Najnowsze

Paweł Sakowski – to on zagrał w finałowym sezonie kultowej „Gry o tron”

Jego nazwisko od kilku tygodni nie schodzi z internetowych portali. Mimo że nie jest jeszcze osobą bardzo rozpoznawalną, to w filmie zdążył już zaznaczyć swoją obecność. Mowa tu o Pawle Sakowskim – aktorze teatralnym, który już pojawił się w kultowej superprodukcji HBO podziwianej przez miliony widzów na całym świecie, czyli w „Grze o Tron”. Mimo że będzie to rola epizodyczna, to może okazać się milowym krokiem w karierze. Portalowi Kulturalne Rozmowy opowiedział o castingu do serialu, emocjach obecnych w życiu aktora oraz dlaczego warto czasem być bezczelnym w dążeniu do realizacji marzeń. Zapraszam na bardzo interesującą rozmowę o amerykańskim śnie Polaka w Hollywood.   



Przede wszystkim chciałam bardzo podziękować za to, ze zgodziłeś się ze mną porozmawiać. Zanim jednak zapytam Cię o Twój udział w superprodukcji "Gra o tron", chciałabym dowiedzieć się czego o Tobie samym. Na stronie Teatru „U Przyjaciół” pod Twoim zdjęciem są słowa: „Problemem artysty rzadko bywa alkohol. Problemem bywa brak motywacji i melancholia.” Jak się motywujesz do wykonywania tego w sumie dość trudnego zawodu? 

Paweł Sakowski: Motywacja to jest ogromny problem. Zawód aktora wymaga nieustannego ekshibicjonizmu uczuciowego, a to jest niezmiernie trudne. Łatwo jest zagrać zmęczonego człowieka, gdy jest się faktycznie zmęczonym, ale zagranie roli komediowej, gdy w życiu prywatnym wszystko się wali, to ogromne wyzwanie. Tak samo jak zagranie zrozpaczonego człowieka, gdy prywatnie jest się szczęśliwym. I czasami naprawdę trudno wejść w rolę, która odstaje od naszego życia. Trudno się zmotywować. Profesjonalny aktor to taki, który zagra każdą rolę, wejdzie w każdą emocję niezależnie od tego, co dzieje się w jego życiu prywatnym.

A co z tą melancholią? Naprawdę nigdy nie zdarza Ci się popaść w ten stan? To przecież nasza cecha narodowa. 

Ależ zdarza się. I to bardzo często. Aktorzy to często ludzie, którzy czują mocniej i głębiej niż większość osób dookoła. To jest część tego zawodu. To są te predyspozycje, które sprawiają, że jedna osoba może być świetnym aktorem, a druga nie. I ta właśnie melancholia, huśtawka emocjonalna, jaka dotyka aktorów, to jest to z czym czasem trudno sobie poradzić. I jest to niezależne od naszych cech narodowych. Aktorzy często przeżywają silne załamania psychiczne. Taki Robin Williams, który był genialnym aktorem prywatnie przeżywał koszmar w swoim życiu. Koszmar, którego nie było widać na zewnątrz, a który w końcu doprowadził go do ostateczności i do popełnienia samobójstwa, mimo że na zewnątrz wydawało się, że przecież ma wszystko.

Mimo wszystko zawsze się będę zastanawiać, skąd się bierze depresja wśród osób publicznych. Co Ciebie fascynuje w zawodzie aktora? Czy właśnie ta mnogość odgrywanych emocji, a może jeszcze coś innego? 

Wolność i swoboda. Brak monotonii. To, że codziennie mogę być kimś innym, nawet superbohaterem. Możliwość wcielania się w przeróżne postacie, przeżywania przeróżnych emocji, których jedno życie nie jest w stanie człowiekowi w normalnych okolicznościach dostarczyć oraz fakt, że daję możliwość przeżywania tych emocji widzom, że w pewien sposób przekazuję im tę różnorodność. Daję widzom szansę na dotknięcie tych doświadczeń, które są moim udziałem.

W Twoim krótkim biogramie napisano też, że jesteś „duchowym artystą z wyboru”. Co to dla Ciebie oznacza i na czym polega według Ciebie ta duchowość? 

Oznacza to, że mam artystyczną duszę. Podejmowałem się w życiu różnych wyzwań, z których zdecydowana większość była związana ze sztuką. Śpiewałem w zespole rockowym, pisałem wiersze i powieści, sztuki teatralne, tłumaczyłem i nadal tłumaczę poezję. Ten artyzm zawsze mnie otaczał, zawsze był dla mnie ważny. Bez sztuki nie potrafię żyć. Natomiast na pewno był to też mój wybór, nie tylko egzystencjonalny przymus. I dobrze mi z tym.


Wcześniej, nim nie dowiedzieliśmy się, że zagrasz w „Grze o tron”, niewiele chyba osób słyszało o aktorze z Polski, który weźmie udział w amerykańskiej superprodukcji. Kim jest Paweł Sakowski i jak to się stało, że absolwent anglistyki został aktorem? Właściwie chyba od tego powinniśmy zacząć rozmowę… (śmiech) 

Ta anglistyka w moim życiu to trochę przypadek, jak zresztą wiele innych rzeczy. Tak naprawdę zawsze chciałem grać. W liceum wygrałem ogólnopolski konkurs na sztukę teatralną pod nazwą „Szukamy polskiego Szekspira”. Jedną z nagród było uczestnictwo w letnim obozie teatralnym Ogniska Teatralnego państwa Machulskich przy Teatrze „Ochota” w Warszawie. To jedna z najwspanialszych przygód w moim życiu. Po obozie zdałem egzaminy do Ogniska i przez rok dojeżdżałem do Warszawy na zajęcia. To ukształtowało moje umiejętności i pozwoliło wypracować warsztat aktorski, wskazało kierunek rozwoju. Po szkole średniej chciałem zdawać do warszawskiej szkoły teatralnej, ale życie potoczyło się inaczej z wielu powodów. Niemniej zamiłowanie do aktorstwa pozostało, a ostatnio coraz częściej udaje mi się dostawać ciekawe propozycje i wierzę, że jestem jeszcze w stanie na dobre zaistnieć na aktorskim rynku pracy.

Teraz możemy przejść do właściwego tematu, a mianowicie Twojego udziału w kultowej już "Grze o tron". Od wielu miesięcy mówi o tym cała Polska i mimo, że minęło już sporo czasu, media nie odpuszczają. Nadal nie dają spokoju? Lubisz ten szum wokół siebie? 

„Zamieszanie” nadal trwa i chociaż mój udział w „Grze o Tron” jest naprawdę epizodyczny, ale faktycznie tam zagrałem. To było cudowne przeżycie i doświadczenie. Szczerze? Lubię ten szum. To element mojej pracy. Jak to mówią: nieważne jak o tobie piszą, byle nazwiska nie przekręcali (śmiech). 

Jak się czujesz jako debiutant w Hollywood w produkcji, którą ogląda cały świat? 

Nadal przeżywam swój wielki sen. To była niesamowita przygoda. Pod każdym względem. Najzabawniejsze jest to, że, gdy byłem na planie, nie czułem tego aż tak mocno. Wykonywałem swoją pracę. I oczywiście, było to przyjemne, natomiast wrażenie, że wziąłem udział w czymś wyjątkowym przyszło dużo później wraz z zainteresowaniem mediów. Nagle zobaczyłem, że jest to coś co interesuje wszystkich wokół mnie, coś co dla wielu osób stanowi swego rodzaju marzenie, a ja tego marzenia dotknąłem. Mam tylko nadzieję, że to jeszcze nie jest moje przysłowiowe pięć minut. Że te pięć minut dopiero nadejdzie i wtedy faktycznie będę mógł być w pełni dumny i stwierdzić, że osiągnąłem swój cel.

Na początku, jak się dowiedziałam, nie byłeś jednak zachwycony faktem udziału w "Grze o tron", ponieważ nie znałeś fabuły. Czy teraz, kiedy obejrzałeś wszystkie sezony, jesteś dumny, że bierzesz udział w czymś, co zachwyciło niemal cały świat? 

To nie tak, że nie byłem zachwycony. Po prostu nie wiedziałem, że ten serial nadal jest produkowany i byłem po prostu zaskoczony. A odpowiedź wydaje się oczywista, jestem bardzo dumny z tego, że pojawiłem się na planie takiej produkcji. To jest serial, który jest znany na całym świecie. Nawet drobny epizod w takiej produkcji może stać się początkiem dużej kariery.

Co trzeba było zrobić, aby dostać się do serialu? Jak sądzisz, co przekonało do Ciebie Amerykanów? 

Ważne jest to, czy pasujesz wizerunkowo do wizji producentów. Potem pojawia się kwestia umiejętności aktorskich i tego nieuchwytnego czegoś, co potrafi zauważyć dobry specjalista od castingów. Jeśli spełniasz oczekiwania producenta, to dostaniesz rolę. Ale to jest najczęściej coś, czego nie da rady się nauczyć. Albo masz w sobie to magiczne coś, albo nie. Jeśli chodzi o mnie, to zadziałało wszystko, co było ważne i dostałem propozycję pojawienia się na planie, mimo że oficjalne castingi były już zakończone.

Czyli było w Tobie to coś, co pozwoliło zrobić dla Ciebie wyjątek. Gratuluję. Jednak „Gra o tron” to trochę przypadek. Miałeś początkowo zagrać w innej produkcji, a mianowoście „Wikingowie”, ale wyszła „Gra o tron”. Co Cię skłoniło, aby w ogóle wysłać zgłoszenie? Do tego trzeba nie tylko talentu, ale też ogromnej odwagi i wiary we własne możliwości.  

Na pewno potrzebna jest pewnego rodzaju bezczelność. Wiele osób myśli sobie, że coś jest zbyt wymagające na ich możliwości i z założenia nie walczy o najwyższe cele, bo nie wierzy w sukces. I to jest problem, gdyż wtedy faktycznie nic się nie udaje. Ja nie miałem oporów z wysłaniem zgłoszenia. Uważam, że jestem świetnym aktorem i przy odrobinie szczęścia jestem w stanie dostać każdą rolę. Dlatego bez fałszywej skromności wysyłam teraz swoje zgłoszenia na każdy casting, w jakim chciałbym wziąć udział bez względu na skalę produkcji.


Spędziłeś na planie „Gry o tron” dość długo. Jak wyglądała praca z amerykańskimi aktorami? Co przeniósłbyś do Polski z tej przygody? 

Profesjonalni aktorzy na całym świecie są podobni. Aktorstwo to też praca i trzeba ją wykonywać jak najlepiej, jeśli chce się być wśród najlepszych. Praca na planie „Gry o tron” to była prawdziwa przyjemność, a aktorzy z głównej obsady pracowali równie ciężko co statyści i nie obnosili się ze swoim statusem na planie.
To czego brakuje polskim produkcjom w porównaniu z produkcjami amerykańskimi to poziom inwestycji w film oraz swego rodzaju brak otwartości na nowości. W filmach amerykańskich producenci nie boją się wprowadzać nowych twarzy, jeśli dany aktor ma umiejętności i pasuje do danej roli. U nas często jest tak, że gdy ktoś staje się rozpoznawalny, gra wszędzie, nawet jeśli do danej roli po prostu nie pasuje.

Czego w ogóle się spodziewałeś, jadąc na plan? Czy miałeś jakieś wyobrażenia o pracy przy takiej superprodukcji, kalkulowałeś, czytałeś czy z kimś o tym rozmawiałeś? 

Wszystko działo się naprawdę szybko. Od mojego pierwszego kontaktu z agencją do pierwszego dnia na planie minął może miesiąc. Szczerze? Nie miałem pojęcia, czego się spodziewać. Nie snułem żadnych planów. Cieszyłem się ogromnie, że tam będę, natomiast nie było to wtedy dla mnie czymś aż tak wielkim, jak to się teraz postrzega. Pochwaliłem się wówczas faktem udziału w „Grze o tron” na swoim profilu w na FB – i fakt, był to chyba mój najbardziej komentowany post w tamtym czasie, który zebrał może ze tylko sto polubień, więc tym bardziej byłem przekonany, że chyba jednak nie jest to jakieś wyjątkowe osiągnięcie. Teraz, z perspektywy czasu myślę sobie, że pewne rzeczy zrobiłbym inaczej…

Czyli jak?

Widzisz, to jest trochę jak ze sportem. Stajesz się coraz lepszy tylko wtedy, gdy nabierasz nowych doświadczeń, gdy awansujesz do wyższej ligi. Świetny piłkarz grający w lidze okręgowej nigdy nie zajdzie daleko, jeśli z tej ligi okręgowej nie pójdzie wyżej, nawet nie do końca będzie świadom swojego talentu. A potem? Pierwsze wyjście na boisko w meczu Ligi Mistrzów jest stresujące dla każdego piłkarza. I prawie każdy powie Ci, że pierwszy raz był najtrudniejszy, że z biegiem czasu wiele rzeczy nauczył się robić lepiej, sprawniej, mimo że talent miał zawsze.
Dla mnie „Gra o tron” była takim trochę pierwszym wyjściem na boisko w meczu Ligi Mistrzów. Wprawdzie był to mecz eliminacyjny, ja byłem rezerwowym, a na boisku wszedłem w 89. minucie, ale jednak wszedłem. Teraz już zawsze będę mógł powiedzieć, że w tej aktorskiej Lidze Mistrzów zagrałem. Moje marzenie to dojść do finału w składzie podstawowym. I będę robił wszystko, aby to osiągnąć.

W jakim wątku się pojawisz i jak wyglądały Twoje przygotowania do scen i praca na planie? Czy będą to sceny batalistyczne, dialogowe…?

Pojawię się w scenach mających miejsce na Północy, w Winterfell oraz pod Winterfell. Gram jednego z liderów klanu Hornwood, czyli wiernego sojusznika rodu Starków. Grałem w scenach oblężenia Winterfell oraz bitwy pod Winterfell. Miałem dwie sceny, w których coś mówiłem, z tym że jedna z nich to właściwie tylko kilka okrzyków w biegu (śmiech). Można powiedzieć, że to był w zasadzie jeden wątek.

Opowiedz o najtrudniejszym dniu na planie.

To był jeden konkretny dzień w styczniu 2018 roku. Spędziłem wtedy szesnaście godzin w pracy. Na miejsce wyjechaliśmy około czternastej, gdyż plan daleko od miasta, w dziczy, jakieś osiemdziesiąt kilometrów od Belfastu. Najpierw czynności początkowe, czyli ubieranie kostiumu, makijaż, fryzura. W namiocie z kostiumami miałem swoją własną przestrzeń oznaczoną moim nazwiskiem oraz asystenta pomagającego w ubraniu stroju. Makijaż i fryzurę na plan robili profesjonaliści w osobnym namiocie już po przebierce. Potem szczegółowy przegląd, ostatnie poprawki kostiumów i makijaży. Następnie briefing. Co dzisiaj gramy i jakie są oczekiwania reżysera.
Plan w plenerze i temperatura w okolicach zera stopni i silny, porywisty wiatr. Jest godzina 18. Stąpamy w sztucznym śniegu i w błocie. Po dwóch godzinach buty zupełnie przemoczone przestają trzymać ciepło. Wprawdzie zaopatrzyłem się w bieliznę termoaktywną i w super skarpety, a w sklepie zapewniali mnie, że są tak ciepłe, że można w nich iść na Mont Blanc, ale nawet takie skarpety przestają grzać, gdy robią się mokre. Kolejną godzinę jakoś przetrzymałem, podskakując w przerwach między ujęciami. Jednak po dwudziestej miałem już serdecznie dosyć. Zmarznięty i mokry nie wiem, jak wytrzymuję kolejną godzinę, a to przecież nawet nie połowa dnia zdjęciowego. W końcu asystent reżysera zarządza przerwę. Wracamy do ogrzewanego namiotu. To przerwa obiadowa, ale zamiast rzucać się na jedzenie, wszyscy przywierają do grzejników. Udaje się złapać trochę ciepła. Ba!, nawet buty i skarpety udaje się wysuszyć przy ogromnej dmuchawie gorącego powietrza. Obiad to już rozkosz. Przerwa trwa ponad godzinę, ale świadomość, że zaraz trzeba wrócić na plan paraliżuje. Temperatura spadła poniżej zera. Wiatr przybrał na sile, ale wracamy.
Najedzeni i w miarę osuszeni wytrzymujemy w mniej więcej dobrych humorach jakoś tak do północy. W przerwach między ujęciami asystenci techniczni podają nam koce, ciepłe przekąski i gorącą herbatę, ale nie ma czasu, by wrócić do namiotu. Kolejne ujęcia, kolejne korekty. Profesjonalizm produkcji budzi podziw, ale i przeraża. Kolejna dłuższa przerwa około pierwszej. Ja już prawie nie widzę na oczy ze zmęczenia, ciałem wstrząsają dreszcze chłodu. W namiocie niewiele myśląc, zdejmuję buty oraz skarpety i kładę się na podłodze u wylotu dmuchawy gorącego powietrza. Zasypiam natychmiast.
Po pół godzinie pobudka. Trzeba się doprowadzić do porządku, gdyż za chwilę wracamy na plan. Korekty stroju, makijażu, fryzury. Na plan wracamy mniej więcej kwadrans po drugiej w nocy. Chwilowe odczucie ciepła i komfortu znika po piętnastu minutach. A tu trzeba się jeszcze skupić, podporządkować poleceniom reżysera. Zmęczenie i chłód biorą mnie całkowicie w posiadanie około czwartej nad ranem. Chcę tylko zasnąć i nigdy się nie obudzić. I wtedy zaczyna padać deszcz, a właściwie marznąca mżawka. Włosy mam całkowicie przemoczone, chce mi się ryczeć. Obok stoi kilka „koksowników”. Bez myślenia wkładam buty w ogień, mam gdzieś to czy się spalą. Następuje tak zwane natychmiastowe suszenie, kiedy czuję jak podeszwy robią się gorące. Następuje chwila ulgi. Wtedy padają magiczne słowa: „Uwaga, ostatnie ujęcie!”. Ostatni zastrzyk sił pozwala mi się zmobilizować, ale wiem, że dłużej nie dam rady.
Gdy wracamy do namiotu, jest piąta rano. Zrzucam mokre znowu buty, mokry kostium. Dobrze, że ma mi kto pomóc – sam nie dałbym rady. Ktoś zmywa mi makijaż. Nawet nie widzę, kto, ponieważ oczy pozostają zamknięte. Godzinę później jesteśmy gotowi do powrotu. Transfer do miasta trwa kolejną godzinę, którą przesypiam w dziwnej pozycji na siedzeniu busa. Potem jeszcze taxi do hotelu, gdyż przecież nie dojdę na piechotę. W hotelu jestem o siódmej rano. Chętnie od razu bym się położył, ale gorący prysznic po tym wszystkim to nie opcja, tylko konieczność. Pół godziny później nawet nie wiem, kiedy zasypiam, pamiętam tylko, aby nastawić budzik, ponieważ o 14 znów muszę przyjechać na plan… 
Tak, udział w tej produkcji to była dla mnie ciężka praca, ale przede wszystkim fantastyczne przeżycie i doświadczenie.

To, co działo się na planie, to zapewne nie wszystko. Jakie wrażenie zrobiły na Tobie efekty specjalne? Opowiedz, co ciekawego zaobserwowałeś podczas realizacji zdjęć. 

Brutalna prawda jest taka, że efektów specjalnych nie widać podczas pracy na planie. Nie ma smoków. Nie ma wybuchów. Nie ma tej całej magii, którą widać na ekranie. Jedynie miecz Berica naprawdę płonął. Cała reszta to sztuka oszukiwania, ponieważ aktorzy pracujący na planie muszą okazywać prawdziwe emocje, emocje, które kupi widz. Bardzo trudno jest przekonać własny mózg, że widzi smoka, gdy tego smoka przed tobą nie ma. To jest właśnie aktorstwo. Umiejętność oszukania własnego mózgu, aby mógł przekazać do ciała prawdziwe emocje.


Sceny przed nagrywaniem wymagały wielu przygotowań i godzin oczekiwań czy prób, o czym już wspomniałeś. Możesz coś więcej o tym procesie twórczym opowiedzieć? Co czuje aktor, gdy musi czekać na swoje ujęcie przed kamerą?

Ktoś kiedyś powiedział, że aktorstwo to sztuka czekania. I to jest prawda. W ciągu każdego dnia zdjęciowego najwięcej czasu mija na oczekiwaniu na magiczne hasło „Akcja!”. Czeka się na zmianę ustawienia kamer, czeka się na zmianę ustawienia świateł, czeka się na decyzje reżysera, czeka się na uwagi asystentów. Czeka się i czeka. I to jest najtrudniejsze. Samo kręcenie to już naprawdę świetna zabawa. Ta ulga, że wreszcie można wejść w rolę, że w końcu można się ruszyć z miejsca. Wtedy nie czuć chłodu, głodu, zmęczenia. Wtedy następuje zastrzyk adrenaliny do organizmu i jest euforia, którą trudno pohamować, gdy słychać „kamera stop!”. Te momenty, gdy kamera kręci są – przynajmniej w moim przypadku – porównywalne do uprawiania sportów ekstremalnych. Gdy gram, czuję się jakbym skakał na bungee. Tak reaguje moje ciało na te emocje, które odczuwam. Ja to uwielbiam i jestem w stanie czekać godzinami na ten jeden moment, gdy kamera idzie w ruch.

Czy na planie „Gry o tron” najważniejszy jest reżyser i jego starannie wykreowany plan czy jednak aktorzy mogli dodać coś od siebie? 

Zdecydowanie reżyser. Oczywiście, aktorzy z głównej obsady mieli swoje uwagi i spostrzeżenia, ale jeśli reżyser się z nimi nie zgadzał, to był koniec dyskusji. Roma locuta, causa finita (przyp. red.: Rzym przemówił, sprawa zakończona). W takiej produkcji wszystko musi być idealne. A o tym, co jest idealne, a co nie na planie „Gry o tron” decyduje reżyser.

Czyli w zasadzie demokracji nie ma. Porozmawiajmy trochę o tych nowych relacjach. Z kim miałeś okazję pracować przy realizacji swoich scen?

Najwięcej interakcji miałem z trzema osobami. To był Nikolaj Coster-Waldau, Gwendoline Christie oraz John Bradley-West. Fantastyczni ludzie. Absolutni profesjonaliści. Praca z nimi to była prawdziwa przyjemność. W scenach zbiorowych pojawiało się dużo więcej osób z głównej obsady, aż zbyt wiele aby wszystkich wymienić.

Czy podczas pracy udało Ci się nawiązać jakieś znajomości czy przyjaźnie, które pomogą w dalszej karierze?

Nie bezpośrednio na planie. Tam naprawdę jest przede wszystkim praca, praca i jeszcze raz praca. Poza tym, plan zdjęciowy to nie jest miejsce na budowanie kariery. Natomiast wierzę, że moja obecność w tym miejscu jednak pomoże mi w jej rozwinięciu.

Już pewnie możesz zdradzić, kiedy zobaczymy Cię w serialu? Czy będzie to kilka odcinków lub jakiś wątek? 

Prawdopodobnie będzie można mnie zobaczyć w dwóch odcinkach. Będą to głównie sceny zbiorowe, plenerowe, gdzie będę pojawiał się na pierwszym lub drugim planie. Tylko w jednej scenie, w której grałem jestem jedną z setek osób w kadrze i tam pewnie zniknę wśród innych. 

Finalnie sceny z Twoim udziałem będą trwać 2 minuty. Dla Ciebie to dużo, czy jednak za mało i czujesz niedosyt? Jak to widzi aktor-Polak? 

W sumie faktycznie powinienem być widoczny przez ok. 2 minuty. To dużo jak dla osoby, która debiutuje w tak ogromnej produkcji, ale, oczywiście, chciałbym spędzać na planach takich filmów więcej czasu. Chciałbym grać postacie drugo- i pierwszoplanowe. Chciałbym grać główne role. To, że jestem Polakiem nie ma żadnego znaczenia i nie jest dla mnie ograniczeniem. Jest wiele przykładów na to, że takie marzenia mają szanse powodzenia. Dla mnie swego rodzaju wzorem do naśladowania jest Christoph Waltz – austriacki aktor, głównie teatralny, który przez długi czas w ogóle nie był rozpoznawalny na międzynarodowej arenie, a dopiero w wieku 54 lat trafił na plan wielkiej produkcji i to od razu do Quentina Tarrantino, a teraz ma już na koncie dwa Oscary! Takie rzeczy się dzieją, tylko trzeba w to uwierzyć i bardzo, bardzo się starać.


Chciałam teraz zapytać o fabułę. Lubisz te mroczne klimaty i charakteryzacje postaci z „Gry o tron” czy jednak wolisz filmy o przyziemnej fabule bez magii?  

Bardzo lubię, natomiast sama tematyka filmu nie ma dla mnie znaczenia. Lubię wszystkie filmy, w których pojawiają się ciekawe postacie, charakterystyczni aktorzy. W szczególności chętnie gram tak zwane „czarne charaktery”. Takie role często dają ogromne pole do improwizacji i pokazania swego talentu w całej okazałości.

Na czym, Twoim zdaniem, polega fenomen „Gry o tron”? Co sprawiło, że widzowie pokochali fabułę i z niecierpliwością wyczekują kolejnych sezonów?

Słyszałem jak jakiś krytyk filmowy mówił ostatnio, że to jest film o ludziach. I to jest chyba bardzo istotny czynnik sukcesu. Mamy tutaj wielką politykę, coś co ociera się o zjawiska nadprzyrodzone, smoki, a jednak i tak o wszystkim decyduje człowiek. I ten człowiek jest ułomny. Jak wielu z nas. Mamy tu zdrady, fałszywe uśmiechy, intrygi, ba! – nawet zabójstwa, ale mamy też miłość, oddanie, przywiązanie, a to wszystko okraszone często zmianą charakteru danej postaci, zmianą postawy. To jest prawdziwe. To jest kolorowe. To sprawia, że możemy w wielu postaciach odnaleźć prawdziwych ludzi. Z krwi i kości. Tak naprawdę, z punktu widzenia emocji, niewiele różni się to od przysłowiowego „tasiemca” obyczajowego. Natomiast ogląda się to lepiej, ponieważ jest kolorowo, ponieważ są te właśnie wspomniane zjawiska nadprzyrodzone, ponieważ zainwestowano w ten serial tak ogromne pieniądze, że przytłacza on przepychem. I przyciąga. Tak jak kiedyś przyciągały nas wspaniałe kościoły i pałace.

Dlaczego widzowie tak chętnie sięgają po fantastykę czy filmy kostiumowe z historią w tle? Czego brakuje im w tzw. tradycyjnej, realnej fabule?

Myślę, że widzowie chętnie oglądają również produkcje jak najbardziej tradycyjne, realne. Natomiast fantastyka i kostiumy mają w sobie pewien urok. Nie musimy iść do muzeum, nie musimy czytać (niestety) książek. Wystarczy, że siądziemy przed komputerem i zanurzymy się w świat, który już nie istnieje lub nigdy nie istniał. Lubimy być ładnie oszukiwani, a fantastyka to jest coś, co bardzo ładnie i zgrabnie potrafi oszukiwać. Poza tym, faktem jest, że fantastyka przeżywa obecnie swój wielki renesans.

Oszukiwać? Co masz na myśli?

Oszukiwać, czyli przekonywać nas, nasze mózgi, że coś, co nam się pokazuje jest lub przynajmniej może być prawdziwe. Lub sprawia wrażenie prawdopodobieństwa. Co nie jest aż takie trudne, gdyż przecież wierzymy jako ludzie w różne rzeczy, w tym w absolutne bzdury. Jesteśmy często naiwni i łatwowierni. Ale oszukiwać też trzeba umieć, a przemysł filmowy i literacki jest zróżnicowany. Są twórcy lepsi i gorsi. a ci lepsi są lepsi właśnie dlatego, że lepiej oszukują.

Ludzie łatwo uciekają w fantastykę i sztucznie wykreowany świat zamiast żyć tu i teraz. Co z ich obecnością w realu? 

Myślę sobie, że nasz świat się wirtualizuje. Coraz więcej młodych ludzi wybiera komputer, komunikatory, świat wirtualny, zamiast realnych spotkań w realnym świecie. Widziałem ostatnio taką scenę, gdy kilkoro nastolatków siedziało w pubie i każdy zapatrzony był w swój telefon. Okazało się, że oni ze sobą rozmawiali przez komunikatory internetowe, mimo iż siedzieli obok siebie! Kiedyś poskarżyła mi się jedna znajoma, że na „rynku” jest coraz mniej fajnych facetów, ponieważ coraz więcej młodych ludzi spędza swoje życie przy komputerze i boi się świata realnego. Apeluję więc do młodych mężczyzn – odklejcie się od komórek i spójrzcie w oczy swoim dziewczynom. Inaczej gatunek ludzki zacznie zanikać!

Ale jak się to ma do filmów z gatunku fantasy? '

Żyjemy w świecie nastawionym na konsumpcję, w świecie czarno-białym, jeśli chodzi o emocje. Każdy z nas potrzebuje jednak w życiu pewnego kolorytu, pewnego oderwania od rzeczywistości. Dlatego, myślę sobie, fantastyka jest swego rodzaju odskocznią, powrotem do tego kolorytu życia. Lubimy oglądać coś, co wydaje się mistyczne, magiczne, nieznane. To pozwala nam uwierzyć, że życie nie jest bez sensu, że być może kryje się w nim coś więcej niż cykl: śniadanie – praca – obiad – nudny dom – sen. Chcemy magii, potrzebujemy magii. Tak naprawdę wszyscy w pewnym sensie jesteśmy poganami i wierzymy w Matkę Naturę i chcemy, aby w życiu raz kiedyś pojawiło się coś bardziej kolorowego niż codzienność. Dlatego fantastyka przeżywa obecnie swój renesans.


Poganami? Co masz na myśli, bo chyba nie religie w sensie dosłownym?

Nie, bardziej w sensie spirytualistycznym. Nie znam katolika, który byłby prawdziwym wyznawcą Chrystusa. Wszystko opiera się na tych samych wzorcach – kult Matki Ziemi, symboli, natury.

I my szukamy tego w filmach? Magia ma nam przywrócić życie? O to w tych filmach chodzi?

Tak, tak uważam. Choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy. 

Dlaczego? Czyli ta magia jest jakby poza nami. My się jej tylko nieświadomie poddajemy…

Chcemy żyć pełnią życia, a nie potrafimy. W filmach fantasy znajdujemy substytut prawdziwego życia. Coś, co sprawia, że możemy wstać rano i nie musimy pluć w lustro. Stąd właśnie wziął się sukces książek i filmów o Harrym Potterze i „Gry o tron” George Martina.

Pluć w lustro? 

Tak, ponieważ bez fantastyki, w którą można uciec, wielu ludzi czuje do siebie pogardę.

Aż tak? Naprawdę łatwiej im pogardzać niż żyć pełnią życia? Łatwiej marzyć?

Pewnie, że tak. Oglądając fantasy możesz sobie pomyśleć: "o, ten to prawdziwy sk***. Ja nie jestem aż taki zły, bo nie sypiam z własną siostrą. Ludzie boją się dzisiaj nie Boga, lecz życia.

Czy świat przedstawiony w filmach z gatunku fantasy w takim razie spełnia nasze marzenie o idealnym życiu? Pomaga nam żyć. Ciekawa teoria...

Dziewczęta marzą o rycerzu na białym koniu, a chłopcy o księżniczkach do uratowania. Jednak żaden z tych archetypów nie istnieje. Skoro nie ma tego w realu, szukamy tego w kinie i w grach. Tak jak nasi przodkowie szukali magicznych stworzeń w lasach. Boimy się relacji w realu, ponieważ te relacje najczęściej nie spełniają naszych oczekiwań. Nie są w stanie sprostać wyobrażeniom, więc odpływamy jako ludzkość.

Ale tam też nie jest idealnie. Zło istnieje obok dobra… 

Ale CZYTELNE dobro i zło. Możemy powiedzieć: "tego lubię, a tego nie lubię", a w realu nie ma czytelnych granic. Gdyby było tylko dobro, to umarlibyśmy z nudów.

Po co nam zło w ogóle?


Bez zła nie istniałoby dobro. Brakowałoby nam definicji na wiele pojęć. Nie byłoby empatii, ponieważ nie byłaby potrzebna. Wydaje mi się, że ludzkość byłaby jednak uboższa. I nie chodzi mi wyłącznie o wielkie zło archetypiczne, ale przede wszystkim o wiele małego i maleńkiego zła w każdym z nas. To buduje nasz koloryt i daje nam siłę. Pozwala nam się podnosić z naszych małych i większych upadków. To daje nam siłę do życia. Bez zła nie byłoby motoru napędowego i chęci do rozwoju.

Rozmawiamy o amerykańskim serialu, ale niewielu jednak wie (chociaż teraz pewnie już więcej osób jest tego świadoma), że to nie jest to pierwsza Twoja zagraniczna produkcja. Wcześniej był film greckiego reżysera. Co to było i gdzie można zobaczyć ten film? 

To był film krótkometrażowy pod tytułem „The Collector” wyreżyserowany przez greckiego reżysera Dimitrisa Argyriou, w którym zagrałem główną rolę. To ciekawy film, a ja gram tam dość mroczną postać, której sam się trochę bałem albo przynajmniej wzbudzała ona we mnie pewien niepokój. Bardzo ciekawe doświadczenie. Cała ekipa pracująca przy produkcji to obcokrajowcy, ale obsada była polska i – co ciekawe – film został zagrany po polsku. Film został wyprodukowany w 2014 roku i zdobył kilka nagród na międzynarodowych festiwalach. Dzisiaj można go zobaczyć chociażby na YouTube. Nie jest już chroniony prawami autorskimi z punktu widzenia jego publikacji i udostępniania. Można go obejrzeć, na przykład, na moim kanale pod adresem https://youtu.be/uVclmy3fel8.


Z pewnością obejrzę nie tylko ja, ale wielu moich czytelników. Coraz więcej naszych aktorów podbija zagraniczny rynek filmowy, np. Rafał Zawierucha zagra w filmie o Romanie Polańskim Quentina Tarrantino "Once Upon a Time in Hollywood". Czyżby nareszcie Polacy byli doceniani w Europie, w USA? Jak to oceniasz? 

Problem z Polakami w międzynarodowych produkcjach jest taki, że niewielu polskich aktorów mówi bezbłędnie po angielsku, a to jest konieczne, jeśli chce się podbijać Hollywood. W końcu ile jest ról dla osób mówiących ze wschodnim akcentem? Natomiast świat się zmienia, angielski staje się coraz bardziej popularny. Coraz więcej osób uczy się tego języka i jest szansa, że Polacy również zaczną trafiać na plany dużych produkcji, niekoniecznie w roli Słowian.

Rozumiem, że masz nadzieję i apetyt na ciąg dalszy amerykańskich przygód filmowych. Czy jest coś, jakaś rola, którą marzy Ci się zagrać?  

Mam ogromną nadzieję i ogromny apetyt na kontynuację tej niesamowitej przygody. A marzy mi się wiele. Zbliżają się castingi do takich produkcji jak serial „Władca pierścieni”, piąta część przygód Indiany Jonesa, ale największe marzenie na chwilę obecną to jakakolwiek rola w serialu „Wiedźmin”, za który zabiera się Netflix. Jak wspominałem wcześniej, cuda się zdarzają, a marzenia spełniają. Mam w sobie wystarczająco dużo bezczelności i determinacji, aby móc myśleć o tych produkcjach nie tylko w formie abstrakcyjnych i nieosiągalnych dążeń. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby ten sen trwał.

Co dalej po „Grze o tron”? Będzie ciąg dalszy tej Twojej amerykańskiej przygody? Niedawno widziałam Cię w dość ciekawych charakteryzacjach w Twoich mediach społecznościowych… Zdradzisz szczegóły?

Dzieje się dużo. Są to zarówno mniejsze jak większe projekty. Będę grał główną rolę w filmie niezależnym, który na pewno pojawi się na wielu festiwalach w Europie. Z dużą dozą prawdopodobieństwa zagram w serialu, który być może pojawi się na dużej w powszechnie znanej platformie filmowej. Grywam w teledyskach i epizody w serialach. To jest fajne. Mam nadzieję, że tych projektów filmowych będzie pojawiało się coraz więcej. Kocham tę pracę.

Mówimy tylko o Twoich dokonaniach aktorskich, ale przecież jesteś też tłumaczem – jak mi wspomniałeś podczas rozmowy przed wywiadem – tłumaczem konferencyjnym, a ostatnio zajmujesz się również tłumaczeniem poezji. Opowiesz coś więcej o tym? 

Faktycznie, z wykształcenia jestem również anglistą. Kończyłem filologię angielską na UAM w Poznaniu, a to prawdopodobnie najlepszy wydział anglistyki w Polsce. I przez wiele lat rozwijałem się jako tłumacz. Obecnie uważam, że jestem jednym z lepszych tłumaczy konferencyjnych w kraju. To niezmiernie trudna i wymagająca praca. Kiedyś czytałem artykuł o najbardziej wymagających zawodach na świecie i tłumacz konferencyjny znalazł się w tym zestawieniu na drugim miejscu zaraz za pilotem oblatywaczem samolotów wojskowych...
A jeśli chodzi o tłumaczenie poezji, to moja ogromna pasja. W tym roku byłem na przykład, nominowany do nagrody dla najlepszego tłumacza poezji w Polsce w konkursie „Europejski Poeta Wolności”. Wprawdzie nie wygrałem, ale znalazłem się pośród ośmiu finalistów. I chyba moje tłumaczenie zostało docenione, gdyż zaproszono mnie już do udziału w kolejnej edycji i pozwolono nawet wybrać poetę, jakiego chciałbym tłumaczyć.
Poza tym, pracuję obecnie nad tłumaczeniem tomu poezji niezwykle utalentowanej włoskiej poetki – Valentina Colonna na język polski i angielski. Gdy skończę, na pewno będę szukał wydawcy dla tego zbioru. A moim ulubionym poetą, którego lubię tłumaczyć, gdy potrzebuję odrobiny relaksu jest Charles Bukowski. Jego poezja wydaje się prosta, ale wbrew pozorom jest bardzo trudna w przekładzie. Uważam, że moje tłumaczenia doskonale oddają ducha twórczości Charlesa. Kolekcja tłumaczeń jego wierszy w moim dorobku nieustannie rośnie i w tym przypadku również będę się wkrótce rozglądał za wydawcą. 

Widzę, że masz już dość spore osiągniecia w tej dziedzinie, o których jednak nikt nie mówi, a szkoda. Wspominasz też, że funkcja tłumacza konferencyjnego wymaga umiejętności aktorskich. W jakim sensie? 

Tak naprawdę jest to praca związana częstokroć z wystąpieniami publicznymi. Aby takie wystąpienie wypadło naprawdę dobrze, trzeba nie tylko znać doskonale język, ale trzeba też umieć ładnie się wypowiadać, mieć dobrą dykcję, przyjemny głos i umieć panować nad stresem, który potrafi „zjeść” najlepszych językoznawców. Mam wielu kolegów, którzy są pewnie lepszymi anglistami ode mnie, a mimo wszystko nie podejmują się wystąpień publicznych. Do tego potrzebne są właśnie predyspozycje aktorskie. Również umiejętność ogrania sytuacji, w której nie zrozumiem lub nie dosłyszę jakiejś kwestii, a nie ma szans na powtórkę. Trzeba to umieć tak „ograć”, aby publiczność nie zorientowała się, że popełniłem błąd lub się „potknąłem”. Podobnie jak w teatrze. Też zdarza się, że zapomnę kwestii, ale najważniejsze, aby widzowie tego nie zauważyli. To jest właśnie ten aspekt, który sprawia, że świetny aktor znający dobrze język obcy lepiej sobie poradzi w roli tłumacza będącego specjalistą od wystąpień publicznych niż świetny anglista, który nie ma predyspozycji aktorskich. 

Dziękuję za ciekawą rozmowę i życzę, abyś ten „amerykański sen”, o którym mówiłeś, trwał i abyś się prędko z niego tak szybko nie obudził. Bardzo dziękuję za niezwykle ciekawą rozmowę i że znalazłeś dla mnie czas między wywiadami a pracą. Będę też wyczekiwać na odcinki „Gry o tron” z Twoim udziałem.   

Rozmawiała



Brak komentarzy