Fani nie potrzebują zerkać w rubrykę "przebieg edukacji" ulubionych artystów

Małgosia Wojciechowska, w świecie blogosfery znana bardziej jako Skrzypczyni, gdzie stara się przybliżyć czytelnikom świat artystów od kulis poprzez rozmowy z nimi oraz niezwykle inspirujące teksty, w których zachęca czytelników do gry na skrzypcach i dzieli się tą wiedzą z innymi poprzez prywatne zajęcia z dziećmi i dorosłymi. Obecnie jako rodowita wrocławianka współpracuje z Operą Wrocławską, ale swoją przygodę z instrumentem rozpoczęła w wieku 7 lat. Jak sama mówi, mama zapisała ją do szkoły muzycznej „na próbę”, ponieważ w rodzinie nie było żadnych muzycznych tradycji. Tak zrodziła się w niej głęboka przyjaźń do tego instrumentu, która nieprzerwanie – mimo wzlotów i upadków – trwa do dziś. Na portalu Kulturalne Rozmowy opowiada o swojej codzienności, muzyce, koncertowaniu oraz życiu artysty wcale nie usłanym różami. Zapraszam na rozmowę z laureatką wielu nagród i wyróżnień oraz dwukrotną stypendystką Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego w dziedzinie artystycznej o zawodzie muzyka, niebezpieczeństwach i planach na przyszłość.  



Sylwia Cegieła: Kim jest blogerka Skrzypczyni? Opowiedz swoją historię. 

Skrzypczyni: Chyba Cię zawiodę, gdyż moja historia nie należy do spektakularnych. Mama zapisała mnie do szkoły muzycznej, tak trochę na próbę, żebym mogła robić coś ciekawego po lekcjach. Początkowo upierałam się, że muszę grać na fortepianie, ale jednak mobilność małego instrumentu, jakim są skrzypce miała kluczowe znaczenie na starcie mojej przygody z muzyką. Z biegiem lat, zgodnie z systemem nauczania, lekcje fortepianu również pojawiły się w moim planie i okazało się, że wcale nie jestem stworzona do przebierania palcami po klawiszach, więc skrzypce okazały się dobrym wyborem. Różne sploty wydarzeń tak mną pokierowały, że ukończyłam szkołę muzyczną I i II stopnia, a później Akademię Muzyczną w Katowicach. 

S.C.: A potem pojawił się blog, na którym dzielisz się z czytelnikami swoimi przemyśleniami o zawodzie muzyka. Skąd pomysł na taką formę komunikacji ze światem i dlaczego użyłaś neologizmu? 

Skrzypczyni: Nie ma zbyt wielu miejsc w sieci, gdzie można zajrzeć za kulisy i poznać muzyków klasycznych, instrumentalistów, kompozytorów... Tworzę więc takie miejsce, które sama chciałabym odwiedzać. Można u mnie znaleźć treści stworzone bez zbędnego nadęcia i patosu, ponieważ nic tak nie zniechęca do zgłębiania muzycznych tematów jak encyklopedyczne definicje i specjalistyczne określenia, o których nikt spoza grona teoretyków muzyki nigdy nie słyszał. A dlaczego właśnie Skrzypczyni? To słowo tak naprawdę funkcjonowało kiedyś w języku polskim. Aż do początku XX wieku tak określano kobiety grające na skrzypcach. Dzisiaj jedyna oficjalna wersja to oczywiście „skrzypaczka”.

S.C.: Masz rację blog o nazwie „skrzypaczka” brzmiałby zbyt zwyczajnie, więc „skrzypczyni” jest odpowiednia. Wspomniałaś o poznawaniu muzyków. Pokazujesz nam ten ich świat poprzez rozmowy z nimi. Co dają Ci prowadzone na blogu wywiady? 

Skrzypczyni: Każda rozmowa to okazja, żeby się dowiedzieć i nauczyć czegoś nowego. Muzycy posiadają wyostrzone zmysły i szerokie horyzonty, więc podpytując o ich spostrzeżenia, inspiracje czy proces twórczy, w rezultacie korzystam i lepiej rozumiem nasze artystyczne życie. Nie jestem jednak samolubem i tę wiedzę puszczam dalej w świat. 

S.C.: Mnie też takie rozmowy inspirują. Ciekawi mnie jednak, w jaki sposób docierasz do swoich rozmówców? 

Skrzypczyni: Przeróżnie. Najpierw ktoś mnie inspiruje i zaciekawia – i nagle pojawia się ta myśl, jak świetnie byłoby po prostu porozmawiać, poznać tę osobę z innej strony, zapytać o drogę. Później sprawa nabiera mocy i tygodniami zastanawiam się, jak przedstawić mój pomysł i poprosić o poświęcenie mi chwili czasu. Nieważne, czy to światowej sławy kompozytor czy koleżanka po fachu – zawsze stresuję się ewentualną odmową. Na szczęście na razie udaje mi się utrzymać stuprocentową skuteczność!

S.C.: Z zawodu jesteś skrzypaczką. Co jest wyjątkowego w byciu muzykiem? 

Skrzypczyni: Przede wszystkim to, że niesiemy drugiemu człowiekowi emocje. Oddajemy kawałek siebie podczas każdego występu. Zabieramy słuchaczy w zupełnie inny świat. Pozwalamy na chwilę wytchnienia.


S.C.: Mówimy o kimś, że jest z zawodu muzykiem, ale specjalnie się nie zastanawiamy nad kwestią dyplomu, więc chcę Cię teraz zapytać, kto to jest właściwie ten muzyk? Czy istnieje jakaś definicja tego zawodu? 

Skrzypczyni: Faktycznie, po ukończeniu szkoły muzycznej II stopnia otrzymałam świadectwo, na którym widnieje wpis „zawód: artysta muzyk”, ale sama pieczątka niczego nie gwarantuje. Poza tym, historia pokazała wielu fenomenalnych muzyków, takich jak Elvis Presley czy panowie z The Beatles, którzy nawet nie znali nut, jednak nie mogliby dzisiaj uczyć w szkole muzycznej, nie posiadając odpowiedniego wykształcenia. 

S.C.: Ale śpiewać już mogą. Przykładów takich „samouków” też możemy znaleźć kilka na polskim rynku. Pytanie tylko, czy brak warsztatu nie ujmuje za bardzo prestiżu tej profesji. Tak samo jak w innych wolnych zawodach, np. aktorstwie. Jak Ty to odbierasz po tych kilkunastu latach spędzonych dzień w dzień przy instrumencie. Nazywasz się muzykiem i masz do tego prawo, ale osoba, która nie spędziła ani jednego dnia w szkole również jest muzykiem. 

Skrzypczyni: Takie są prawa wolnego rynku. Fani nie potrzebują zerkać w CV w rubrykę "przebieg edukacji" ulubionych artystów. Do lekarza, który jest samoukiem raczej nikt się nie zgłosi na operację, ale już artyści mają tutaj pole do popisu. Czasami jednak poziom tego, co słyszymy w radiu czy na koncertach mocno odbiega od profesjonalizmu. I nie mówię, że każdy musi umieć zagrać fugę Bacha bez potknięcia, jednak świat byłby piękniejszy, gdybyśmy dostarczali treści na przyzwoitym poziomie wykonawczym.

S.C.: To prawda. Mówi się, że artysta jest najbardziej zmotywowanym człowiekiem i musi być też odporny na nieprzychylne komentarze. Na co jeszcze skazany jest muzyk? 

Skrzypczyni: Jesteśmy skazani na samych siebie – i to jest największe błogosławieństwo oraz przekleństwo zarazem. Godziny, dni, tygodnie, miesiące… – czas spędzony na ćwiczeniu i poznawaniu, o co chodzi z tymi czarnymi kulkami na pięciolinii, powinien być mierzony w jakichś specjalnych jednostkach. Istotne jest też to, że instrumentaliści muszą szczególnie uważać na swoje ręce, ponieważ każda kontuzja może okazać się pożegnaniem z karierą. 

S.C.: Tak, to też słyszałam. Nie wolno wam nawet z tego powodu uprawiać żadnych kontuzjogennych sportów. Czy u Ciebie też tak było? Czy będąc muzykiem czułaś, że coś poświęciłaś? Żałujesz, że nie wybrałaś innej drogi?

Skrzypczyni: Czasami zastanawiam się, na co zdecydowałabym się, gdybym nie dostała się na uczelnię muzyczną. Mam w sobie poczucie, że wykonałam kawał dobrej roboty, której nie żałuję, natomiast mam żal do naszej polskiej gospodarności w kwestiach kultury. Dla muzyków brakuje miejsc pracy. Musimy realizować wiele projektów jednocześnie, aby móc zapewnić sobie i swoim rodzinom godne warunki życia. 

S.C.: Oj tak, ciągle widzę artystów udzielających się w kilku zespołach. Niektórzy nawet są jurorami, co jednak bardzo mi się podoba. Skoro może nie od początku, ale pewnie w miarę dorastania miałaś świadomość trudnej sytuacji ekonomicznej ludzi kultury, to co Ciebie właściwie przyciągnęło do tego zawodu? 

Skrzypczyni: Tak naprawdę przez wiele lat nie wiedziałam, co mnie czeka. Nikt z mojej rodziny nie jest muzykiem i dopiero na własnej skórze poznawałam i poznaję nadal ten zwariowany, artystyczny świat. Pytasz mnie o pozytywy, więc powiem, że najprzyjemniejsza jest satysfakcja związana z udanym występem. Brawa po koncercie. Wyciśnięte łzy na ślubie. Zaproszenie na kolejną edycję festiwalu. Dobra recenzja. Tego nie masz w domu!


S.C.: Jedni mówią zawód, inni – pasja. Jak to właściwie jest? 

Skrzypczyni: Trudne pytanie! Znam wielu pasjonatów, samouków, którzy robią muzykę dla siebie i nigdy nie będą w szufladce „profesjonalnych” muzyków. Z drugiej strony, znam też wielu profesjonalistów, którzy siadają do wykonywania swojej codziennej pracy w orkiestrze już zupełnie bez pasji. Takie jest właśnie największe niebezpieczeństwo w tym zawodzie, więc może lepiej być tylko pasjonatem?

S.C.: Dlaczego wybrałaś skrzypce? Co one w sobie mają? Gdybyś miała przyrównać dźwięk tego instrumentu do czegoś innego, co by to było?

Skrzypczyni: Zaprzyjaźniliśmy się, więc nie wytykamy sobie wad. Dobrze nam w swoim towarzystwie i razem zwiedziliśmy kawałek świata. Z grą na skrzypcach jest trochę tak jak z lepieniem z plasteliny. Trzeba trochę rozgrzać ręce, a potem można stworzyć dosłownie wszystko!

S.C.: Wspomniałaś o wadach. Możesz jakieś wymienić? Jestem ciekawa, czego nie lubią skrzypce a czego nie lubią skrzypaczki? 

Skrzypczyni: Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że instrument jest kosztowny w utrzymaniu. Kiedy zupełnie nowa struna pęka podczas pierwszego naciągnięcia na kołek, ma się ochotę wyć do księżyca. Poza tym, osoby grające na skrzypcach posiadają znamię na szyi, które czasami przysparza kłopotów skórnych. Nie chcę jednak tak niewdzięcznie narzekać (śmiech). Skrzypce natomiast nie lubią zmian temperatur oraz wahań wilgotności powietrza; trzeba się o nie troszczyć, jak o własne dziecko.

S.C.: Zupełnie mnie zaskoczyłaś. Myślałam, że nie jest aż tak drogo (śmiech). Muzyka muzyką, ale czy zastanawiałaś się kiedykolwiek nad tym, co byś robiła gdyby nie muzyka? Miałaś kiedyś alternatywę?

Skrzypczyni: Zawsze mam z tyłu głowy jakiś plan B. Niektórzy mówią, że świetnie parodiuję i sprawdziłabym się w kabarecie.  A tak na poważnie to lubię słowa. Chciałabym rozwinąć się w kierunku tworzenia przyciągających uwagę, dobrych treści. Marzy mi się książka. 

S.C.: A to ciekawe. O czym by była? 

Skrzypczyni: To są jeszcze niesprecyzowane plany. Teraz akurat przychodzi mi na myśl, że mogłabym pisać o tym, co jeszcze nie zostało poruszone na łamach mojej strony – o rozbieżnościach, o oczekiwaniach, o wyścigu szczurów, o intrygach… 

S.C.: Robi się coraz bardziej ciekawie (śmiech). Zdradź więc, idąc tym tropem, ile razy w roku muzyk miewa kryzys i chce zmienić profesję? Jak sobie wtedy radzisz? 

Skrzypczyni: W bardzo intensywnych momentach artystycznego życia kryzys potrafi przyjść kilka razy dziennie. Dzieje się tak z kilku prostych przyczyn: ze zmęczenia, niemocy, braku czasu. Pamiętam jeden taki poważny krach, kiedy rzuciłam skrzypce w kąt na ponad miesiąc i chciałam zapomnieć, że w ogóle istnieją.

S.C.: Co się wtedy stało? Jak sobie z tym poradziłaś? 

Skrzypczyni: To było w okresie przed studiami, więc się trochę zawiesiłam na rozmyślaniach, czy ja naprawdę chcę dalej to robić. Z perspektywy czasu widzę to tak, że czekałam na jakiś sygnał od wszechświata. Dużo wcześniej zgłosiłam się na warsztaty skrzypcowe, które miały mieć miejsce w górach. Nie chciałam zmarnować wpisowego, więc po tym miesiącu bez grania, pojechałam tam i artystycznie odżyłam. Grałam w zespołach, miałam intensywne lekcje skrzypiec, dużo się nauczyłam i pomogło mi to podjąć decyzję, aby spróbować iść dalej w tym kierunku.

S.C.: Kiedyś muzycy i artyści – jak to się wyraził jeden artysta – celebrowali bycie artystą, teraz zajmują się nie tylko tworzeniem, oprócz tego trzeba zadbać o autopromocję i umieć obsługiwać media społecznościowe. Masz czas na świętowanie po koncercie udanego występu czy jednak wracasz do domu, do rodziny? Kim jest współczesny muzyk?  

Skrzypczyni: Takie mamy czasy, że ten cały marketing zaczyna dotyczyć nas coraz wcześniej i coraz mocniej. Do wielu drzwi trzeba pukać samemu, czasem sytuacja zmusza do wtargnięcia oknem. A w Internecie wszystko dzieje się w mgnieniu oka. Jednym kliknięciem zapraszasz wszystkich znajomych na koncert, zamiast modlić się, żeby zatrzymali się przy plakacie na mieście i zapamiętali właściwą datę. Tylko, niestety, w sieci nikt nie stoi „na bramkach” i obok wartościowych materiałów lądują podrzędne treści, podobnie jest z muzyką. A z celebracją jest różnie. Każdy występ to duży ładunek emocji i często wolę wrócić prosto do domu, żeby nabrać nowych sił. Nie przepadam za bankietami. 

S.C.: Czego szukasz w muzyce? 

Skrzypczyni: Kiedy gram, szukam siebie. Każde wykonanie danego utworu będzie się różniło od pozostałych, nawet przy setnym wyjściu na scenę. 
Kiedy słucham, nie zamykam się na żadne gatunki, lecz szukam w dźwiękach czystej przyjemności.  

S.C.: Czym jest dźwięk dla muzyka? 

Skrzypczyni: To jest produkt z naszego warsztatu. Może być ładny lub ohydny, gładki lub skrzekliwy, ostry lub całkiem spokojny. Najważniejsze jednak, żeby zawsze był czysty, ponieważ klient już nie wróci po kolejne.

S.C.: Chciałam jeszcze właśnie zapytać o tego klienta. Kto teraz chodzi na koncerty muzyki klasycznej? Jaka publiczność zazwyczaj jest odbiorcą tych wszystkich dźwięków? 

Skrzypczyni: Są takie osoby, dla których muzyka poważna nie odgrywa jakiejś większej roli w życiu codziennym, ale cieszą się z biletów do filharmonii czy opery. Wiedzą, że to „wielkie wyjście”, cała wyprawa w najpiękniejszych strojach. Mnie najbardziej cieszy publiczność wielopokoleniowa i takiej zawsze bym sobie życzyła.

S.C.: Nie masz czasem ochoty zająć się muzyką bardziej komercyjną, czyli taką do radia, telewizji, aby dotrzeć niekoniecznie tylko do tych słuchaczy w odświętnych strojach? Jak w ogóle odbierasz gatunki komercyjne? Nie szkoda Ci czasem tej popularności, którą mogłabyś zyskać? 

Skrzypczyni: Tak jak wspominałam wcześniej, nie zamykam się na żadne gatunki. W rozrywce też jest dużo miejsca na wartościową twórczość. Wykształcenie klasyczne wcale nie staje na przeszkodzie ku temu, aby odnaleźć się w popkulturze i chociaż rozpoznawalność nie jest moim nadrzędnym celem, to miło jest mieć świadomość, że ma się wkład w nagranie płyty jakiejś gwiazdy lub możliwość stania z nią na jednej scenie.

S.C.: Czym różni się artysta wykonujący muzykę klasyczną od tego, który tworzy muzykę komercyjną? 

Skrzypczyni: Zasadniczą różnicę już wymieniłaś w pytaniu: wykonawca a twórca. Muzyka poważna ma to do siebie, że najwięcej właśnie dzieje się w aspekcie odtwarzania – ja nie komponuję nowych utworów, a jedynie odtwarzam to, co ktoś już napisał w przeszłości. Owszem, czasami improwizuję w zupełnie nieklasycznych projektach. Aranżuję też utwory na własne potrzeby, ale twórcą w znaczeniu kompozytora czy producenta nie mogę się nazwać. Poza tym, muzyka klasyczna też musi być w pewien sposób komercyjna i przebijać się różnymi kanałami do szerszego grona publiczności.


S.C.: Czasami to się udaje. Znamy przecież niektóre utwory klasyczne. Może być tylko problem z podaniem ich tytułów lub kompozytorów. Wróćmy jednak do Ciebie samej. Oprócz czynnego „skrzypkowania” jesteś też pedagogiem i szkolisz przyszłych adeptów skrzypiec. Czego starasz się nauczyć swoich uczniów? 

Skrzypczyni: Niezależnie od tego, czy przychodzę do czterolatka czy do pani na emeryturze, zawsze podkreślam, że muzykowanie ma być radością, a nie przykrym obowiązkiem. Od samego początku powtarzam też, że nigdy nie jest za późno, aby zacząć muzyczną przygodę i nauczyć się grać tylko proste kolędy czy „Sto lat”. Nie każdy musi być wirtuozem.

S.C.: Szkolisz, koncertujesz. Jakie masz plany na najbliższy czas? 

Skrzypczyni: Wciąż się rozwijam. Zaczynam rozkręcać nowe trio i zaprzyjaźniam się z kulturalnym życiem we Wrocławiu. W wolnych chwilach będę tworzyć nowe treści na swoją stronę oraz profile na Instagramie i Facebooku, przekonując tym samym czytelników, że skrzypce są spoko! 

S.C.: Życzę więc powodzenia w realizacji dalszych przedsięwzięć i czekam na te nowości u Ciebie. Dziękuję za niezwykle ciekawą rozmowę i za poświęcony mi czas.
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: