Należy zwalczać mylne przekonanie o tym, że talent jest gwarantem sukcesu

Pierwszy sezon telenoweli historycznej „Korona królów” już dawno za nami. Od początku wzbudzał on niemałe kontrowersje, ale ostatecznie widzowie pokochali serialowych bohaterów i z wielkim zainteresowaniem śledzili ich losy. Już od września na antenie TVP można będzie oglądać dalsze losy monarchy. W drugim sezonie poznamy króla Kazimierza Wielkiego starszego o kilka lat oraz jego drugą żonę – królową Adelajdę Heską (pierwsza żona – królowa Anna grana przez Martę Bryłę zmarła pod koniec pierwszego sezonu, a wywiad z aktorką przeczytacie tutaj), w którą wciela się absolwentka Łódzkiej Szkoły Filmowej – Aleksandra Przesław. Aktorka opowiada mi o swoimi nowym wyzwaniu aktorskim, o swoich początkach, kostiumach oraz koniach. Zapraszam na niezwykle ciekawą rozmowę.  
fot. Marcin Makowski/TVP
Sylwia Cegieła: Pani Aleksandro, bardzo dziękuję, że zgodziła się Pani ze mną porozmawiać. Jest Pani jeszcze bardzo młodą stażem aktorką i być może niewielu moich czytelników zna Panią i Pani dorobek filmowy. Jak więc wyglądała Pani droga do aktorstwa? Jak się to wszystko zaczęło? 

Aleksandra Przesław: Bardzo zabawnie, bo moim scenicznym debiutem była rola osiołka w jasełkach. Jako że miałam krótkie, obcięte na chłopaka włosy, nie dostawałam ról aniołków czy Matki Boskiej, o czym marzyły wszystkie dziewczynki. Jednak nie chciałam pozostać w cieniu ładnych koleżanek. Osiołek, który miał tylko jedną kwestię, zaskoczył wszystkich na premierze: postanowiłam zaimprowizować swoją część rżąc, galopując, itd. Nie odpuściłam sobie tego, by być w centrum uwagi!
Oczywiście to tak żartobliwie, bo momentu, w którym zdecydowałam, że z aktorstwa uczynię mój zawód, nie było. Jak każde dziecko, które potem wybiera kierunki artystyczne, lubiłam recytować wiersze, wypowiadać się, czytać, brałam udział we wszystkich konkursach, itd. Jako studia wybrałam jednak weterynarię, ze względu na moje zamiłowanie do zwierząt. I dopiero parę miesięcy przed maturą, dzięki podszeptom nauczyciela języka polskiego zdecydowałam, że będę zdawać do szkół aktorskich. Miałam wiele szczęścia, że się udało.
Moim debiutem teatralnym są „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie” w Teatrze Dramatycznym w Białymstoku w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza, ciągle w repertuarze. Wcześniej, w off-owym Teatrze Szwalnia w Łodzi razem z kilkoma osobami z mojego roku zaczęliśmy wystawiać „Wieczór Tischnerowski” inspirowany „Filozofią po góralsku” ks. Józefa Tischnera, który reżyseruje Marcin Brzozowski – też stale to gramy. W tym miesiącu oba te spektakle zaprezentujemy na festiwalach – w Białymstoku („Opowieści”) i w Bytowie („Górali”), na które serdecznie zapraszam. Wcześniej publiczność łódzka mogła mnie oglądać w dwóch dyplomach: w „Diable, który...” w reż. Mariusza Grzegorzka i „Lovecrafcie” Roberta Bolesto w reż. Łukasza Kosa. Doświadczenie filmowe zdobyłam dzięki pracy z Łukaszem Barczykiem i Kariną Kleszczewską przy filmie dyplomowym „Soyer”. Mam też na koncie małe role serialowe i liczne filmy szkolne. Nie jest więc tak, że „Korona” to pierwsza rzecz, którą zrobię, ale z pewnością to dzięki temu serialowi będę znana szerszej publiczności.

S.C.: Z pewnością serial przyczyni się do wzrostu popularności Pani jako aktorki. Czy fakt, że skończyła Pani PWSFTViT w Łodzi – najlepszą w kraju i znaną na świecie gwarantuje sukces w branży filmowej? Co jest dla Pani miarą sukcesu, powodzenia w zawodzie?   

A.P.: Absolutnie nie! Aktorstwo to bardzo ciężki zawód, daleki od naszych wyobrażeń, pełen rozczarowań. Skończenie takiej czy innej szkoły nic nie gwarantuje, jednak z pewnością nie jest bez znaczenia, biorąc chociażby pod uwagę ludzi, z którymi przyjdzie nam się spotkać w toku nauki. Po Internecie krąży taki obrazek z górą lodową. Jej imponująca część jest ponad taflą wody, ale znacznie większy fragment znajduje się pod nią, niewidoczny dla oczu. To, co pod spodem, symbolizuje pracę którą należy wykonać, by naszym oczom ukazało się to, co nazywamy „wierzchołkiem góry lodowej”. Uważam, że osoby, które dużo nad sobą pracują, są w stanie osiągnąć sukces niemal w każdej dziedzinie. Oczywiście, czasem trzeba szczęścia, ale należy zwalczać mylne przekonanie o tym, że talent jest gwarantem powodzenia. Moją szkołę skończyła cała masa ludzi, a na każdym kierunku można było spotkać niezwykle utalentowane osoby, ale tylko nielicznym udało się dojść do tego, o czym niegdyś marzyli.
Dla mnie miarą sukcesu jest zadowolenie z siebie. Tak długo, jak czuję się fair wobec samej siebie, nie interesują mnie niekonstruktywne opinie innych. Przede wszystkim, jednak, trzeba grać, rozwijać się i stawiać sobie coraz wyższe wymagania. Są przecież i tacy ludzie, których zadowala samo leżenie na kanapie.

S.C.: Oj, to prawda. Teraz mnóstwo takich adeptów kanapowego lenistwa będzie Was oglądać. Rozmawiamy o Pani początkach, edukacji, ale nie za bardzo wiem, kim jest Aleksandra Przesław prywatnie i zawodowo? 

A.P.: W życiu prywatnym mam dość duże, ale i specyficzne poczucie humoru. Trudno mi zrobić poważne zdjęcie. Zawodowo – wręcz przeciwnie. Nie pozwalam sobie na żarty, a ewentualne, nawet drobne potknięcia mnie nie bawią. Staram się robić wszystko najlepiej jak potrafię, choć... między ujęciami czy próbami potrafię zaskoczyć moją ekipę dowcipem. Zazwyczaj, niestety, słabym. I kocham zwierzęta. Zachwycam się każdym psem, którego mijam na chodniku, a na planie szaleję, kiedy mamy sceny z końmi. Sama mam w domu małe zoo i uparcie je powiększam. 

S.C.: Obecnie od września będziemy mieli przyjemność oglądać Panią w serialowej produkcji TVP „Korona królów”. Zagra Pani drugą żonę Kazimierza Wielkiego Adelajdę Heską. Co Panią zainteresowało w tej postaci? Czego się Pani o niej dowiedziała i jaką królową jest Adelajda w Pani odczuciu? 

A.P.: W Adelajdzie urzekła mnie jej siła. Mimo braku takich środków, jakimi dysponował król Kazimierz, uparcie walczyła o swoje, do końca. Myślę, że jej upór mógłby być wzorem dla wielu osób, nie tylko kobiet. Pragnę wierzyć, że ta walka nie była podyktowana zawiścią i chęcią zemsty, a próbą ratowania swojego honoru. Znając historię rodziny Adelajdy, śmiem stwierdzić, że moja bohaterka próbowała też za wszelką cenę odwrócić los i pozbyć się niejakiego fatum: jej matka też została zmuszona do opuszczenia domu swojego męża. Królowa na pewno nie chciała podzielić jej losu.
Niezależnie od opisów urody (należy pamiętać, że kanony piękna w Średniowieczu znacznie różniły się od współczesnych), Adelajda jest określana jako kobieta inteligentna, a ja zawsze bardzo ceniłam tę cechę. Wielokrotnie w wywiadach wspominałam, jak bardzo zależy mi na tym, by „królować” w serialu z pełnym szacunkiem do Adelajdy Heskiej. Wierzę, że była szlachetna i że mogłaby być wzorem dla wielu współcześnie żyjących. 
fot. Marcin Makowski/TVP
S.C.: Jaki będzie jej stosunek do męża – Kazimierza, który – jak wiadomo z historii – lubił romansować?

A.P.: Adelajda z „Korony Królów” bardzo kocha swojego małżonka. Jest jeszcze młoda i niedoświadczona, niejako awansowała na królową (jej ojcem był landgraf Hesji, nie pochodziła z rodziny królewskiej, a do małżeństwa z królem Polski doszło przypadkiem), więc wielu rzeczy – które dla mieszkańców Wawelu mogą być oczywiste – nie pojmuje. Jest uroczo naiwna, myśli sercem, a nie głową, choć w niektórych sytuacjach potrafi wykazać się imponującą, kobiecą mądrością. Ma w sobie taki niemiecki pierwiastek, który przejawia się w chęci działania i precyzyjnym wykonywaniu swoich obowiązków – poza jednym, najważniejszym – nie jest w stanie urodzić dziecka. To sprawia, że wszystko zaczyna się walić, a moja bohaterka – tak bardzo niewinna i uczuciowa – doznaje wielu upokorzeń, również ze strony najbliższych.

S.C.: Jak Pani sądzi, co przesądziło o tym, że to Pani właśnie gra monarchinię? 

A.P.: Na pewno część moich cech musiała być spójna z wizją postaci, jaką mają twórcy serialu. Myślę, że moja jazda konna, łucznictwo i to, że jako dziecko mieszkałam przez chwilę w Niemczech, miały spory wpływ na decyzję obsadową. Trudno mi jednak o tym mówić, bo moja rola ograniczyła się tylko do castingu – reszta wydarzyła się poza mną.

S.C.: To i tak wiele wspólnych cech jak na serialową bohaterkę. Ile trwały przygotowania do tej nowej roli? W końcu Panią i bohaterkę dzielą całe wieki. Czego się Pani musiała nauczyć, a co z pewnością zostanie z Panią na zawsze? 

A.P.: Okres od wygrania castingu do rozpoczęcia zdjęć był krótki, a przez to intensywny. Zdążyłam obejrzeć zaległe odcinki Korony, przygotować się pod kątem wiedzy historycznej, skorzystać z lekcji jazdy konnej (musiałam przestawić się z klasycznego stylu jazdy na historyczny, gdzie prowadzenie konia i pozycja jeźdźca są zupełnie inne), a także popracować nad akcentem. Tak naprawdę przygotowania się nie skończyły, ciągle pracuję z nauczycielką niemieckiego, wsiadam na konie filmowe i pracuję nad rolą, jako że odcinki powstają na bieżąco i informacje, jakie mam o postaci muszę non-stop aktualizować. Wszystko, co wydarzy się na planie oraz wokół serialu zostanie ze mną na zawsze. Paradoksalnie, życzę sobie trudnych momentów, bo to one najbardziej kształtują nasz charakter.
fot. Marcin Makowski/TVP
S.C.: A moda? Jak się Pani podobają te epokowe stroje? Jak się Pani czuła w koronie? To niecodzienne przeżycie, nie każdy przecież ma okazję nosić insygnia królewskie. 

A.P.: Tak, to prawda! Bardzo doceniam, że mam taką możliwość, gdyż dla aktora kostium historyczny potrafi być naprawdę ciekawym wyzwaniem. Suknie i czepce, które noszę, wymuszają dostojną postawę i inny styl gry. Będąc tak ubranym, nie wypada usiąść niedbale, chyba że wymaga tego sytuacja. Biorąc pod uwagę budżet i ograniczenia czasowe serialu, zarówno kostiumy zespołu Pani Eli Radke, jak i charakteryzacja pod okiem Justyny Zaranek są zaskakujące. Wszystko tworzone jest z dbałością o szczegóły. To niecodzienna sytuacja w produkcji telenowelowej, gdzie garderoby są przechodnie i nie ma czasu na skomplikowane operacje make up-owe. Dobrze czuję się w tym, stworzonym na potrzeby serialu, świecie. Uważam, że gra w Koronie jest o wiele bardziej atrakcyjna niż w innych serialach, ponieważ dochodzą nowe zadania. Noszenie korony potrafi być jednak prawdziwym utrapieniem. Moja waży ponad 3 kg i, muszę przyznać, że oddycham z ulgą, kiedy zdejmuję ją po zakończonym ujęciu. 

S.C.: Tej korony to Pani jednak zazdroszczę i chyba nie tylko ja (śmiech. Przygotowując się do rozmowy z Panią, zauważyłam na Pani profilu na Instagramie konie. Rozumiem, że jest to Pani pasja. Czy mogłaby Pani opowiedzieć o swojej przygodzie w siodle i jak często musiała Pani korzystać z tej umiejętności na planie serialu? O innych umiejętnościach też Pani wspomniała – proszę więc opowiedzieć o nich nieco więcej. 

A.P.: Na planie wsiadam dosyć sporadycznie, jako że jazda konna w średniowieczu nie była domeną kobiet, a królowe nie zwykły przemieszczać się wierzchem. Już sam wyjazd konno w teren potrafi być męczący, a co dopiero kilka tygodni jazdy w długiej sukni.
Jeżdżę od ósmego roku życia i początkowo wiązałam z końmi swoją przyszłość. Niestety, traktowanie jazdy konnej jako zawodu jest jeszcze bardziej karkołomne, niż życie z aktorstwa. Musiałam więc odłożyć plany i ambicje związane z końmi na dalszy tor i zacząć traktować jeździectwo jako pasję. Całe szczęście, gdyż – mimo aktywnego trybu życia – zdecydowanie nie jestem typem sportowca. Zarzucenie jeździeckich ambicji, paradoksalnie, pozwoliło mi się rozwinąć w tej dziedzinie. Nie mając ułożonego konkretnego planu treningowego, mogłam zacząć szukać innych jeździeckich przygód i tak trafiłam na łucznictwo konne. Zaczęłam strzelać dzięki grupie AMM Archery, wspaniałym profesjonalistom, którzy mają swoich instruktorów i zawodników zarówno pod Warszawą, jak i Białymstokiem, w związku z czym mogę wpadać na treningi niezależnie od tego, w którym z moich domów obecnie się znajduję (pochodzę z Łomży). Choć do ideału mi jeszcze daleko, i tak przy każdym strzale czuję się jak Legolas! W przyszłości chciałabym jakoś połączyć te moje dwie sztandarowe umiejętność – aktorstwo i jazdę konną. Zaczęłam od pracy magisterskiej, w której zajęłam się tematem pozytywnego wpływu jazdy konnej na kształcenie aktora, a niebawem robię (wreszcie!) papiery instruktora. Jazda jest przez aktorów traktowana raczej po macoszemu. Wielu z nich na castingach wymienia ją jako swoją umiejętność, a weryfikuje się to dopiero na planie. Dlatego też mam wrażenie, że przydałaby się aktorska szkoła jazdy, jak za starych, podobno dobrych, czasów. 

S.C.: Czy przed tym, jak dołączyła Pani do obsady 2. sezonu „Korony królów” śledziła Pani losy telenoweli? Nie obawia się Pani nowej fali hejtu, która masowo spłynęła na Martę Bryłę, a która ostatecznie zdobyła przychylność wielu widzów? Jak zamierza Pani sobie poradzić z tymi trudnymi sytuacjami? Będzie Pani reagować czy zostawi w spokoju?

A.P.: Moja zadanie ogranicza się do pracy na planie oraz do promocji serialu. Nie mam wpływu na to, co o mnie napiszą i nie zamierzam się tym zajmować. Wybierając ten zawód trzeba liczyć się z tym, że bywa bezlitosny, a my jesteśmy bez przerwy oceniani. Trzeba mieć skórę nosorożca, a wrażliwość motyla, jak wielokrotnie powtarzali moi profesorowie.
fot. Magdalena Franczuk, make-up & hair, Sonia Kieryluk
S.C.: Wróćmy do Pani postaci. Co różni królową Adelajdę od królowej Anny?  

A.P.: Prawie wszystko! Mają inne pochodzenie. Wychowały się w dwóch różnych światach, a ich charaktery (przynajmniej bazując na źródłach historycznych oraz na tym, co piszą twórcy serialu) są odmienne. Łączy je natomiast to, że w chwili przyjazdu na Wawel były traktowane jako ktoś obcy, a momentami nawet były postrzegane jako intruzi (patrząc na fabułę serialu). Widoczną różnicą jest to, że Adelajda jest łagodniejsza od Anny. Choć od czasu do czasu stawia się mężowi, szybko jednak odpuszcza. Nie jest zadziorna, jak jej poprzedniczka. Szuka delikatnych rozwiązań. Podobno historycznie Aldona Anna była niezwykle rozrywkowa, oddawała się różnym uciechom, a na tym tle nie dorównywała jej żadna kolejna królowa. 

S.C.: Tak, też o tym czytałam. Jaką ma Pani receptę na udaną grę w serialu? 

A.P.: Sama chciałabym ją poznać! Chyba nie ma jednej, skutecznej recepty, każdy aktor ma swoje sposoby, choć pewnie posługujemy się tymi samymi kompasami. Już pierwszego dnia zdjęć zdałam sobie sprawę, że jest o wiele trudniej, niż myślałam, jako że wszystko dzieje się w zawrotnym tempie. Przy pracy nad sztuką lub filmem jesteśmy w stanie się przygotować, przepróbować różne warianty, „posiedzieć” trochę z naszym bohaterem. Tutaj czas i możliwości są okrojone. W telenoweli nie ma miejsca na dwadzieścia dubli tego samego ujęcia, więc aktorzy muszą wykazać się solidnym warsztatem. To duży test dla młodych, tym bardziej, że dla niektórych to pierwsze zadanie filmowe. I akurat tu muszę przyznać, że moja edukacja w Łodzi nie była bez znaczenia, ponieważ nie we wszystkich szkołach aktorskich studenci mają okazję tyle pracować z kamerą. 

S.C.: A jakie są Pani oczekiwania wobec udziału w produkcji? Nie boi się Pani „szufladki”? W końcu przez kilka miesięcy będzie Pani dla widzów królową Adelajdą a nie Aleksandrą Przesław – aktorką?

A.P.: „Szufladka” a rozgraniczanie tego, co dzieje się naprawdę a co jest fikcją, to dwie różne rzeczy. Niektórzy widzowie często mają problem z oddzieleniem fikcji od rzeczywistości i potrafią nawet obwiniać aktorów za czyny ich postaci. Mam nadzieję, że nie dojdzie do tego w moim przypadku. Zdaję sobie sprawę, że serial ogląda bardzo dużo dzieci i młodych, dla których z pewnością będę najpierw królową, a dopiero później, ewentualnie, aktorką. I nie mam nic przeciwko temu. W końcu będzie to znaczyło, że stałam się jakąś postacią – a o to chodzi w aktorstwie!
Życzę sobie, żeby po zakończeniu zdjęć do „Korony” pojawiły się inne propozycje: wtedy w naturalny sposób przestanę być królową Adelajdą. Na razie jeszcze za wcześnie, by się o to martwić. 

S.C.: Rozmawiamy o rolach i o tych dwóch światach – rzeczywistym i filmowo-teatralnym, gdzie wciela się Pani w różne role. Jak sobie Pani radzi z ciągłą zmianą tożsamości, która dla aktora jest niezbędna, aby jego postać była autentyczna? 

A.P.: W każdej roli widzowie znajdą trochę z aktora, który ją gra. To właśnie dzięki temu, że każdy z nas jest inny, ta sama postać grana przez różnych aktorów będzie miała odmienny zestaw cech, choć motywacje i cele postaci mogą być te same. Te różnice są właśnie najciekawsze! Jednak, kiedy myślałam o aktorstwie, to właśnie możliwość „bycia kimś innym” była dla mnie najbardziej atrakcyjna. W życiu szybko się nudzę i narzucam sobie zawrotne tempo, ulegam nastrojom i tak jednego dnia mam ochotę zostać gwiazdą rocka, a drugiego wstąpić do zakonu. Muszę na to uważać, bo często podejmuję decyzje pod wpływem chwili. W aktorstwie mogę dać upust tym dziwnym pragnieniom i przerzucić je na postać.
fot. Magdalena Franczuk, make-up & hair, Sonia Kieryluk
S.C.: Do zakonu, mam nadzieję, jednak Pani nie wstąpi, chyba że tylko grając zakonnicę w filmie (śmiech). Mając cały czas na uwadze Pani młody staż aktorski, chciałabym spytać o przyszłość i ewentualne marzenia aktorskie. Jaką rolę chciałaby Pani zagrać? Jakiego rodzaju bohaterki są spójne z Pani temperamentem? 

A.P.: Wolę nie zdradzać, o czym marzę w obawie, że wtedy się to nie spełni! Poza tym, staram się podchodzić do życia nieco inaczej: zamiast marzyć, stawiam sobie cele. A najciekawsze role to te, które są daleko ode mnie: wtedy mam przed sobą wyzwanie. I takie właśnie propozycje cieszyłyby mnie najbardziej. Póki co, nie wybiegam zbytnio myślami w przyszłość. Na pewno chciałabym się utrzymywać z zawodu, a w moich rolach wypadać przekonująco, i tego proszę mi życzyć!

S.C.: Oczywiście, mam nadzieję, że za kilka lat będzie Pani mogła opowiadać o wielu ciekawych kreacjach aktorskich. Tego właśnie życzę i dziękuję za bardzo ciekawą rozmowę.
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: