Agorafobia – mój wewnętrzny wróg. Rozmowa z Alex Staudinger

Agorafobia potocznie jest rozumiana jako strach przed otwartymi przestrzeniami i ogromnymi aglomeracjami, ale to tylko jej jedno oblicze. Gdy spojrzymy na problem z większą uwagą, odkryjemy, że tak naprawdę kryje się za tym terminem coś bardzo groźnego, bowiem paniczny strach – jak tłumaczy mi moja rozmówczyni – wygląda jak stan przedzawałowy. Na co dzień problem różnych fobii jest bagatelizowany i sprowadzany przez otoczenie do poziomu fanaberii. O tym właśnie pisze Alex Staudinger w swojej autobiografii, która doskonale wie, o czym mówi, gdyż sama doświadczała skutków agorafobii przez 12 lat. Zanim jednak odkryła, co jej jest i jak to leczyć, przeżyła koszmar, o którym odważyła się opowiedzieć w swojej książce „Nie mów do mnie nie bój się”. Zapraszam na niezwykle szczerą i trudną rozmowę o lękach, fobiach i szczęściu po odzyskaniu siebie.  



S.C.: Spytam standardowo: kim jest Alex Staudinger?

Alex Staudinger: Alex Staudinger to pseudonim literacki. Kryje się za nim osoba, której po latach mierzenia z chorobą psychosomatyczną udało się wyrwać ze szponów podstępnej fobii. Mogę jeszcze dodać, że jestem kobietą przed czterdziestką i od wielu lat żyję na emigracji. Mieszkam w malowniczej niemieckiej miejscowości nad Morzem Północnym i dziś jestem „wolnym”, szczęśliwym człowiekiem. Pracuję, piszę, czasem maluję. Spełniam się.

S.C.: Ale nie zawsze tak było…

A.S.: To prawda. Jedną trzecią życia zabrały mi zmagania z agorafobią – chorobą trudną, okrawającą z godności. W tamtym czasie izolowałam się od ludzi. Byłam na skraju wykluczenia społecznego. Nie żyłam, tylko wegetowałam. Coś mi dolegało, ale nie wiedziałam co, a lekarze, do których zwracałam się o pomoc nie potrafili mi jej udzielić. Do właściwego specjalisty trafiłam więc bardzo późno, po wielu latach cierpienia w samotności, kiedy tak naprawdę byłam już na krawędzi życia i śmierci. Powiedziałam niedawno w którymś z wywiadów, że kiedy człowiek w niewyobrażalnym bólu natury psychicznej spada na samo dno piekła, może albo tam pozostać, albo odbić się od niego na sam szczyt. I nadal tak uważam. Mnie po wielu trudach udało się przezwyciężyć chorobę. Mogę powiedzieć, że dziś mam już nowe życie.

S.C.: I to był właśnie impuls do napisania autobiograficznej książki „Nie mów do mnie nie bój się”?

A.S.: Tak. Postanowiłam wyjść z szafy ze swoim wieloletnim problemem i pokazać światu, jak wygląda prawdziwe życie z agorafobią – chorobą, na którą składa się szeroki wachlarz różnego rodzaju stanów lękowych i ataków paniki.

S.C.: Co oznacza ten dość specyficzny tytuł? To chyba cytat wyjęty z wypowiedzi jednej z osób, którą spotkałaś na swojej drodze…

A.S.: Tak. Dostaję sygnały, że tytuł mojej książki brzmi dość zagadkowo. Trochę jak horror, trochę kryminał. Tymczasem książka nie jest ani jednym, ani drugim, a tytuł był dobrze przemyślany. Co się za nim kryje? Strach. Wszechobecny. Przeogromny. I o nim właściwie jest ta książka. O tym, jak u zwykłego człowieka strach może przerodzić się w lęk, a potem w nerwicę lękową, a ostatecznie – agorafobię.
Aby bardziej ów problem zobrazować, musiałam zdradzić w książce, co działo się w moim życiu w pewnych okresach. Wątki bardzo osobiste przeplatają się tam więc z trudną opowieścią o życiu z ponadnormatywnym ładunkiem lęku. Fobie to wciąż temat tabu, traktowany niepoważnie i po macoszemu, a przecież stoją za tym prawdziwe, ludzkie dramaty. Pokazuję na swoim przykładzie, jak paniczny lęk krok po kroku odbierał mi prawdziwe życie oraz jak nim zawładnął. Mówię także, jak można tę chorobę pokonać.

S.C.: Niedawno właśnie miałam okazję przeczytać Twoje wspomnienia i przyznam szczerze, że jestem tą lekturą wstrząśnięta. Nie będę pytać, dlaczego powstała, gdyż moim zdaniem powód jest oczywisty, ale o Twoje odczucia podczas samego tworzenia. Co czujesz teraz, kiedy publikacja jest już ukończona. A co czułaś, gdy przelewałaś na papier kawał swojego życia?

A.S.: Uważam, że fundamentalnym pytaniem powinno być właśnie: dlaczego i po co ją napisałam. Dobrze wiedzieć po co się coś robi. To jest bowiem motorem wszelkich działań. Aby miały one jakiekolwiek znaczenie – dobrze znać na nie odpowiedzi. Być może chcemy zrobić coś dla siebie, dla innych, a może komuś coś udowodnić.


S.C.: Po co więc i dlaczego zdecydowałaś się na ujawnienie światu swojej historii?

A.S.: „Po co” i „dlaczego” są kwintesencją wszelkich kroków i warto mieć to na uwadze. I o tym także wspominam w swojej książce. Jest ona debiutem literackim, niemniej w myślach przygotowywałam się do niego bardzo długo. Wiedziałam, po co i dla kogo piszę. Nie było więc to działaniem spontanicznym, ale bardzo przemyślanym.
Powstawanie książki to proces długotrwały, dość trudny. Nie miałam w tym doświadczenia, nie wiedziałam czego mogę się spodziewać w czasie pracy. Chyba bardziej bałam się technicznych problemów niż pracy nad tekstem. Okazało się jednak, że to powracające wspomnienia dają mi najbardziej do wiwatu.

S.C.: Musiałaś mocno wniknąć we własne wnętrze… 

A.S.: Dokładnie, pracując nad „Nie mów do mnie nie bój się” zrobiłam swoisty „remanent duszy”. Książka była nie tylko próbą zmierzenia się z własnymi demonami tymi ze wspomnień, ale i pokazaniem, jak się żyje z wrogiem. Przede wszystkim jednak, chciałam udowodnić, że naprawdę można być wolnym od ataków paniki, co wcale nie jest takie oczywiste. Wiele osób żyje w permanentnym lęku nie wiedząc, że naprawdę da się go pozbyć bardzo prostymi metodami. Mnie udało się je poznać, zastosować w połączeniu z leczeniem stacjonarnym i wybrać te najskuteczniejsze. W książce dzielę się moimi odczuciami. Pokazuję, jaki wpływ miały na mnie owe techniki albo które z nich się nie sprawdziły. Piszę także o tym, jak to jest żyć w poczuciu odrzucenia, niezrozumienia czy stwarzając sobie iluzję życia będąc non stop na haju.

S.C.: Jak się czułaś jako autor autobiografii?

A.S.: Ta książka wydobywa na światło dzienne wszystkie moje niedoskonałości, skrywane myśli, żale, lęki, ale i kłamstwa, którymi bezlitośnie karmiłam swoje otoczenie, gdy chciałam ukryć swoją chorobę. Cóż więc może w takich momentach czuć autor autobiografii odkrywający swoje wnętrze przed czytelnikiem? Pisząc o tym, co się przeżyło, nie sposób uniknąć smutku, czasem złości, ale i wzruszeń czy radości. Emocjonalna huśtawka towarzyszyła mi niemal przy każdym rozdziale. Czułam też jednocześnie ulgę, że dałam radę się otworzyć nie tylko przed samą sobą, ale i przed innymi. Wyzwoliłam w sobie pewną odwagę, o której tak naprawdę nie wiedziałam, że ją mam. I to mnie zaskoczyło. 

S.C.: To musiało być trudne.

S.C.: Było. W pewnym momencie natrafiałam na opór materii, ponieważ osobiste fragmenty były dla mnie bardzo trudne. Niekiedy powrót do chwil z przeszłości był tak ciężki, tak bolesny i przytłaczający, że długie samotne spacery nad brzegiem morza były konieczne, aby zebrać rozbite myśli i odstawić towarzyszące im emocje zdecydowanie na bok. Było ciężko. Nie chciałam zbytnio epatować czarnowidztwem, dramatyzmem. Mieszałam to więc na przykład z odrobiną humoru we wspomnieniach związanych z ukochaną babcią. Podróż do przeszłości była nieunikniona. Przygotowywałam się do niej latami i nie wyzwala już dziś we mnie destrukcyjnych reakcji. Nauczyłam się nad nimi panować za pomocą najróżniejszych metod, które zresztą opisuję w książce.


S.C.: W jaki sposób pisałaś o tym wszystkim, aby ponownie nie ulec „destrukcyjnej reakcji” Twojego umysłu, jak sama wspomniałaś przed chwilą? Czy miałaś na to jakiś sposób, rytuał? 

A.S.: Jak pisałam? Przede wszystkim, szczerze. Przedstawiałam siebie i swoje otoczenie tak jak wyglądało naprawdę. Bez upiększeń. Inaczej nie miałoby to sensu. Nie może tu być mowy o destrukcyjnym działaniu wspomnień. Wspominanie przebiegu choroby, jej początków, jej końca – to dla mnie rodzaj oczyszczenia, a nie zniszczenia. Nie mogę, oczywiście, powiedzieć, że przy pisaniu dobrze się bawiłam, ponieważ tak nie było. Przecież książka nie jest o fiołkach w ogródku, tylko o zmaganiach z ciężką chorobą, która, jak pokazałam w książce – była trudna. Powiedziałam sobie, że tą książką chcę zamknąć jakiś etap życia i nie wracać do niego. I tak też się stało. Dziś wspomnienia już mnie nie bolą. Są jedynie kodem, informacją, że coś takiego miało miejsce w moim życiu. Czuję ogromną ulgę, że dotrzymałam danej sobie samej obietnicy i odważyłam się przed światem aż tak otworzyć. Pisałam z nadzieją pomocy takim samym wrażliwym osobom jak ja, obdarowanych delikatną osobowością, które się gubią i załamują, ale nadal walczą, próbują i marzą o zdrowym, życiu, wolnym od lęku. I to dla nich jest ta książka.

S.C.: Czy po skończonej pracy masz o sobie większą wiedzę niż przed decyzją o rozpoczęciu pisania? Co się w Tobie zmieniło?

A.S.:
(śmiech) Już właściwie odpowiedziałam na to pytanie. Okazało się, że mam w sobie więcej siły i odwagi niż mogłabym przypuszczać. Przyznaję się w tej książce do swoich ułomności, błędów, hipokryzji, tęsknot, uzależnień. Odzieram się ze wszystkiego. Daję tym samym sygnał osobom chorującym na agorafobię: pierwszym krokiem do wyleczenia się jest ściągnięcie masek, zburzenie muru, otworzenie symbolicznych drzwi. Ukrywanie choroby przed bliskimi i zaprzeczanie nie jest dobrym rozwiązaniem. Czy coś się we mnie zmieniło? Nie. Zmiana dokonała się na długo przed napisaniem książki. Choroba okazała się dla mnie – wbrew pozorom – zbawieniem. Dlaczego? Bo zmusiła mnie do działań, których na pewno nie podjęłabym wcześniej, będąc zdrową. Agorafobia wymusiła na mnie zatrzymanie się, zajrzenie w głąb siebie. Nauczyła mnie cierpliwości, zaufania do siebie, dała kopa do działania, wyciszyła umysł i skłoniła do samorozwoju.

S.C.: Nie żałujesz, że napisaniem autobiografii narażasz się na aż taki ekshibicjonizm? Czy jednak walka o siebie nie ma ceny…

A.S.: Decyzja o pokazaniu epizodów ze swojego życia była przemyślana. Nie zrobiłam tego wbrew sobie. Tylko w ten sposób czytelnicy mogą zobaczyć mój świat – świat osoby chorującej na ataki paniki. Inni mogą zrozumieć, jak trudno funkcjonować w dwóch wymiarach równocześnie. Mają szansę poznać jak postępowała u mnie agorafobia. Wiem o co pytasz – o to, że z taką otwartością wywlekam awantury domowe, złe relacje, walkę z uzależnieniem i toksyczny związek oraz parę innych sytuacji. Umieszczeniu tych informacji było konieczne. To nie zaburzy bardziej moich relacji z bliskimi. Co mogłam w życiu stracić, już straciłam. Ta książka niczego w życiu mi już ani nie zabierze, ani nie da.
Ekshibicjonizm to skłonność do ujawniania intymnych, drastycznych spraw. Ja nie mam takich skłonności. To była jednorazowa akcja i podyktowana dobrem sprawy, wyższą koniecznością. Nie użalam się też nad swoim losem. Pokazałam swoje życie z zupełnie innym zamiarem, czyli przekazując między wierszami komunikat: „patrzcie, nie miałam łatwo, a mimo to, udało mi się pokonać wyniszczającą chorobę, ułożyć sobie życie, być szczęśliwą”. I pokazałam, jak to zrobiłam. To nie są puste słowa. A skoro mnie się udało to są szanse, że uda się i tobie.
To książka autobiograficzna, dalszego ciągu już nie będzie. Na dodatek napisana z ogromnym, ładunkiem emocjonalnym zawierająca prawdę o ludzkich ułomnościach, splotach okoliczności, zdarzeń. Nie ma w niej ekshibicjonizmu jako takiego. To obnażenie się nie sprawiło mi przyjemności. Proszę nie postrzegać tego jako taniego lansu kosztem mojej rodziny, gdyż jestem od tego bardzo daleka. Czytelnik nie zrozumiałby książki, gdyby tych wszystkich elementów tam zabrakło.

S.C.: Walczysz w niej o coś?

A.S.: Walka o siebie jest bardzo ważna, jednak nie kosztem innych. Ja tą książką nie walczę, no może co najwyżej z „systemem”, z brakiem informacji o codziennym życiu osób dotkniętych chorobami psychosomatycznymi. Ja już o samą siebie zawalczyłam dawno temu i wygrałam. A zatem mogłabym zaparzyć pyszną kawę, założyć nogę na nogę albo namalować obraz lub pójść na żagle nie przejmując się losem innych. Jednak wiem, przez co przechodzą osoby, których psychika bawi się z nimi w ciuciubabkę. One są zagubione, bezsilne i nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Podobnie jak ich bliscy i przyjaciele – oni też nic nie wiedzą o fobiach. Czas ruszyć do akcji ratunkowej z defibrylatorem w postaci „Nie mów do nie mnie nie bój się”.


S.C.: Wiele osób utożsamia fobię z chorą wyobraźnią, wydumanym problemem, wyimaginowanym lękiem przed czymś. Wystarczy tupnąć i problem zniknie. A tak wcale nie jest.

A.S.:
Na tym chyba właśnie polega problem społeczeństwa. Na niewiedzy. Nie widzi się różnicy między chorobą psychosomatyczną, a psychiczną. W psychosomatycznych odczuwa się autentyczny ból, ale wpływ na to mają czynniki psychiczne.

S.C.: Co więc z tą agorafobią?

A.S.: Agorafobia to dolegliwość psychosomatyczna, choruje w niej i ciało, i dusza. Ciało, ponieważ odczuwa fizyczny ból, a umysł, gdyż towarzyszący temu lęk jest nie do zniesienia. To nie jest więc kwestia wybujałej wyobraźni, ale tego, co się dzieje z naszym organizmem i jak on reaguje w sytuacji stresowej, na przykład w czasie ataku paniki.
Napady paniki mogą wywoływać fizyczny ból i dyskomfort. W agorafobii organizm reaguje na potencjalne zagrożenie według zasady: walcz albo uciekaj lub zastygnij w bezruchu. Ja o tym dokładnie piszę w swojej książce i nie mam możliwości w skrócie opowiedzieć w tej chwili, jak to działa. Tylko wspomnę, że u mnie na przykład podczas ataku było to coś w rodzaju stanu przedzawałowego, czyli niepokój był tak wielki, że aż kłuło mnie w mostku, a wtedy nie mogłam złapać oddechu. Umierałam, a przynajmniej tak to odczuwałam.

S.C.: To musiało być okropne uczucie.

A.S.: Było. Każdy z nas wie, że przewlekły stres powoduje choroby całego organizmu. Kaskadowo leci wszystko po kolei. Choruje układ oddechowy, chorują mięśnie i skóra. Chroniczny stres powoduje obniżenie odporności. Od tego jak reagujemy na stres zależy, czy zachorujemy na coś czy nie. Nowotwory to również w dużej mierze wynik wszelkiego rodzaju stresów. Podobnie z agorafobią. Stres ma na nią ogromny wpływ. Może uaktywnić chorobę, wpłynąć na jej przebieg, ale u każdego może to wyglądać inaczej. Im człowiek słabszy psychicznie i wrażliwszy, tym choroba może go bardziej sponiewierać.

S.C.: Czyli agorafobia to bardzo złożony problem…

A.S.: Tak. Agorafobia to całe spektrum lęków, a nie tylko strach przed otwartą przestrzenią. To może być równie dobrze lęk przed pracą w dużym skupisku ludzi. Albo publiczne jedzenie lub transport komunikacją miejską. Jest tych lęków tak wiele, że trudno tutaj omówić wszystkie. Każdy chory reaguje inaczej na pewne sytuacje, niemniej są pewne symptomy podobne u większości chorujących.
W swojej książce opisuję, jak czuje się człowiek chorujący na agorafobię, mówię w niej o tym, jak to jest nie wiedzieć, że się na nią choruje oraz jak reaguje społeczeństwo i jak czuje się osoba, która próbuje się leczyć sama, etc. Nie jestem w stanie opowiedzieć jednym zdaniem o tej chorobie, a tym bardziej o całej książce. Polecam po prostu przeczytać ją i odkrywać tę chorobę krok po kroku, tak jak ja odkrywałam i uczyłam się zrozumieć.

S.C.: W książce wspomniałaś, że nie da się z tej choroby całkowicie wyleczyć, ale można z nią żyć. Jak wygląda życie człowieka z agorafobią?

A.S.: W moim przypadku to było tak, że musiałam nauczyć się nie dopuszczać do sytuacji, w których rządzi mną stres. Nauczyłam się nie poddawać się złym emocjom, ani naciskom ludzi. Musiałam wiedzieć, kiedy powiedzieć stop lub nie. To tak ogólnie. Z agorafobią można bardzo dobrze żyć, jeśli się już wie jak. Trzeba się po prostu pilnować, aby nie doprowadzić do napadu paniki. Trzeba nauczyć się odczytywać sygnały zbliżającego się ataku. Jeśli jednak już się zdarzy, że do niego dojdzie, można nad nim zapanować. Wszystko jest kwestią zastosowania odpowiednich metod, technik, narzędzi, regulowania oddechu, wyciszania natrętnych myśli, wizualizacji. Jest tego cała gama. Bardzo ważna jest aktywność sportowa i intelektualna. Pasje, samorozwój, samoakceptacja. Równie istotna jest obecność bliskich, przyjaciół, towarzyszy niedoli. Wsparcie i zrozumienie grają tu pierwsze skrzypce. Mnie tego w życiu zabrakło i pewnie dlatego tak długo trwało wyjście z choroby. Poszukiwałam nie tego co powinnam. Zaczęłam od prób usunięcia skutków choroby, a nie przyczyny. Dopiero kiedy uporządkowałam swoje sprawy prywatne i rodzinne, nagle okazało się wszystko jakby prostsze, łatwiejsze do zrozumienia. Dziś żyję w harmonii z samą sobą i otaczającą mnie rzeczywistością. I wiem, że dla człowieka najważniejszy jest on sam, a dopiero później cała reszta świata. Przestałam się też zamartwiać rzeczami, na które nie mam wpływu. Dzięki przewartościowaniu pewnych spraw i zrozumieniu tej choroby, od kilku lat nie miewam ataków paniki.

S.C.: Wiele razy podczas naszej rozmowy wspominałaś o lękach i fobiach. Czy jest między nimi jakaś różnica? Potrafisz wskazać najważniejszą?

A.S.: Lęk jest stanem permanentnego strachu. Strach jest w życiu bardzo potrzebny, gdyż chroni nas przed wieloma niebezpieczeństwami. Stawia nam bariery, ale kiedy utrzymuje się długo czy występuje zbyt często, utrudnia życie tak bardzo, że nie można już normalnie funkcjonować – to już może podchodzić pod nerwicę lękową lub pod fobię. Każdy ma swój własny katalizator niepokoju. Jeśli faktycznie się załączy raz, drugi, piąty, to już dzwony powinny bić na alarm. I warto się temu bliżej przyjrzeć.


S.C.: Problem z fobiami jest jednak taki, że osoby zdrowe uznają je za lęk irracjonalny. Co powinno się zmienić w medycynie, aby społeczeństwo było bardziej uświadomione?

A.S.: Ludzie boją się rzeczy, których nie znają. To jest zrozumiałe. Coraz częściej słyszy się o depresji, o anoreksji, o schizofrenii i wielu innych chorobach, ale o agorafobii nie. Świadomość społeczeństwa wzrośnie wraz z częstotliwością poruszania tematu tej choroby nie tylko przez specjalistów, ale i przez samych chorych, również przez media. Niestety jest to proces długotrwały i jedna kampania informacyjna tego nie zmieni, ale próbować zawsze warto.

S.C.: Opisałaś swoje życie w bardzo realistyczny i dosadny sposób, niemal ze wszystkimi detalami. Czy teraz jak czytasz tę historię, boisz się, że wróci dawna „ty”, wrócą dawne fobie i uzależnienie od leków?

A.S.: Co miałam przeżyć, to przeżyłam. Czego miałam się nauczyć, nauczyłam. Teraz żyję. Tu i teraz. Nie „gdybam”. Nie rozpamiętuję, czego nie muszę. Nie zastanawiam się nad tym, co może się stać. Na tym to chyba polega. Na świadomości samego siebie. Czy jest sens bać się na zapas, kiedy teraźniejszość nie daje nam ku temu najmniejszych powodów?

S.C.: Potrafisz teraz powiedzieć, że jesteś szczęśliwa, gdy podzieliłaś się z ludźmi swoją historią? Czy umiesz zdefiniować ten stan?

A.S.: Szczęście jest stanem umysłu. I ten stan towarzyszy mi na co dzień od dawna. Nie musiałam do tego pisać książki, ale rozumiem, co masz na myśli i powiem tak, jestem szczęśliwa. Patrząc przez pryzmat zainteresowania moją książką wśród beta czytelników, czyli pierwszych recenzentów oraz osoby z grup społecznościowych, zainteresowanych zakupem książki na długo przed jej premierą, w systemie przedsprzedaży – odczuwam zadowolenie. Najbardziej z tego, że dzięki tej wiedzy wiele osób pozna tę chorobę i może życie innych chorych zmieni się na lepsze.

S.C.: To dla tych nieuświadomionych ludzi pisałaś autobiografię? 

A.S.: „Nie mów do mnie nie bój się” zaliczana jest do książek niszowych. Na palcach jednej ręki można zliczyć polskie książki poświęcone fobiom. Ta, o agorafobii, pisana z perspektywy osoby chorej, osoby leczącej się – jest chyba jedyna. Nie jest więc to publikacja dla wszystkich, gdyż sama tematyka nie należy do najłatwiejszych. Odbiorcami mojej książki mogą być przede wszystkim osoby cierpiące na stany lękowe, nerwice czy fobie. Może nawet jeszcze nie zdiagnozowane. I może dzięki temu ta moja opowieść skłoni ich do zasięgnięcia porady u specjalisty. Opisuję bowiem w książce, jak proces chorobowy wyglądał u mnie i co działo się ze mną przed rozpoznaniem choroby, ale też co działo się w trakcie i gdy próbowałam z tym problemem radzić sobie sama, a potem podczas opisałam czas terapii i metody, które mnie pomogły. Książka może też stać się doskonałą lekturą dla osób ciekawych tego, jak postępuje choroba, z czym każdego dnia mierzy się chory oraz jak wygląda atak paniki.

S.C.: Nie piszesz o kwiatkach i wiecznym szczęściu…

A.S.: To prawda, to nie jest książka, w której można utonąć, rozkochać się, zachwycić nią. To raczej pozycja, po przeczytaniu której człowiek może powiedzieć: „kurczę, nie wiedziałem, że ta choroba tak działa” albo „nie wiedziałem, że można się z niej wyleczyć”. Przy czym, mówiąc „wyleczyć”, mam tutaj bardziej na myśli zaleczenie choroby niż całkowite pozbycie się jej z życia. Nie ma bowiem pewności, że choroba wyleczona jest na zawsze. Są tacy, którzy mówią, że tak. Ja uważam, że ona w każdej chwili może powrócić, ale – mając wiedzę, jak sobie z nią radzić – można żyć będąc całkowicie wolnym od strachu. To tak jak z alkoholikami. Nawet jeśli już nie piją, nie mają pewności, że choroba nie wróci. Jeśli jednak wiedzą, jak się jej wystrzegać i jak ewentualnie reagować w sytuacjach kryzysowych, wówczas mogą sobie z nią poradzić. Dzielę się więc w tej książce swoją wiedzą na ten temat, jak sobie radzić z agorafobią. Opowiadam o metodach, które mnie pomogły i mnie chronią przed ewentualnymi napadami agorafobii.
Na pewno jest to książka, która może rozwiać wiele wątpliwości, może zaskoczyć czytelnika siłą przekazu, prostotą i wspomnianą szczerością, której w dzisiejszym zabieganym świecie wielu nam brakuje. 

S.C.: Nie lukrujesz, nie owijasz w bawełnę…

A.S.: To nie o to chodzi. Świat ukazany w mojej książce nie jest polukrowany, wirtualny, pozbawiony wad. Ja pokazuję życie takim, jakim jest w wielu domach, rodzinach. Kto wie, może za ścianą u sąsiada ktoś teraz zagryza z rozpaczy zęby, gdyż przeżywa podobną historię jak moja? Może to ty będziesz pierwszą osobą, która wyciągnie do kogoś takiego rękę?

S.C.: Chorujesz 12 lat. Napisałaś prawdopodobnie jedną z niewielu książek o agorafobii. Mówisz, że chcesz zapoczątkować zmiany w myśleniu o ludziach ogarniętych fobią. Czy więc czujesz się już prekursorką? Czujesz, że masz moc zmiany czegoś na lepsze?

A.S.: Z tą mocą to bez przesady. Chorowałam bardzo długo, a dziś żyję bez lęku. Postanowiłam więc opowiedzieć o tym innym. Tym, którzy nie wiedzą o tej chorobie nic oraz tym, którzy nie wiedzą, jak z niej wyjść, ale i tym, którzy są ciekawi, dlaczego niektórzy ludzie zachowują się jak wariaci choć w gruncie rzeczy nimi nie są. Popularyzator, prekursor to chyba zbyt wiele powiedziane… Po prostu w Polsce bardzo mało się o tym mówi, a skoro ja wiem o tej chorobie wiele, to dlaczego by nie podzielić się tą wiedzą. Nie dorabiałabym do tego jakichś specjalnych sztucznych ideologii.


S.C.: Będzie ciąg dalszy tej historii, czyli szkolenia, spotkania z innymi osobami z podobną historią czy inne formy aktywności – w końcu ukończyłaś psychologię kliniczną? 

A.S.: Jak już wspomniałam książka „Nie mów do mnie nie bój się” jest zamkniętą opowieścią. Dalszego ciągu na pewno nie będzie. Opisałam jak zachorowałam, jak żyłam z agorafobią. Ukazałam fragmentarycznie proces wychodzenia z choroby i życie po. Nie mam w tej kwestii już nic do dodania. Posłałam światu pewien rodzaj komunikatu. Poparłam to konkretnymi argumentami i niech książka żyje swoim życiem, niech pomaga innym chorującym na wszelkiego typu fobie. Niech korzystają z niej jak potrafią najlepiej.
Jestem teraz skupiona na innych rzeczach. Pracuję nad kolejnymi projektami. A szkolenia? Raczej nie. Każdy chory może sobie pomóc sam, bez mojego udziału. Ja tylko pokazałam, jak i że jest to naprawdę możliwe. To tego najbardziej potrzebują chorzy na agorafobię: wskazówki, drogi. A czy dalej będą nią podążać, czy ominą i pójdą własną ścieżką, to już ich wybór.
Będzie mi bardzo miło, jeśli ktoś po przeczytaniu książki, zechce do mnie napisać i podzielić się swoimi spostrzeżeniami. Zapraszam zatem na swój landing page www.alex-staudinger.com.

S.C.: Zainteresowani z pewnością się z Tobą skontaktują. Dziękuję za rozmowę i chęć podzielenia się ze mną swoim doświadczeniem.
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: