chęcią opublikują poradnik o gotowaniu, sprzątaniu, życiu, macierzyństwie czy innym temacie, jeśli autorem jest ktoś już znany. Nie będą zaryzykować z nieznanym nazwiskiem.

S.C.: Coś o tym wiem. Bardzo dziękuję za rozmowę, cenne rady dla przyszłych pisarzy i życzę wielu sukcesów.   
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: