Najnowsze

Dagmara Gładysz-Raiwa: Rodzinne życie na „Zielonej Wyspie”

Irlandia jest nazywana „Zieloną Wyspą” ze względu na to, że gdy spojrzymy na nią z satelity, faktycznie wygląda jak płat zieleni opływane przez wodę. Zielony to również barwa narodowa. Jednak Irlandia to nie tylko połacie zieleni. To również sympatyczni mieszkańcy, a wśród nich największą mniejszością narodową są Polacy. Jedną z Polek postanowiłam więc zapytać o życie w Irlandii, początek „drugiego życia”, codzienność, edukację, kuchnię i służbę zdrowia. Zapraszam na rozmowę w z Dagmarą Gładysz-Raiwa – polonistką, blogerką i społeczniczką pochodzącą z Katowic, która 12 lat temu wraz z obecnym mężem postanowiła zmienić swoje dotychczasowe życie i opuścić ojczyznę w poszukiwaniu przygód. Tak trafiła do Irlandii, gdzie wraz z rodziną doskonale wpasowała się w lokalną społeczność.  Zapraszam na pierwszy wywiad z cyklu "Polacy na emigracji", podczas którego Dagmara opowiedziała mi, dlaczego zdecydowała się na dokonanie zmiany w swoimi życiu i wyjazd do Irlandii. 


Sylwia Cegieła: Jak długo podziwiasz już „Zieloną Wyspę”? Jak zaczęła się Twoja przygoda na emigracji? I dlaczego wybrałaś akurat Irlandię? 

Dagmara Gładysz-Raiwa: W Irlandii mieszkam od 12 lat, czyli spędziłam tu już 1/3 życia. Już na studiach miałam pomysł, by wyjechać z kraju, ale myślałam o wschodzie Europy, ponieważ poloniści mogą starać się o pracę w polskich placówkach edukacyjnych m.in. na Litwie i na Ukrainie. Dlatego przez wiele lat uczyłam się języka rosyjskiego. Plany te pokrzyżowała miłość i wejście Polski do Unii Europejskiej. Otwarcie rynku pracy w Wielkiej Brytanii i w Irlandii skusiło mojego ówczesnego chłopaka, a obecnie już męża. W ten sposób trafiliśmy do Sligo w północno-zachodniej części wyspy. 

S.C.: Co zabrałaś ze sobą w walizce, aby czuć się jak w domu? 

Dagmara: W walizce? Ja sobie spakowałam paczkę i wysłałam ją na dzień przed wylotem do Irlandii! Zabrałam zdjęcia najbliższych oraz kilka książek i płyt. Poza tym polskie przyprawy, gdyż słyszałam, że cząbru czy lubczyku nie można tutaj kupić, a wtedy jeszcze w Sligo nie było polskich sklepów. Mama mnie pilnowała, żebym nie przesadziła z ilością zabieranych rzeczy. Zapewniała, że to, czego nie uda mi się kupić na miejscu, sama mi wyśle. Poza tym, leciałam z poczuciem, że jak mi się nie będzie podobać, to wrócę.

S.C.: Ale jednak zostałaś. Wielu podróżuje do Irlandii turystycznie, ale co innego być turystą, a co innego mieszkańcem danego kraju. Opowiedz o pierwszych wrażeniach po przyjeździe do Irlandii. Czy przed decyzją o zamieszkaniu miałaś jakieś wyobrażenie o tym miejscu? 

Dagmara: Nigdy wcześniej nie byłam w Irlandii, więc nie miałam zbyt wielkiego wyobrażenia o tym kraju, znałam go jedynie z literatury i filmów. Nigdy nie zapomnę dnia, w którym przybyłam do Sligo, a dokładniej samej podróży. To było krótko po udaremnieniu jakiegoś ataku terrorystycznego na lotnisko w Anglii. Wprowadzono wtedy szczególne środki ostrożności, a każdego podróżnego traktowano na lotniskach jako potencjalnego zamachowca. Szybko się okazało, że tylko w Polsce owe szczególne środki są tak przykre dla podróżnych. Na lotnisku w Londynie, gdzie się przesiadaliśmy, nikt nie chciał mnie dotykać. Gdy wreszcie wylądowaliśmy w Irlandii, na malutkim lotnisku w Knock, do drzwi przyszedł celnik, samodzielnie niosąc ławkę szkolną, przy której pobieżnie zerkał do paszportów. Z dzisiejszej perspektywy mogę powiedzieć, że tę historyjkę można potraktować jako parabolę na temat cech narodowych.

S.C.: Brzmi groźnie, tym bardziej, że w Irlandii obecnie jest wielu Polaków. Jak są oni postrzegani przez Irlandczyków? 

Dagmara: W powszechnej opinii uchodzimy za ciężko pracujących domatorów, ludzi spokojnych, oddanych rodzinie, uprzejmych i miłych. Wysoko ocenia się fachowość i rzetelność polskich pracowników.

S.C.: Udało Ci się nawiązać tam jakieś międzynarodowe przyjaźnie?

Dagmara: Życie na obczyźnie pod wieloma względami jest podobne, bez względu na to, z jakiego kraju pochodzimy, więc jest sprawą naturalną, że znajdujemy nić porozumienia z innymi obcokrajowcami. Nie nazwałabym tego przyjaźnią, ale koleguję się m.in. z Anglikami, Szkotami, Czechami, Ukraińcami, Rosjanami, Lankijczykami, Włochami, Niemcami... Długo by wyliczać...


S.C.: Jakie zalety i wady widzisz w usposobieniu Irlandczyków? Co przeszkadza Ci u nich najbardziej? 

Dagmara: Irlandczyków cenię za poczucie humoru, łatwość nawiązywania kontaktów i optymizm. Jestem pełna podziwu dla ich kreatywności i zaradności, podoba mi się ich zaangażowanie w lokalne projekty i dbałość o dobre stosunki międzyludzkie. Są też bardzo muzykalni i utalentowani artystycznie. Najbardziej nie podoba mi się powszechne akceptowanie pijaństwa, szczególnie przyzwolenie społeczeństwa na upijanie się bardzo młodych ludzi.

S.C.:  A co z tzw. „polską” mentalnością? Czym różnimy się od Irlandczyków? Czego oni mogliby nauczyć nas? Jacy oni są – ci Irlandczycy?

Dagmara: Irlandczycy często zwracają uwagę na polską wylewność uczuć, na otwartość w wyrażaniu miłości, czułości i przywiązania. Kiedy Irlandczycy świętują rocznicę ślubu, o swoim współmałżonku mówią, że jest ich najlepszym przyjacielem, a my podkreślamy nieprzemijającą miłość. Natomiast Irlandczycy, w przeciwieństwie do nas, są zawsze uśmiechnięci i pogodni. Gdy pytasz kogoś: Jak się masz?, Irlandczyk zawsze odpowie: I’m fine, czyli ‘mam się doskonale’, a Polak burknie, że stara bieda, że jakoś leci

S.C.: Tego się właśnie spodziewałam. Porozmawiajmy teraz trochę o życiu. Jesteś szczęśliwą mężatką z dwójką dzieci. Jak żyje się polskiej rodzinie w Irlandii? Jak wygląda sytuacja ekonomiczna? Ile trzeba wydać, aby móc spokojnie przeżyć „do pierwszego”? 

Dagmara: Nie narzekamy na sytuację materialną, ale to indywidualna sprawa każdej rodziny, ponieważ każdy ma inne priorytety i inne wydatki, a także inne dochody. Dużo zależy też od miejsca zamieszkania – zupełnie inaczej wygląda życie w Dublinie, a inaczej na wsi na drugim brzegu wyspy. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że jeśli Polacy stąd wyjeżdżają, to nie z powodów ekonomicznych. Kraj właściwie wyszedł już z recesji, co widać m.in. po rosnących cenach nieruchomości.

S.C.: My mamy swoje schabowe z zasmażaną kapustą i ziemniakami, kluski śląskie i modrą kapustę. A co jada przeciętny Irlandczyk? Jak wygląda kultura jedzenia? Opowiedz o ich potrawach narodowych? Co przemyciłaś z tego do polskiej kuchni? A jakich polskich potraw brakuje Ci w Irlandii? Czego nie dostaniesz w sklepach? 

Dagmara: Kuchnia polska i irlandzka spotykają właśnie przy ziemniakach i kapuście. Ziemniaki to obowiązkowy składnik obiadu w obu krajach, choć przyrządzamy je w odmienny sposób. Z dań kuchni irlandzkiej, które każdy turysta powinien spróbować, trzeba wymienić stew, czyli rodzaj gulaszu z wołowiny lub jagnięciny, chowder – zabielaną zupę rybną lub zupę z owoców morza, ciemny chleb sodowy, fruit cake, czyli ciasto z bakaliami, steki i kotlety jagnięce, a w Dublinie coddle, czyli potrawkę z ziemniaków, boczku i kiełbasek wieprzowych. Irlandzkie śniadanie składa się z bekonu, kiełbasek, jajek, puddingu (wyrób podobny nieco do kaszanki), fasolki w pomidorach, pomidorów, pieczarek i tostów.
Typowo polskie potrawy trafiają u nas na stół głównie w święta, a i wtedy lubię przemycić irlandzkie smaki, jak czerwoną kapustę duszoną w winie z dodatkiem cynamonu i anyżu gwieździstego na Boże Narodzenie oraz udziec jagnięcy pieczony na wolnym ogniu na Wielkanoc. Na co dzień czerpię garściami z bogactwa kulinarnego różnych krajów i nie boję się nowych smaków w kuchni. Egzotyczne przyprawy kupuję w sklepach z towarami orientalnymi, a nasz chrzan i kiełbasę w jednym z polskich sklepów, których jest całkiem sporo w Irlandii.


S.C.: To już wiem, że śniadania irlandzkiego bym nie zjadła, bo kilku produktów nie lubię (śmiech). Pozostańmy jeszcze chwilę przy biesiadzie. Czy przeciętny Irlandczyk faktycznie tak dużo przebywa w pubie czy to tylko legendy przekazywane z ust do ust a potem przenoszone na ekran?  

Dagmara: Kiedyś pub był właściwie drugim domem dla przeciętnego Irlandczyka. Tam toczyło się całe życie towarzyskie. Dzisiejsze puby irlandzkie mają niewiele wspólnego z tymi legendarnymi. W tradycyjnym pubie kwitła sztuka konwersacji. Nie było w nim muzyki czy telewizji, a na kobiety patrzono krzywym okiem. Czasy się zmieniły i puby nie stoją już otworem od rana, ponieważ nie wolno prowadzić po spożyciu piwa. Zakaz palenia sprawił, że coraz częściej podaje się w nich jedzenie, a dzięki równouprawnieniu czasami więcej w nich kobiet niż mężczyzn. W małych miejscowościach czasami zastępują dyskotekę, łącząc w sobie atmosferę klubu muzycznego i wiejskiej potupanki. Nadal każde większe wydarzenie w życiu lokalnej społeczności znajduje finał w pubie i wtedy można poczuć, czym jest ów mityczny craic.

S.C.: Jak już jesteśmy już przy pubie, to jak opisałabyś życie towarzyskie? Czy Polacy integrują się ze sobą czy jednak separują? Jak spędzają czas sami Irlandczycy? 

Dagmara: W moim odczuciu Polacy trzymają się razem i preferują własne towarzystwo, choć nie unikają wspólnych zabaw z Irlandczykami. Z Irlandczykami wychodzą do pubu, a w polskim gronie spotykają się raczej na domówkach. W ogóle nasi rodacy są niedoścignieni pod względem organizowania przyjęć w domach. Gospodarze zawsze przygotowują jedzenia dla całego pułku, a goście jeszcze drugie tyle przyniosą ze sobą. Irlandczycy zdecydowanie bardziej wolą umówić się w restauracji lub w pubie. W domach spotykają się głównie w gronie rodzinnym.

S.C.: Skoro kwestie towarzyskie są już omówione, czas na rozmowę o rodzinie. Wiem, że Wasz ślub odbył już w Irlandii. Jak to wyglądało od strony prawnej? Co z Waszym obywatelstwem czy też prawem pobytu? 

Dagmara: Tak, to prawda, pobraliśmy w kościele katedralnym w Sligo. Była to ceremonia kościelna, ale jeśli mogę w tym miejscu o tym wspomnieć, to chciałabym zwrócić uwagę, że w Irlandii ważny ślub można zawrzeć w obecności nie tylko księdza, ale też rabina, pastora czy przedstawiciela jakiejkolwiek religii, jeśli tylko jest on zarejestrowany w urzędzie jako uprawniony to tego. Do samego zawarcia związku małżeńskiego potrzebne były nam przetłumaczone akty urodzenia, a że był to ślub w kościele, to jeszcze zaświadczenie z parafii, w której byliśmy ochrzczeni (wydawane jest po łacinie, więc nie trzeba tłumaczyć). Po ślubie zanieśliśmy dokumenty do irlandzkiego odpowiednika urzędu stanu cywilnego, gdzie otrzymaliśmy akt ślubu. Jednocześnie ksiądz z katedry w Sligo wysłał zaświadczenia do naszych macierzystych parafii, gdzie fakt zawarcia przez nas ślubu został odnotowany w księgach parafialnych. Jeśli kiedyś wrócimy do Polski, będziemy musieli umiejscowić nasz akt ślubu we właściwym urzędzie stanu cywilnego.
(Obywatelstwo nie ma znaczenia przy zawieraniu związku małżeńskiego w Irlandii. Irlandia otwierając rynek pracy, dała równocześnie prawo do osiedlania się. Poza tym, jako obywatele Unii Europejskiej nie potrzebujemy wizy, więc długość pobytu nie gra roli.)

S.C.: Dzieci też urodziły się już w Irlandii. Jak wygląda zatem opieka okołoporodowa i urlop macierzyński w Irlandii? Co z ich obywatelstwem?

Dagmara: Generalnie opieka nad kobietami spodziewającymi się potomstwa jest bezpłatna i podzielona na wizyty u lekarza rodzinnego oraz wizyty w szpitalu. Przebieg samych wizyt oraz jakość opieki jest zróżnicowana, gdyż szpitale mają różne standardy. Gdybym miała porównać moje wspomnienia z tego okresu z opiniami koleżanek z Polski, to powiedziałabym, że w kraju poradnie ginekologiczno-położnicze zapewniają o wiele więcej wizyt i badań, natomiast sama opieka nad rodzącą w szpitalu to historia rodem z horroru. W Irlandii natomiast w trakcie ciąży wizyt jest mało, jeśli ciąża przebiega prawidłowo, a dostęp do badań jest ograniczony, ale już opieka i atmosfera na porodówce jest bardzo dobra, a rodząca ma prawo do wszystkich udogodnień. Po porodzie, jeśli nie było żadnych komplikacji i dziecko jest zdrowe, wypisują bardzo szybko do domu.
Dzieci Polaków urodzone w Irlandii mogą otrzymać irlandzkie obywatelstwo, jeśli rodzice spełnią warunek długości pobytu. Dokładnie wymagane jest, by jeden z rodziców udowodnił, że 4 ostatnie lata przed narodzinami dziecka mieszkał na stałe w Irlandii. Każde dziecko mające polskiego rodzica, oczywiście ma prawo do polskiego obywatelstwa.


S.C.: Jak w ogóle funkcjonuje służba zdrowia w Irlandii?

Dagmara: Dobre pytanie! Służba zdrowia w Irlandii, to podobnie jak w Polsce, temat rzeka. Dość, że powiem, że w naszym lokalnym radiu codziennie nadają komunikat, ilu pacjentów w poszczególnych szpitalach ma łóżko na korytarzu.
Gdzieś jednak po poradę i receptę trzeba się udać, dlatego po przyjeździe należy zapisać się do lekarza rodzinnego, czyli GP (general practitioner). To on decyduje, czy potrzebujemy konsultacji u specjalisty lub dodatkowych badań w szpitalu. W nagłych wypadkach możemy udać się do szpitala na oddział ratunkowy (emergency department). Za wizytę u lekarza rodzinnego oraz na oddziale ratunkowym musimy zapłacić (odpowiednio ok. €50 i €100), chyba, że posiadamy kartę medyczną zwalniającą z opłat (otrzymują ją osoby ubogie, starsze lub przewlekle chore) lub posiadamy prywatne ubezpieczenie zdrowotne. System opłat za dodatkowe badania, wizyty u specjalisty, itd. jest dość skomplikowany, czasami musimy zapłacić, a czasem nie. Za wezwanie karetki w niektórych częściach kraju się płaci, w innych transport do szpitala jest bezpłatny. W przypadku choroby wymagającej hospitalizacji zapłacimy za pobyt w szpitalu (tylko do maksymalnej kwoty €800 w przeciągu 12 miesięcy, ale są wyjątki, np. kobiety w ciąży, posiadacze wspomnianej karty medycznej, pacjenci wymagający leczenia w izolatkach), ale nie za samo leczenie. Długie oczekiwanie na miejsce w szpitalu sprawia, że wiele osób wybiera opcję prywatnego leczenia w publicznej placówce zdrowia, co jest wygodnym rozwiązaniem w sytuacji, gdy prywatne ubezpieczenie pacjenta pokrywa większość lub całość kosztów.

S.C.: Czy łatwiej jest załatwić sprawy urzędowe w Polsce czy na „Zielonej Wyspie”? Jak wygląda tamtejsza administracja? Co z biurokracją?  

Dagmara: Zdecydowanie Irlandia wygrywa. Urzędy są tutaj dla ludzi, a urzędnicy starają się naprawdę pomyślnie załatwić wszelkie sprawy petentów. Nie ma kolejek, wiele spraw można załatwić listownie lub przez telefon. Nie zauważyłam specjalnej biurokracji w stosunku do prywatnych osób, za to w papierach toną firmy. Zdarzyła mi się sytuacja w Revenue (w urzędzie skarbowym), że miałam nieprawidłowo wypełnione dokumenty przez pracodawcę a w urzędzie nie mieli odpowiedniego druczka dla moich wyjaśnień. Zamiast odsyłać mnie od okienka do okienka (lub nawet do pracodawcy, by uzupełnił druki),  pan wyjął czystą kartkę z drukarki i poprosił, bym napisała oświadczenie z dopiskiem o byciu świadomym odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania. I było po sprawie.

S.C.: Masz dwójkę małych dzieci – w wieku przedszkolnym i szkolnym. Jak to jest być matką w Irlandii? Jak matki są postrzegane? Chodzi mi o ich status w społeczeństwie, ponieważ w czasie naszej krótkiej rozmowy wspomniałaś mi, że to normalne, że na czas kiedy dziecko nie pójdzie do przedszkola, mama zawiesza aktywność zawodową. A co potem?

Dagmara: Trafiłaś na dobry czas, by o to zapytać! W październiku odbędzie się w Irlandii referendum w sprawie wykreślenia z konstytucji zapisu zabraniającego państwu zachęcania kobiety do porzucania swych obowiązków jak matki i gospodyni domowej. Zapis ten jest sprzeczny z zasadą równouprawnienia, dlatego rząd zajął się sprawą jego usunięcia.
Matka w Irlandii to instytucja. Nikomu nawet nie przyszłoby do głowy umniejszać pracę kobiety wychowującej dzieci i prowadzącej dom.
Po urodzeniu dziecka przysługuje kobiecie 26 tygodni płatnego urlopu macierzyńskiego, a następnie 16 tygodni urlopu bezpłatnego. Część kobiet wraca do pracy od razu, część stara się pracować tylko na pół etatu, a sporo przerywa karierę zawodową na wiele lat. Powrót na rynek pracy jest w Irlandii łatwiejszy, gdyż metryka nie gra tutaj wielkiej roli. Dojrzałe osoby nadal mogą się kształcić na kursach i na wyższych uczelniach, ponieważ na większości kierunków nie ma limitów wiekowych. Wydaje mi się, że irlandzkie społeczeństwo pod tym względem jest o wiele bardziej dynamiczne, a aktywność społeczno-zawodowa nie jest zarezerwowana tylko dla młodych.

S.C.: Oby i w Polsce kiedyś to nastąpiło. Nie sposób też nie zapytać o przedszkole i szkołę. Podobno państwowych, bezpłatnych placówek dla najmłodszych nie ma. Są tylko płatne. Jak sobie z tym poradziliście jako rodzice? 

Dagmara: Obiektywnie patrząc, w Irlandii mało co jest państwowe. Żłobki są płatne, a trzylatkom przysługują tylko 3 godziny dziennie darmowego przedszkola przez 2 lata. Większość przedszkoli oferuje dodatkowe godziny odpłatnie, ale są też przedszkola otwarte tylko przez 3 godziny dziennie. Ponieważ od początku naszego pobytu tutaj postawiliśmy na rozwój kariery męża, naturalnym stało się, że będę musiała zrezygnować z pracy zawodowej na pewien czas.

S.C.: Macie jakieś ulgi finansowe czy inne udogodnienia z tytułu wychowywania dzieci?

Dagmara: Ponieważ – jak wspomniałam – obecnie pracuje tylko mąż, przejął on moją ulgę podatkową oraz dostaje dodatkową ulgę podatkową z tytułu sprawowania przeze mnie opieki nad dziećmi (tzw. home carer tax credit). Poza tym, nie ma żadnych dodatkowych przywilejów. Wszyscy rodzice w Irlandii dostają zasiłek na dzieci, który jest niezależny od dochodów.


S.C.: Jak wygląda tamtejszy system edukacji z punktu widzenia ucznia i rodziców, ale też nauczyciela, którym miałaś okazję sama być przez jakiś czas? 

Dagmara: Dzieci zaczynają szkołę w wieku 4-6 lat. Pierwsze dwa lata nauki spędzają w klasach wstępnych – junior i senior infants, a następnie kontynuują karierę w podstawówce w klasach 1-6. Kolejnym etapem jest szkoła ponadpodstawowa, którą trzeba zacząć, ale nie ma obowiązku jej ukończenia. Dalszą naukę kontynuuje się na kursach, w college’ach i wyższych uczelniach.
Irlandzkie podstawówki w większości należą do… kościołów, a w przeważającej liczbie do kościoła katolickiego, ale są utrzymywane głównie z pieniędzy z budżetu państwa. Przyjmowane są do nich wszystkie dzieci, bez względu na wyznanie, ale nie ma możliwości odmówienia uczestniczenia w lekcji religii. Jej ilość w szkole zależy w głównej mierze od nauczyciela. Jedni poświęcają jej przepisowe 2½ godziny w tygodniu, a inni 30 minut w miesiącu.
W przeciwieństwie do polskiej szkoły, w irlandzkiej podstawówce nie ma ocen ani kartkówek. Co tydzień jest krótki sprawdzian z zadanych do nauki słów po angielsku i po irlandzku, jednak nie jest on oceniany. Podsumowanie postępów w nauce jest wysyłane rodzicom w postaci rocznego raportu, w którym ocenia się stopień niezależności dziecka w wykonywaniu poszczególnych zadań oraz poruszaniu się w obrębie danego przedmiotu. Ponadto ocenie podlegają takie punkty jak „bycie zadowolonym z przyjścia do szkoły” czy „zaangażowanie w pracę grupową”. W drugiej części raportu znajduje się ocena opisowa, a właściwie refleksje nauczyciela na temat naszej pociechy oraz ewentualne wskazówki na kolejny rok. Podoba mi się, że owe raporty są dawane w zaklejonych kopertach i dzieci nie porównują swoich wyników między sobą. 

S.C.: Co byś przemyciła do polskiej szkoły?

Dagmara: Szkoła irlandzka jest na pewno przyjemniejsza niż szkoła polska. Nauczyciele dbają, by żadne dziecko nie było wykluczone, a także podchodzą do uczniów indywidualnie. Nie ma faworyzowania najzdolniejszych. Nie ma w niej uczenia się na pamięć i zakuwania po nocach. Bardzo podoba mi się, że dzieci jedzą posiłki w klasie przy stolikach, a nie są wyrzucone na korytarz, przycupnięte gdzieś pod parapetem lub na schodach. Cieszy mnie też, że nie ma tutaj wywiadówek, a jedynie doroczne indywidualne konsultacje. O bieżących sprawach rodzice są informowani drogą mailową, a w każdej chwili można podejść przed lekcjami do nauczyciela, żeby porozmawiać, gdy mamy jakiekolwiek pytania czy wątpliwości. Z prozaicznych spraw doceniam mundurki szkolne, bo skracają czas szykowania dziecka do szkoły, a także zasadę, że książki zostają w szkole, a w plecaku jest tylko zeszyt z zadaniem domowym.

S.C.: Brzmi jak szkoła idealna. Z tego co zdążyłam się zorientować, Irlandczycy starają się też szybko uspołecznić dzieci. Jak wygląda to z Twojej perspektywy – z perspektywy kobiety wychowanej w Polsce? Czy widzisz jakieś różnice w sposobie wychowywania dziecka, jego obecności w miejscach publicznych, podejściu dorosłych do maluchów znajomych? 

Dagmara: Tak, to prawda, że Irlandczycy inaczej wychowują dzieci niż Polacy. Mam wrażenie, że istnieje niepisana reguła, że czułość przeznaczona jest dla dzieci poniżej 2. roku życia. Wyobraź sobie zapłakanego przedszkolaka, który przewrócił się na placu zabaw i przybiega do mamy po pociechę. Polka sprawdzi, czy dziecku nic się nie stało, a potem przytuli, otrze łzy, pomoże wydmuchać nosek, w razie potrzeby zdezynfekuje podrapane kolana i naklei plasterki, dmuchając przy tym na każdą, najmniejszą rankę. Irlandka również sprawdzi, czy dziecko jest całe, a potem pozwoli mu usiąść koło siebie na ławce, by po kilku minutach zapytać, czy już przestało płakać i zachęci do powrotu do zabawy. Oczywiście, zdarzają się wyjątki po obu stronach, ale wychowanie w Irlandii jest twardsze, chłodniejsze.
Może być to zaskakujące, gdy weźmie się pod uwagę, że wszyscy lubią dzieci, a rodziny są wielodzietne. Dzieci są witane zawsze z radością. Czasami miałam wrażenie, że moją ciążą bardziej są przejęci znajomi Irlandczycy niż ja sama. W przestrzeni publicznej dzieci są wszędzie mile widziane (poza takim pubem, w którym nie podaje się jedzenia). W każdej restauracji są krzesełka do karmienia, przewijaki, kolorowanki oraz dziecięce menu, obsługa też chętnie podgrzeje nam mleko lub zupkę dla maluszka. Kiedy spotykam znajomych Irlandczyków, zawsze witają się też z dziećmi i zamieniają z nimi kilka zdań. Na szczęście Irlandczycy są naprawdę otwarci na drugiego człowieka,  akceptują naszą słowiańską naturę i nie próbują udzielać nam „dobrych rad” na temat wychowania potomstwa.    

S.C.: Zmieńmy trochę temat. Rozmawiałyśmy o sytuacji ekonomicznej rodziców, ale chciałabym się jeszcze dowiedzieć, jak wygląda organizacja czasu pracy w Irlandii? Urlopy, święta, wakacje. 

Dagmara: Zasadniczo osobie zatrudnionej na pełnym etacie przysługują rocznie 4 tygodnie płatnego urlopu, ale może się zdarzyć, że pracodawca zaoferuje lepsze warunki umowy. Decyzja o wysłaniu pracownika na urlop leży po stronie pracodawcy, ale powinna ona uwzględniać sytuację rodzinną, zdrowotną czy indywidualne potrzeby pracownika. Osobom zatrudnionym na niecały etat urlop wylicza się wg ilości przepracowanych godzin. W praktyce często spotyka się sytuację, że pracodawca zamyka biznes na określony czas i wysyła wszystkich pracowników na przymusowy urlop, choć ja dla przykładu zawsze miałam wolne  w Wigilię, gdyż powiedziałam szefowej, że wtedy właśnie jemy naszą uroczystą kolację świąteczną. Zasadniczo wolne od pracy są soboty i niedziele (oczywiście, poza sektorami, gdzie pracuje się zmianowo 7 dni w tygodniu) oraz 9 dodatkowych dni, w tym święta kościelne ustawowo uznane za dni wolne (np. pracujemy 6 stycznia, ale mamy wolne 17 marca, w dniu Św. Patryka) oraz tzw. Bank Holidays, czyli dni, kiedy banki są zamknięte, a co za tym idzie też i firmy.
W szkole dni wolnych jest bardzo dużo: 2 miesiące wakacji letnich, po 2 tygodnie na Boże Narodzenie i na Wielkanoc, tydzień wolnego na przełomie października i listopada, krótka przerwa w lutym lub w marcu oraz kilka dodatkowych dni z różnych powodów (np. szkolenia nauczycieli lub piątkowego referendum, gdy komisja urzęduje w budynku szkoły). Rzeczywistej nauki wychodzi mniej więcej 32 tygodni.


S.C.: Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się, co Cię trzyma w Irlandii? 

Dagmara: Tak po prawdzie to nic mnie tutaj nie trzyma. Wyjechałam do Irlandii tuż po ukończeniu studiów, więc dopiero tutaj zaczęłam dorosłe, samodzielne życie. Tutaj założyłam rodzinę, tu urodziły się moje dzieci i po prostu tutaj żyję. Nie budzę się z myślą, że to kolejny dzień z dala od domu, nie snuję planów o przyszłości w Polsce, a przed wszystkim nie czuję się tutaj obco. Przez pierwsze 5 lat mieszkałam w mieście, w Sligo, a później przenieśliśmy się na wieś, gdzie wszyscy się znają i naprawdę trudno czuć się nietutejszym. Przeciwnie – czasami brakuje mi anonimowości, którą miałam mieszkając w Katowicach.

S.C.: A będziecie ubiegać się o obywatelstwo? Jak wygląda ta kwestia w Irlandii i jak reaguje na to Polska? 

Dagmara: Jeszcze nie, ale rozważamy aplikowanie o irlandzkie obywatelstwo. Jednak to drażliwy temat. 

S.C.: Dlaczego? 

Dagmara: Według wielu osób jest to wyrzeczenie się polskości. 

S.C.: To dość jednostronne myślenie. W mojej opinii to bardzo pragmatyczne posunięcie. Jak wygląda aplikacja od strony praktycznej? Rozumiem jednak, że nawet jeśli staniesz się obywatelką Irlandii, nie utracisz obywatelstwa polskiego?  

Dagmara: Będąc obywatelem Polski, aby starać się o obywatelstwo irlandzkie, należy odpowiednio długo mieszkać w Irlandii (pytają o 5 z ostatnich 9 lat) i mieć potwierdzające to dokumenty (rachunki, wyciągi bankowe, zaświadczenia o pobieraniu, np. zasiłku na dziecko). Do niedawna wymagano również samodzielności finansowej, ale – o ile mi wiadomo – zostało to zniesione. Podczas uroczystości nadawania obywatelstwa deklaruje się wierność Irlandii.
Polskiego paszportu nie stracę, ponieważ Irlandia nie wymaga tego od nowych obywateli, ale mogę wystąpić z prośbą do prezydenta RP, żeby uznał moją rezygnację z polskiego obywatelstwa. Płaci się jednak za to dość dużo, a poza tym przepisy polskie mówią, że każdy kto ma polskich rodziców jest obywatelem Polski, więc – jak widzisz – przepisy są sprzeczne i właściwie nie można przestać być Polakiem. To trochę jak z apostazją, niby możliwe jest wyjście z kościoła, ale nadal jesteś w nim jako osoba ochrzczona, bo chrztu nie da się odwołać. 

S.C.: Teraz mnie zaskoczyłaś. Chciałam teraz zapytać Cię o Twoje hobby. W wolnych chwilach, gdy akurat nie zajmujesz się ogniskiem domowym, prowadzisz blog kulinarny, załączając w nim relacje z rodzinnych wycieczek po Irlandii oraz przepisy kulinarne. Skąd ten pomysł? Opowiedz coś więcej o Twojej aktywności w sieci. 

Dagmara: Prowadzę blog U stóp Benbulbena – Pocztówki z Irlandii już 5 lat, ale droga do blogowania była dość długa... Zaczęła się od tego, że bardzo irytowały mnie ograniczenia w liczbie zdjęć wysyłanych drogą mailową. Szukałam pomysłu, jak się nimi podzielić z rodziną i przyjaciółmi z Polski, by było to prostsze i skuteczniejsze. Platformy takie, jak Flickr mnie nie przekonały, a Facebook dopóki nie miał polskojęzycznej wersji, nie był prawie wcale znany w kraju. W pewnym momencie mąż zapisał się na kurs tworzenia stron internetowych, więc wymyśliłam sobie, że namówię go na stworzenie strony dla mnie. Odesłał mnie z kwitkiem,  mówiąc, że na moje potrzeby starczy mi szablon Wordpressa. Czym jest ów Wordpress wtedy nie wiedziałam, ale uniosłam się dumą i kilka dni później miałam aktywny blog, który trzeba było czymś zapełnić. Początkowo zakładałam, że jego ciężar tematyczny będzie po równo rozkładał się między tematykę rodzinną, wycieczkową i kulinarną, ale szybko zauważyłam, że największym zainteresowaniem cieszą się przepisy, dlatego blog powędrował w tę stronę. Zdecydowana większość zgromadzonych na nim przepisów oddaje ducha współczesnej kuchni irlandzkiej, która łączy w sobie tradycyjne dania oraz wariacje na temat dań z Europy, Azji i Ameryki Północnej. Blog ten jest w stu procentach autentyczny. Nie zamierzam go skomercjalizować. Nie ma tu miejsca na lokowanie produktów, artykuły sponsorowane oraz populistyczne opinie. 

S.C.: Ale Twoja aktywność blogowa to nie wszystko, równie mocno angażujesz się też w lokalnym stowarzyszeniu na rzecz społeczności irlandzkiej. Czego dokładnie dotyczy ta Twoja aktywność? Jakie są reakcje ze strony znajomych, że tak bardzo się angażujesz? 

Dagmara: Zawsze byłam społeczniczką, jeszcze w czasach studenckich angażowałam się w działalność różnych stowarzyszeń i fundacji. Tutaj działam od wielu lat w Grange and Armada Development Association – stowarzyszeniu zajmującym się promocją naszego regionu oraz upamiętnieniem historii hiszpańskiej Armady, która – uciekając w 1588 r. po przegranej bitwie morskiej pod Gravlines – musiała opłynąć wyspę irlandzką. W trakcie tej ucieczki zatonęło u wybrzeży Irlandii kilkanaście statków, w tym 3 w zatoczce przy plaży Streedagh, koło naszej wioski. Dzięki doświadczeniu przy tworzeniu swojego bloga, stworzyłam pierwszą stronę internetową dla naszego stowarzyszenia oraz przez kilka lat prowadziłam również stronę dorocznego festiwalu. Prowadziłam również nasz fanpage na Facebooku i konto na Twitterze, a także byłam odpowiedzialna za reklamę bezpośrednią. Obecnie ograniczyłam swoją aktywność, ze względu na opiekę nad młodszym dzieckiem, ale nadal wspieram stowarzyszenie jako fotograf podczas festiwalu oraz archiwizuję dane. Gdy tylko czas mi pozwala, reprezentuję nasze stowarzyszenie podczas innych imprez w okolicy. W tym roku udało nam się otworzyć Armada Visitor Centre w starym budynku sądu. Wstęp jest bezpłatny, więc rotacyjnie członkowie stowarzyszenia pełnią w nim dyżury w weekendy w sezonie turystycznym. Poza tym, zawsze staramy się całą rodziną wziąć udział w wiosennym sprzątaniu wsi, a także wspierać wszelkie pozostałe lokalne inicjatywy. Większość naszych znajomych Irlandczyków również zajmuje się jakąś działalnością społeczną – część śpiewa w chórze kościelnym, część działa w radzie rodziców, inni są członkami komitetu pokazów farmerskich, jeszcze inni są zaangażowani w organizację parady na Św. Patryka, w organizację imprezy motoryzacyjnej lub w wyścigi traktorów. W tak małej społeczności praktycznie każdy gdzieś się udziela. Takie zaangażowanie pomaga zbudować sieć kontaktów społecznych, pozwala poznać nowych ludzi, a wspólny wysiłek dostarcza mnóstwo frajdy i daje ogromną satysfakcję.

S.C.: Organizujecie w ramach stowarzyszenia doroczny festiwal, o czym przed chwilą powiedziałaś. Ciekawa inicjatywa. Co się dzieje podczas jego trwania?

Dagmara: Festiwal, aktualnie znany jest jako Spanish Armada Ireland, co roku wygląda nieco inaczej – dużo zależy od budżetu, na który składają się granty i datki sponsorów. W trakcie festiwalu zawsze odbywa się konferencja naukowa, na którą z odczytami przyjeżdżają naukowcy z kraju i z zagranicy – historycy i archeolodzy – oraz pracownicy muzeów. Poza tym, organizujemy wycieczki śladami kapitana De Cuellar – ocalałego rozbitka, który przewędrował Irlandię od plaży Streedagh koło naszej wsi aż do okolic Coaseway Coast w hrabstwie Antrim, by stamtąd – zahaczając o Szkocję – dotrzeć szczęśliwie do kontynentalnej Europy. Co roku staramy się zapewnić oryginalną część rozrywkową, czasami zapraszamy gości z ich programem artystycznym, a czasami powstaje widowisko specjalnie przygotowane na festiwal. Ponieważ 3 statki, które tutaj zatonęły w 1588 roku kosztowały życie ponad 1000 osób, staramy się godnie ich upamiętnić – składamy wieniec przy pomniku w asyście przedstawicieli lokalnych władz oraz członków marynarki irlandzkiej i hiszpańskiej, gdyż dzięki wsparciu hiszpańskiej ambasady po raz trzeci powitaliśmy okręt hiszpańskiej marynarki u naszych brzegów. Uroczystościom tym towarzyszy parada, w której biorą udział mieszkańcy wsi, turyści, lokalna społeczność hiszpańska oraz zaproszeni goście.


S.C.: Wspomniałaś też, że lubisz fotografować. Czy wiążesz z tym zajęciem przyszłość? 

Dagmara: Bardzo lubię fotografować, szczególnie krajobrazy i martwą naturę (jak można z polotem nazwać fotografię kulinarną). Lubię też fotografię reporterską, łapanie momentów, emocji, sekund. Najwdzięczniejszym tematem są dla mnie dzieci, szczególnie te najmłodsze, które nie przejawiają jeszcze zmanierowania. Przede mną jeszcze dużo nauki, szczególnie w zakresie wykorzystywania światła i post produkcji, ale nie wiążę z fotografią swojej przyszłości. Myślę, że raczej będzie zawsze elementem towarzyszącym moim działaniom, ponieważ nie widzę siebie w roli fotografa na ślubach, chrzcinach i pogrzebach.

S.C.: A czy już czujecie się bardziej rodziną „stąd”, czyli mieszkającą w irlandzkiej społeczności i w pełni zintegrowanej z mieszkańcami, czy nadal jednak jesteście Polakami w Irlandii? 

Dagmara: Zawsze będziemy Polakami, tego nie da się wykorzenić. Nie tylko dlatego, że mówimy po polsku, ale wyrośliśmy w kręgu polskiej kultury. Nie zamierzamy udawać, że jesteśmy bardziej irlandzcy niż Irlandczycy i że zapomnieliśmy języka polskiego. Nasze dzieci mówią po polsku oraz po angielsku i zawsze się cieszymy, gdy zapytane, jaką wersję językową bajki im włączyć, wołają, że chcą po polsku. Nasza córka uwielbia „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza, książkę dwa razy przeczytała po angielsku, a film oglądała po polsku. Ma dopiero 9 lat, ale staram się wynajdywać dla niej polską klasykę przetłumaczoną na język angielski. Uczy się pisać i czytać po polsku, w końcu ma mamę polonistkę (śmiech). Dwukulturowość to benefit i nigdy nie zrozumiem imigrantów, którzy nie mówią do swych dzieci w ojczystym języku.

S.C.: Czy zdarza Ci się tęsknić za Polską? Nie kusi Cię, aby powrócić na „ojczyzny łono” jak pisał Mickiewicz? Gdzie widzisz siebie za 10 lat? 

Dagmara: Czasami zdarza się zatęsknić za złotą, polską jesienią, za upalnym latem, za zapachem bzów, za śniegiem w grudniu, ale to są ulotne chwile. Zawsze kiedy coś mi nie wyjdzie, odgrażam się, że wracam do Polski... Właśnie ta świadomość, że zawsze mogę gdzieś wyjechać, zacząć od nowa z czystą kartą, sprawia, że czuję się na obczyźnie raźno, spokojnie i bezpiecznie. Nie wybiegam za bardzo w przyszłość, ponieważ życie jest tu i teraz, więc trzeba każdy dzień mądrze wykorzystać. Poza tym, doceniam to, co dostałam od losu. Mieszkam w przepięknym regionie turystycznym, gdzie jest krystalicznie czyste powietrze, we wsi, gdzie góry kłaniają się oceanowi i mam kochającą rodzinę przy sobie.

S.C.: Pięknie powiedziane jak na polonistkę przystało (śmiech). Czy emigracja jakoś Cię zmieniła? Które zmiany odczuwasz najmocniej?

Dagmara: Myślę, że człowiek jest sumą swoich doświadczeń i przeżyć, więc na pewno życie na obczyźnie przez tyle lat wpłynęło i na mnie. Na co dzień nie zauważam zmian, ale wystarczy przyjechać na moment do Polski, by zauważyć, że pod pewnymi względami odstaję od ogółu. Na przykład Irlandczycy zawsze się witają, gdy mijają ludzi w swoim najbliższym otoczeniu (na osiedlu, przed szkołą dziecka), a przede wszystkim się uśmiechają. Zapominam o tym nawyku i instynktownie uśmiecham się do ludzi w Polsce, którzy w odpowiedzi uciekają w popłochu lub przyglądają mi się jak wariatce.
Druga istotna cecha to gadulstwo! Kontaktom międzyludzkim w Irlandii zawsze towarzyszy small talk. Czy kupujesz kawę na wynos, czy czekasz na autobus, czy akurat stoisz koło kogoś na przyjęciu, uprzejmie jest zamienić kilka słów o pogodzie. W Polsce lepiej się niepotrzebnie nie odzywać, gdyż albo ktoś nas ofuka, albo zacznie opowiadać nam historię swojej rodziny do piątego pokolenia wstecz. W Irlandii oduczyłam się również lustrowania wzrokiem napotkanych osób od stóp do głów i teraz sama nieswojo się czuję, gdy ktoś obcy tak mi się przygląda.


S.C.: Co chciałabym przekazać moim czytelnikom od siebie jako osoba mieszkająca zagranicą? 

Dagmara: Chyba jeszcze jestem za młoda, by dawać innym rady, ale chciałabym powiedzieć młodym ludziom, by uczyli się języków obcych. Obserwując środowisko Polaków w Irlandii, stwierdzam, że wraz ze wzrostem kompetencji językowych wzrasta poczucie zadowolenia z pobytu w obcym kraju.

S.C.: Bardzo dziękuję za niezwykle ciekawą rozmowę. Życzę powodzenia w realizowaniu Twojej pasji.

Dagmara: Dziękuję serdecznie za życzenia i za zaproszenie do rozmowy.

2 komentarze:

  1. Świetny wywiad. Zgadzam się z Dagmara w 100 %. Też mieszkam w Irlandii 12 lat i czasami jak czytam na portalach jaki to kraj straszny,zacofany i drogi to śmiać mi się chce. Komentujących jest dziesiątki ,a do Polski jakoś nie spieszą. Przede wszystkim mieszkam tu z powodu spokoju i braku większych stresów, dla dzieci i ich przyszłości . Możliwości mamy mnóstwo tylko rozsądnie nie wykorzystać. Warto dodać, że osoby ubogie, chore bądź z problemami z pracą mają wszystkie dodatki i mimo problemów mogą godnie żyć i zajc się swoimi problemami (niepełnosprawne dzieci,choroby przewlekle itd. ) A nie martwić się o każdy grosz czy cenę za leki lub rehabilitację . Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pod pewnymi wzgledami jest zacofanym krajem. W kazdym kraju w Europie mozna isc prywatnie do lekarza bez skierowania GP, zrobic badania krwi bez skierowania. Irlandia ma wiele zalet, ale bez wad tez nie jest, zreszta pewnie jak kazdy kraj.

      Usuń