Pielęgnować zainteresowania, podróżować i dużo się śmiać!

Maciej Radel – aktor, który szerszej publiczności dał się poznać jako Wojtek Wycior, czyli syn Pshemko – zwariowanego projektanta. Na dużym ekranie zadebiutował rolą Michała w filmie pt. „Generał Nil” u boku Olgierda Łukaszewicza. Na co dzień grywa w teatrach, pozuje do zdjęć i śpiewa. Widzowie mogą go też zobaczyć w teledysku Dody „Kopiuj-Wklej” oraz w najnowszej produkcji TVP pt. „Za marzenia”. Na Kulturalnych Rozmowach podpytuję go o jego najnowsze plany zawodowe, o aktorstwo oraz sesję epokową zrealizowaną z duetem Jeziorska-Łęczycka, z którym również miałam okazję rozmawiać (rozmowę możecie przeczytać tutaj).  



   
Sylwia Cegieła: Po „Brzyduli” (wybacz, musiałam jednak wspomnieć ten tytuł) stałeś się bardziej rozpoznawalny. Potem nagle zniknąłeś. Media plotkarskie też chyba dały Ci trochę spokoju. Czy artyście takiemu jak Ty potrzebna jest sława? Czy można się obyć bez mediów, gdy chce się być popularnym?

Maciej Radel: "Brzydula" była genialną przygodą, szansą na ciekawe spotkania i, nade wszystko, naprawdę świetną zabawą. Popularność była sympatycznym dodatkiem, choć nie zetknąłem się z nią na pewno w takiej skali jak odtwórcy głównych ról. Poza tym, Wojtek Bażant regularnie zmieniał kolor włosów na coraz bardziej krzykliwy, więc ja, że swoim "banalnym" ciemnym blondem nie byłem jakoś szczególnie rozpoznawalny.
Co do mojego "zniknięcia", nie było to częścią jakiejś obmyślonej strategii. Po prostu nie pojawiła się żadna propozycja telewizyjna, ale szczęśliwie zanim zdążyłem wpaść w panikę i nękać telefonicznie rozterkami wszystkich przyjaciół, upomniał się o mnie teatr (śmiech).
Media z całą pewnością są niezwykle przydatne jeśli chodzi zdobycie rozgłosu, choć ostatnio pierwszy raz zetknąłem się że zjawiskiem youtuberów, którzy są w stanie zdobyć kolosalną popularność oddając się swoim pasjom, często w zaciszu własnych mieszkań. Szacunek.

S.C.: Też jestem zaskoczona tym zjawiskiem i ich sposobem na życie, a swoją drogą, nie masz czasem ochoty spróbować swoich sił? Głos masz, potrafisz skupić na sobie uwagę, mogłoby się udać.

M.R.:  Nie jestem maniakiem gier komputerowych, żadna ze mnie ikona smaku i stylu, makijażowe tricki to dla mnie czarna magia – trudno byłoby mi się chyba w YouTube'owej rzeczywistości odnaleźć (śmiech). Zwłaszcza, że z techniką też nie jestem za pan brat, więc pozostanę jednak przy wyrażaniu siebie przez scenę. Ale jeśli w przyszłości najdzie mnie jakiś absolutnie nietuzinkowy pomysł – a nuż zaryzykuję (śmiech).

S.C.: Grasz w musicalach, jesteś aktorem filmowym i teatralnym, użyczasz głosu w wielu reklamach. Która z tych aktywności jest Tobie jako artyście najbliższa, która najbardziej Cię rozwija i dlaczego?

M.R.: Cenię sobie mój zawód, dlatego właśnie, że jest taki... pojemny. Nie rozgraniczam ani nie faworyzuję żadnych z moich aktorskich aktywności. Z każdej staram się czerpać radochę i każda potrafi dać ogrom satysfakcji. A dzięki temu, że rozstrzał jest spory – od sceny, przez plan, po studio nagraniowe – mogę się wciąż rozwijać i nie mam czasu na nudę.  

S.C.: Twoja wymarzona rola filmowa? Gdybyś miał wybrać dla siebie postać do wykreowania, kto by to był? Czy byłaby równie barwna, a nawet przewrotna jak Ty?

M.R.: Spotkałem się z tym pytaniem już kilkakrotnie i zawsze bez zastanowienia odpowiadałem, że najbardziej marzy mi się rola pełnokrwistego czarnego charakteru. "Za marzenia" były w stanie choć trochę ten apetyt nasycić. Nie mam obecnie żadnego bohatera literackiego, o którym marzyłbym, by móc się w niego wcielić. Jednak na pewno bez zastanowienia przyjąłbym każdą rolę w ekranizacji twórczości Twardocha, Karpowicza, Żulczyka i Miłoszewskiego! Niech będzie ciekawie, niech mnie coś zaskoczy!

S.C.: Tego Ci życzę. Wszystko przed Tobą. W jaki sposób dobierasz rolę? Co jest dla Ciebie najważniejsze w postaciach, które kreujesz? Jak pracujesz nad nimi? 

M.R.: Bardzo chciałbym móc odpowiedzieć czymś w stylu "Och, po prostu sięgam po te setki scenariuszy podsyłanych mi co rusz przez agentkę, zaczytuję się i nagle okazuje się, że jedna z ról oczarowuje bardziej niż inne..." jednak na taki komfort może pozwolić sobie może Meryl Streep, czy Tom Hanks... Mam jednak takiego farta, że często to role "wybierają" mnie. A co jest w nich najważniejsze? Grunt, żeby wcielanie się w każdą z nich nie przestawało sprawiać mi frajdy. I tego się trzymam.


S.C.: Bycie aktorem to ciągłe życie na walizkach – chyba że pracuje się głównie w teatrze tak jak Ty – ale zmiany miejsc pracy to sytuacja bardzo częsta. Nie męczy Cię to? Ta ciągła gonitwa za pracą. Nie masz czasem ochoty na stabilizację i pracę od-do? 

M.R.: Od przeszło dziesięciu lat mieszkam i pracuję w Warszawie, więc problem "życia na walizkach" aktualnie mnie nie dotyczy, chociaż zaraz po studiach spędziłem dwa sezony teatralne kursując dwa, trzy razy w tygodniu na trasie Warszawa-Bydgoszcz. Teraz wspominam to jako fajną przygodę, ale nikomu nie życzę przespania stacji na przesiadkę w porze niebezpiecznie zbliżającej się do wieczornego spektaklu (śmiech). A nowe miejsca pracy to także nowe spotkania, nowe przyjaźnie, nowe inspiracje i nowe wyzwania. Zamienić to wszystko na biuro od ósmej do szesnastej? W życiu...

S.C.: Mając taki wybór, chyba też bym się nie zdecydowała. Chciałabym Cię teraz spytać o pewną współpracę: jakiś czas temu mogliśmy cię zobaczyć w teledysku Dody „Kopiuj – Wklej”. Jak do tego doszło? Jak się pracowało z jedną z najbardziej kontrowersyjnych artystek w Polsce? 

M.R.: Ta przygoda akurat zaczęła się najnormalniej na świecie od telefonu z propozycją. Kilkakrotnie wcześniej miałem okazję pracować z operatorem klipu i widocznie był na tyle zadowolony z efektów, że o mnie pomyślał. A Dorota była wyjątkowo profesjonalna – zero kontrowersji, raczej wspólna, efektywna praca nad jak najbardziej zadowalającym efektem.

S.C.: Mnie efekt końcowy bardzo się podoba. Co cenisz sobie w byciu artystą? Co byś robił gdyby nie aktorstwo? 

M.R.: Aktorstwu może i daleko do pasma sielanki, ale przez te kilkanaście lat nawet przez myśl mi nie przeszło, że mógłbym robić coś innego. Po prostu nic mnie choćby w równym stopniu nie kręci. Jako sześciolatek obwieściłem rodzicom, że zostanę aktorem i trzymałem się tego konsekwentnie, gdy rówieśnicy co rusz zmieniali zawodowe plany od archeologii po bycie strażakiem... Z uporem maniaka wyrywałem się do recytacji na każdym apelu, latałem na kółka teatralne i – chociaż z mizernym skutkiem – niezrażony brałem udział we wszystkich konkursach recytatorskich. Jeśli jednak byłbym zmuszony wybrać alternatywę, to pewnie postawił bym na coś związanego z podróżami... albo jedzeniem... (śmiech). 

S.C.: A propos innych zajętości, bierzesz dość regularnie udział w projektach duetu Jeziorska-Łęczycka. Opowiedz trochę o tym. 

M.R.: Z Martyną i Ulą zetknął nas przypadek całe wieki temu i z miejsca się zakochałem! Ujęły mnie pasją, kreatywnością i zdeterminowaniem! Dziewczyny szyją, projektują, przerabiają, malują, czeszą i ogarniają całe sesje! Nie ma dla nich rzeczy niemożliwych – zdobędą pozwolenie na zdjęcia w zabytkowym dworku i zorganizują wielki pokaz mody z epoki w Skolimowie! Wydały książkę, zrobiły genialną wystawę, a temat stylu sprzed lat nie ma przed nimi żadnych tajemnic! I, dodatkowo, są w stanie swoją pasją zarazić wszystkich, których spotkają na swojej drodze! Z nimi zawsze i w ciemno! A poza tym, jakie wspaniałe aktorskie wyzwanie wcielić się w praskiego cwaniaka z lat 50-tych, by po chwili zostać dystyngowanym hrabią w gustownych pończoszkach. Ten tandem stoi też za wizerunkiem Słowianek z bijącego rekordy popularności klipu Cleo i Donatana! Kawał dobrej roboty!


S.C.: Na portalach społecznościowych ciągle widzę nowe zdjęcia nie tylko będące efektem współpracy z dziewczynami, ale też z profesjonalnych sesji. Jesteś aktorem, który jednocześnie jest modelem czy aktorem, który „tylko” gra modela? 

M.R.: Oj, nie! Dementuję zawczasu, zanim prawdziwi modele poczują się urażeni (śmiech)! Żaden ze mnie model – nawet jeśli w wieku nastoletnim coś takiego mogło mi przejść przez myśl – "nikczemny" wzrost szybko sprowadził mnie na ziemię (śmiech). Biorę udział w sesjach, ponieważ mam sporo znajomych fotografów i projektantów, a stanie przed obiektywem traktuję jako świetną zabawę. Jestem wielkim fanem twórczości Annie Leibovitz, Davida la Chapelle czy Helmuta Newtona. Rokrocznie wypatruję kolejnych odsłon kalendarza Pirelli i bardzo kibicuję polskiej edycji Vogue'a, ale moje "pozowanie" pozostaje niewinnym hobby od czasu do czasu...

S.C.: Jak definiujesz słowo sukces? Czy Ty swój już osiągnąłeś? Czy najlepsze dopiero przed Tobą?

M.R.:
Myślę, że samą możliwość uprawiania zawodu przy zawirowaniach na rynku i ogromnej konkurencji można poczytywać w kategoriach jakiegoś "sukcesu". Żeby unikać rozczarowań i nie wpadać we frustrację, staram się nie analizować jakoś szczególnie, czy "sukces" został już osiągnięty albo czego jeszcze do osiągnięcia brakuje. Chociaż, oczywiście, jak każdy chyba, liczę że najlepsze przede mną. Tymczasem staram po prostu robić swoje.

S.C.: Co, jako aktor chciałbyś przekazać młodszemu pokoleniu? 

M.R.: Najważniejsze to chyba mieć apetyt. Na życie. Jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi i trąci mądrościami z przecenionych poradników coachingu. Za dużo nie narzekać, szukać wyzwań, być ciekawym świata, otaczać fajnymi ludźmi. Pielęgnować zainteresowania, podróżować i dużo się śmiać! Taka moja recepta w pigułce (śmiech).  

S.C.: Ostatnio można Cię było zobaczyć w serialu telewizyjnym „Za marzenia”. Co najbardziej w nim lubisz? Co lubisz w swojej postaci? 

M.R.: Wszystko! Uwielbiam swoją postać sarkastycznego reżysera, którego wszystko wyprowadza z równowagi! Przepadam za atmosferą na planie, za aktorami, z którymi mam przyjemność grać i za nieograniczoną wyobraźnią naszych scenarzystek! Każdy odcinek czytałem od deski do deski - wciągał tak, że żal było przeskakiwać tylko do swoich scen.

S.C.: Na zakończenie naszej rozmowy chciałabym się dowiedzieć, co nowego u Ciebie? Gdzie Cię jeszcze zobaczymy oprócz szklanego ekranu? Podobno szykuje się nowa sztuka. Co to będzie? 

M.R.: Jestem aktualnie w próbach do najnowszej premiery Teatru Capitol – przewrotnej farsy pt. "Cud". Nieoczekiwana zmiana miejsc, klimatyczna hiszpańska mieścina, uczuciowe zawirowania i ciekawe sceniczne spotkania, m. in. z Hanią Śleszyńską, Beatą Olgą Kowalską czy Jackiem Lenartowiczem. Mi przypadła w udziale rola Benniego – sympatycznego surfera o wyjątkowo ognistym temperamencie. Zapraszam serdecznie już od września!   

S.C.: Z pewnością Twoi fani już nie mogą się doczekać premiery i kolejnych spektakli z Twoim udziałem. Ja bardzo dziękuję za bardzo interesującą rozmowę i poświęcony mi czas.
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: