Jeśli my będziemy aktywni, nasze dziecko też będzie aktywne

Monika Pyrek-Rokita – polska lekkoatletka specjalizująca się w skoku o tyczce. Uczestniczka olimpiad w  Sidney, Atenach, Pekinie oraz w Londynie. Kilka lat temu zakończyła karierę sportową. Ma też za sobą epizod dziennikarki. Od ponad roku prowadzi autorski projekt alternatywnych lekcji WF-u w ramach fundacji wspierającej aktywność sportową wśród dzieci i młodzieży. Prywatnie mama dwóch chłopców. Z portalem aktywnedzieciaki.info zgodziła się porozmawiać o początkach macierzyństwa, sporcie oraz wyzwaniach stojących przed rodzicami. Sportsmenka opowiada też o roli sportu w wychowaniu dzieci i młodzieży. Teraz ten wywiad możecie przeczytać na portalu Kulturalne Rozmowy.   


Sylwia Cegieła: Jest już Pani mamą kilkuletniego chłopca, a niedawno urodziła drugiego. W momencie, kiedy dowiedziała się Pani, że zostanie mamą, jak to zmieniło Pani życie? 

Monika Pyrek-Rokita:
U mnie wszystko było zaplanowane, jeżeli można w ogóle powiedzieć o planowanej ciąży, to zdecydowanie w moim przypadku tak to wyglądało. Oczywiście, nie było to zaplanowane dokładnie co do dnia czy godziny, ale nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy będę w dalszym ciągu aktywnym sportowcem i mamą jednocześnie. Podziwiałam zawsze wszystkie sportsmanki, którym udawało się wrócić po urodzeniu dziecka, ale ja siebie w tej roli nie widziałam. Może też ze względu na uprawianą konkurencję – skok o tyczce – niebezpieczną i ekstremalną, w której im człowiek starszy, tym ma więcej strachu. Nie przeżywać sytuacji, kiedy coś mi się dzieje podczas skoku, w domu czeka na mnie maleństwo, a ja nie jestem w stanie się nim zaopiekować. Stąd decyzja o odłożeniu macierzyństwa po zakończeniu kariery. Tak też zrobiłam. Oddałam swój ostatni skok podczas Igrzysk Olimpijskich w Londynie w 2012 roku, a potem zabraliśmy się z mężem do zrealizowania kolejnego naszego wyzwania, czyli zastania rodzicami (śmiech).

S.C.: Pamiętam ten moment, kiedy kończyła Pani karierę. Swój benefis połączyła Pani ze ślubem. Jak Pani wspomina te chwile? 

M.P.-R.: Tak. Mam męża z Poznania i jestem osobą myślącą racjonalnie, więc jak już większość naszych przyjaciół dotrze na benefis kończący moją karierę, nie będziemy ich męczyć drugi raz (śmiech) i wykorzystaliśmy sytuację, że wszyscy są na miejscu i postanowiliśmy się pobrać.

S.C.: Wzorce idealnej matki przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Jakie więc zachowania zaczerpnęła Pani od swojej mamy? Czego ona Panią nauczyła? Kiedyś przecież wyglądało to nieco inaczej… 

M.P.-R.: Jeżeli chodzi o wzorce zaczerpnięte od mojej mamy, to ja jednak jestem taką Zosią samosią trochę, więc muszę najpierw sama przeżyć, aby potem wyciągnąć wnioski. Przygotowując się do narodzin dziecka stwierdziłam, że wysłucham wszystkich dookoła, przeczytam wszystkie możliwe książki, ale ostatecznie będę się kierować tym, co mi podpowiada serce i intuicja, która wcześniej szczególnie mnie nie zawodziła.
Oczywiście, wypytywałam o wszystkie szczegóły moją mamę. Ciężko jednak porównywać te dwa światy. Ja i mój brat urodziliśmy się w czasach, kiedy niczego nie było. Wtedy mamy naprawdę musiały sobie radzić z przeciwnościami losu, stosować metody tradycyjnego wychowania przekazywane z pokolenia na pokolenie. Moja mama była daleko od swojej mamy, ponieważ pochodzi z Polanicy Zdrój, z Kotliny Kłodzkiej, a ja się urodziłam w Gdyni i tam też moja mama mieszkała i mieszka do dzisiaj. Nie miała więc takiej pomocy na co dzień. Zadzwonić czy wysłać SMS-a (śmiech), aby od razu dostać wsparcie też nie mogła. Dlatego sama musiała sobie radzić, stosując metodę prób i błędów, którą ja też wykorzystałam. Chciałam sama sprawdzić, co jak działa, żeby móc potem wyciągać wnioski. Czasem się radzę, ale jak to Zosia samosia, nie wszystkie te rady wcielam w życie. Niemniej jednak, często pytam mamę, co ona na dany temat myśli, a później postępuje zgodnie z moją intuicją.

S.C.: Czyli jednak jest Pani za tzw. książkowym macierzyństwem w połączeniu z wiedzą zaczerpniętą z życia…

M.P.-R.: Zdecydowanie. Nie wyobrażam sobie sytuacji, żeby nie mieć tej wiedzy czy rad wszystkich dookoła, których chętnie wysłuchuję, ponieważ macierzyństwo to nowa sytuacja, a czasem intuicja zawodzi. Wtedy przypominasz sobie, że coś na ten temat przeczytałaś i może warto do tej wiedzy wrócić, aby wesprzeć swoją intuicję. Nie polegałabym tylko na tym, co nam się wydaje. Jeśli mamy wątpliwości, lepiej szukajmy pomocy, przeczytajmy książkę, zadzwońmy do specjalisty i poradźmy się. Potem trzeba już podjąć decyzję o postępowaniu samodzielnie, co jest największą sztuką, zwłaszcza przy pierwszym dziecku. Najważniejsze to się nie bać i przez to nie zaniechać działań, ponieważ to tez nie jest dobre.


S.C.: Teraz obserwujemy wysyp poradników dla przyszłych i młodych rodziców. Co Pani o tym myśli?

M.P.-R.: Z jednej strony dobrze, ponieważ jest wybór i każdy znajdzie coś dla siebie. Ja jednak się trzymam sprawdzonych propozycji, które były zawsze polecane. Pamiętam, jak moja położna poleciła mi książkę o rozwoju psychicznym dziecka do 10. roku życia. Czasem ta książka pomaga mi sprawdzić, co robię dobrze, a co źle, gdy mam wątpliwości. Wtedy zadaję sobie pytanie, czy czasem nie wychowałam swojego dziecka źle. Nauczyłam się z niej, jakich reakcji pozytywnych czy negatywnych można się spodziewać w poszczególnych latach rozwoju dziecka. Ta książka ratuje mnie jako matkę, ponieważ pomaga zrozumieć zachowanie mojego syna. Warto więc czasem mieć takie publikacje na półce w domu.

S.C..: Niedawno na świecie pojawił się też Pani drugi syn. Jak ten starszy przyjął młodszego? Jak go Pani przygotowywała go do przyjścia na świat brata?     

M.P.-R.: Na razie starszy okazuje dużo miłości młodszemu bratu, co jest dla mnie dość zaskakujące, ponieważ raczej spodziewałam się gorszych reakcji. Sporo też pracowałam nad nim przed urodzeniem. Opowiadałam mu i czytałam różne bajki o tym, jak pojawia się drugie dziecko w rodzinie. Bałam się też, że to będzie duża różnica wieku między nimi i dlatego mogą się zdarzać zachowania z dużą dawką zazdrości. Powiem szczerze, że nawet – mimo ogromnego zmęczenia – staram się poświęcać dużo czasu starszemu synowi. Mimo że czasem naprawdę już zasypiam razem z nim, czytając mu bajkę, ale widzę, że to się sprawdza. Mamy ten czas tylko dla siebie. Syn przychodzi z przedszkola i ja jestem minimum godzinę tylko z nim. Wtedy dziecko nie czuje, że się coś zmieniło w naszych relacjach, a wręcz zmieniło się na pozytywnie.

S.C.: Jak Pani podchodzi do macierzyństwa jako kobieta, były sportowiec? Zadaniowo czy bardziej emocjonalnie?

M.P.-R.: W sporcie ciężko się wyzbyć emocji. One zawsze są – często bardzo skrajne, niestety. Ze względu na to, że byłam sportowcem, łatwiej mi wyznaczyć cele i być konsekwentną w dążeniu do ich realizacji. Tego właśnie uczy sport, czyli obowiązkowości, rutyny działania. Pod tym względem macierzyństwo traktuję jako kolejne wyzwanie. To jest teraz właściwie mój cel w życiu: żeby wychować dwójkę cudownych synów. Może to zabrzmi banalnie, ale zależy mi na tym, żeby byli szczęśliwi i zdrowi.
Sama więc od początku dbam o to i dobrze się odżywiam, żeby dawać im dobry przykład. Oczywiście, to nie jest tak, że żyjemy w absurdalnym świecie bez słodyczy. Staram się tłumaczyć oraz podchodzić do jedzenia z umiarem. Doszło do tego, że mój 4,5-letni syn na przykład gdy ktoś go częstuje mleczną czekoladą, odpowiada, że nie może, bo ma alergie, co jest urocze jak na dziecko w tym wieku. Staram się stosować zamienniki, aby nie czuł, że ja mu tylko zabraniam.  

S.C.: Czego się Pani dowiedziała o sobie, kiedy została Pani mamą? 

M.P.-R.: Trudne pytanie. Nigdy nie miałam w sobie takiego instynktu macierzyńskiego, że się rozpływałam nad dziećmi innych ludzi. Nie miałam też potrzeby, żeby brać na ręce dzieci przyjaciół. Miałam świadomość, że chcę być mamą, ale nie miałam takiego silnego poczucia, iż musi się stać to tu i teraz. Raczej to wszystko było takie z rozsądku. Gdy kończyłam przygodę ze sportem, wiedziałam, że mam już 32 lata.
Niestety, dopadło mnie Hashimoto – chorobę zdiagnozowano w 2003 roku, kiedy nie była jeszcze tak popularna. Miałam szczęście, że trafiłam do bardzo dobrego lekarza, który teraz jest już profesorem.
Wracając do tego planowania, podeszłam do tego bardzo rozsądnie, ponieważ choroba nie pozwala z tym czekać, gdyż będzie coraz trudniej, stąd decyzja o ciąży. Z kolei z drugim dzieckiem również podjęłam decyzję świadomie. Nie chciałam, aby mój pierwszy syn był jedynakiem. Mój mąż jest właśnie jedynakiem i to nie jest fajne. Ja z kolei mam brata i wiem, że zawsze mogę się do niego odezwać oraz zwrócić o pomoc, więc też chciałam, żeby mój syn miał kogoś takiego obok siebie.

S.C.: Czy będzie Pani dążyła, aby dzieci były też sportowcami kiedy już dorosną? 

M.P.-R.: Myślę, że chciałabym, żeby były aktywne i żeby kochały sport. Chciałabym nauczyć ich takiego nawyku bycia aktywnym. Na razie wydaje mi się, że starszy syn to rozumie. Urocze jest to, gdy wychodzę w niedzielę biegać a on mówi, że chce iść ze mną. Oczywiście, nie ma na to szans, ponieważ bieg jest zbyt długi i wyczerpujący. Pamiętam, że jak mówiłam, że na razie nie może, ale jak dorośnie – będziemy razem biegać. Wtedy tłumaczył: „mamo, ale ja przecież bardzo szybko biegam”. Musiał jednak ustąpić po argumencie, że ja szybko nie biegam, ale długo. Przyjemne jest to, że sam ma potrzebę bycia aktywnym, wychodzenia na podwórko. O ile dla dzieci w tym wieku to jest naturalne, to nasza rola jest o tyle ważna, żeby podtrzymywać te ich naturalną potrzebę. Przez brak wzorca u dorosłych dzieciaki siedzą potem na kanapach i patrzą w telefon. Osobiście też łapię się na tym, że też przy moim synu często patrzę w komórkę, ale jak tylko się zorientuję – natychmiast wyłączam. Wiem, że to dopiero początek macierzyństwa i to my jesteśmy autorytetem dla naszych dzieci, więc trzeba to wykorzystać. Jak my damy dobry przykład, to dzieciaki będą uważały to za normalną kolej rzeczy.
Wracając do pytania, nie będę nalegać, aby były profesjonalnymi sportowcami. Jak będą chciały – pomogę, ale też wiem, że może być im ciężko zmierzyć się z osiągnięciami mamy, dlatego nie chciałabym, aby przeżywały jakąś frustrację w związku z tym.
My z mężem sobie żartujemy, że któryś z nich będzie lewym obrońcą, ponieważ takich jest najmniej, więc jest zapotrzebowanie. Jednak to są tylko żarty. Śmiejemy się też, że jeżeli któryś z chłopców odziedziczy zdolności    koordynacyjne po mamie, a dbałość o fryzurę po tacie (śmiech), to na pewno będzie piłkarzem. Ostatecznie, fajnie byłoby, gdyby udało się wpoić synom aktywność fizyczną.


S.C.: Chciałabym teraz porozmawiać trochę o Pani aktywności zawodowej. Czym się Pani obecnie zajmuje? Przez jakiś czas prowadziła Pani audycję w radiu. Proszę coś o tym opowiedzieć naszym czytelnikom. 

M.P.-R.: Tak, zaraz po zakończeniu kariery sportowej zaproponowano mi pracę w radiu, w którym prowadziłam poranki, a później autorską audycję „Potyczki Moniki Pyrek”, gdzie rozmawiałam ze znanymi ludźmi nie tylko o sporcie. Ta przygoda zakończyła się po czterech latach, kiedy zdecydowałam, że chcę się jednak zająć tym, co kocham najbardziej, czyli sportem. Założyłam więc fundację własnego imienia, która działa już od ponad roku. Działamy na rzecz dzieci, tworząc dla nich projekty aktywizujące. Prowadzimy też fundusz stypendialny dla młodych sportowców. Robię to, co zawsze chciałam robić, czyli pozostałam w sporcie, aby namawiać wszystkich dookoła, żeby ten sport pokochali tak, jak ja go kocham.

S.C.: Właśnie à propos Pani działań fundacyjnych wprowadziła Pani alternatywne lekcje WF-u. Proszę powiedzieć, na czym one polegają i jaki jest ich cel? 

M.P.-R.: To jest projekt dość specyficzny i w momencie, kiedy go pisaliśmy, zastanawialiśmy się, czy zostanie dobrze odebrany. Wykorzystuje zainteresowanie młodzieży światem wirtualnym, czyli komputerami, aplikacjami czy symulatorami sportowymi. Wszystko po to, aby pokazać dzieciakom, że można być tak tradycyjnie aktywnym. Jeżeli jeździmy z projektem po szkołach, to dzieciaki w trakcie lekcji korzystają właśnie z symulatorów sportowych i innych urządzeń sportowych, gdzie technologia łączy się ze sportem, a w której mogą np. zmierzyć prędkość piłki po uderzeniu albo prędkość rzutu piłki ręcznej. Grają też w gry w wirtualnej rzeczywiści, do której przenoszą się za pomocą gogli. Wybraliśmy jednak takie symulatory, które aktywizują w klasyczny sposób, np. walki w pojedynku bokserskim z interaktywnym przeciwnikiem - tu jednak muszą wykonywać te ciosy; podobnie, kiedy jadą w wyścigu kolarskim, mają specjalne rowery połączone z goglami. Tutaj znów potrzebna jest aktywność fizyczna, ponieważ muszą pedałować. Schodzą z treningu wyczerpane, zlane potem, ale zadowolone.
Chcemy im pokazać, że ich zainteresowania nie oznaczają całkowitej rezygnacji z gadżetów elektronicznych. Mogą wybrać takie aplikacje, dzięki którym pójdą pobiegać, zmierzą sobie kilometry czy osiąganą prędkość. Nawet jak pójdą na hulajnogę, zmierzą, ile kalorii stracili podczas jazdy oraz jaki dystans pokonali. Wyszłam z założenia, że nie można tym dzieciakom zabronić używania czegoś, gdyż skutek będzie odwrotny. Trzeba im tylko pokazać pozytywną stronę korzystania z tego typu urządzeń. Po pierwszej edycji program spotkał się dużym zainteresowaniem – udało się zaangażować 4 tyś. dzieciaków, więc teraz czekamy na rozstrzygnięcie konkursu o dofinansowanie i zabieramy się za drugą edycję. Mamy ambicję, aby jesienią 2018 roku było już 8 tyś. dzieci.

S.C.: To są dość ambitne plany, a dlaczego w ogóle zdecydowała się na ten projekt? Czy to była potrzeba czasu, czy też miała Pani wyższe cele, np. chęć zmiany podejścia do lekcji WF-u? jaki był początek tego wszystkiego? 

M.P.-R.: Wszystko po trochu. Sama praca w fundacji ma na celu aktywizację dzieciaków i pokazywanie im pozytywów wynikających bycia aktywnym. Chcemy przekazać tym młodym ludziom, czego uczy sport, czyli kształtowanie charakteru i bycie zdrowym. Jednak nie tylko o to chodzi, ponieważ sport wpływa też na bycie lepszym pracownikiem, czyli np. na umiejętność zarządzania swoim czasem, czyli wszystkiego po trochu.
W ogóle pierwszym projektem, który zrealizowałam, był Monika Pyrek Cump, czyli warsztaty tyczkarskie. Pokazują one skok o tyczce poprzez wszystkie elementy treningu. Chciałam udowodnić, że ten trening jest wszechstronny, że się nie nudzimy i to nie jest tak, że codziennie skaczemy. Tych elementów jest bardzo dużo. Projekt kierowałam do dzieci z najmłodszych klas szkoły podstawowej. Mieliśmy jednak też dużo zapytać od dzieciaków z gimnazjum, stąd więc wpadliśmy na pomysł interaktywnych lekcji WF-u. Oglądaliśmy wiele wystaw sportowych na całym świecie i pomyślałam, że właśnie z gimnazjalistami jest największy problem, czyli z ich zwolnieniami z WF-u. Związane to jest z tym, że w tym wieku wkrada się w umysł nastolatka taka trochę krępacja sobą, swoim ciałem. Sama z resztą pamiętam, jak było u mnie. Dziewczyny np. nagle uważają, że się pocą na lekcjach WF-u i dlatego często rezygnują z uprawiania sportu. Tracą wtedy też tę pewności siebie, więc stwierdziliśmy, że – skoro świat współczesnej młodzieży to smartfony i aplikacje – to czemu tego nie wykorzystać i zadziałać trochę podstępem, gdyż nadal chcemy, aby – mimo że używają symulatorów – powrócili o klasycznej aktywności sportowej. Jak już wspomniałam, za pomocą technologii wykonują jednak ruch, np. kopnięcie, skok, rzut, bieg.

S.C.: Jak Pani tłumaczy dzieciakom podczas tych lekcji alternatywnych, że WF jest jednak ważny i nie jest tylko kolejną godziną do odhaczenia? Jakie pytania zadają dzieci podczas spotkań z Panią?

M.P.-R.: Zawsze na początku spotkania szczerze opowiadamy o projekcie. Tłumaczymy, dlaczego taki projekt powstał i że właśnie tym podstępem wykorzystujemy ich zainteresowania technologią. Pokazuje im też praktyczne przykłady, czyli badania ze świata mówiące o tym, że ludzie aktywni fizycznie lepiej przyswajają wiedzę. Dzieciaki powinny być więc aktywne minimum godzinę dziennie włącznie z lekcją WF-u. Padają też pytania typu „czy chodzenie po schodach się liczy?” (śmiech). Tłumaczę im wtedy, że ważna jest aktywność zamierzona. Mówię im np. zobaczcie, poświęcicie godzinę dziennie na ćwiczenia i o ile krócej będziecie siedzieć nad książkami. Mózg będzie bardziej dotleniony, będzie szybciej przyswajał wiedzę i to nie jest tylko mój wymysł, ale mechanizm poparty badaniami, które mówią o tym, że jeżeli dzieciaki chodzą na sportowe zajęcia pozalekcyjne, mają lepsze oceny w szkole. Pokazuję im, jaką będą mieli korzyść z tej aktywności: nauczą się punktualności i obowiązkowości w sporcie, co potem zaprocentuje w na wielu polach. Bez względu na to, na jakim poziomie skończy się ich przygoda ze sportem, nabiorą cech charakteru, które później ułatwiają życie w każdej dziedzinie.

S.C.: Jak zatem należałoby wpłynąć na rodziców, aby nie zezwalali na zwalnianie z WF-u i sami tego nie robili. Czy to czasem nie wynika z naszej antysportowej kultury społeczeństwa?

M.P.-R.: Jeżeli weźmiemy pod uwagę badania, które są przeprowadzane w Europie, to mamy rzeczywiście jeszcze dużo do zrobienia pod względem bycia aktywnym, ale faktycznie jest teraz zdecydowanie lepiej. Dawniej, kiedy wychodziłam do parku pobiegać, byłam sama. Ludzie trochę dziwnie się na mnie patrzyli, jak przebiegałam obok. Teraz zaś z radością patrzę na to, ilu ludzi biega, ilu jest aktywnych czy jeździ na rowerze, więc to na pewno się zmienia. Zmienia się to w bardzo szybkim tempie, gdy spojrzymy na ilość organizowanych w Polsce maratonów czy biegów amatorskich. Teraz każde większe miasto w Polsce chce mieć maraton. Kiedyś były 1 lub 2 maratony. Nie było potrzeby organizowania większej ich ilości, a teraz, żeby biegacz-amator zaplanował swój rok biegowy, ma olbrzymi wybór nie tylko w Polsce, ale też zagranicą. Świadomość się zmieniła. Dla mnie największym dowodem na to, że nauczyliśmy się bycia aktywnym, to jest fakt, że już nikogo nie dziwi widok mężczyzny w legginsach. Pamiętam, że kiedyś tylko lekkoatleci korzystali z tego typu ubioru i poza stadionem społeczeństwo dziwnie się na nich patrzyło.

S.C.: Jaką rolę powinna mieć szkoła czy rodzice w tym procesie kształtowania młodego człowieka? Nawyków nabieramy od najmłodszych lat, więc chyba nie należałoby się skupiać jedynie na gimnazjalistach. 

M.P.-R.: Nie ma się tutaj co oszukiwać, ale faktycznie największą rolę pełnią w tym momencie rodzice. Oczywiście, fajnie by było, gdyby szkoła wychowywała, ale z drugiej strony, dzieci mają się tam uczyć, a nie być w pełni wychowywane przez nauczycieli, którzy nie mają na to czasu. Wychowanie zostawmy rodzicom. To właściwie jest najfajniejsze w byciu mamą czy tatą, ponieważ mają świadomość, jaki wpływ mają na swoje dziecko oraz że mogą ukształtować jego charakter.
My więc jako rodzice musimy dawać przykład. Jeśli będziemy aktywni, nasze dziecko też będzie aktywne. Jeśli będziemy zdrowo się odżywiać, to ono nie pozna innych wzorców. Na początku nawet nie zauważy, że w domu się inaczej je. Nie będzie wiedziało, co to jest fast food, ponieważ skoro ty tego nie jesz, to nie dowie się, co to jest. Dla mnie więc podstawą jest to, co się dzieje w domu oraz to, jaki rodzic daje przykład. Jestem za tym, abyśmy wykorzystywali momenty, kiedy rzeczywiście jesteśmy jeszcze najważniejszymi mentorami. Jak słyszę od przyjaciół czy czytam w książkach, to tak do 10. czy 11. roku życia jesteśmy takimi autorytetami niepodważalnymi. Później już z tym bywa różnie. Pierwsze lata wiec trzeba wykorzystać bardzo intensywnie, aby zbudować więź z dzieckiem, która będzie procentować przez całe życie. Właśnie w tym czasie trzeba ich nauczyć tych pozytywnych nawyków. Chociaż to nie jest tak, że my – dorośli – powiemy dzieciom, że mają być aktywne i zapiszemy na wszystkie możliwe zajęcia świata, tylko dziecko musi widzieć, że się tą jego aktywnością cieszymy. Aby być dobrym wzorcem, Ty jako rodzic przynajmniej raz w tygodniu też musisz być też aktywny.


S.C.: Co zrobić, aby nauczyć te dzieci wytrwałości oraz dzielenia czasu miedzy szkołę, aktywność fizyczną oraz inne obowiązki? Teraz tyle się dzieje i wszystkim wymaganiom trzeba sprostać. Jest to bardzo trudne dla młodego człowieka. Co zrobić, aby z tym nie przesadzić?  

M.P.-R.: Wszystko zależy od rozsądku rodziców i od tego, jakie mają wymagania w stosunku do dzieci. Osobiście jestem zwolenniczką realnych oczekiwań, a nie wymyślania kolejnych zajęć z kosmosu, których dzieci nie są w stanie wykonać. Trzeba rozważnie patrzeć na talent, jakim dysponują nasze dzieci i rozwijać ten, w którym pociecha zgłasza większe zainteresowanie. Nie należy realizować swoich niespełnionych marzeń poprzez dziecko, co w ostatnich czasach jest nagminne. Rodzice próbują nawet być trenerami swoich dzieci i wchodzić w ich kompetencje. Często też podważają autorytet trenera. Dla mnie taka sytuacja jest niedopuszczalna. Oczywiście, trzeba reagować, kiedy jest realny problem, ale nie za często, ponieważ dziecko traci chęć chodzenia na takie zajęcia. Nie jestem też zwolenniczką nadmiernej ilości zajęć, np. codziennie coś innego. Pamiętam, że do grupy przyszła dziewczyna, która  poniedziałek miała język angielski, we wtorek jazdę konną, w środę lekkoatletykę, w czwartek basen…, itd. Cały tydzień miała zapełniony. Wiem, że rodzice z braku czasu i ze zmęczenia wymyślają tego typu zajęcia, żeby dać dzieciakom jak najwięcej, ale z drugiej strony, czasem godzina spędzona na przytulaniu i rozmowie z rodzicem jest ważniejsza niż pozalekcyjne, dodatkowe zajęcia.
Sport więc też uczy wyznaczania sobie realnych, ale też pośrednich celów, ponieważ, aby dojść do tego głównego, wymarzonego celu, trzeba sobie postawić cele pośrednie realizowane z dnia na dzień. Tego też trzeba nauczyć dzieci, że to nie jest tak, że nagle sobie wymarzymy, że będziemy mistrzem świata, ponieważ żeby nim zostać, trzeba po drodze zostać mistrzem szkoły, mistrzem okręgu, mistrzem Polski i wygrać kilka lub kilkanaście zawodów, zmierzyć się z różnymi trudnościami, kontuzjami, przegrać wiele razy, żeby dopiero osiągnąć ten wymarzony cel.
Planowanie jest więc najważniejsze, ponieważ jak sobie pomyślimy, że nasze dziecko pod naszym wpływem będzie chciało zostać, np. lekarzem, nagle okazuje się, że nigdy nim nie zostanie to ten stan spowoduje w nim brak spełnienia. Nie należy dziecku zabraniać marzyć, bo marzenia są piękne, ale trzeba je obserwować, wspierać, żeby nie przegapić tego zainteresowania, które może się okazać jego życiowym celem. Ja też się boję, że mogę to przegapić. Nie naciskam swojego dziecka, nawet jeśli widzę, że się raz czymś zainteresował, a drugi raz już nie za bardzo, to czasem wolę odpuścić. Zbigniew Boniek kiedyś powiedział bardzo mądre słowa: jeżeli chcesz sprawdzić, że twojemu dziecku rzeczywiście zależy na danej aktywności, to po prostu przestań mu przypominać o treningu. Jeżeli jeden, drugi raz zapomni, tzn. że mu nie zależy, że to nie jest to.
Trzeba więc też wspierać, nawet jeśli te zainteresowanie nie podoba się nam – rodzicom. Tak właśnie stało się u mnie, ponieważ w mojej rodzinie nigdy nie było żadnego sportowca. Moi rodzice mogli na te moje zainteresowania patrzeć nieco dziwnie, bo nagle chcę uprawiać sport, ale – mimo tego – pozwolili mi na to. Nie mieli o tym zielonego pojęcia, ale zaufali trenerom, którzy mnie prowadzili. Dzięki temu, że mieli na tyle odwagi i wyobraźni, dzięki temu tak wiele osiągnęłam w sporcie.

S.C.: Obecnie bycie fit mamą, mamą wielozadaniową, aktywną mamą jest bardzo na topie. Jaką więc ma Pani na to receptę?
   
M.P.-R.: Nikogo nie zmuszam do bycia aktywną mamą, ponieważ każda kobieta musi przeżyć macierzyństwo na swój sposób. Ja, oczywiście, tęsknię za taką aktywnością, która w moim przypadku jest pewnego rodzaju nałogiem. Niestety, nie mogłam biegać, ruszać się przez większą część ciąży, co mi bardzo doskwierało. Teraz czekam z upragnieniem, żeby znów zacząć. Dwa tygodnie temu rozpoczęłam lekkie treningi, ale sama muszę się stopować, ponieważ głowa i mięśnie pamiętają tę dobrą dyspozycję, a teraz – po urodzeniu dziecka nie jestem w tak dobrej kondycji, jak byłam przed ciążą. Buduję więc od nowa formę. Przyjdzie mi to łatwiej, ponieważ istnieje coś takiego jak pamięć mięśniowa i szybciej dojdę do siebie niż osoba, która nigdy nie była aktywna przed ciążą, a nagle po urodzeniu stwierdzi, że będzie aktywną mamą.
Każdy powinien do formy wracać we własnym tempie i nie zwracać uwagi, że komuś ta forma przyszła szybko i gubi kilogramy czy jest pełny energii. Trzeba po prostu z dnia na dzień robić coś dla siebie, ale przede wszystkim należy wyznaczyć sobie cel. Każdy może powiedzieć, że będzie aktywną mamą. Musisz jednak zadać sobie pytanie, co to właściwie oznacza dla ciebie bycie aktywną mamą, co chcesz osiągnąć i do tego dążyć. Każdy ma przecież inny cel.
Ja jestem mamą wielozadaniową. Czasem bardzo mnie to irytuje, ponieważ chciałabym mieć więcej czasu dla swoich dzieci, chwilę na celebrowanie bycia z niemowlakiem, ponieważ jest to piękny czas. Przez to, że jest fundacja i wiele obowiązków zawodowych dookoła tego czasu jest mniej. Nie mówię, że to jest złe, ponieważ nie potrafię inaczej żyć. Mam małe sportowe ADHD i sport nauczył mnie bycia perfekcyjnym, co z jednej strony jest bardzo pozytywne, ale z drugiej strony walczę z tym, ponieważ zabiera mi to całą radość z rzeczy, które osiągam. Jednak nie lubię też być uzależniona do kogoś, wolę wiele rzeczy zrobić sama, jeżeli mogę. Nauczyłam się też prosić o pomoc, ponieważ zwyczajnie nie ogarniam już wszystkiego. Chcąc być w każdym miejscu, o każdej porze, zawsze będzie się działo coś kosztem innych rzeczy, ale na pewno nie chciałabym, żeby coś się działo kosztem moich dzieci. Dlatego staram się jak mogę ograniczać swoją działalność zawodową, ale staram się też nie szkodzić ani dzieciom, ani pracy.       
     
S.C.: Jak będzie wyglądało teraz Pani życie sportowe, kiedy już w pełni wróci Pani do formy po ciąży?

M.P.-R.: Życie sportowca jest dużo łatwiejsze, bo może wyznaczać sobie cele, przygotowywać się do kolejnych zawodów, mistrzostw, natomiast w życiu już nie jest tak łatwo. Moja fundacja rozrasta się dość mocno, a do tego dwoje dzieci nie pozwala też na dodatkowe aktywności sportowe. Oczywiście, biorę udział w wielu akcjach promujących aktywność wśród społeczeństwa. Obecnie takim celem jest udział w biegu charytatywnym Wings for Life, który będzie się odbywał 6. maja w Poznaniu. Tutaj chodzi o to, że nie ty gonisz metę, ale meta goni ciebie, czyli samochód, który wyrusza po tobie z linii startu. Bieg kończysz w momencie, kiedy dogoni cię ten samochód. Biorę udział w tym przedsięwzięciu od 5. edycji, czyli od samego początku. Sprawia mi to naprawdę dużo frajdy.
Drugim takim projektem, w którym uczestniczę, jest Pomoc Mierzona Kilometrami, gdzie mierzy się kilometry za pomocą aplikacji Endomondo, a T-mobile przekazuje kwotę na Fundację TVN „Nie jesteś sam”. Te dwie akcje w ciągu roku bardzo mnie mobilizują do aktywności i dostarczają mi dużo emocji, gdyż dzięki nim potrafię sobie zaplanować sportowe życie.   

S.C.: Bardzo dziękuję za rozmowę i wiele cennych rad dla naszych dzieciaków i ich rodziców. Życzę powodzenia w realizowaniu życiowych i sportowych celów.      


Zdjęcia: Agnieszka Świderska     
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: