Taką mamy współczesną kuchnię, na jakie wybory decydują się ludzie

Iwona Zasuwa to kobieta-orkiestra. Od ponad dwudziestu pięciu lat żyje na scenie jako wokalistka i muzyk sesyjny. Na stałe współpracuje z jedną z najoryginalniejszych polskich wokalistek Kayah. Prywatnie mama 10-letniego synka i autorka bloga Smakoterapia, którego początek wiązał się ze zmianą nawyków żywieniowych wymuszoną dolegliwościami chorobowymi dziecka. Od niedawna też autorka dwóch już książek kulinarnych: „Smakoterapia” (hit sprzedażowy) i „Smakoterapia 2”, która niedawno miała swoją premierę. To właśnie o tej publikacji postanowiłam porozmawiać z prekursorką warsztatów kulinarnych dla dzieci na portalu Kulturalne Rozmowy. Moją rozmówczynię podpytałam o nawyki żywieniowe jej synka, o zmiany w diecie rodziców i ich świadomość kulinarną oraz o dzieci na planie. Autorka bestselleru zdradzi mi również przepis na kilka szybkich i prostych potraw dla zabieganych rodziców. Zapraszam – będzie ciekawie.  



Sylwia Cegieła: Iwona Zasuwa – autorka bloga Smakoterapia. Jak Pani udało się dojść do takiego sukcesu w branży kulinarnej, gdzie jest spora konkurencja?

Iwona Zasuwa: Nie postrzegam swojej działalności w takich kategoriach. Moim sukcesem, którego konsekwencją jest działalność związania z kulinariami, jest zdrowie mojego syna, jego silniejszy organizm i dobra odporność. I w tym obszarze nie jestem niczyją konkurencją. Jeżeli ma Pani na myśli sukces książki „Smakoterapia” (a rzeczywiście był ogromny), sukces bloga czy popularność warsztatów, to mam poczucie, że nasze doświadczenie z gotowaniem bez cukru, nabiału i glutenu, głównie roślinne, nie było dotąd szczególnie popularne, zwłaszcza w mediach czy w wydawnictwach. Po prostu pomijano bardzo dużą grupę odbiorców, alergików, osób z nietolerancjami, osób dla których ważne jest odżywianie oparte na składnikach naturalnych, bez gotowców i produktów wysoko przetworzonych, z mocnym akcentem na inspiracje roślinne. Powiem więcej, cała moja działalność nigdy by się nie rozpoczęła, gdybym znalazła to czego potrzebowałam dla swojego dziecka 10 lat temu. Zatem zrobiliśmy dla samych siebie to, czego nam brakowało na rynku i okazało się, że nie jesteśmy sami i że ta historia „pisana w kuchni” jest po prostu potrzebna. 

S.C.: Właśnie a propos pisanie, właśnie wydała Pani 2. część „Smakoterapii”. Czym ona różni się od pierwszej i dlaczego tytuł sugeruje terapię żywieniem? 

I.Z.: „Smakoterapia 2” jest kontynuacją pierwszej części, w której trudno było fizycznie zawrzeć całe nasze ośmioletnie doświadczenie z gotowaniem „dla zdrowia”. Między innym w pierwszej części nie było miejsca na słodycze, bo nie są one podstawą naszej kuchni, ale jednak w jakimś procencie są obecne. Druga część zatem to ukłon w stronę „słodyczożerców”, czyli przepisy, w których podpowiadam, w jaki sposób w zaciszu własnej kuchni zmajstrować sobie albo alternatywną, albo po prostu zdrowszą wersję niektórych popularnych słodkości z zyskiem dla naszego zdrowia i z korzyścią dla portfela.
Tytuł książki pochodzi z bloga, który prowadzę od 2011 roku. Powstał on z powodu potrzeby zmian w diecie nie tylko alergicznego dziecka, ale całej rodziny. Lekarz rodzinny, który wówczas opiekował się nami uczył nas, że lepiej zapobiegać niż leczyć i że jesteśmy tym co jemy, oraz namawiał do podejścia hipokratejskiego do własnego zdrowia: „niechaj pożywienie będzie Twoim lekarstwem”. Nic nowego, a jednak realizacja tego postulatu w życiu - bywa trudna. 

S.C.: No właśnie, motto Pani kuchni oparte jest na medycynie hipokratejskiej. Co to właściwie oznacza? 

I.Z.: Najczęściej powtarzane zdanie przypisywane ojcu współczesnej medycyny brzwi: „Niechaj pożywienie będzie Twoim lekarstwem.” Uczony ten wielką wagę przywiązywał do odżywiania i higieny. Uważał je za idealną profilaktykę. Dziś wiemy, że to, co jemy „tworzy nas” i to dosłownie. Nie ma takiej jednostki chorobowej, w której to, co spożywamy na co dzień nie ma zupełnie znaczenia, jak twierdzi mój lekarz. Trzymamy się tej koncepcji z pożytkiem dla zdrowia, co nie oznacza, że nie korzystamy z medycznych zdobyczy cywilizacyjnych. Po prostu przypomnieliśmy sobie, jak bardzo ważne są codzienne nawyki żywieniowe i jak bardzo ważne jest nie tylko „jeść”, ale „odżywiać się”. Różnica jest bardzo znacząca.

S.C.: Czyli jaka? 

I.Z.: Opowiem na własnym przykładzie. Teoretycznie od dawna wiedziałam, co mniej więcej jest zdrowe a co niekoniecznie, ale to nie wystarczyło, by pochylić się z uwagą nad swoim menu. Jadłam więc głównie szybko, w biegu, nie zawsze to, co mi służy, gdyż zwykle „coś” było ważniejsze od… No właśnie. Ode mnie samej! A to praca, a to zobowiązania wobec innych, a to jakieś projekty, rodzina, dziecko, sprzątanie. Ja sama – na ostatnim miejscu. Jadłam, ale czy byłam odżywiona? To paradoks współczesnych czasów. Mamy w sklepach wszystko, a w organizmach – niedobory. Dlaczego? Dlatego, że jemy szybko, byle jak i byle co. Żyjemy w stresie i dokonujemy wyborów, które nie zawsze nam służą. Nasze układy pokarmowe są często latami nadwyrężane jedzeniem fast foodów lub innej bezwartościowej, wysoko przetworzonej żywności. Miewamy też zaburzone mechanizmy trawienne, zaburzoną florę bakteryjną, zaburzone przyswajanie… I bardzo często to trwa dopóty, dopóki nie pojawia się jakaś choroba, ból, który każe nam się zatrzymać. Bywa, że dopiero właśnie wtedy nadchodzi moment, kiedy chcemy się pochylić nad sobą i pomyśleć jak się naprawdę ODŻYWIAĆ, zamiast tylko jeść. I zaczynamy rozumieć, że to ma sens.


S.C.: Po tej zmianie nastawienia do kultury żywienie bez czego nie zaczyna Pani gotowania? 

I.Z.: Nie mam podstawowej bazy. Jestem typową kobietą, która mówi: „dajcie mi trzy składniki a zrobię Wam sałatkę” – to o mnie. (śmiech)

S.C.: Komu poleca Pani zajrzeć do obu części „Smakoterapii”? 

I.Z.: Wszystkim tym, którzy szukają inspiracji, roślinnych przepisów głównie ze składników naturalnych, prostych i niedrogich. Również osobom, które z powodów zdrowotnych powinny wyeliminować z diety nabiał, gluten czy cukier rafinowany. To książka, w której namawiam nie do stosowania jakiejś „diety” (czyli do wyrzeczeń i cierpień), a do poszukiwania utraconego smaku naturalnych produktów. Nasze kubki smakowe są często przeciążone ogromną ilością substancji podkręcających smak, mocno skondensowanych dodatków czy polepszaczy smaku. Na szczęście moje własne doświadczenie mówi, że warto posłuchać specjalistów, wedle których komórki smakowe odnawiają się co 10 dni, a więc zmiana przyzwyczajeń jest możliwa. Tak by było nie tylko zdrowo, a smacznie i przyjemnie. 

S.C.: Wspomniała Pani o różnorodności produktów. W Pani książce wiele jest składników, których nigdy nie było w tradycyjnej kuchni polskiej. Jak sobie poradzić, gdy nie mamy aż tyle czasu lub nie lubimy eksperymentować w kuchni z nowymi potrawami? 

I.Z.: W mojej kuchni jest ogrom naturalnych, lokalnych, naszych polskich, niedocenianych warzyw i owoców. Można natrafić na „obcy” kokos, daktyle czy sezam, jednak my – Polacy jesteśmy już chyba dość mocno oswojeni z tymi produktami. Co do drugiej części pytania – najtrudniej jest na początku, czyli wtedy, kiedy przyzwyczajenie nie pomaga nam łatwo wprowadzić zmiany. Jednak myślę, że dla własnego zdrowia – warto. 

S.C.: Nie każdy lubi spędzać w kuchni dużo czasu, jaką najkrócej przygotowywaną potrawę zawartą  w książce może Pani polecić? 

I.Z.: Jest wiele bardzo szybkich potraw czy przekąsek bazujących na 1 czy 2 głównych składnikach, np. genialny pieczony ananas saute ze smakowitą skórką czy sezamki: sezam i miód albo placki: jajko i mąka z kokosa, słodkie skórki: jabłko i mięta, pieczony pasternak czy carpaccio z buraka oraz proste, smaczne zupy, które w zasadzie robią się same. 

S.C.: Powodem, dla którego zmieniła Pani nawyki żywieniowe były – jak wspomniała Pani na początku naszej rozmowy – narodziny synka i związane z jego zdrowiem problemy z żywieniem. Jak układa się dietę dla dzieci, aby chciały zjeść nawet te najbardziej nielubiane przez maluchy warzywa? Co jest najważniejsze w ich diecie? 

I.Z.: Po tę wiedzę należy się zwrócić do specjalisty, który zanalizuje potrzeby danego dziecka czy danej rodziny i poprowadzi odpowiednio w stronę pozytywnych zmian. Jedno co na pewno można zrobić samemu, to uświadomić sobie, jaka jest JAKOŚĆ pożywienia, które serwujemy samym sobie i dzieciom. Zadbanie, by były to składniki świeże i jak najlepszej jakości to podstawowa zmiana, która przyda się każdemu – bez względu na zalecenia dietetyczne. Zatem najważniejsze jest czyste jedzenie. I, wbrew pozorom, wcale nie jest łatwo temu zadaniu sprostać. 

S.C.: Oj zapewniam, że nie jest. Dzieci też mają swoje przyzwyczajenia i ulubione potrawy, które jadłyby bez zahamowani. A jak jest w przypadku Pani syna?

I.Z.: Zawsze kiedy słyszę to pytanie, muszę sprawdzić stan aktualny, ponieważ wiadomo, z dziećmi wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Uwaga, mam odpowiedź: nadal sushi i potrawy inspirowane Azją, wyraziste przyprawy, imbir i kurkuma. Oczywiście, najchętniej domowe, wspólnie przygotowywane we własnej kuchni. To pokłosie „podróży kulinarnych”, które uskuteczniamy od lat we własnej kuchni.

S.C.: Prowadzi Pani warsztaty kulinarne dla najmłodszych smakoszy. Dlaczego Pani zdaniem, zdaniem Iwony Zasuwy – mamy, prawidłowe żywienie już malutkich dzieci jest tak ważne?

I.Z.: To proste, w dzieciństwie tworzą się nawyki, które zostają nam na całe życie. Dzieciństwo to czas wyjątkowy. Ciało się rozwija, zachodzą ważne zmiany ilościowe i jakościowe w całym organizmie. Warto te zmiany wspierać, by dziecko mogło cieszyć się dobrym zdrowiem teraz i w przyszłości. 

S.C.: To prawda. Co jest więc największym wyzwaniem w Pani pracy warsztatowej z dziećmi i dorosłymi, aby podołać tym wszystkim zmianom? 

I.Z.: Z dziećmi i dorosłymi pracuje się zupełnie inaczej. Dzieci – ku zaskoczeniu wielu dorosłych – są bardziej chętne do przeprowadzania zmian i wierzą (albo mniej wątpią), że to się uda. Kiedy dowiadują się na przykład, jakie działanie ma na organizm cukier albo barwniki spożywcze, są gotowe rezygnować z nich i chętnie sięgają po zamienniki. Z zapałem miksują daktyle na krem czekoladowy, farbują sokiem z buraczka cytrynowe lemoniady. Smakują i próbują – zwłaszcza jeśli są w grupie, w przyjaznej atmosferze, z szacunkiem i bez nacisków i presji.
Dorośli często skupiają się na trudnościach. Słyszę coś w stylu: „o rety, skąd ja wezmę czas na gotowanie, a czy to jest droższe od dotychczasowego sposobu na życie, czy ja dam radę…”. I często potrzebują wsparcia. Niektórzy przychodzą na warsztaty wiele razy, ponieważ mówią, że potrzebują tej dawki pozytywnej energii i obecności innych ludzi, którzy myślą podobnie. Wiele osób czuje się wciąż osamotnionych w swoich środowiskach, słyszą od babć, że to przesada, że dzieci muszą jeść słodycze, bo są one gwarantem szczęśliwego dzieciństwa. Wiele osób wciąż nie docenia jak ważny jest umiar, a statystyki otyłości pośród polskich dzieci szybują w górę.


S.C.: Jak Pani uważa, czy kolejne pokolenie będzie odżywiało się lepiej niż my obecnie? 

I.Z.: Głęboko w to wierzę. To, co obserwuję na warsztatach napawa optymizmem. Dzieci chcą się uczyć. Często jednak nie mają od kogo. Nie ma w Polsce edukacji żywieniowej dla każdego. 

S.C.: Co by Pani poradziła rodzicom, których pociechy odmawiają jedzenia zdrowych produktów?

I.Z.: Nie ma jednej złotej rady. Najczęściej odmawiają jedzenia zdrowych produktów dzieci rodziców, którzy sami nie jedzą zdrowo albo nie jedli dotąd. Zatem: chcesz, by dziecko jadło zdrowo, świeć przykładem. Nie wymagaj od dziecka więcej niż od samego siebie. Poza tym, każda rodzina jest inna, każda ma inną historię. Przyjrzenie się nawykom całej rodziny często pomaga zobaczyć światełko w tunelu. 

S.C.: A kiedy się Pani przygląda tym rodzinom i ich nawykom żywieniowym, jakie są te najczęściej popełniane przez rodziców błędy w codziennym żywieniu dzieci?

I.Z.: Za dużo słodyczy sklepowych, lodów wychładzających organizm, zbyt monotonne jedzenie (wciąż pszenica – biała mąka a z niej chleb, bułki, makarony, kluski, ciasta; dużo nabiału, dużo wysoko przetworzonych wędlin złej jakości, dużo przekąsek w ciągu dnia, za mało warzyw, świeżych produktów), produkty sklepowe – gotowce i… przekarmianie. Strach, że się dziecko „przegłodzi”. 

S.C.: Czy w swojej pracy z dziećmi stosuje Pani jakieś triki, aby przemycać „trudne” produkty, np. te nie akceptowane przez najmłodszych warzywa? 

I.Z.: Gotując dla własnego syna czasem uprawiam działalność przemytniczą, miksuję dobre warzywa zagęszczając zupy czy sosy, zamiast zasmażek z mąki. Na co dzień dużo rozmawiamy, uświadamiamy sobie, dlaczego warto, np. jeść warzywa, a nie warto kupować codzienne pączka o składzie dłuższym niż tablica Mendelejewa. W pracy z dziećmi w Akademii – podobnie. Porcja wiedzy, rozmowy nie tylko o tym, co jest wartościowe w pożywieniu, ale też o tym, jak poradzić sobie z przyzwyczajeniem do pewnych smaków. O tym, czy to się zmienia i czy warto o to zadbać. Dzieci mają wspaniałe wnioski, uwielbiam z nimi pracować! Zapisuję ich „złote myśli”. Naprawdę jest nadzieja „w narodzie” (śmiech).

S.C.: A może Pani chociaż jedną z tych „złotych myśli” przytoczyć? Co Panią ostatnio zaskoczyło podczas warsztatów? 

I.Z.: Na przykład Bartuś (lat wówczas 8) stwierdził rezolutnie, że gdyby człowiek odczuwał natychmiast konsekwencje tego, co zjadł, nie musiałby mieć żadnej edukacji żywieniowej! Jadłoby się na przykład farbowanego na niebiesko popularnego cukiereczka (błękit  brylantowy – barwnik oskarżany o powodowanie astmy, alergii, pokrzywek, problemów jelitowych), a potem odczuwało ból i człowiek wiedziałby, że to dla niego zło! Ale jesteśmy różni, różnie reagujemy na „chemię” w pożywieniu. U niektórych dolegliwości są odczuwalne, u innych zaś miną lata kiedy dopadną ich negatywne konsekwencje. Bartuś nie odczuwał konsekwencji od razu. Po prostu po sklepowych słodyczach stopniowo spadała mu odporność i zaczynał chorować. Uwielbiam te dziecięce dywagacje… Dzieci są bardzo mądre!


S.C.: Dzieci kochają słodycze i to jest rzecz, nad którą nie da się zapanować. Przecież sama Pani stwierdziła, że słodycze są ważne w życiu malucha. Jak zastąpić dziecku smakołyki, aby nie czuło się pozbawione tej radości płynącej ze zjedzenia cukierka czy ciastka? 

I.Z.: Jeżeli podejdziemy do wyzwania z przekonaniem, że „nie da się zapanować” – z pewnością tak się stanie. Pierwszym smakiem, który jest ważny dla człowieka, jest smak słodki – takie jest mleko matki. Wystarczy jednak spróbować odrobinkę, by się przekonać, że jest to smak bardzo subtelny, nie mający nic wspólnego z ciastkiem czy cukierkiem. W naturze słodkie są… zboża. Któż to jeszcze wyczuwa? Ja przyznaję, że, niestety, wciąż mi do tego daleko. Wychowanie na słodyczach słodzonych cukrem, syropem glukozowo-fruktozowym musi się tak kończyć. Wysoko skoncentrowane substancje słodzące zaburzają nasz smak i uzależniają. Trzeba sporo czasu, żeby cofnąć ten mechanizm. W swojej pracy spotykam już nowe pokolenie rodziców, którzy nie karmią dzieci w ogóle cukrem. Kiedy chcą dać im słodyczy, serwują owoce, suszone daktyle, przekąski na bazie suszonych owoców i miodu. Takie dzieci potrafią powiedzieć – podobnie zresztą jak mój syn – że coś jest „za słodkie” i przez to niedobre. Nie proszą o cukierki czy czekoladki. Nie są uzależnione od cukru. Niestety słodycze są często obecne w sytuacjach społecznie dla dzieci ważnych, jeśli nie w domu, to np na rozpoczęciu roku w szkole, na koloniach. Tam widać wyraźnie, że to dorośli serwują dzieciom słodycze, często z przekonaniem, że są one po prostu niezbędne. Rybki połykają haczyki, zaczyna się uzależnienie. Bo dlaczego mam nie jeść słodyczy skoro prawie wszystkie dzieci w szkole jedzą? 

S.C.: Czy taka jest właśnie współczesna kultura żywienia bez cukru i ulepszaczy?  Jaka jest albo jaka będzie kuchnia XXI wieku według Iwony Zasuwy? 

I.Z.: W moim smakoterapiowym środowisku to kuchnia pełna dobrych produktów, świeżych warzyw i owoców przywiezionych przez przyjaciół rolników, to pachnące w całym domu potrawy, to wspólne podjadanie i eksperymentowanie, to celebrowanie posiłków, to domowe obiady i pieczony wspólnie chleb. Mimo natłoku pracy i pędu współczesnego świata, staramy się żyć w rytmie slow (nie tylko slow food). Taką mamy współczesną kuchnię, na jakie wybory decydują się konkretni ludzie.

S.C.: Zbliża się zima. Ważne więc będzie budowanie odporności u dzieci. W jaki sposób budować ją przy pomocy odpowiednio dobranej diety? 

I.Z.: O przygotowaniu do zimy myślimy co najmniej pół roku wcześniej, czyli latem. Nie wychładzamy się lodowatym napojami czy lodami, gdyż wszystko, co jemy w lecie i tak ma chłodną naturę, choćby zwykłe ogórki czy pomidory. Tak prowadzony i odpowiednio odżywiony organizm jest gotowy „od wewnątrz” na nagłe skoki temperatury w dół i nie choruje wraz z pojawieniem się pierwszych chłodów. Od jesieni jemy już prawie wyłącznie ciepłe posiłki, z niewielką ilością surowych warzyw z pokaźną dawką domowych kiszonek czy kiełków. 

S.C.: Jak powinno wyglądać zdrowe, energetyczne śniadanie dla całej rodziny?

I.Z.: To zależy. Myślenie, że wszyscy jesteśmy tacy sami i mamy jeść dokładnie to samo jest nieuzasadnione. Choć, oczywiście, mamy tendencję do szukania jednej odpowiedzi dla każdego, zwłaszcza w obszarze diety. Osobiście lubię zjeść dobrze przygotowaną kaszę jaglaną czy gryczaną z sezonowymi warzywami, dobrze doprawioną, z kapką świeżo tłoczonego oleju z lnu czy dyni lub śniadania wytrawne białkowo-warzywne. Zaś mój syn woli kaszę na słodko, czyli np. budyń z kaszy z jagodami. Chociaż ostatnio jego ulubione śniadanie to gryka „po tatusiowemu”, czyli z czosnkiem i sezamem plus warzywa. 

S.C.: W którym kierunku podążają nawyki kulinarne Polaków?

I.Z.: Nie potrafię ocenić tendencji ogólnokrajowych, ponieważ nie robię takich badań. Mogę się, z jednej strony, oprzeć na dostępnych ogólnie badaniach, które są pesymistyczne – sugerują bardzo negatywne zmiany (ogromny wzrost otyłości u dzieci i dorosłych, wzrost chorób przewlekłych, autoimmunologicznych i dietozależnych), a z drugiej strony – na doświadczeniu pozytywnym,  czyli tym warsztatowym – przychodzi na nie coraz więcej osób, dla których ważne jest świadome odżywianie i edukacja żywieniowa. To ludzie, którzy nie chcą jeść byle jak. I to jest optymistyczna, bardzo budująca informacja.


S.C.: Podczas warsztatów spotyka się Pani z różnymi adeptami sztuk kulinarnej. Z jakimi problemami borykają się współczesne gospodynie we własnej kuchni? W czym jest Pani w stanie im pomóc? 

I.Z.: Na warsztaty przychodzą do mnie ludzie w każdym wieku – od 5 lat do wieku emerytalnego, więc nie tylko gospodynie domowe. Część z tych osób ma zalecenia eliminacji pewnych produktów w diecie i mierzy się z tą samą trudnością, z którą mnie przyszło kiedyś się zmagać. Jestem dla nich trochę przewodnikiem. Opowiem, jak zachowują się bezglutenowe mąki w wypieku, jak sobie poradzić w fazie przejściowej, zanim wydrepcze się szlak prosty i jasny dla własnej rodziny.
Ale, co ciekawe, nie tylko negatywna motywacja prowadzi ludzi na warsztaty (chęć naprawy zdrowia). Są też młodzi ludzie, którzy chcą się po prostu inspirować na drodze do zmian we własnej kuchni. Chcą się odżywiać świadomie. Wiedzieć i wybrać. 

S.C.: Wielu wybiera więc tzw. „bycie fit”. Według Pani to moda czy jednak świadomy wybór każdego z nas? Jak Pani to ocenia? 

I.Z.: Każdy ruch w stronę większej świadomości jest dobry. Nawet jeśli z początku przypadkowy, modny… Zawsze jest nadzieja, że załapie się bakcyla, trochę jak z poranną gimnastyką: najpierw się człowiekowi nie bardzo chce, a potem nie wyobraża sobie poranka bez ruchu. 

S.C.: Tak sobie rozmawiamy o zdrowym odżywianiu, ale nie każdy w kuchni bywa taki „święty”. Lubimy sobie czasem zrobić odstępstwo od reguły. Jaki jest Pani największy „grzeszek” kulinarny, który zdarzyło się Pani popełnić? Czy dziecku też Pani na takie zachowania Pani pozwala? Nie wyobrażam sobie, aby nie poznało smaku sklepowych lodów, frytek czy hamburgera?  

I.Z.: To zależy od kilku czynników. W takich przypadkach, jak np. celiakia nie ma mowy o żadnym odstępstwie. Złamanie zasad grozi zaostrzeniem choroby i innymi przykrymi konsekwencjami. W przypadku syna toczyliśmy prawdziwą batalię wspierani przez lekarza. Unikaliśmy w 100% silnych alergenów, które były zagrożeniem dla jego zdrowia a nawet życia. Dziś jest dużo lepiej, sklepowe lody syn jada niezwykle rzadko (wolimy domowe, jeśli już) – zwykle w jakiejś sytuacji uzasadnionej społecznie (np. wyprawa na koloniach na lody) zdarzają się frytki, zaś z hamburgerem miała kiedyś miejsce bardzo zabawna sytuacja. Na jednych z targów zagadnęła syna jakaś pani i odbywali rozmowę o tym co zdrowe. Rzuciła hasło o „wieśmaku” i była zszokowana, że mój syn po prostu… nie wiedział, co to jest. No cóż teraz już wie. Został uświadomiony. W teorii (śmiech). I mało tego, ja – matka niemłoda – osobiście nigdy nie jadłam tegoż cuda i nie uważam się za osobę, która w związku z tym coś w życiu traci.
Jaki jest mój największy „grzeszek” kulinarny? Ależ ja ciągle popełniam grzeszki! Mam ku temu wiele okazji podróżując. Ważne są proporcje. Jeżeli na stałe odżywiam się czysto i zdrowo, jeżeli nie dolega mi nic, nie cierpię z powodu przewlekłych procesów chorobowych, to jak najbardziej grzeszki są na miejscu. Pozwalają zachować „zdrową” głowę i nie prowadzą do kolejnej pułapki jaką może być ortoreksja.


S.C.: Ortoreksja? Co to za przypadłość? 

I.Z.: Z mojej wiedzy wynika, że to taki stan, w którym dbałość o zdrowe odżywianie przeradza się w obsesję. I nie mówimy tu o osobie, która na przykład cierpi na wyżej wspomnianą celiakię, gdyż to jest oczywiste, że musi pilnować diety. Mówimy o względnie zdrowym człowieku, który popada w żywieniowy obłęd i boi się, że to co zje może być dla niego toksyczne. Nigdy nie pozwala sobie na odstępstwa czy jakieś „grzeszne” zachcianki w menu. 

S.C.: Dziękuję za wyjaśnienie. W swojej kulinarnej karierze prowadziła Pani również projekty telewizyjne. Mając na uwadze te doświadczenia przed kamerą i scenę, na której występuje Pani z Kayah oraz życie w sieci, czy potrafi Pani określić, gdzie czuje się najlepiej i dlaczego? Jak się pracuje z dziećmi na planie?  

I.Z.: Na scenie pracuję już… matko, to już 26 lat! To jest nierozerwalna część mnie samej. Bezdyskusyjnie czuję się tam jak w domu. Życie w sieci to stosunkowo moje nowe życie. Zwykłam o nim mówić „drugie życie w życiu” – tak bardzo stało się istotne i intensywne. Choć nie, nie mogę powiedzieć, ze postrzegam je jak życie w sieci. Blog zrodził się z powodu konkretnych życiowych potrzeb i w zasadzie od razu wkroczył w moje realne życie: warsztaty, spotkania, kooperatywa i przyjaciele, których nigdy bym nie spotkała, gdyby nie Smakoterapia…
Z tych wszystkich doświadczeń z pewnością najtrudniejsze było doświadczenie telewizyjne: nie dość że gotowanie na ekranie, to jeszcze z nowo poznanymi dziećmi. To było prawdziwe wyzwanie. Jednak nie potrafiłabym wskazać jednego obszaru, który byłby „najmojszy” (śmiech). W każdym z nich jest ważny element mnie samej. A na pytanie, czy wolę śpiewać czy jeść, zwykle odpowiadam: „żeby śpiewać, muszę coś jeść”, więc się wszystko bardzo dobrze składa… (śmiech).

S.C.: Czyli jednak jedzenie jest najważniejsze. Czy gdyby mogła Pani cofnąć się o 20 lat, znów wybrałaby Pani śpiew i życie estradowe, czy jednak postawiłaby Pani na kulinaria? 

I.Z.: Szczerze mówiąc, niczego w tym obszarze bym nie zmieniła. Jestem kobietą w procesie i czuję, że jest dobrze tak jak jest.

S.C.: Bardzo dziękuję za niezwykle ciekawą rozmowę i wiele cennych porad dla rodziców. Życzę powodzenia w dalszej kulinarno-estradowej karierze.
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: