Kreowanie światów pozwala poczuć, że wchodzimy w rolę stworzyciela

Alicja Wlazło – debiutująca powieścią fantasy autorka mówi o sobie, że jest artystką, co odkryła  całkiem niedawno. Pierwsze wiersze i powieści zaczęła tworzyć mając zaledwie dwanaście lat. Potem na kilka lat przerwa, aby na dobre powrócić do pisania w 2014 roku. Rozpoczęła od kursu kreatywnego pisania. Wtedy zaczął się u niej etap niezwykle mozolnej i wytężonej pracy nad warsztatem pod okiem Michała Urbaniaka. Jak sama twierdzi: pisarz niedoskonalący własnego warsztatu, nie jest pisarzem, ani artystą. I chyba coś w tym jest, ponieważ na jej pierwszą wydaną książkę trzeba było czekać kilka lat. Swoim doświadczeniem dzieli się też na blogu „Zostać pisarzem”, który prowadzi wraz ze swoją przyjaciółką. Udowadnia, że dzięki ciężkiej pracy i konsekwencji można spełnić marzenia. Na portalu Kulturalne Rozmowy opowiada o procesie pisania „Mroku”, o kreowaniu rzeczywistości oraz planach na wiele najbliższych lat. Zapraszam na niezwykle ciekawą rozmowę o magii i pasji tworzenia. 

    
Sylwia Cegieła: Kim jest Alicja Wlazło? Poznałam Cię już wcześniej jako blogerkę, która wraz z przyjaciółką prowadzi kącik dla przyszłych pisarzy, ale opowiedz o sobie coś więcej. 

Alicja Wlazło: Lubię o sobie myśleć jako o artystce, zawsze lubiłam. Odkąd pamiętam ciągnęło mnie do tworzenia, wyrażania siebie i dzielenia się swoim sposobem na postrzeganie świata z innymi. Gdy miałam jedenaście lat zaczęłam pisać dziennik, w którym opisywałam zdarzenia z dnia codziennego, oczywiście, nigdy nie zamierzałam go upubliczniać, lecz teraz uważam, że stanowił niezłą wprawkę pisarską. Później przyszedł czas na wiersze. Pamiętam, jak próbowałam napisać prozę rymowaną, jednak nigdy mi nie wychodziła – do tej pory o wiele lepiej czuję się w wierszach białych. W międzyczasie byłam wokalistką małego zespołu rockowego. Jeździłam konno w klubie jeździeckim. Grałam na gitarze. Coś tam nawet zdarzyło mi się naszkicować, choć nigdy nie przykładałam do tego większej wagi.
Mimo że większość z młodzieńczych pasji przeminęła, pisarstwo przetrwało. Także jestem pisarką- marzycielką, która posiada w sobie nieograniczone pokłady energii, często za dużo mówi i za bardzo kocha kamerę oraz mikrofon, a jej ambicja napędza do jeszcze cięższej pracy. Gdy osiągnę jeden sukces, patrzę na horyzont i obieram kolejny cel. Nie potrafię stać w miejscu. Uwielbiam uczyć się nowych rzeczy. Chyba właśnie z tego powodu zaczęłam próbować swoich sił w rysunku, a także poznawać nowych ludzi i nowe miejsca! Co więcej, lubię ćwiczyć, jeść zdrowo, co, niestety, nie zawsze się udaje. Lubię też spędzać czas z rodziną. Ostatnio w każdej wolnej chwili w ciągu dnia chodzimy z chłopcami na boisko, gdyż zaczęli trenować i teraz najchętniej graliby, ile tylko się da. Jestem szczęśliwą kobietą, która z odwagą patrzy w przyszłość i ma nadzieję zarazić swoim optymizmem innych, a ponadto chce oczarować swoich czytelników magią zawartą w tworzonych przez nią powieściach.

S.C.: Trzymasz w ręku swoją książkę, na której widnieje Twoje nazwisko jako autorki. Co czułaś, kiedy pierwszy raz trzymałaś w rękach swoje dzieło, czyli „Mrok”? 

A.W.: Pamiętam to jakby się wydarzyło wczoraj. Przyszłam po dwunastu godzinach pracy do domu i już od rana wiedziałam, że czeka na mnie paczka z magazynu. Wyobraź sobie, jak bardzo nie mogłam się doczekać. A potem, gdy tylko weszłam do domu, otworzyłam paczkę i wyjęłam moje pierwsze książkowe „dziecko” na światło dzienne (no, raczej to z lampki), przejechałam palcami po okładce i... rozpłakałam się. Tak normalnie, ze szczęścia. Udało mi się! Przepełniła mnie duma i radość, a także lekkie niedowierzanie. Jednak czym innym jest wiedzieć, że Twoja książka zostanie wydana, a czym innym rzeczywiście trzymać ją w dłoniach. Coś wspaniałego.
S.C.: Skąd w Twojej głowie zrodził się tak misterny pomysł na fabułę? Czy był on podyktowany obecną modą na książki fantasy, czy jednak opowieści „nie z tej ziemi” od zawsze Cię fascynowały?
A.W.: Zacznę od tego, że odkąd tylko pamiętam, zaczytywałam się powieściami fantastycznymi. Po prostu uwielbiam magię. Chciałabym, aby przenikała nasze rzeczywiste życie, choć – z drugiej strony –  wiem, że mogłaby zarówno wiele pomóc, jak i wiele utrudnić. Kocham też smoki i inne magiczne stworzenia. Kiedy byłam małą dziewczynką wymyśliłam własnego smoka i wyobrażałam sobie, że towarzyszy mi na każdym kroku i jestem jedyną osobą zdolną go zobaczyć.
Pomysł na powieść przyszedł sam, lecz od samego początku chciałam napisać książkę, która porwie tłumy, o której niełatwo będzie zapomnieć, ale również taką, którą wydawcy zechcą wydać. Uważam, że pierwsza książka ma naprawdę spore znaczenie i, mimo wszystko, powinniśmy patrzeć na rynek wydawniczy oraz wiedzieć, co się sprzeda, a co nie. U mnie wszystko dobrze się zgrało, ponieważ „Mrok” został dobrze przyjęty, a jego fabuła współgra z moją duszą. 

S.C.: A tytuł? Co oznacza „mrok” w Twojej powieści? 

A.W.: Ciężko to jednoznacznie stwierdzić, jednak z pewnością chciałam, aby tytuł odzwierciedlał esencję książki. Nad świat nadciąga mrok, mimo że niewielu ludzi zdaje sobie z tego sprawę. Każdy dalej żyje swoim życiem, chociaż w każdej chwili drogę może zastąpić mu Potępiony i odebrać życie, a nawet coś więcej. Dodatkowo, chodziło mi też o mrok w sercu, z którym wielu ludzi musi się zmagać na co dzień. Trzeba pokonywać własne słabości, wyswobodzić się z okowów przeszłości, by ruszyć dalej – chociażby Sigarr czy Ellif znajdują się w takiej sytuacji. Miałam nadzieję, że czytelnicy zidentyfikują się przynajmniej po części z postaciami i może odnajdą w nich przyjaciół, właśnie dlatego, że bohaterowie są pełni szarości. 

S.C.: Co było dla Ciebie impulsem, motywatorem do napisania tej książki? Czy przed podjęciem decyzji miałaś jakieś obawy typu: „nie przyjmie się i pewnie nikt tego nie przeczyta”. A może od początku wiedziałaś, że to jest to, co chcesz robić i nie miałaś żadnych obaw związanych z wydaniem książki? 

A.W.: Mam wrażenie, że obawy są nieodłącznym elementem życia artystów. Myślę, że u pisarzy są tym większe, ponieważ napisanie książki zajmuje naprawdę sporo czasu i trzeba wiele poświęcić, by ukończyć powieść, a potem, by znaleźć dla niej wydawcę. Często mówimy tu o codziennej godzinnej lub też wielogodzinnej pracy nad tekstem, o szlifowaniu go, dopracowywaniu elementów fabuły, dopieszczaniu profilów bohaterów, aby chwycili czytelników za serca. A jeśli do tego wszystkiego dodamy niepewność młodego autora – wątpliwości gwarantowane.
Przyznam szczerze, że „Mrok” nie powstałby, gdyby nie wsparcie męża. Napisałam plan, opracowałam najważniejsze wątki, a potem dopadło mnie zwątpienie: czy jest w ogóle sens to zaczynać? Czy ktoś to przeczyta? A co, jeśli nie umiem pisać? Pamiętam do dzisiaj, jak mąż mi powiedział: co ci szkodzi? Napiszesz to przynajmniej się przekonasz, a jeśli odpuścisz, nigdy nie poznasz odpowiedzi na te pytania. No i napisałam. Teraz wiem, że to była jedna z lepszych decyzji w moim życiu.


S.C.: Czy trzeba podziękować mężowi (śmiech). W swojej książce dość wyraźnie łączysz ze sobą oba światy – rzeczywisty i ten, w którym żyją Zaprzysiężeni. Skąd pomysł na taki układ? Pierwsze kilkadziesiąt stron to zwykła obyczajówka, która przyznam szczerze, nie zachwyciła mnie.

A.W.: Rzeczywiście w pierwszej części nie dzieje się zbyt wiele. Przyznam, że teraz pewnie napisałabym początek zupełnie inaczej, jednak wtedy miałam inne zdanie na ten temat. Zależało mi na dobrej ekspozycji oraz na tym, aby czytelnik przywiązał się do Laureen i zrozumiał, co tak naprawdę straciła. Pragnęłam, żeby całość nabrała na realności, która jest tak ważna w każdej powieści i zdecydowałam się to zrobić właśnie w ten sposób. Jednak plusem takiego początku może być fakt, że dzięki temu nawet czytelnicy, którzy zwykle nie czytują fantastyki, odnajdują „Mrok” jako ciekawą pozycję.
Co do połączenia światów, zawsze po cichutku liczyłam na to, że oprócz nas gdzieś tam istnieją inne istoty, inna rzeczywistość, niekoniecznie lepsza, może właśnie gorsza, ale ciągnęło mnie do niej. Dlatego zdecydowałam się na zastosowanie takiego połączenia w Zaprzysiężonych, co mam nadzieję spodobało się czytelnikom i wzmogło ich ciekawość.

S.C.: Kim się Ci Zaprzysiężeni i Potępieni z „Mroku”?

A.W.: Tak naprawdę dopiero po przeczytaniu „Mroku” można się tego dowiedzieć, a przynajmniej po części. Nie zdradzę tutaj historii powstawania tych dwóch frakcji, gdyż zamierzam odkrywać karty po kolei w następnych tomach, by zbudować odpowiednie napięcie.
Co jednak mogę powiedzieć to to, że Zaprzysiężeni stoją na straży utrzymania równowagi we wszechświecie, jednak z pewnych przyczyn zadanie staje się trudne do wykonania. Posiadają moc i swoją drugą naturę, prawdziwą, która jest jednocześnie odzwierciedleniem esencji ich samych.
Potępieni natomiast to ludzie – istoty, które za życia dopuściły się zbrodni i dostały drugą szansę na nowe życie, jednak otaczająca ich magia jest mroczna. Można ją porównać do pasożyta, który żeruje na swoim żywicielu, wypaczając go jeszcze bardziej.

S.C.: Jakbyś scharakteryzowała główną bohaterkę powieści? Czy ma ona jakieś Twoje cechy osobowości? 

A.W.: Laureen to kobieta, która boi się wyjść ze swojej strefy komfortu, a przynajmniej tak się dzieje na początku powieści. Później jej postać charakteryzuje coraz większa zmiana, która położy na jej życiu cień i zmusi do podejmowania trudnych decyzji. Ciężko jednoznacznie określić jej osobowość, choć z pewnością mogę o niej powiedzieć, że jest uparta, a dla rodziny zrobi wszystko. I właśnie w tym aspekcie jesteśmy podobne – swoją rodzinę kocham ponad wszystko i zawsze będzie na pierwszym miejscu.
Sądzę, że obie jesteśmy równie niestrudzone w dążeniu do celu, choć Laureen dopiero uczy się stawiać na swoim. 

S.C.: Wiadomo już, co też sama potwierdziłaś, że powstanie drugi tom „Mroku”. Czy od początku było Twoim zamysłem, aby napisać kontynuację czy jednak pomysł narodził się w czasie pisania? 

A.W.: Odkąd tylko siadłam do planowania, wiedziałam, że Zaprzysiężeni będą składali się z kilku części. Najpierw sądziłam, że mogę sobie nie poradzić z tak dużą dawką materiału, jednak w miarę pisania i zdobywania doświadczenia okazało się, że o wiele prościej pisze mi się powieści wielotomowe niż krótsze formy, jak np. opowiadania. Co więcej, sądzę, że dzięki kilku częściom, czytelnicy mogą poczuć większą więź z bohaterami. Sama właśnie to uwielbiam w sagach czy trylogiach.

S.C.: Czym więc zaskoczą czytelników bohaterowie w drugiej części? Czy będzie więcej magii, zjawisk nadprzyrodzonych? Czy jednak będziesz wracać do świata rzeczywistego? 

A.W.: Na pierwsze pytanie nie mogę, niestety, odpowiedzieć, gdyż nie obyłoby się bez spojlerów, za które z pewnością dostałaby burę od mojego wydawcy (śmiech). Jednak mogę zdradzić, że szykuje się sporo niespodzianek, a także, mam nadzieję, niespodziewanych zwrotów akcji. Po pierwsze, świat w drugim tomie będzie znacznie różnił się od tego przedstawionego w „Mroku”. Odkryję przed wami pewną część Daenionu, a także innych światów, których mieszkańcy odegrają istotną rolę w zbliżających się wydarzeniach. Chcę również przybliżyć strukturę Zaprzysiężonych, w jaki sposób funkcjonują na co dzień i jak radzą sobie z walką z potępionymi. Nie zabraknie, oczywiście, kontynuacji wątków z pierwszej księgi, ale też zamierzam wprowadzić kilka nowych. Jak więc sami widzicie, będzie się działo!


S.C.: Sama od dziecka fascynujesz się literaturą fanatsy. Jak sądzisz, dlaczego czytelników obecnie bardziej fascynuje świat magii niż rzeczywistość?

A.W.: Wydaje mi się, że każdy potrzebuje odskoczni od rzeczywistości i szuka jej właśnie w świecie magii. Pęd dnia codziennego, ciągle pojawiające się problemy, na które często nie mamy wpływu, sytuacje, w których nie chcielibyśmy się tak naprawdę znaleźć. Magia, czary, czytanie to wszystko pozwala nam oderwać się i przeżyć przygody, jakich w normalnym świecie nigdy byśmy nie przeżyli. Dodam, ponadto, że chyba każdy gdzieś głęboko w duszy wierzy w istnienie magii albo chciałby wierzyć, ponieważ z nią rzeczywistość nabrałaby barw niczym niebo, na którym pojawia się tęcza po deszczu.

S.C.: Czy pisanie książek fantasy wymaga od Ciebie innego rodzaju kreatywności niż pisanie powieści obyczajowej? Sama przyznałaś, że nie do końca lubisz pisać powieści obyczajowe? 

A.W.: Tak, to prawda, powieści obyczajowe nie są moją mocną stroną. W książce musi dziać się coś niezwykłego. Do tej pory uważałam, że dodatkowo musi być to związane z magią, lecz ostatnio odkryłam, iż można zaskoczyć – siebie i czytelnika – w całkiem inny sposób. Jednak o tym dowiecie się za jakiś czas.
Natomiast, odpowiadając na pierwsze pytanie, wydaje mi się, że tak. Po pierwsze, aby pisać powieści fantastyczne trzeba posiadać wybujałą wyobraźnię i nie bać się przekraczać granice – w fantastyce tekst powinien przede wszystkim cechować wolność. Chodzi mi o to, że pisarz powinien czuć się wolny podczas procesu tworzenia powieści. Choć jednocześnie musi on trzymać się narzuconych przez samego siebie ram dotyczących reguł panujących w danym świecie czy społeczności, itp. Jest to trudne zadanie, ponieważ kreowanie światów pozwala poczuć, że wchodzimy w rolę stworzyciela i chcielibyśmy zaszaleć na całego – nie trzymać się żadnych zasad, a tego zrobić, niestety, nie możemy, gdyż wtedy powieść okaże się nierzeczywista. A to, można powiedzieć, jest niczym gwóźdź do trumny dla książki.
Przy powieściach obyczajowych pisarz skupia się przede wszystkim na atmosferze, akcji, postaciach i dopasowuje je do miejsca lub też dobiera odpowiednią lokalizację do bohaterów, aby wszystko układało się w spójną całość. Odpada wymyślanie reguł rządzących światem czy też kreacja całej rzeczywistości. Wszystko jest z góry ustalone. Jednak w przypadku powieści obyczajowej research powinien być wykonany naprawdę skrupulatnie – w końcu piszemy o rzeczach, które dotyczą czytelników, nie możemy zatem wypisywać wymyślonych przez nas ideałów czy struktur. Mam nadzieję, że mnie rozumiecie, chociaż zaczęłam nieco kluczyć. Pragnę jednak w tym miejscu zaznaczyć, że dobry research jest równie ważny w pisaniu powieści fantastycznej, w przeciwnym wypadku powieść straci na realności. 

S.C.: Jak więc wyglądał ten research u Ciebie? Z czego korzystałaś, czerpiąc wiedzę o tym nowym dla Ciebie świecie? 

A.W.: W znacznej mierze research polegał na poznaniu miejsca na Ziemi, w którym dzieje się akcja, w „Mroku” jest to Filadelfia. Zależało mi, aby oddać panującą w niej atmosferę, by czytelnik uwierzył, że naprawdę przechodzi obok pomnika Rocky’ego czy też spogląda na rzekę Schuylkill. Dodatkowo, research dotyczył fotografii analogowej, którą fascynuje się Laureen. Z najważniejszych rzeczy to chyba wszystko, ponieważ świat magiczny tworzyłam, czerpiąc wyłącznie z własnych wyobrażeń. W drugim tomie sprawa ma się nieco inaczej, gdyż tam przedstawiam nowe światy, które musiałam stworzyć od podstaw, a żeby tego dokonać, często sięgałam po opisy klimatów czy też właściwości skał i klejnotów. 

S.C.: Skoro już mówimy o miejscach, w których zazwyczaj autorzy osadzają fabułę, to nie mogę Cię nie zapytać, dlaczego dzieje się tak, że polscy pisarze, pisząc powieści zazwyczaj właśnie nie umiejscawiają swoich bohaterów w polskich realiach, ale wybierają dla nich zupełnie odległe lokalizacje? Żaden z tych bohaterów nie ma też na imię Janek czy Marysia, lecz narrator nadaje im obce imiona czy przydomki? 

A.W.: Ostatnio zauważyłam, że część polskich pisarzy zaczyna osadzać akcję w Polsce, jak chociażby Paweł Majka czy Magdalena Kubasiewicz, jednak rzeczywiście, nadal większość autorów osadza akcję za granicą. Dlaczego to robią? Trudno stwierdzić. Może dlatego, że wielu polskich czytelników uważa, że ich rodzimi pisarze piszą słabo i z tego powodu autorzy, chcąc się przypodobać, wybierają chociażby Amerykę na miejsce akcji powieści. A może powód jest zupełnie inny? Jeśli jednak o mnie chodzi, zawsze mnie fascynowała inna kultura, inne miejsca, których nie zwiedziłam i możliwe, że nie będzie mi to dane, natomiast dzięki pisaniu mogę zrozumieć je chociaż odrobinę lepiej. Poza tym, to właśnie studia anglojęzyczne miały duży wpływ na to, że powróciłam do pisania. Nic więc dziwnego, że sporo akcji osadzam właśnie w Stanach czy Anglii, choć przyznam, że w kolejnych książkach zamierzam pokazać inne kultury i zabrać czytelników do innych zakątków świata.


S.C.: Co najbardziej lubisz w swojej powieści? 

A.W.: Najbardziej lubię to, że jest moja (śmiech). Uwielbiam wszystkie zwroty akcji, zdarzenia z pozoru nieistotne, a które nabiorą sensu w kolejnych częściach. Lubię bohaterów, którzy nieraz zaskakiwali mnie swoim uporem, a także błyskotliwością. Kocham zakończenie oraz to, że dzięki napisaniu „Mroku” nauczyłam się pisać i teraz wiem, że jestem w stanie napisać każdą powieść ze wszystkich, które umieściłam w moim planie. A trochę ich jest. 

S.C.: Czy zdarzało Ci się podczas pisania „Mroku”, że bohaterowie żyli swoim życiem i fabuła układała się nie po Twojej myśli? Wspominałaś, że jednak musisz trzymać się pewnych reguł, a co robiłaś, jeśli te reguły wymykały się spod kontroli? Jak często musiałaś zmieniać losy bohaterów, aby za bardzo nie odlecieć?  

A.W.: Jak najbardziej! Ogólnie słabo wychodzi mi planowanie, a tym bardziej szczegółowe. Umiem zaplanować powieść, ale raczej jej zarys niż każdy rozdział czy też scenę z osobna. Chociaż ostatnio nauczyłam się innej strategii – planuję na kilka scen w przód i to wychodzi najlepiej przy moim emocjonalnym podejściu do pisania.
Podczas pisania „Mroku” nie raz oddawałam stery Laureen, Sigarrowi czy nawet Ellifowi, aby mogli opowiedzieć mi w pełni swoją historię. Wszak, skąd ja mam ją znać? Ja jej nie przeżyłam, ja tylko ją spisuję jak najlepiej potrafię i mam nadzieję, że pewnego dnia nie zapukają w moje okna, by udowodnić, że jednak gdzieś popełniłam błąd czy też źle ich zrozumiałam. Tak to wygląda u mnie. Dodatkowo powiem, że wstawki z kandydatami do wstąpienia w szeregi Zaprzysiężonych powstały w końcowej fazie redakcji – wcześniej, wcale ich nie planowałam. To samo dotyczy przeszłości Ellifa, choć przyznam, że bardzo lubię te fragmenty. Może dlatego, że bohaterowie mnie zaskoczyli, a może dlatego, że zauważyłam, iż mój styl się zmienił? Ciężko powiedzieć.

S.C.: Rozmawiamy o Twojej książce, ale przecież jesteś nie tylko autorką lecz też czytelniczką. Jakie powieści trzymasz na swojej półce?

A.W.: W większości fantastyczne. Znajduje się tam "Harry Potter", powieści Terry’ego Pratchett’a ze "Świata Dysku", dwie części "Komornika Michała Gołkowskiego czy "Sigrid", "Wikingowie" Radosława Lewandowskiego, ale też – z mojego wydawnictwa – "Wyspa Mgieł", "Pokój Światów", "Idź i czekaj mrozów". Oprócz tego, nie mogłoby zabraknąć "Hobbita" w wersji anglojęzycznej czy "Przygód Sherlock’a Holmes’a". Natomiast poza fantastyką cenię twórczość Alice Munro, Jojo Moyes czy Camilli Lackberg. Ostatnio kupiłam "Stróżów" Jakuba Ćwieka oraz "Malowanego Człowieka" Petera V. Bretta, a teraz jestem w trakcie lektury "Takeshi. Cień śmierci" Mai Lidii Kossakowskiej.

S.C.: Sporo tego. Kiedy następna część i czy w przyszłości ograniczysz się tylko do powieści fantasy, a może chciałabyś spróbować też swoich sił w innym gatunku?

A.W.: Z ostatnich rozmów z Marcinem Dobkowskim – wydawcą, druga część Zaprzysiężonych planowana jest na pierwszą połowę 2019. Oddałam ją do redakcji w czerwcu tego roku. Sądzę więc, że spokojnie powinniśmy ze wszystkim zdążyć.
Można powiedzieć, że nieco wyprzedziłam Twoje pytanie, gdyż właśnie skończyłam pisać powieść, która w żadnej mierze nie jest powieścią fantastyczną. Namówił mnie do tego właśnie Marcin i mam nadzieję, że czytelnicy przyjmą ją równie ciepło jak „Mrok”. Powieść przekażę do wydawnictwa do końca sierpnia tego roku.
Mimo to, najbardziej ciągnie mnie do fantastyki i to z nią wiążę przyszłość – co więcej, na dzień dzisiejszy posiadamy tyle pomysłów na trylogie i sagi fantastyczne, że wątpię, abym zdążyła je wszystkie napisać.


S.C.: Przy dobrej organizacji z pewnością uda się zrealizować większość Twoich pomysłów, czego Ci życzę. Co chciałabyś osiągnąć jako autorka książek?  

A.W.: Z całego serca pragnęłabym napisać wszystkie książki, które do tej pory sobie zaplanowałam, choć jednocześnie wiem, że może się to okazać niemożliwym – doba jest stanowczo za krótka!
Jednak, jak mówiłam wcześniej, jestem ambitna, dlatego byłoby mi niezmiernie miło, gdyby moje książki trafiły do jak największej rzeszy czytelników – nie tylko w Polsce.
A czego najbardziej pragnę? By docierać do ludzkich serc i poruszać je. Nic nie może się równać z usłyszeniem czy przeczytaniem, że twoja książka wciągnęła kogoś w wykreowany przez autora świat. Tak właśnie – najbardziej chciałabym rzucić czar i porwać czytelników! Tego mi życzcie, a ja dołożę wszelkich starań, by wszystkie życzenia się urzeczywistniły. 

S.C.: Dziękuję za fantastyczną rozmowę o świecie magii i pozaziemskich istotach. Już nie mogę się doczekać kolejnej części „Mroku”. 

Zdjęcia: Karolina Wadowska
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: