Dobry wygląd nie będzie nas cieszył, gdy okaże się, że ciało choruje…

Ciało kobiety  to nie tylko powłoka oraz miejsce, w którym powstaje nowe życie. To również nasza zbroja, o którą należy dbać przez cały czas, ponieważ tutaj nic nie można wymienić. Jak więc zachować je w dobrym zdrowiu? Jak być kobietą w tym zabieganym świecie? Jak troszczyć się o siebie zachowują przy tym zdrowy rozsądek? Jak rozmawiać o najbardziej kłopotliwych oraz wstydliwych dolegliwościach, które trapią codziennie wszystkie kobiety? Odpowiedzi na te wszystkie pytania i wiele innych odkryjemy w poradniku dr Katarzyny Jasiewicz – pomysłodawczyni programów uświadamiających matki i córki oraz autorki – pt. „Ciałoterapia”, który otworzy przed wami drzwi przed wiedzą dotąd uznawaną przez społeczne tabu. Zapraszam na rozmowę o kobietach, kobiecości i ludzkim ciele.   



Sylwia Cegieła: Jak wyglądała Pani droga zawodowa? Skąd pomysł na medycynę i w dodatku – medycynę estetyczną – dziedzinę zdominowaną przez mężczyzn?

Katarzyna Jasiewicz: W roku 1995 zaczęłam rozwijać moją pasję jaką było zastosowanie laserów w medycynie. Jako studentka medycyny podjęłam współpracę z ośrodkami naukowymi wykorzystującymi lasery i firmą produkującą urządzenia tego typu. Wkrótce potem złożono mi ofertę kupienia pierwszego lasera do depilacji w Polsce. Miałam wtedy 27 lat i słysząc cenę 115 tys. dolarów plus VAT, wycofałam się, ale rok później kupiłam taki laser jako piąta w kraju. Lata później dyrektor banku, który udzielał mi kredytu powiedział, że jestem jego „beniaminkiem”, ponieważ nikt w banku oprócz niego nie wierzył, że uda mi się spłacić kredyt. Po depilacji laserowej w 2000 roku wprowadziłam laserowe zamykanie naczyń i usuwanie przebarwień. Wprowadzenie zabiegów medycyny estetycznej było kolejnym, naturalnym już etapem. 

S.C.: Jest Pani inicjatorką programu „Metamorfozy.com Matki i Córki – Historia piękna”. Czym dokładnie się Pani zajmowała w ramach tego przedsięwzięcia? 

K.J.: Wszystkim (śmiech). Zainicjowałam ten projekt, zbudowałam zespół złożony z czterech wspaniałych kobiet. Dałyśmy radę, choć z perspektywy czasu oceniam, że pracy wystarczyłoby dla co najmniej 10 osób.
Jednym z pierwszych kroków był casting. Aby do niego przystąpić, należało napisać list, w którym córka/matka miała nas przekonać, że to właśnie ona powinna wziąć w nim udział. Powody były różne. Na prowadzenie wybijała się chęć pomocy w dbaniu o siebie matce/córce. To dało mi do myślenia. Przez cztery miesiące wykonywałam u Pań zabiegi z zakresu medycyny estetycznej i laserowej. Matki i córki przeszły metamorfozę wyglądu, dbania o siebie, akceptacji ciała. Było to także wyzwanie dla ich relacji. Nad wszystkim czuwała moja firma Consensus med. 

S.C.: Następstwem tego właśnie programu jest „Ciałoterapia” – niedawno wydana książka, która jest swego rodzaju kompendium wiedzy zebranej na podstawie Pani ponad dwudziestoletnich doświadczeń. Zacznijmy od tytułu. Skąd pomysł na połączenie ciała z terapią? 

K.J.: Tytuł książki powstał prawie na samym końcu jej pisania. Pierwsza była intencja dotarcia w prosty, ale fachowy sposób do kobiet w różnym wieku – matek i córek – z przekazem, że dbanie o siebie to mądrość, a nie próżność, że każda z nas może wiele zrobić dla zdrowia ciała, poprawiając jakość życia i ciesząc się z kobiecości. Oczywiście, dbałość o wygląd też jest istotna, ale powinna być tzw. „kropką nad i”. Dobry wygląd nie będzie nas cieszył, gdy okaże się, że ciało choruje… Te informacje starałam się codziennie przekazywać w gabinecie przy każdej konsultacji i zabiegu. Zawsze czekając też na moment, kiedy pacjentka była gotowa je przyjąć. Pamiętajmy, że nie każda z nas chce mówić o słabościach swojego ciała. Często mamy problem, aby przyznać, że wymaga ono troski. W poradniku „Ciałoterapia” mówię do matek i córek. To jak szybko zaczniemy odczuwać procesy starzenia, zależy od tego, jak traktujemy ciało od najmłodszych lat.
Dlaczego tytuł „Ciałoterapia”? Wielu osobom kojarzy się z medycyną naturalną, masażami a są i tacy, których pierwsza myśl dotyczy seksualności. „Ciałoterapia” to filozofia życia ze świadomością, że nasze ciało jest naszym najbliższym przyjacielem, z którym tworzymy związek na całe życie. Jego zdrowie zależy w dużej mierze od nas, ale to ono najczęściej decyduje o jakości naszego życia i jego długości. „Ciałoterapia” to wyraz naszej symbiozy z własnym ciałem. To wszystko, co dajemy mu, troszcząc się o nie i akceptując je. Dobro może do nas wracać. W książce i na warsztatach dla kobiet, które przeprowadzam odpowiadam na pytanie „Co powiedziałoby Twoje ciało, gdyby potrafiło mówić???” Jeżeli każda z nas wsłuchałaby się w ten milczący głos, niejedno mogłaby usłyszeć. Celem warsztatów uczących dbania o potrzeby i zdrowie ciała jest pozostawienie uczestniczek z pytaniem, na które same sobie muszą odpowiedzieć, czyli: „Jaką matką jesteś dla swojego ciała…?” Razem z psychologami, fizjoterapeutami, trenerami osobistymi, osteopatami, coachami i dziennikarzami potrafimy pomagać.

S.C.: Komu Pani dedykuje "Ciałoterapię"?

K.J.: Matkom i Córkom. Wiemy, że relacje matka-córka nie zawsze są proste, ale nikt nie podważy faktu, że to relacje dwóch najbliższych sobie kobiet, które utrzymują najczęściej kontakt przez większość życia. Matki dowiedzą się z „Ciałoterapii”, jak dbać o rozwój dziecka, wprowadzać córkę ze świata dziewczynki w świat kobiety, jak być dobrym wzorcem kobiecości i dbać o samą siebie. Córkom będzie łatwiej zrozumieć, że dbanie o siebie to nie próżność, a mądrość i że warto, będąc młodą, żyć zdrowo, myśleć i postępować ze swoim ciałem, kierując się troską o nie a nie pretensjami. że nie jest spełnieniem marzeń wizażystów. Panie mogą zachęcać siebie nawzajem do dbania o siebie. Dawno minęły czasy, kiedy 50-letnie kobiety uznawały, że przed nimi już tylko starość. 

S.C.: Skoro już rozmawiamy o wieku i dawnych czasach, to muszę zapytać Panią, czym była kobiecość w dawnych czasach, a czym jest teraz? 

K.J.: Kobiecość ma tyle definicji, ilu zapytanych. Mam wrażenie, że dawniej była prostsza do określenia. Wyznaczały ją cechy płciowe, kobiecy ubiór i ozdoby, zachowania, wychowywanie dzieci. Kobiety zbierały pożywienie lub je uprawiały oraz podtrzymywały ognisko domowe. W wielu kulturach kobiety tworzyły wielopokoleniowe wspólnoty. Teraz kobiecość ma więcej wymiarów. To oczywiście nadal cechy płciowe, ale pozostałe kwestie zaczynają się zmieniać. Możemy rozróżnić kobiecość w domu, rodzinie, miejscu pracy – wyzwoloną, pruderyjną, modelingową, wysportowaną, body positive. Najmniej mówi się o takiej zwykłej codziennej kobiecości wywodzącej się z akceptacji siebie, dbałości o zdrowie, wsłuchiwania się w sygnały płynące z ciała. O naturalnej kobiecości. To wielka strata i mam nadzieję, że „Ciałoterapia” – filozofia naturalnego piękna i życia z troską o ciało – przyjmie się i jak to się mówi – wejdzie na salony. 

S.C.: Oby tak było, ponieważ wśród kobiet panuje przekonanie, że „w pewnym wieku jeśli nic cię nie boli, to znaczy, że nie żyjesz”. Pani jednak tę teorię obala. Co w niej jest nie tak? 

K.J.: To stare powiedzenie, powtarzane jak mantra, aby wytłumaczyć sobie, że coś może nam dolegać, ponieważ mamy już tzw. „swoje lata”. Warto jednak zadbać o to, aby objawy przyszły jak najpóźniej, czyli od młodych lat stosować zasady profilaktyki zdrowotnej, a kiedy jednak odczujemy już dolegliwości nie zakładać, że mają nam towarzyszyć lub same znikną. Warto w odpowiednim momencie zgłosić się po pomoc do specjalisty.

S.C.: A jeśli już idziemy do tego specjalisty i chcemy coś u siebie poprawić, aby być perfekcyjną, nagle okazuje się, że to nie takie proste. Czy w medycynie estetycznej istnieje poczucie, że „coś jest idealne”? Jak zapatruje się na zagadnienie perfekcji ta gałąź medycyny? 

K.J.: Wraz z upływem lat postępują procesy starzenia. Można powiedzieć, że pierwsze oznaki zaczynają się pojawiać w 25. roku życia. Od tego momentu tracimy 1% kolagenu rocznie.
Wiemy, że wiek metrykalny, czyli ten wynikający z tego, ile mamy lat nie zawsze idzie w parze z wiekiem biologicznym, czyli tym określającym stan ciała odpowiadający wiekowi metrykalnemu. Dobrze, gdy wiek biologiczny jest młodszy – czyli starzejemy się wolniej, niż wynika to z daty urodzenia. Każdemu z nas zegar tyka tak samo, ale czy nasze ciało będzie się czuło i wyglądało dobrze, jak na swój wiek metrykalny czy źle, zależy w dużej mierze od nas samych.
Często te „idealne” jest wynikiem możliwości medycyny estetycznej i chirurgii plastycznej. Tylko idealne wygląda zawsze tak samo. Pytanie, czy tego właśnie chcemy? Jestem zwolenniczką poddawania się zabiegom spowalniającym procesy starzenia lub usuwającym defekty, które spędzają nam sen z powiek. Jednak wykonujmy zabiegi tak, aby – mimo upływającego czasu – „zachować twarz”, czyli – mając np. 60 lat – poprawiajmy wygląd, ale wyrażajmy zgodę na jakieś zmarszczki, mając 20 lat. Cieszmy się młodością, a nie korygujmy ust do karykaturalnych wielkości, gdyż może zwracają one na siebie uwagę nie swoim pięknem a przerysowaniem?

S.C.: Właśnie wspomniała Pani o bardzo ważnej kwestii, czyli operacji plastycznych. Są one pokazywane nawet w telewizji, gdzie uczestniczki bez skrępowania mówią o swoich wadach, które czasem istnieją tylko w wyobraźni. Dlaczego tak trudno nam kobietom zaakceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy i chcemy za wszelką cenę coś poprawić? 

K.J.: To często przechodzi z matki na córkę. Dom rodzinny to miejsce budowania akceptacji dla ciała. Z jednej strony to przekaz słowny, który – jeżeli jest pozytywny – podkreśla, że bycie dziewczynką, kobietą jest piękne. Z drugiej strony, przekaz wynikający z obserwacji matki. Kiedy dziewczynka widzi, że matka lubi swoje ciało, akceptacja swojego wyglądu jest czymś oczywistym, podobnie jak akceptacja procesów starzenia. Do procesów, o których mówię dochodzą indywidualne cechy dziecka, wpływ kolegów i koleżanek, cieszenie się z odnoszonych  sukcesów i umiejętność radzenia sobie z porażkami.

S.C.: Boimy się przyznać przed samymi sobą, że coś jest nie tak i świadomie odsuwamy problemy. To jest chyba ta porażka, o której Pani mówi. Dlaczego nie lubimy mówić o naszych dolegliwościach otwarcie? 

K.J.: Nie chcemy przyznać się do słabości. Obawiamy się uznania, że jesteśmy przewrażliwione na swoim punkcie. Wolimy też nie martwić rodziny. Uznajemy, że jakoś to będzie. Nie bez powodu hipochondrycy żyją dłużej… Nie popadajmy w skrajności, ale zacznijmy mówić i myśleć o tym, co czuje ciało.

S.C.: Czy medycyna estetyczna i inwazyjne zabiegi opóźniające proces starzenia to jedyne, co kobieta może dla siebie zrobić?

K.J.: Może zrobić znacznie więcej. Higieniczna dieta, czyli zdrowa, ale pozwalająca nam na zjedzenie czasem czegoś mniej zdrowego to dobry początek. Czynnikiem najbardziej narażającym organizm na otyłość jest nieregularne jedzenie. Nasze ciało nastawione jest na przetrwanie. Kiedy poczuję głód, to w kolejnym posiłku część przyswajanych kalorii zgromadzi w postaci tkanki tłuszczowej, aby mieć energię do przeżycia kolejnego okresu głodu. Bardzo ważnym dla spowalniania procesów starzenia jest podejmowanie regularnego wysiłku fizycznego. Medycyna estetyczna powinna być kropką nad „i”, ale i na jej efekty możemy wpływać. Im higieniczniej żyjemy, tym ciało lepiej zareaguje na zabiegi. Dobrze nawodnione, odżywione, natlenione, zrelaksowane, odwdzięczy się lepszym i trwalszym efektem zabiegów. 

S.C.: Dokładnie pisze o tym Pani w swojej książce, gdzie nieustannie podkreśla Pani, że my – kobiety – bagatelizujemy własną dietę, czyniąc sobie krzywdę. Co dokładnie ma Pani na myśli? Dlaczego Polki podchodzą do swojego ciała tak lekceważąco?

K.J.: Nie wszystkie lekceważymy swoje ciało. Są kobiety które je akceptują i żyją w zgodzie z nim. Potrafią pomagać ciału zgodnie z cyklem menstruacyjnym, wybaczając mu jednocześnie skłonność do napięć, gorszych dni, obrzęków. Potrafią wydobywać swoje atrybuty, maskując niedoskonałości. Mają świadomość, jak stres i emocje wpływają na zdrowie ciała. Znajdują czas na zaopiekowanie się nim, gdyż to od jego stanu zależy nasza jakość życia. Tylko wielu z nas poznanie i akceptacja ciała zajmują znaczną większość życia. „Ciałoterapia” pozwala poznać ciało w każdym wieku. Pokazuje, że akceptacja ciała to chęć troszczenia się o nie. Książka daje gotowe rozwiązania, jak dbać o ciało od najmłodszych po najstarsze lata i jak być dobrą matką dla swojego ciała.

S.C.: Dla kobiety zawsze najważniejszy był i jest wygląd zewnętrzny i to o niego dbamy najbardziej. Jak matki zatem powinny uświadamiać swoje córki, aby dbały nie tylko o to, co na zewnątrz, ale też o to, co wewnątrz?

K.J.: Musimy dawać przykład. Matka jest dla córki szczególnie w wieku wczesnego dzieciństwa autorytetem i wzorcem kobiecości. Jeżeli będzie pokazywać akceptację własnego ciała niezależnie od tego, jakimi atrybutami obdarzyła ją natura, nauczy dziecko, że wygląd jest ważny, ale nie stanowi o szczęściu i powodzeniu. Istotne jest, aby córka budowała poczucie własnej wartości w oparciu o świadomość bycia w czymś dobrą, zdolną, aby zostały zauważone jej talenty. W każdym młodym człowieku znajdziemy coś wyjątkowego. Trzeba poznać własne dziecko, porozmawiać z opiekunką w przedszkolu, z nauczycielką, obserwować. Kiedy dziecko będzie mieć ugruntowane poczucie własnej wartości, nieżyczliwe słowa koleżanek czy kolegów mogą być przykre, ale nie wywołają kompleksu i nie staną się podłożem braku akceptacji ciała. Wtedy dziecko będzie już wiedzieć, że nie wygląd jest najważniejszy.

S.C.: Jak więc rozmawiać o kompleksach z dzieckiem, aby nie wpędzać je w poczucie winy i aby mogło pewnie wkroczyć w wiek dojrzewania?  

K.J.: Pytanie: w jakim wieku jest dziecko? Jeżeli ma kilka lat i nie wie, co to kompleks, lepiej nie wywoływać tematu. To tylko dążące do doskonałości mamy muszą usunąć naczyniak na policzku, bliznę po nieszczęśliwym upadku z roweru czy skorygować odstające uczy. Jeżeli lekarz nie zaleci inaczej lepiej milcząco obserwować niż podkreślać defekt. Może on wraz rozwojem samoistnie ustąpić lub kiedy dziecko będzie większe zostanie usunięty czy skorygowany w pełnej współpracy z młodym człowiekiem i na jego życzenie.
Kiedy mamy do czynienia z nastolatkiem, warto uprzedzić o okresie brzydoty. Przygotować dziecko na to, że będzie się zmieniać, może mieć trądzik, zmieni się rozkład tkanki tłuszczowej i proporcje ciała. Zawsze warto wspomóc się wykonaniem serii pięknych zdjęć. Warto pokazać, że w social mediach występują piękne nastolatki poprawione odpowiednimi programami lub manipulujące wyglądem dzięki odpowiedniemu ustawieniu ciała przed aparatem.

S.C.: Jakie błędy najczęściej popełniają matki w odniesieniu do swoich córek? 

K.J.: Matki pokazując córkom, że nie lubią wyglądu swojego ciała, wyrządzają im krzywdę. Przekazują informacje, na podstawie których dorastające córki wyszukują wad w swoim ciele i dorastają w przeświadczeniu, że pierwsze zmarszczki oznaczają koniec atrakcyjności. Drugim błędem jest porównywanie córki z koleżankami. Często matki pokazują inne dzieci jako przykład, uważając, że może to motywować do poprawy w jakimś zakresie. A najczęściej dziecko czuje się po prostu gorsze. Wychowując, należy zauważać talenty dziecka i rozwijać je. To najlepszy sposób na zbudowanie samoakceptacji, a tym samym akceptacji ciała niezależnie od jego wyglądu. A kiedy mówimy o wyglądzie ciała, ważne, aby zauważać jego zalety, pomagać dbać o skórę w okresie dojrzewania oraz utrzymywać odpowiedni poziom aktywności fizycznej. Warto podkreślić, że zdjęcia dostępne w social mediach często nie odpowiadają rzeczywistości. Bardzo korzystnie na samoocenę wpływa wykonanie sesji fotograficznej, dzięki której w odpowiednim świetle, ujęciu, pozycji ciała i makijażu pokażemy dziecku, że także jest atrakcyjne. 

S.C.: Dlaczego tak negatywnie postrzegamy swoje ciało? 

K.J.: Najczęściej otrzymaliśmy takie wzorce od rodziców, potem od koleżanek, czasem z mediów. Codziennie narażeni jesteśmy na odbiór informacji ukierunkowanych na poprawę wyglądu, m.in. z zakresu medycyny estetycznej. Większości z nas to pomaga spowolnić procesy starzenia, ale innym osobom wskazuje, że jakieś cechy wyglądu mogą przeszkadzać, gdyż jest zapotrzebowanie, aby je usuwać czy korygować lub ukrywać. Stąd wyszukujemy u siebie coraz to nowych mankamentów. Dawniej różniła nas masa ciała i uroda. Z upływem lat jedne z nas starzały się ładnie a inne brzydko. Było to jednak przyjmowane jako cecha. Teraz jedne z nas poprawiają wygląd, a drugie albo się boją, albo nie chcą skorzystać z usług. W perspektywie lat te naturalne wyglądają gorzej o ile tylko u Pań poddających się zabiegom są one wykonywane z zachowaniem naturalnego wyglądu, gdyż często o tym się zapomina w pogodni za twarzą bez zmarszczki.

S.C.: Nie potrafimy też mówić o naszym ciele. Skąd te zahamowania? Czy właśnie dlatego, że każdy stara się policzyć każdą zmarszczkę i fałdę na swoim ciele? Czy wynika to z uwarunkowań kulturowych, czy jednak jest to coś innego? 

K.J.: Wiele zależy od środowiska, w jakim się obracamy, hobby czy wykonywanego zawodu. Osoby, które pracują z ciałem, mają jego świadomość i wiedzą, jakie ma potrzeby oraz słabe i mocne strony. Te, które nie zwracają uwagi na ciało, często je zaniedbują, traktują jak opakowanie. Są też takie, które nie akceptują ciała i je ukrywają. Na to, jak żyje się nam z własnym ciałem wpływa wychowanie, środowisko, media. 

S.C.: Od czego należy zacząć akceptację swojego ciała, aby nie było tylko „opakowaniem”? Czy są jakieś praktyki, które zaleca Pani wdrożyć?

K.J.: Odnaleźć talent, zbudować na nim poczucie własnej wartości. To moja rada. Naprawdę warto udać się do specjalisty z prośbą o poradę, co należy podkreślać, a co maskować. Jak dbać nie tylko o wygląd, ale też o zdrowie. Gdy ciało choruje, nasza jakość życia znacząco się pogarsza.

S.C.: To prawda, ale o ciało trzeba też dbać od najmłodszych lat, aby w dorosłym życiu dziewczynka cieszyła się pełnią zdrowia. Jakie komunikaty stosować w trosce o dobro dziecka, aby nie odcisnąć na nim piętna i aby mogło w przyszłości dorosnąć na pewną siebie osobę?

K.J.: Nie wychowujemy córki w rywalizacji z innymi dziewczynkami, a cieszmy się jej osobistymi sukcesami, rozwojem i postępami. Bądźmy przykładem dbania o siebie. Akceptujmy nasz wygląd i nie narzekajmy na niego. Wykonujmy badania okresowe, bądźmy aktywne fizycznie i towarzysko. Szukajmy wsparcia wśród innych kobiet. Słuchajmy potrzeb dziecka i nie bagatelizujmy ich, ponieważ każdy problem mierzony jest miarą tego, co jesteśmy w stanie udźwignąć. Rozmawiajmy i tłumaczmy. Nie oczekujmy cudów i podkreślajmy, że bycie kobietą jest piękne.

S.C.: Piękno to według niektórych pojęcie względne, a gdy miewa się kompleksy będąc nastolatką, nasze niezadowolenie ze swojego ciała rośnie. Skąd się biorą te niechlubne statystyki dotyczące tak wysokiego w Europie poziomu niezadowolenia polskich nastolatek? 

K.J.: Moim zdaniem z presji otoczenia. Przekonania, że atrakcyjni ludzie łatwiej odnoszą sukcesy, ale przede wszystkim z przekazywania z matki na córkę negatywnych komunikatów. Wolimy narzekać na los, niż poprawić swój wygląd. No i tak matka przekazuje córce swoim przykładem, że jest źle, że gdyby była piękna, też odnosiłaby sukcesy. Córce więc pozostaje pogodzić się z tym, że także nie może być atrakcyjna. Tak być nie musi. Warto wiedzieć, że bez akceptacji ciała, żaden specjalista nam nie pomoże, ponieważ nie będziemy potrafiły zaprezentować ciała w dobrym świetle.

S.C.: W książce pisze Pani bardzo otwarcie nie tylko o psychice kobiecej, ale o nawet najbardziej intymnych sprawach, a wszystko to oprawione w estetyczną okładkę i okraszone dość śmiałymi zdjęciami. Nie obawiała się Pani, że już sama tematyka może wywołać szok?

K.J.: „Ciałoterapia” opisuje tematy codzienne dla każdej kobiety. To często tematy tabu. Przemilczenia ich jednak nie oznaczają, że nie istnieją. Oczywiście, łatwiej jest nie poruszać trudnych tematów, ale od 20 lat rozmawiam o nich z kobietami. Uznałam, że przyszedł czas, aby podzielić się wiedzą z szerszą grupą Czytelniczek.
Ilustracje są prawdziwe. Pokazują ciało. Tłumaczą, na jakich zasadach działa. Były bardzo trudnym wyzwaniem zarówno dla mnie, jak i dla fotograf, modelki i grafika. Uzyskaliśmy piękny efekt. Nasza modelka jest naga, ale nie epatuje seksem. Jest piękna, ale jest podobna do wielu kobiet. Nie wykonywaliśmy retuszu, aby nie niszczyć naturalnego efektu. Opisy ilustracji i ich zawartość tłumaczą, jak działa ciało i dlaczego możemy w prosty sposób wiele dla niego zrobić.
Treść „Ciałoterapii” też jest prawdziwa. Czasem nie chciałam poruszać niektórych kwestii, ale wtedy konieczność ich zamieszczenia albo wynikała z rozmów z kobietami, które spotykałam w czasie pisania lub przychodziła z zewnątrz. Przykładem jest fragment dotyczący masturbacji. Nie zamierzałam o niej wspominać. Jednak redaktor tekstu wpisała uwagę: „Tutaj aż prosi się, aby napisać o masturbacji”. Nie musiałam jej posłuchać, ale uznałam, że ma rację, a ja próbowałam sobie uprościć i właśnie nie wzbudzić kontrowersji… Dlatego "Ciałoterapia" jest odbierana jako prawdziwa, ale też delikatna i kobieca. To książka napisana przez kobietę dla kobiet. 

S.C.: Pisząc o kobiecych narządach płciowych, nie bawiła się też Pani w zbędne słowa, ale nazywała wszystko po imieniu. Czy sądzi Pani, że kobietom będzie łatwiej mówić o swoich najskrytszych sprawach po przeczytaniu książki? 

K.J.: Jestem pewna, że dowiedzą się z niej o tym, co mają dosłownie głęboko ukryte, a co stanowi w ogromnej mierze o ich zdrowiu, atrakcyjności, kobiecości. Lepiej poznać swoją intymność na początku kobiecej drogi. Nazywać wszystko po imieniu. Spotykam się z wieloma podziękowaniami ze strony ginekologów i położnych. To niezwykłe, że kobiety mają problem z mówieniem o swojej miednicy nawet u lekarza. Przeczytanie „Ciałoterapii” odpowiada na wiele pytań, które kobieta powinna zadać swojemu lekarzowi, a nie robi tego, ponieważ nie wie, jak je sformułować lub – co najgorsze – nie ma nawet świadomości, że powinna. Cierpimy na bolesne miesiączki, ponieważ uważamy, że tak nas Pan Bóg stworzył. Wybieramy cesarskie cięcie, gdyż wydaje się nam, że jest lepsze dla matki i dziecka. Przez całe życie nie chcemy słyszeć o wysiłkowym nietrzymaniu moczu, uważając, że nas nie dotknie, a kiedy je zauważamy, nie wiemy jak sobie pomóc.
„Ciałoterapia” porusza więc szeroką tematykę potrzeb i możliwości ciała, o których powinniśmy wiedzieć od nastu lat. Uczy, jak dbać o ciało. Od załatwiania czynności fizjologicznych zgodnie z fizjologią, aby oszczędzać mięśnie dna miednicy i unikać hemoroidów, poprzez odpowiednie uprawianie aktywności fizycznej po badania okresowe oraz sposób pomagania ciału w odpowiedzi na niepokojące sygnały. Wszystko opisałam w prosty, ale fachowy sposób.

S.C.: Mam wrażenie, że w ostatnich latach medycyna estetyczna nieco zmieniła swoje oblicze i trochę przygotowała Pani grunt pod książkę, ponieważ o problemach, o których Pani teraz wspomniała więcej mówi się w telewizji. Lekarze i pacjentki zaczynają otwarcie rozmawiać o sprawach o często wstydliwych problemach i szukać najłatwiejszych rozwiązań. Co Pani sądzi o tego rodzaju programach? 

K.J.: Jak wspomniałam programy z jednej strony są nadzieją dla osób, które mają rzeczywiste defekty estetyczne czy kompleksy uniemożliwiające prawidłowe funkcjonowanie. Z drugiej jednak strony, mogą być początkiem braku akceptacji. Należy tutaj zapytać, czy osoba mająca „za małe piersi”, widząc w telewizji podobne i przejmującą reakcję ich właścicielki, nie jest narażona na przykrość i poddanie w wątpliwość własnej atrakcyjności? Po jednej osobie – to jak się mówi potocznie „spłynie” – ale inna może zacząć się wahać, czy i ona nie byłaby szczęśliwsza, gdyby piersi nie były większe… Najgorzej jest, kiedy te programy ogląda dziewczynka, a potem dorastająca nastolatka. One mogą doszukiwać się u siebie podobnych problemów… No więc, jak ze wszystkim programy mają zalety i wady.
Kiedy do mnie trafia osoba z problemami dotyczącymi, np. prawie niewidocznych rozstępów, rozumiem ją i staram się pomóc. Jednak pytam, czy jeżeli rozstępy po zabiegach będą 3x mniej widoczne, to nałoży dwuczęściowy strój i pójdzie na plażę. Jeżeli się waha, proszę, żeby pieniądze które chce przeznaczyć na zabiegi, wydała na wycieczkę do ciepłych krajów i zakup pięknego bikini, aby spróbować przełamać strach przed pokazaniem ciała. Ta osoba, gdy już do mnie trafiła, już nie akceptowała swojego wyglądu. Inaczej jest gdy kobiety, które mają podobne rozstępy i żyjąc z nimi normalnie – patrząc na program telewizyjny – zaczną się zastanawiać, czy ich ciało też nie jest tak oszpecone, że może nie powinny go pokazywać… A co dopiero kiedy program obejrzy dziewczynka przed okresem skoku wzrostowego i dowie się, że w jego czasie i okresie dojrzewania mogą pojawić się rozstępy. Znam przypadek dziewczynki, która – bojąc się przybrać na wadze, bo to zwiększa ryzyko powstania rozstępów – wpadła w anoreksję…

S.C.: Smutne to i pokazuje, że interwencja chirurgiczna nie zawsze jest konieczna. W „Ciałoterapii” promuje Pani profilaktykę w myśl zasady: lepiej zapobiegać niż leczyć i przede wszystkim rozmawiać, ale co z tymi paniami, które boją się otworzyć przed sobą, a co dopiero przekazać zdrowe nawyki swoim dorastającym córkom? 

K.J.: Każdy z nas wystawia ciało na próby. Ważne, aby je obserwować i odpuścić, kiedy czujemy, że brakuje sił. Zawsze możemy też zgłosić się po pomoc do specjalisty. Może się okazać, że to właśnie o jeden dzień za długo uważaliśmy, że jesteśmy ze skały… Obserwuj ciało i zauważaj niepokojące sygnały, które wysyła – to pierwsze zalecenie profilaktyki zdrowotnej.
Przekazywanie zdrowych nawyków najłatwiej następuje w wyniku naśladownictwa. Tak jak uczymy dziecko mycia zębów i konieczności wizyt u dentysty, ponieważ same to robimy, tak powinnyśmy mówić o miesiączkowaniu, gorszym samopoczuciu i wizycie u ginekologa czy samobadaniu piersi. Inne badania okresowe powinny być wpisane w kalendarz na nowy rok jednocześnie z zaznaczaniem rodzinnych uroczystości i imienin przyjaciół…

S.C.: Namawia Pani również, aby w profilaktyce stosować też współczesne zdobycze technologiczne. O czym dokładnie Pani mówi? 

K.J.: Wydanie „Ciałoterapii” sponsorowała moja firma Consensus med., ale bez udziału drugiego sponsora – producenta urządzenia ThermiVa – książka pewnie nie ukazałaby się. Ze współpracy z ThermiVa ogromnie się cieszę, gdyż to urządzenie reprezentujące najwyższe osiągnięcia technologiczne w biorewitalizacji zewnętrznych i wewnętrznych kobiecych okolic intymnych. Fale radiowe, inaczej zwane radiofrekwencją, podgrzewają tkanki do temperatury ok 42-45 stopni Celsjusza. Zabieg zaczyna się od niższych temperatur, aby receptory „przyzwyczaiły się”. Dosłownie w oczach tkanka pojędrnia się, wargi sromowe większe i mniejsza napinają się i obkurczają, pochwa zmniejsza swoją średnicę, a sąsiadująca z nią cewka moczowa przyjmuje prawidłowy przebieg, dzięki czemu ustępują objawy I stopnia wysiłkowego nietrzymania moczu. Te efekty pomocne są zarówno kobietom po porodach drogami natury – ponieważ już 6 tygodni po rozwiązaniu można poddać się zabiegowi, aby przyspieszyć powrót tkanek do stanu sprzed ciąży – a także u pań w każdym wieku, aby zbiorewitalizować okolice intymne. Poprawa mikrokrążenia wpływa na odbudowę błony śluzowej, zwiększając nawilżenie pochwy i odczuwania. Zabieg spowalnia procesy atrofii urogenitalnej towarzyszące okresowi menopauzy i klimakterium. W przeciwieństwie do popularnych zabiegów laserami ginekologicznymi, ten obejmuje okolice intymne zewnętrzne i wewnętrze oraz jest całkowicie nieinwazyjny. Dowodem na to jest choćby fakt, że w postępowaniu pozabiegowym zezwala się na kontakt intymny już w dniu wykonywania zabiegu, a po zabiegu laserowym zaleca się około 4 tygodni bez kontaktów seksualnych.

S.C.: Bardzo dobrze, że powstają takie metody, gdyż skutecznie zwalczają niektóre dolegliwości. Książka wydana, a co po niej? Jakie są Pani najbliższe plany? 

K.J.: Moim spełnieniem zawodowych marzeń byłoby, gdyby poradnik „Ciałoterapia” stał się początkiem kobiecej filozofii życia z własnym ciałem, kobiecością i seksualnością. Już w listopadzie odbędą się pierwsze warsztaty pod tytułem „Ciałoterapia". Co powiedziałby Twoje ciało gdyby mogło mówić?” Będziemy rozmawiać o tym, co możemy zrobić dla swojego brzucha oraz miednicy i dlaczego życie w zgodzie z nimi jest tak dla nas ważne. Potem mam nadzieję, że projekt dotrze do szerokiej grupy kobiet. A 15. maja 2019 roku w księgarniach będzie można kupić „Ciałoterapię 2”. Poświęcę ją kobiecym bliźniaczkom: piersiom, pośladkom oraz kończynom górnym i dolnym. Dla nich też wiele możemy zrobić każdego dnia. Udowodnię, że nie dość, że to proste, to w dodatku warto. Oby „Ciałoterapia” stała się poradnikiem przekazywanym z matki na córkę, kupowanym bliskim nam kobietom z dedykacją „Jesteś dla mnie ważna. Dbaj o siebie.”

S.C.: To cenny poradnik dla każdej kobiety kochającej swoje ciało. Z pewnością wiele z pań przeczyta i weźmie sobie te rady do serca. A ja bardzo dziękuję za niezwykle ważną rozmowę i cenne uwagi. Życzę powodzenia w realizacji dalszych planów.
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: