Najnowsze

Marta Piotrowska: Jestem Londyńczykiem z polskim pochodzeniem

Londyn zajmuje pierwsze miejsce w Unii Europejskiej pod względem liczby ludności. To ponad 8,5-milionowa metropolia. Urok tego miasta polega na tym, że w ciągu kilku godzin można znaleźć się w innym świecie. Kilkanaście dworców łączy to miejsce z resztą kraju i świata. Do Paryża można dojechać w mniej niż 3 godziny, a do Brukseli w niewiele więcej. Po 4 godzinach podróży znajdziemy się w Edynburgu. Jak twierdzi moja kolejna rozmówczyni – Marta Piotrowska, która od 10 lat mieszka w Londynie i pracuje w tamtejszym prywatnym przedszkolu jako jego dyrektor – nie ma chyba innego miasta, które ma tak świetne połączenia komunikacyjne. Marta to kolejna obok Karoliny Kozioł oraz Marty Kusak osoba mieszkająca na emigracji. Ta przemiła Polka z ogromnym zapałem i zaangażowaniem opowiada na Kulturalnych Rozmowach o codziennym życiu emigracyjnym na styku wielu kultur w tej wielkiej europejskiej stolicy, o edukacji, polityce socjalnej, pracy, o londyńskiej wolności. Wyjaśnia mi również, dlaczego nie wróci do Polski i za co kocha Londyn. A to wszystko w ramach cyklu „Polacy na emigracji”. Zapraszam na niezwykle interesującą rozmowę o życiu na obczyźnie, patriotyzmie, polskości i brytyjskości. 


Sylwia Cegieła: Od jak dawna mieszkasz w Wielkiej Brytanii? 

Marta Piotrowska: Wyjechałam 28. sierpnia 2008 i nie żałują wcale. Podjęłam najlepszą decyzję w życiu i dzisiaj nie zastanawiam się nawet przez chwile, czy była ona słuszna. 10 lat później jestem absolutnie pewna, że nie podjęłabym innej decyzji, gdybym mogła cofnąć czas.

S.C.: Co było powodem Twojego wyjazdu z Polski?

Marta: Nie było jednego konkretnego powodu, dla którego wyjechałam. Moja przyjaciółka i jej chłopak planowali wyjechać na stałe po jej dyplomie i postanowiłam do nich dołączyć, tyle że na rok. Ewa studiowała anglistykę i spędziła już rok w Londynie miedzy licencjatem i magisterka. Ucząc w szkole językowej, poznała Amerykanina Marcusa, który uczył jako native speaker i mniej więcej rok przed naszym wyjazdem podjęliśmy decyzje, że pojedziemy we troje.
Po maturze poszłam na kulturoznawstwo i wybrałam specjalność filmoznawcza. Po trzecim roku doszłam do wniosku, że niekoniecznie zawojuję świat umiejąc profesjonalnie oglądać filmy i złożyłam papiery na pedagogikę wczesnoszkolną, żeby mieć bardziej praktyczny zawód. Wybór był prosty – od zawsze zajmowałam się dziećmi i naprawdę to lubiłam. Nie ukrywam, że trudno było studiować dwa dzienne kierunki równocześnie, ale byłam zdeterminowana i udało się. Nie odpuściłam kulturoznawstwa i zrobiłam magisterkę. Kulturoznawstwo przyczyniło się do mojego wyjazdu – naprawdę poszerzyło moje horyzonty, zainspirowało mnie do wyjścia poza standardy, obudziło chęć zobaczenia świata i rozpoczęcia własnej przygody.
Pedagogika zaś dała mi zawód i pracę w Londynie. Chociaż nie pracuję już w klasie od kilku lat, te studia doprowadziły mnie do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Chęć zasmakowania czegoś nowego była powodem samym w sobie. 

S.C.: Dlaczego akurat Wielka Brytania?

Marta: Dlaczego UK? Potrafiłam porozumieć się po angielsku, więc musiał to być kraj anglojęzyczny. Rozważałam wyjazd na rok jako au pair do USA, ale Anglia jest bliżej i Ewa z Marcusem właśnie tam się udawali, a w towarzystwie zawsze raźniej. Postanowiłam wyjechać na rok w celu poszerzenia horyzontów, przeżycia przygody i podszlifowania mojego angielskiego. 10 lat później wciąż poszerzam horyzonty, moje przygody przeszły moje najśmielsze oczekiwania i nie tylko mówię, ale myślę po angielsku i nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej.

S.C.: Jak wyglądał pierwsze miesiące po przyjeździe? Czy od razu wiedziałaś, że zostaniesz tu na aż tak długo? Czy zaraz po przyjeździe, gdy jeszcze poznawałaś UK coś Cię zdziwiło, zaskoczyło?

Marta: Pierwsze miesiące po przyjeździe były mieszanką uczuć. Teoretycznie przyjechałam na rok, ale po kilku tygodniach uświadomiłam sobie już, że znalazłam miejsce, do którego należę. Nie było łatwo, ale wiedziałam, że tutaj jest moje miejsce. Żeby nie było wątpliwości, mam na myśli Londyn. Wielka Brytania jako całość czy nawet sama Anglia nie są dla mnie tym samym. Londyn jest moim miejscem, tym co nazywam domem. 

S.C.: Dlaczego? Czy to dlatego, że nie lubisz małych miejscowości? Boisz się braku anonimowości? Czy jednak jest to jeszcze coś innego? 

Marta: Londyn różni się od innych części kraju. Uwielbiam angielską wieś, małe i większe miejscowości, ale zwiedzanie mi wystarczy. Może dlatego, że sama wychowałam się w mieście, dlatego najlepiej czuje się w metropolii jaką jest Londyn. W Anglii jest sporo atrakcyjnych miast i niczego im nie brakuje, ale ja akurat najlepiej czuje się właśnie w stolicy.
Nie powiedziałabym, że boję się braku anonimowości. Ludzie w budynkach, autobusach i na ulicach znają się przynajmniej z widzenia – tak jak w innych miejscowościach. To, co mnie fascynuje w Londynie to właściwości charakterystyczne dla tego tygla – różnorodność, nieskończone możliwości i rozmiar. Samuel Jackson powiedział w osiemnastym wieku, że jeśli jesteś zmęczony Londynem, to jesteś zmęczonym życiem. W moim odczuciu nie ma bardziej prawdziwego stwierdzenia.


S.C.: Mówisz, że Londyn jest Twoim domem. Jak więc definiujesz słowo dom? Nie boisz się oburzenia czy słów krytyki za te słowa ze strony bliskich mieszkających w Polsce? 

Marta: Mam dwa domy. Jeden to ten, w którym się wychowałam i gdzie nadal mieszkają moi rodzice. Drugi to Londyn jako taki. Ludzie mogą się oburzać, ale ja tutaj znalazłam swoje miejsce i tutaj czuję się najlepiej. Dom jest tam, gdzie należę i gdzie czuję się sobą. Zawsze przyjemnie jest wrócić do rodzinnego domu, nadrobić zaległości towarzyskie z rodziną, najeść się mamy specjałów, ale z biegiem dni zaczyna mnie ciągnąc do siebie – London Calling!

S.C.: Wróćmy jeszcze do początku Twojego londyńskiego życia. Od czego zaczęłaś swoje życie „na nowo” w tym mieście?

Marta: Pierwsze dni upłynęły mi w szoku. Przez lata oglądałam filmy i seriale bez tłumaczenia, ale szybko okazało się, że amerykański akcent bardzo się rożni od angielskiego. Jednym z moich pierwszych zadań było dorobienie kluczy zaraz następnego dnia po przyjedzie i prawie się popłakałam. Wydawało mi się, że rozumiem po angielsku, ale równie dobrze mogłam być gdziekolwiek indziej na świecie. Porozumiałam się z rodowitym Londyńczykiem na bazie gestów i wróciłam do domu z dodatkowym kompletem kluczy i w stanie paniki. Kolejni ludzie, z którymi miałam do czynienia tego dnia mieli hinduski akcent i znowu niewiele zrozumiałam. Zdumiewające, jak szybko można się przystosować. Kilka dni później nie bałam się już wcale – wszystko, czego mi było potrzeba to determinacja.
Okazało się, że mieszkaliśmy bardzo blisko polskiej dzielnicy Ealing. Powojenna emigracja tam się osiedliła i rzeczywiście, poza nazwami ulic, trudno było powiedzieć, że to nie Polska. Bliskość polskiej dzielnicy bardzo pomogła w moim okresie asymilacji. Polskie sklepy i rodacy wszędzie dookoła uczynili ten czas łatwiejszym. Szybko odkryłam, że polskie produkty były sprzedawane dosłownie w każdym sklepie. Ealing miał polskie sklepy, restauracje, fryzjerów, rachunkowość, wszystko. I większość ludzi na ulicach mówiła po polsku. Teraz się to zmieniło, ale tak było 10 lat temu i mnie osobiście bardzo pomogło. 

S.C.: Zaczęłaś przygotowywać się do wyjazdu jeszcze będąc w Polsce odpowiadając na oferty pracy…

Marta: Tak, jeszcze z Polski wysyłałam CV. Ewa i Macrus przyjechali kilka tygodni wcześniej i kupili mi kartę SIM, więc aplikowałam o pracę z angielskim numerem informując przyszłych pracodawców, że będę dostępna po 28. sierpnia. Poszłam na dwie rozmowy kwalifikacyjne w pierwszym tygodniu. Jedna w agencji i jedna w przedszkolu. Agencja zaczęła sprawdzać moje referencje, kiedy przedszkole zaoferowało mi dzień próbny i stalą pracę od 15. września. Właścicielka upewniała się, że rozumiem, iż będę pracowała za krajowe minimum. Dopiero przyjechałam i nie miałam wymagań. Dwa tygodnie po przyjeździe dostałam stałą pracę w zawodzie i niebo się przede mną otworzyło. Do dzisiaj pracuję w tym przedszkolu, tyle że teraz jestem w nim dyrektorką.


S.C.: Gratuluję. Co było dalej? 

Marta: Dziękuję. Wracając do pierwszych dni – były trudne, ale ekscytujące. Do tej pory mieszkałam z rodzicami i musiałam szybko nauczyć się, jak przetrwać samodzielnie i to w zupełnie nowym środowisku. Czasami było mi trochę smutno, ale nie poddawałam się. 10 lat temu technologia nie była tak zaawansowana jak dzisiaj. Codziennie po pracy rozmawiałam z rodzicami na Skype na komputerze. Moja angielska karta SIM nie działała w polskim telefonie, wiec miałam dwa telefony. Szybko kupiłam Lebara SIM, która pozwalała na bardzo tanie rozmowy z Polska. Wymieniałam karty w telefonie kilka razy dziennie. To się teraz bardzo zmieniło, ale 10 lat temu nie miałam innych opcji. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. 

S.C.: Co na pierwszy rzut oka Cię zaskoczyło? Do czego musiałaś się przyzwyczaić? 

Marta: Poza arystokracją wszyscy jesteśmy tutaj na „ty”. Przyzwyczajenie się do nie zwracania się do obcych ludzi per Pan/Pani zajęło mi trochę czasu. 
Nowością było przyzwyczajenie się do obcych ludzi zwracających się do mnie per 'Love' lub 'Darling' bez żadnego wyraźnego powodu. Na początku trochę mnie to drażniło, że jest taka uprzejmość ze strony ekspedientek w sklepie, kierowcy autobusu, moich współpracowników czy pani w centrum informacji.
Przyzwyczaiłam się też do tego, że gdy ludzie pytają „jak się masz?”, to niekoniecznie znaczy, że chcą usłyszeć wszystkie twoje skargi i żale. Najczęściej oczekiwana jest krótka odpowiedz, a czasem i ta nie jest konieczna. Na początku stresowałam się częstotliwością, z jaką ludzie pytali mnie, czy wszystko w porządku. Martwiłam się, że sprawiam wrażenie zagubionej albo niekompetentnej. Z czasem nauczyłam się, że to tylko niewiele znacząca formalność. Dzisiaj sama pytam wszystkich, czy wszystko w porządku i nie spodziewam się w zamian nic poza uśmiechem. 

S.C.: Pozostając w sferze kurtuazji i dobrych manier, muszę zapytać o kobiety i maniery panów względem nich. W Polsce kobietą całuje się w rękę (chociaż teraz chyba już bardzo rzadko) czy otwiera się przed nią drzwi. Czy Anglicy też jakość szczególnie traktują płeć piękną? Jaki w ogóle status ma kobieta w społeczeństwie?  

Marta: Maniery. Nie ma tutaj całowania w rękę i – chociaż feminizm kwitnie – to gentleman otworzy kobiecie drzwi i przepuści ja w kolejce. Dobre maniery powinny obowiązywać wszystkich bez względu na płeć. Trudno mi powiedzieć, jaki status ma kobieta w społeczeństwie, ponieważ to zależy od indywidualnej kultury i przekonań. Nikt się tutaj nie oburza, jeśli kobieta robi karierę a mężczyzna zostaje w domu z dziećmi albo odwrotnie. Królowa Elżbieta II, Theresa May i Nicola Sturgeon piastują najbardziej prestiżowe stanowiska w UK. Z drugiej strony publikowane są raporty o nierównej krajowej pensji miedzy mężczyznami a kobietami. Mężczyźni nadal zarabiają więcej zajmując te same stanowiska co kobiety.


S.C.: Pierwsze miesiące były dla Ciebie bardzo trudne, nauka języka, praca w zupełnie nowym otoczeniu, a jak radziłaś sobie w kontaktach z ludźmi?  

Marta: Na samym początku nie miałam znajomych poza Ewą i Marcusem, ale oni mieli własne życie, więc głównie spędzałam czas w moim pokoju na poddaszu. W ciągu kilku miesięcy poznałam kilku Polaków w pracy i – mimo że oni odeszli po kilku latach – do dzisiaj utrzymujemy kontakt. Przyjaźnienie się z Polakami było najłatwiejsze. Dzisiaj, poza tymi pierwszymi, nie mam wielu znajomych Polaków, ale wtedy to się liczyło. Kasia i Marzena założyły rodziny i wyprowadziły się do innych części Anglii, a Dawid jest teraz nauczycielem w szkole podstawowej niedaleko mnie.
Wszyscy Polacy, których poznałam w tych pierwszych miesiącach byli już w Anglii od jakiegoś czasu. Zaczęliśmy wychodzić razem po pracy i organizować krótkie wycieczki poza Londyn. Chodziliśmy razem na polskie koncerty. Z czasem towarzystwo zrobiło się bardziej międzynarodowe, a ja przestalam codziennie dzwonnic do domu. Wiedziałam już, że zostanę tu dłużej niż rok i nie wiedziałam, jak powiedzieć o tym rodzinie. Przyleciałam na święta do Polski i nieśmiało powiedziałam, że mogę nie wrócić latem. Nie były to łatwe rozmowy.

S.C.: I jaka była ich reakcja? 

Marta: Reakcja mojej rodziny na to że nie wracam? Trochę w tym było niedowierzania, trochę rozczarowania i trochę złości. Dzisiaj moi rodzice są ze mnie dumni i mamy świetny kontakt.  Przyjeżdżam do domu kilka razy w roku i mama też często przyjeżdża do mnie. Moja rodzina zaakceptowała mój styl życia i cieszą się, że jestem tu szczęśliwa. Mój tata – który jest domatorem – do dzisiaj wprawdzie nie rozumie, dlaczego tak strasznie 'mnie nosi' i nie potrafię nigdy usiedzieć na tyłku, ale mama bardzo kibicuje moim wojażom i nowym wyzwaniom.


S.C.: Co spakowałaś do walizki, aby czuć się jak w domu? 

Marta: Nie przypominam sobie niczego specjalnego. Zabrałam ze sobą kilka książek mojej ukochanej autorki – Joanny Chmielewskiej i z czasem przewiozłam całą kolekcję. O jedzenie nie musiałam się martwić –  polskie produkty były i są dostępne wszędzie bez problemu.

S.C.: Wiem, że nie masz męża i dzieci, czyli nie jesteś stereotypową matką polką. Jak więc żyje Ci się w Anglii jako singielka? 

Marta: Z mojego osobistego doświadczenia mogę opowiedzieć o życiu singielki. Londyn jest idealnym środowiskiem dla singli. Jeśli chcesz poznać nowych ludzi – nie ma problemu. Możliwości są nieskończone. Ilość barów, pubów, specjalnych imprez, aplikacji komórkowych i okazji jest niezliczona. Jeśli nie chcesz, to tez świetnie. Nikt tutaj nie będzie cię wytykał palcem, że masz ileś tam lat i nie masz męża czy żony. To jeden z głównych powodów, dla których pokochałam Londyn tak bardzo. Mam świadomość, że jestem raczej nietypowa jak na polskie stereotypy, ale ja naprawdę nigdy nie miałam ambicji wyjść za mąż i mieć dzieci. Osobiście w pełni popieram wszystkich, którzy chcą, ale ja nie chcę i w Londynie nie czuje się z tego powodu winna ani nie odstaję z tego powodu od środowiska. Tutaj jest w porządku być singlem całe życie i nie być osądzanym. Mogę mieć partnera i nie mieć ślubu. Nikt nie powie mi złego słowa.
Od pięciu lat mam partnera, który jest ode mnie o dziewięć lat młodszy. Nikt się nie naśmiewa ani mnie nie osądza. Żyjemy swoim życiem i tylko wtedy, kiedy odwiedzamy Polskę ludzie zadają pytania. Nawet w jego rodzinnych Włoszech rodzina i znajomi po prostu cieszą się, że jesteśmy szczęśliwi. W Polsce pytają, kiedy ślub i czy on wie, ile ja mam lat i czy nie będzie za późno na dzieci. Oczywiście, w Londynie też znajdą się tacy, którzy zadadzą ci te pytania. Piękno tego miasta polega na tym, że oni są w mniejszości i tak naprawdę, jeśli nie chcesz z nimi rozmawiać, nie musisz. Zapomnij o przymusie społecznym.

S.C.: Brzmi jak niewyobrażalny jak na polskie warunki powiew wolności. A jak jest z rodziną? Czy Londyn jest jej tak samo przyjazny? 

Marta: Jeśli chodzi o życie w rodzinie, to Londyn niestety jest mniej przyjazny. Moje koleżanki, które założyły rodziny, nie ostały się w Londynie. Zaczyna się od wyprowadzenia się na przedmieścia. Od strefy czwartej w górę wynajem mieszkania staje się bardziej realny. Jako singiel z reguły wynajmujesz pokój i dzielisz mieszkanie z innymi osobami, przynajmniej na początku. Mało kto chce mieszkać z dziećmi. Poza tym, rodzina potrzebuje więcej przestrzeni i poza Londynem za cenę pokoju możesz wynająć cały dom z ogrodem. Tak się to z reguły toczy.

S.C.: Co jeszcze podoba Ci się w Anglii? 

Marta: W Anglii najbardziej podoba mi się różnorodność w każdej dziedzinie życia i naturalne założenie, że nie wszystko jest czarne albo białe. W niewielkiej odległości możesz dostrzec różne ekstrema oraz wszystko to, co jest pomiędzy i wspaniale się miesza, komponuje. Spotykasz ludzi z różnych kultur i środowisk. Jeśli chcesz zjeść na mieście, masz do wyboru kuchnie z niemal wszystkich zakątków świata. W Londynie zawsze coś się dzieje – są festiwale, wystawy, koncerty i dziesiątki teatrów.


S.C.: Czyli dzieje się tam sporo. Chciałabym teraz trochę porozmawiać o kulturze poruszania się po mieście i o tym, czego najlepiej nie robić w Anglii. Czego więc nie lubią wyspiarze? 

Marta: W Anglii reguły są podobne do Polski. Na pewno nie należy próbować przeskoczyć żadnej kolejki. W niektórych miejscach ludzie nadal ustawiają się w kolejce do autobusu. Generalnie, wszędzie jest założenie, że powinno się cierpliwie czekać na swoją kolej. Rozmawianie w innym języku w towarzystwie Anglików uważane jest za niegrzeczne i niektórzy ludzie są na tym punkcie bardzo wrażliwi.

S.C.: A co z tzw. polską mentalnością? Czym różnimy się od Brytyjczyków? Czego oni mogliby nauczyć od nas, a my od nich? Jacy oni są? 

Marta: Anglicy są różni, tak samo jak Polacy. Oczywiście, niektóre stereotypy maja coś w sobie, ale wszystko zależy od indywidualnych ludzi. Jeśli jest jedna rzecz, której moglibyśmy się od wielu z nich nauczyć, to otwartość. Anglicy z kolei mogliby zaczerpnąć więcej z naszego etosu pracy. 
W Polsce dużo się w ostatnich latach zmieniło, ale ciągle jeszcze widać różnice w sposobie spędzania wolnego czasu. W Anglii dużo się wychodzi. Ludzie nie spędzają tak dużo czasu w domach lub wizytując innych. Rodziny wychodzą na spacery i aby zjeść coś na mieście. Parki są zawsze pełne, zwłaszcza jeśli pokaże się słońce. Pikniki to część kultury, do której najpierw podchodziłam z rezerwą, a teraz od wiosny to jesieni zawsze noszę ze sobą mały koc. Ławki w parkach i nad rzeką mogą być puste – dzieci, młodzież, dorośli i nawet starsze osoby siedzą na trawie. 
W kwestii różnic kulinarnych są trzy rzeczy, do których nigdy się nie przekonam. Anglicy mają mianowicie wielkie zamiłowanie do herbaty z mlekiem, frytek z octem i do produktu o nazwie Marmite. 

S.C.: Co to jest?
Marta: Marmite... Taka tutejsza ciemnobrązowa i klejąca pasta na kanapki albo ciastka – bardzo słona, opierająca się na drożdżach. Nie jestem zaskoczona, że ten produkt nie sprzedał się w innych krajach tak jak Hellmann's, Knorr, Dove czy inne produkty Unilever. W Anglii Marmite to świętość narodowa, chociaż tyle samo ludzi to uwielbia co nie znosi.

S.C.: Jacy są rodowici Anglicy? Jak wygląda komunikacja między kulturami, narodowościami i między samymi Anglikami? 

Marta: Moje doświadczenia oparte są na Londyńczykach raczej niż na Anglikach jako takich. Londyn jest kompletna mieszanka różnych narodowości i kultur. Wszyscy funkcjonują obok siebie i przeplatają się nawzajem. Ludzie są w większości otwarci i tolerancyjni, ale zdarzają się wyjątki. W różnych dzielnicach dominują różne narodowości. Generalnie ludzie szanują się nawzajem i czerpią z kultury i doświadczeń swoich sąsiadów. Ci, którzy są mniej tolerancyjni z reguły zachowują swoje poglądy dla siebie i wyrażają je w bliskim sobie towarzystwie. Oczywiście, zdarzają się przypadki stereotypizacji czy dyskryminacji, chociaż mnie to osobiście nigdy nie dotknęło. Paradoksalnie to emigranci wydają się mniej otwarci i to od nich słyszałam dyskryminujące komentarze względem innych ras, kultur, orientacji seksualnej czy niepełnosprawności. Wszędzie dookoła ludzie rozmawiają w różnych językach i robią zakupy w polskich, włoskich, francuskich czy karaibskich sklepach. W moim przedszkolu dzieci pochodzą z różnych kultur i zawsze upewniamy się, czy świętujemy specjalne dni właściwe dla różnych krajów i religii. Poza standardowymi tutaj obchodami Wielkanocy, Bożego Narodzenia czy Halloween organizujemy festiwale Eid, Diwali i Holi. Nie zapominamy o dniu Australii, amerykańskim dniu niepodległości czy o chińskim nowym roku. Mamy książki w kilkunastu językach i śpiewamy piosenki w ojczystych językach naszych wychowanków. Celebrowanie tej różnorodności jest jedna z najwspanialszych rzeczy jakich się tutaj nauczyłam.

S.C.: Często rozróżniasz Anglików i Londyńczyków mówiąc, że to dwa różne światy. Co masz wtedy na myśli? 

Marta: Rozróżnienie pomiędzy Anglikami a Londyńczykami nie ma zasady, chociaż wielu Londyńczyków nie ma brytyjskiego paszportu. Wszystko zależy od perspektywy i ludzi, których spotkasz.

S.C.: Wielka Brytania nierozerwalnie łączą się z rodziną królewską, o której z ogromnym zainteresowaniem cięgle poszukuję informacji. Jak to wygląda na miejscu? Jaki jest stosunek Londyńczyków i Anglików do Windsorów? Czy nadal zajmują oni tak ważne miejsce w życiu mieszkańców? Pytam o to też w kontekście niedawnego ślubu księcia Harry’ego i Megan Marcle. 

Marta: Rodzina królewska to temat-rzeka. Wszędzie są mieszane uczucia, ale faktem jest, że mają oni głównie funkcje reprezentacyjną. Anglicy kochają swoja królową i wszystkie królewskie skandale. William i Harry są ulubieńcami tłumów. Kate jest uosobieniem elegancji i ikoną mody dla wyższych sfer. Meghan, która dopiero dołączyła do rodziny królewskiej budzi aktualnie największe zainteresowanie, zwłaszcza ze jest amerykańska aktorka mieszanej rasy.
Urodziny Królowej (te oficjalne, gdyż rzeczywiste mają miejsce kilka miesięcy wcześniej) są świętowane hucznie i wiele ulic jest zamkniętych umożliwiając ludziom świętowanie z sąsiadami. Brytyjczycy uwielbiają wieszanie flag i dekoracji z Union Jack. Wszystko ubrane jest w biało-czerwono-niebieskie kolory. Kiedy William i Kate brali ślub, cały kraj dostał dzień wolny od pracy. Wszystko było udekorowane i świętowanie zaczęło się od rana. Oglądaliśmy ceremonie najpierw w pubie, a później w parku na telebimach.


S.C.: Przejdźmy do nieco poważniejszych tematów, a mianowicie chciałabym się dowiedzieć, jak funkcjonuje służba zdrowia w Wielkiej Brytanii? Co z ubezpieczeniem zdrowotnym? 

Marta: Służba zdrowia to kontrowersyjny temat w każdym kraju. Osobiście uważam, że system (NHS- National Health Service) jest tutaj podobny do tego w Polsce. Wszyscy płacimy składkę na National Insurance, która odliczana jest od wypłaty tak samo jak podatek i kwota ta jest uzależniona od wynagrodzenia. Z większością dolegliwości należy udać się do swojej przychodni lekarskiej (GP- General Practitioner) i lekarz pierwszego kontaktu zadecyduje, co dalej. Do tej pory nie chorowałam za bardzo, więc mam ograniczone doświadczenia w dziedzinie szpitali, chociaż byłam dwukrotnie wysłana na różne badania do szpitala. Raz zdarzyło mi się uszkodzić nogę i udałam się prosto na ostry dyżur do szpitala (A&E- Accidents and Emergency) na prześwietlenie. Wszystko to jest bezpłatne i podobne do Polski. Recepty również tak jak w Polsce bywają płatne lub bezpłatne, na przykład pigułki antykoncepcyjne są tutaj darmowe. Jedyny wyjątek stanowi dentysta. Można leczyć zęby na NHS, ale na przykład nagły wypadek na NHS będzie nas kosztował £19.70 za samą wstępną wizytę. Tylko raz zdarzyło mi się skorzystać z tej usługi w Anglii i ten raz mi wystarczył. Bardzo możliwe, że po prostu miałam pecha, ale do dentysty przyjeżdżam teraz do Polski. Poza niefortunną wizytą u stomatologa mam bardzo pozytywne doświadczenia ze służbą zdrowia. Potrafią tutaj również być bardzo skrupulatni. Co trzy lata wszystkie kobiety miedzy 25 i 49 rokiem życia (a między 50. A 64. co pięć lat) dostają list z wezwaniem na badanie cytologiczne. Za którymś razem nie odpowiedziałam na list i po krótkim czasie dostałam kolejną z informację, że jeśli nie poddam się badaniu, mogę zostać wykluczona z przychodni. Nieco przestraszona umówiłam wizytę jeszcze tego samego dnia.

S.C.: Uważam, że bardzo dobrze robią – lepiej zapobiegać niż leczyć. A co z administracją? Czy łatwiej jest załatwić sprawy urzędowe w Polsce czy w UK? 

Marta: W kwestii administracji chyba wciąż lepiej załatwiać sprawy w Anglii niż w Polsce. Wiele rzeczy można zrealizować przez internet i nie trzeba marnować tyle czasu w kolejkach. Jeśli trzeba się gdzieś udać osobiście, to z reguły umawiasz się wcześniej na konkretną godzinę w instytucji. Słyszałam jednak, że w Polsce jest już tez coraz mniej odsyłania ludzi od okienka do okienka i łatwiej jest załatwić różne sprawy urzędowe. W zeszłym miesiącu bardzo mile zaskoczył mnie proces aplikacji o nowy dowód osobisty. Bardzo mila pani w Urzędzie Miasta w Katowicach załatwiła wszystko w mgnieniu oka i cała wizyta zajęła mi mniej niż 10 minut.
W Anglii jest jedna wyjątkowo irytująca kwestia dowodu zamieszkania pod konkretnym adresem. Nowo przybyli emigranci stają się częścią błędnego koła. Szukając pracy, potrzebujesz mieć konto bankowe i dowód zamieszkania. Aby założyć konto w banku, też potrzebujesz mieć dowód zamieszkania. Teoretycznie wszyscy powinni zarejestrować się w councilu (takim odpowiedniku rady miejskiej w swojej dzielnicy lub gminie), ale w rzeczywistości większość nowoprzybyłych wynajmuje pokoje od prywatnych właścicieli i nie są nigdzie zarejestrowani. Bez rachunku wystawionego na twoje nazwisko i adres trudno jest otworzyć konto w banku i dostać prace. Dostaję wiele listów do banków z prośbą o założenie konta kandydatom ubiegającym się o pracę w przedszkolu, ponieważ nie mogę zaoferować im pracy, dopóki nie będą mieli konta. Wyciąg z konta bankowego liczy się również jako dowód zamieszkania. Pisałam tez listy potwierdzające, że nowoprzybyli znajomi mieszkają pod moim adresem chociaż mieszkali gdzie indziej – wszystko po to, żeby otworzyć konto w banku. 10 lat temu nie było z tym problemu, ale w ostatnich latach to błędne koło zatacza coraz szersze kręgi.

S.C.: A co z polityką prorodzinną? Na co mogą liczyć przyszli rodzice? 

Marta: W kwestii polityki prorodzinnej zdecydowanie wygrywa Polska. Tutaj nie ma tych wszystkich przywilejów, jakimi cieszą się matki w kraju. Różnice widać już w czasie ciąży. W Polsce, z tego co słyszałam, jest dużo wizyt i dużo płatnego chorobowego. Tutaj wizyt jest tylko kilka i większość pracodawców płaci tylko SSP – minimalne chorobowe, które zaczyna się od czwartego dnia zwolnienia lekarskiego i wynosi £22.34 dziennie. Urlop macierzyński trwa do 9 miesięcy plus dodatkowe bezpłatne 3 miesiące, jeśli ktoś chce wziąć przed powrotem do pracy. W trakcie urlopu macierzyńskiego większość pracodawców płaci 90% pensji przez pierwsze 6 tygodni, a później £145.18 lub 90% tygodniowej pensji (zawsze wypłacają niższą kwotę). Za takie pieniądze bardzo trudno jest przetrwać, więc wiele matek szybko wraca do pracy lub szuka zasiłków. Spotkałam mnóstwo rodzin, które na papierze nie mieszkają razem, żeby matki mogły pobierać dodatkowe pieniądze jako samotnie wychowujące dzieci.


S.C.: Praca a wychowanie dzieci – czy istnieją jakieś rozwiązania systemowe?  

Marta: W Anglii nie ma publicznych żłobków. Państwowe przedszkola zaczynają się od 3 lat i ilość miejsc jest bardzo ograniczona, a poza tym, uwzględnia to z reguły tylko 3 godziny dziennie. Emigranci często sprowadzają z kraju kogoś do opieki nad dziećmi, żeby matka mogła wrócić do pracy. Wiele dzieci ma nianie lub chodzi do prywatnych przedszkoli.
W moim przedszkolu przyjmujemy dzieci od 3 miesięcy do 4 lat. Opieka nad dziećmi jest bardzo droga, a ponieważ moje przedszkole znajduje się w drugiej strefie w Londynie, rodzice płacą £89 za dzień, ale za to jesteśmy otwarci od 7 rano do 7 wieczorem. W Polsce wydaje się to nie do pomyślenia, ale my naprawdę mamy pod opieką trzymiesięczne dzieci przez 12 godzin dziennie. Moje koleżanki z Polski zdecydowały się nie wracać do pracy i wyjechały do małych miejscowości z daleka od Londynu, gdzie łatwiej jest się utrzymać, gdy pracuje tylko jeden rodzic.

S.C.: Jeśli już wspomniałaś o finansach, to czy jesteś w stanie mi powiedzieć, ile trzeba mieć na miesięczne utrzymanie do przysłowiowego „pierwszego”? Ile trzeba zapłacić za przeciętne zakupy, mieszkanie i inne rachunki w Londynie i w całej Anglii?

Marta: Trudno mi powiedzieć, jak to wygląda w pozostałych częściach kraju, ale Londyn jest na pewno dużo droższy pod każdym względem. 
Wynajem mieszkania jest drogi i zależy od tego, w której strefie znajduje się lokum. Pierwsze trzy strefy są najdroższe. Dalej ceny znacznie spadają, chociaż tu też zdarzają się wyjątki, na przykład Richmond. 
Większość emigrantów zaczyna od wynajmu pokoju, czasem z innymi osobami. Ja miałam szczęście. W ciągu pierwszego roku wynajmując mieszkanie z Ewa i Marcusem. Ze względu na to, że pracuję w Fulham od początku, trzymam się trzeciej strefy na południowym zachodzie Londynu. W moim drugim mieszkaniu pokój był malutki i – oprócz mnie – mieszkało w tym pieciosypialniowym domu osiem innych osób. Czynsz był tam bardzo niski (£90 tygodniowo), więc mieszkałam tam przez pięć lat. Z czasem awansowałam i zaczęłam zarabiać więcej, więc moja sytuacja mieszkaniowa się zmieniła. Teraz mieszkam sama w kawalerce przerobionej na sypialnie z pokojem dziennym. Trafiła mi się bardzo dobra okazja i z rachunkami zamykam się w £1200 miesięcznie. 
Przeciętna krajowa pensja wynosi £25.647 brutto, ale w Londynie to już £35.147. Najniższa krajowa jest uzależniona od wieku i oparta jest na trybie godzinowym. Dla osób powyżej 24. roku życia wynosi ona £7.83 brutto za godzinę. Jeśli ktoś pracuje za minimalną krajową 40 godzin tygodniowo, to zarobi rocznie £16.286 brutto. 
Trudno mi powiedzieć, ile potrzeba do przysłowiowego „pierwszego”. Wszystko zależy od tego, gdzie i jak mieszkasz, jaki prowadzisz tryb życia i gdzie robisz zakupy. Mamy tutaj sieci tanich supermarketów, jak Asda, Lidl czy Iceland, umiarkowanych jak Tesco czy Sainsbury's i droższych – Waitrose czy Marks&Spencer. 
Jeśli chodzi o ubrania, to w przełożeniu na zarobki tutaj jest zdecydowanie taniej. Primark uchodzi za najtańszy ze sklepów odzieżowych i, rzeczywiście, w przełożeniu na zarobki, można w nim kupić dużo za nieznaczną część pensji. Pamiętam, jaki przeżyłam szok w czasie jednej z pierwszych wizyt w Polsce mijając H&M. Tutaj ta popularna sieć nie odbiega od Primarku jeśli chodzi o ceny i styl. Zorientowałam się wtedy, jaką różnicę stanowi zakup tego samego swetra w tym samym sklepie w Anglii i w Polsce. Ceny przekładają się bezpośrednio na kurs walutowy, a nie na zarobki. Coś, na co w Polsce trzeba było pracować dobrych kilka godzin, w Anglii było równowartością jednej lub niecałej godziny. 
Regularnie wysyłam ubrania do Polski. Ubrania dla mojego bratanka wychodzą tutaj taniej niż gdybym próbowała je kupić w Polsce. Dobre rzeczy z GAPa i TK Maxx nadal są tańsze tutaj nawet w przeliczeniu na złotówki. Moja mama jest wielką fanką Primarku i zaopatruje się w ubrania za każdą wizytą
.

S.C.: Jak wygląda codzienność Twoja – Polki na emigracji, a jak żyją Anglicy? Jak spędzają czas po pracy, w weekendy? 

Marta: Moja codzienność nie rożni się zbytnio od typowo angielskiej poza tym, że piję zdecydowanie mniej herbaty z mlekiem dziennie. Rano idę do pracy i – jeśli uda mi się wyjść w miarę wcześnie – spotykam się ze znajomymi albo idę do kina lub do parku. Tutaj życie toczy się na zewnątrz. Pub zdecydowanie jest w centrum życia towarzyskiego. Spotkanie w jakimkolwiek dniu tygodnia jest naturalne. Nikt nie czeka z tym do weekendu. Wyjcie do kina, restauracji czy teatru nie jest uwarunkowane dniem tygodnia, tylko zgodnością kalendarza. Większość z nas jest często zajęta. W Londynie tak dużo się dzieje, że szkoda byłoby marnować okazje. Ja się bardzo zasymilowałam, ale wiem, że wielu Polaków kultywuje domowe wieczory i weekendy. Kiedy zapraszam do siebie znajomych, zawsze mam przygotowane dużo domowego jedzenia i za każdym razem wywołuję to zdziwienie gości z innych krajów. Polskie domówki są legendarne pod wieloma względami.
Jak już wiesz, Anglicy nie spędzają weekendów w domu. Park nigdy nie jest pusty nawet zimą. Dzieci są na placach zabaw, dorośli w kafejkach, pubach i restauracjach. Niezależnie od pogody ludzie spacerują nad rzeką i jadą nad morze albo na piesze wycieczki poza miasto. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy siedzą w domu przed telewizorem, ale ja przez 10 lat nie spotkałam ich wielu. 

S.C.: Jesteś dyrektorem przedszkola, z czego jesteś z pewnością bardzo dumna. Opowiedz o organizacji czasu pracy – o wymiarze etatu i podejściu pracownika do pracodawcy i odwrotnie? 

Marta: Jeśli chodzi o podejście do pracy, byłoby wspaniale, gdyby niektórzy Anglicy wzięli przykład z Polaków. Uchodzimy tutaj za ciężko pracujących, rzetelnych i sumiennych nie bez powodu. Nasze standardy i podejście do pracy nie są tutaj normą. Bardzo chcę uniknąć stereotypizacji, ponieważ spotkałam również leniwych i niekompetentnych rodaków, ale z reguły Polacy dają z siebie wszystko i naprawdę można efekty ich pracy poznać na pierwszy rzut oka. 
Wymiar pełnego etatu to 40 godzin tygodniowo. Z reguły jest to 8 godzin pracy dziennie – czyli tak jak w Polsce, ale dodać trzeba jedną niepłatną godzinę na lunch w środku zmiany, chociaż – w zależności od branży – wygląda to bardzo rożnie.

S.C.: W Polsce wciąż najważniejszy jest dokument, a doświadczenie spada na dalszy plan w procesie rekrutacji, chociaż zaczyna się to powoli zmieniać. Jak w Anglii wygląda proces aplikacji i rekrutacji, a potem awansu pracownika? Z tego co zdążyłam zauważyć, chyba nastawiony jest na praktykę…  

Marta: Proces aplikacji i rekrutacji jest często kilkuetapowy, na przykład jego część odbywa się online, potem następuje rozmowa telefoniczna i spotkanie twarzą w twarz. Rzeczywiście, doświadczenie liczy się z reguły bardziej niż dyplomy i certyfikaty, ale to wszystko zależy od miejsca zatrudnienia i od stanowiska, na które się aplikuje. Dyplom pomaga w zdobyciu pracy i nie sposób pewnych rzeczy przeskoczyć. Do pewnych stanowisk niezbędne jest po prostu konkretne wyksztalcenie. Awans uzależniony jest wieloma względami i zależy od pracodawcy. Regularne spotkania z przełożonym są dokumentowane i często pracownicy dokształcają się w konkretnych dziedzinach, żeby doskonalić swoją praktykę i mieć większe szanse na awans. Mam tu na myśli raczej kursy zawodowe niż tytuły naukowe.
Nie ma reguły, jeśli chodzi o podejdzie pracodawcy do pracowników i odwrotnie. To wszystko zależy od miejsca zatrudnienia. Nie wiem, jak to wygląda w Polsce, ale ja spotykam się tutaj z roszczeniowym podejściem do pracy. Wielu pracowników wychodzi z założenia, że mnóstwo rzeczy im się po prostu należy i że to oni dyktują warunki.
Niestety, w sektorze edukacji wczesnoszkolnej mamy deficyt pracowników i bardziej wygląda to tak, że praca szuka człowieka niż odwrotnie. Powoduje to dużo problemów i przykrych sytuacji. Zatrudniam 41 osób w przedszkolu, ale tylko 15 z nas pracuje na pełny etat. Pracownicy nie muszą należeć do związków zawodowych, żeby mieć dodatkowe prawa. Wprawdzie nie mamy tutaj pełnopłatnego L4 jak w Polsce, ale wielu pracowników i tak ustawia pracę pod swoje potrzeby, wiedząc, że nie ma wielu kandydatów na ich miejsce, więc mogą sobie na to pozwolić.


S.C.: Przykre, ponieważ praca powinna być przywilejem a nie obowiązkiem. Jak wygląda kwestia polityki emigracyjnej i ekonomicznej, prawa do pobytu, nostryfikacji dyplomu, pozwolenia na pracę i wreszcie obywatelstwa? Mogłabyś coś na ten temat powiedzieć moim czytelnikom? 

Marta: Kwestia polityki emigracyjnej jest teraz bardzo na topie i trudno powiedzieć, w jakim pójdzie kierunku. Wielka Brytania otworzyła dla nas rynek pracy w 2004 roku. Kiedy ja przyjechałam cztery lata później było nas w UK już około pól miliona, z reguły młodych i wykształconych. Funt stał wtedy bardzo wysoko w porównaniu do złotówki. Już po tym jak dostałam pracę, musiałam aplikować o pozwolenie o pracę, które wydawane było automatycznie i później zostało dla Polaków zniesione. Do dzisiaj podstawą jest aplikowanie o NIN (National Insurance Number), który jest jakby odpowiednikiem polskiego numery PESEL, a który jest niezbędny do płacenia składek zdrowotnych i podatków. Potrzebne jest angielskie konto w banku i dowód zamieszkania, o którym wspominałam Ci wcześniej.
W kwestii nostryfikacji dyplomu należy wysłać go do NARIC, który jest specjalną organizacją do porównywania kwalifikacji. Wielu obcokrajowców jest rozczarowanych, ponieważ okazuje się, że ich dyplomy nie mają tu tej samej wartości co w rodzinnych krajach. Jest to odpłatna usługa i ceny zależą od rodzaju dyplomu. Mnie udało się uniknąć rozczarowania, ponieważ nie chciałam porównania dyplomu z kulturoznawstwa, lecz tylko z pedagogiki wczesnoszkolnej i wysłałam go prosto to General Teaching Council for England (instytucja miedzy innymi wydająca dyplomy nauczycielskie). Nie tylko była to darmowa usługa, ale automatycznie dostałam certyfikat QTS (Qualified Teacher Status) i mogłam pracować jako nauczyciel.
Nie wiem, jak to będzie wyglądało po marcu 2019 i jak kwalifikacje Będą porównywane między EU i UK.
Wszyscy, którzy potrafią udokumentować ostatnich 5 lat rezydencji w Wielkiej Brytanii, mogą starać się o kartę stałego pobytu. Aplikacja kosztuje £65.
Obywatelstwo jest bardziej skomplikowane i stosunkowo drogie. Trzeba zdać egzaminy i zapłacić £1206 za aplikacje i £85 za paszport. Egzaminy potrzebne do ubiegania się o obywatelstwo to test z wiedzy o życiu w Wielkiej Brytanii (głownie historia, polityka i kultura) oraz oficjalny egzamin z angielskiego.

S.C.: A jaka jest obecnie atmosfera w Wielkiej Brytanii i samym Londynie w związku z zamachami, które miały miejsce kilka lat temu? Czy islamscy emigranci nadal zagrażają Brytyjczykom? 

Marta: Zamachy terrorystyczne nie pojawiły się w Anglii razem z islamistami. Wcześniej działała tutaj IRA. Wydarzenia ostatnich lat oczywiście bardzo nami wstrząsnęły, ale zamachy nie są ograniczone do Wielkiej Brytanii. W tym samym czasie Francja, Hiszpania, Belgia czy Niemcy również musiały się zmierzyć z podobnymi wydarzeniami. Po każdym ataku ludzie są w szoku i pojawia się później wiele złości skierowanej na islamistów. Należy pamiętać, że nie każdy muzułmanin to terrorysta. Większość naprawdę nie ma nic wspólnego z ekstremizmem. Wsadzanie wszystkich do jednego worka to nie jest dobry kierunek myślenia. Pytasz czy islamscy imigranci nadal zagrażają Brytyjczykom. To ekstremiści zagrażają Brytyjczykom, a oni niekoniecznie musza być emigrantami ani nawet muzułmanami.


S.C.: A Brexit? Wielu się go boi. Czy Ty jako Polka mieszkająca w Wielkiej Brytanii od tylu lat i pracująca tam obawiasz się konsekwencji wystąpienia Wielkiej Brytanii z UE? Jak to może wpłynąć na funkcjonowanie Polaków?  

Marta: Nie myślałam wcześniej o ubieganiu się o obywatelstwo ani nawet o kartę stałego pobytu, ale atmosfera niepewności dookoła zaczyna mi się udzielać. Brexit jest w tej chwili głównym tematem rozmów i wiadomości, zwłaszcza że wszyscy są zmuszeni spekulować, gdyż tak naprawdę 6 miesięcy przed wyjściem z Unii nikt nadal nie wie, czy będzie to twardy Brexit i jak bardzo zmieni się nasze życie po 29 marca.
Kiedy Anglicy głosowali, ja byłam akurat na weselu w Polsce. Razem z moim partnerem, który pochodzi z Włoch spędziliśmy dzień odpisując na żartobliwe wiadomości naszych znajomych, że pewnie nas teraz nie wpuszczą z powrotem do Anglii. W Londynie nie wierzyliśmy, że Brexit może okazać się rzeczywistością, stąd pierwszą reakcją były żarty. Z czasem przyzwyczailiśmy się do myśli, że trzeba będzie przystosować się do zmian. Wielu ludzi wyjechało z Anglii przez ostanie dwa lata odkąd ogłoszono Brexit i nadal coraz więcej wyjeżdża. Nie wszyscy wracają do swoich krajów. Wielu ludzi wyjechało do Francji, Hiszpanii, Niemiec i do krajów skandynawskich. Niektóre firmy przenoszą siedziby na kontynent i pracownicy przenoszą się z nimi.
Większość z nas postanowiła zostać i zobaczyć, co będzie. Problem tkwi w tym, że nie wiadomo, czego możemy się spodziewać, ponieważ negocjacje ciągną się w nieskończoność i nadal nie wiemy, czy będzie 'deal' czy 'no deal'. Wygląda na to, że jedyna rzecz, która będzie na pewno to chaos.
Brexit zdecydowanie dotknie nas – emigrantów – pytanie, w jakim stopniu. Produkty sprowadzane z Europy zapewne podrożeją. Wydłuży się czas transportu. W tej chwili wysyłam paczki do Polski do 30 kilogramów za £25 i wątpię, że będzie to możliwe po wyjściu z Unii. Nikt nie wie, o ile wzrosną ceny biletów lotniczych. W tej chwili często latam swobodnie po Europie za niewielkie pieniądze i obawiam się, że po Brexicie będę musiała ograniczyć spontaniczne podróże. Niektóre linie lotnicze już teraz wprowadzają zastrzeżenia na biletach na loty po 29 marca, że mogą one zostać odwołane.
Nie obawiam się, że mnie stąd wyrzucą. Od ponad 10 lat płacę tu podatki i mam mnóstwo papierów, żeby to udowodnić. Co 3 lata muszę odnawiać świadectwo o niekaralności (wszyscy pracujący z dziećmi muszą), więc mam dowody też na to, że nigdy tu nie rozrabiałam. Zaczynam za to rozważać podwójne obywatelstwo, ponieważ zawsze dobrze jest mieć wybór i pewne rzeczy będzie mi na pewno łatwiej załatwić na brytyjskim paszporcie, a poruszając się po Europie na polskim.
Theresa May zapowiedziała, że wszyscy, którzy są stałymi rezydentami od przynajmniej 5 lat będą mogli zostać.

S.C.: Wielka Brytania gości u siebie bardzo wielu polskich emigrantów. Wspomniałaś już wcześniej, że są tu więc miejsca „typowo polskie”, gdzie można zrobić zakupy i żyć wśród „swoich”. Jednak to chyba nie wystarczyć, aby prawidłowo funkcjonować w kraju, w którym osiedliło się z różnych powodów. Czy Polacy chętnie się asymilują ze społecznością brytyjską?   

Marta: To prawda, jest nas tu dużo i są całe dzielnice, w których dominują Polacy. W wielu dzielnicach jest przynajmniej jeden polski sklep i często można nasze produkty kupić w sklepach off-licence (małych sklepach takich jak "Żabka" w Polsce). Większe supermarkety też miewają całe półki polskich produktów. Nie ma problemu ze znalezieniem polskiego fryzjera czy księgowego. Są tutaj też prywatne polskie przychodnie lekarskie. Na Hammersmith od lat działa Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny POSK, a polskie restauracje przyciągają nie tylko rodaków. Rodzinne zespoły, teatry i kabarety regularnie występują w Londynie. Co roku organizowane są też koncerty Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W zależności od dzielnicy, można też obejrzeć niektóre polskie filmy w kinie.
Wielu Polaków trzyma się swoich i spędza wolny czas z rodakami. Jest nas tu tyle, że naprawdę łatwo poznać innych ludzi z Polski. Wiele par poznało się już tutaj i założyli rodziny, wychowując dzieci w obu językach i kulturach. Niektórzy Polacy do tego stopnia funkcjonują wśród swoich, że – mimo wielu lat na emigracji – ciągle mówią z silnym akcentem czy nawet wręcz łamanym angielskim. Większość z nas w pełni się jednak zasymilowała. Spotykamy się w międzynarodowym i międzykulturowym gronie i niektórzy są w związkach z przedstawicielami innych narodowości. Moje polskie koleżanki założyły rodziny z partnerami z Anglii, Ameryki, Słowacji i Zimbabwe, a Meksykanka i Greczynka ode mnie z pracy mają polskich mężów.


S.C. To chyba dobrze, że tak się wszyscy ze sobą potrafią porozumieć. Porozmawiajmy teraz trochę o dzieciach. Jak wygląda ich wychowanie w angielskich domach? Czym różni się ono od polskiego podejścia do dzieci? Co byś przeniosła na grunt polski? 

Marta: Nie jestem pewna, czy aż tak bardzo różni się wychowanie polskich dzieci w porównaniu z angielskimi. Z tego co obserwuję, to tutaj większą uwagę przywiązuje się do zwrotów grzecznościowych i nie zakłada się, że to w porządku, iż trzylatek się nie wita, nie przeprasza i nie dziękuje, ponieważ "jest jeszcze mały". Formy grzecznościowe, dobre wychowanie i maniery odgrywają tutaj dużą rolę. Większy nacisk kładzie się na niezależność i zachęca się maluchy do rozwiazywania problemów i podejmowania wyzwań, oczywiście, w granicach rozsądku. Od początku porównuję mojego bratanka i jego rówieśników na placu zabaw z dziećmi, które mam pod opieką w przedszkolu i muszą powiedzieć, że w Polsce na dzieci bardzo się chucha i mocno się je wyręcza w prostych zadaniach jak założenie bluzy albo butów czy wytarcie nosa. Jasne, że szybciej jest dziecko wyręczyć, ale – niestety – nie daje mu to szansy do rozwijania samodzielności w wielu dziedzinach. Poza tym, wychowanie wszędzie wygląda tak samo i zależy od indywidualnych predyspozycji dzieci i ich rodziców. Jedni są bardziej wyluzowani, a inni bardziej wymagający.

S.C. Pracujesz w przedszkolu, więc pewnie znasz tamtejszy system edukacji wczesnoszkolnej i przedszkolnej bardzo dobrze. Jak wygląda nauka i organizacja zajęć w szkole, przerwy w nauce i co byś przeniosła do polskiej szkoły? 

Marta: System edukacji wczesnoszkolnej jest podzielony na państwowy i prywatny. Nie ma tak naprawdę państwowych żłobków i można wysłać trzyletnie dziecko do szkoły na 15 godzin tygodniowo po 3 godziny dziennie, co oczywiście nie pomaga pracującym rodzicom. Od września 2017 rodzice mogą się ubiegać o 30 godzin w tygodniu i otrzymanie specjalnego kodu uzależnione jest od kilku względów, zwłaszcza od rodzinnego dochodu. Prywatne przedszkola z reguły przyjmują dzieci od 3. miesięcy tak jak my, niektóre dopiero od 18 miesięcy, a inne od 2 lat.
Państwowe przedszkola i niektóre prywatne funkcjonują w tutejszym odpowiedniku polskiego systemu semestralnego. Są trzy termy: jesienny, wiosenny i letni. W ogóle jest w międzyczasie wiele przerw. Są przerwy semestralne (half terms), przerwy świąteczne i letnie wakacje. Wiele szkół ma przerwę na Boże Narodzenie długą na 3 tygodnie i wielkanocna na 2. Czasami wydaje się, że jest tu więcej przerw niż aktualnej nauki i na pewno nie przeniosłabym tego na polski grunt.
Nasze przedszkole jest otwarte 51 tygodni w roku, a jesteśmy zamknięci miedzy 25. grudnia i 1. stycznia i w święta państwowe (W Anglii nie ma ich tak dużo jak w Polsce). Wiele prywatnych przedszkoli jest tak otwartych, żeby umożliwić rodzicom pracę w normalnym wymiarze godzin. Kiedy dzieci idą do szkoły w wieku 4 lat, to ułatwienie dla rodziców się kończy. Państwowe i prywatne szkoły mają te wszystkie semestralne czy międzysemestralne przerwy i, paradoksalnie, prywatne szkoły maja jeszcze więcej wolnego niż szkoły państwowe czy kościelne.


S.C.: Jakie uprawnienia daje ten kod rodzinom? 

Marta: Pytasz o specjalny kod uprawniający niektóre rodziny do 30 godzin tygodniowo w przedszkolu. Rodzice mogą aplikować w tej sprawie na rządowej stronie i sprawdzić, czy się kwalifikują. Jeśli spełniają warunki, dostają wtedy specjalny kod, który szkoły i przedszkola potrzebują, aby ufundować te dodatkowe godziny z zarządu gminy. 0 15 godzin nie trzeba się ubiegać – przysługują każdemu dziecku w pierwszym semestrze po ukończeniu 3 lat. ilość miejsc w państwowych szkołach i przedszkolach jest jednak ograniczona.   

S.C.: U nas wiek rozpoczęcia obowiązku szkolnego przez dziecko zależy od rodziców, gdyż ma on wybór, czy posłać dziecko od 6. czy 7. roku życia, a z tego co wiem, w Anglii dzieciaki zaczynają edukację dużo wcześniej. Zaleta to czy wada? Jak to wpływa na rozwój dziecka?  

Marta: To może być drażliwy temat dla polskich pedagogów. Pamiętam, że podczas studiów sporo czasu zajęła nam dyskusja nad gotowością szkolną i ogromny szok przeżyłam odkrywając, jak to wygląda w Anglii. Na początku byłam sceptycznie nastawiona i przekonana, że w Anglii odbiera się najmłodszym dzieciństwo, kiedy one nie są jeszcze na to gotowi. Praca w tutejszym systemie uświadomiła mi, że nic podobnego. Trzy- i czterolatki uczą się tutaj w przedszkolu samodzielności oraz podstaw czytania i pisania. Moi absolwenci potrafią napisać swoje imię, a często kopiować różne słowa i czytać proste wyrazy. Dwulatki same zaczynają sobie serwować jedzenie na talerze i nalewać wodę z dzbanka (ze wsparciem wychowawców). Trzy- i czterolatki świetnie sobie same radzą w tych podstawowych czynnościach. Dzieci w tym wieku potrafią same iść do toalety, umyć ręce, wytrzeć nos, założyć kurtkę czy buty. To fakt, że buty są z reguły na rzepy i trzeba później zamienić buty z prawej na lewa nogę, ale nikt ich w tych zadaniach nie wyręcza. Zachęta do samodzielności i odpowiedzialności to klucze w wychowaniu przedszkolnym w Wielkiej Brytanii. Oczywiście, wychowawcy oferują wsparcie tym, którzy maja problemy z opanowaniem nowych czynności, ale dzieci bardzo szybko się uczą.
Prawnie wszystkie dzieci, które ukończyły 4 lata przed 1. września danego roku muszą iść do szkoły, zaczynając od zerówki, czyli Reception, chyba że rodzice decydują się sami je kształcić w domu. Rodzice mogą zaapelować o odroczenie szkoły o rok dla dzieci, które ukończyły 4 lata miedzy 1. kwietnia a 31, sierpnia, ale jest to rzadka praktyka, ponieważ zazwyczaj do przerwy świątecznej większość dzieci potrafi przeczytać krótkie książeczki.
Wiele prywatnych szkol podstawowych ma egzaminy wstępne dla przyszłych „zerówkowiczów”. Dzieci proszone są o napisanie swojego imienia, narysowanie siebie albo rodziny, ułożenia puzzli i pobawienie się z innymi dziećmi w kilkuosobowej grupie. Egzaminatorzy sprawdzają, jak dzieci radzą sobie z rozwiazywaniem problemów oraz konfliktów, jak podchodzą do zadań, jak rozmawiają miedzy sobą i z dorosłymi i jak kolaborują w grupie. Do niektórych szkol bardzo trudno się dostać. Na przykład przez lata wysyłaliśmy dzieci do Thomas's Battersea, ale odkąd książę George zaczął tam się uczyć, coraz trudniej jest się do niej dostać ze względu na ilość chętnych na jedno miejsce.
O miejsce w państwowej lub kościelnej szkole aplikuje się w styczniu. Należy wybrać kilka szkół z dzielnicy i zaznaczyć, która stanowi pierwszy wybór. Największy wpływ na przyjęcie ma odległość miejsca zamieszkania od szkoły i czy do szkoły uczęszcza już rodzeństwo kandydata. Znam niejeden przypadek całej rodziny przeprowadzającej się, żeby być bliżej wybranej szkoły.
Generalnie, podobają mi się wytyczne i program edukacji wczesnoszkolnej w Wielkiej Brytanii.


S.C.: No właśnie, co z dalszą edukacją? Jak w ogóle wygląda podejście do edukacji w Wielkiej Brytanii? U nas studia to wręcz przymus społeczny. Nikogo się nie pyta, czy studiował, ale co studiował? Jak jest w przypadku Twoich angielskich kolegów? 

Marta: Edukacja wczesnoszkolna jest znakomita i bardzo konkurencyjna. Nie wiem, w którym momencie przewraca się do góry nogami. Wielu szesnastolatków kończy szkołę i nie idzie dalej. Dziewczyny z mieszkań socjalnych zachodzą w ciążę i wychowują dzieci z pomocą państwa. To nie jest jakieś uogólnienie, tylko prawda. Zatrudniam 41 osób i tylko 15 z nas pracuje na pełny etat. Pozostałe dziewczyny to tak zwane samotne matki. Wiele z nich ma dzieci z tym samym partnerem czy nawet mężem, ale oficjalnie nie są razem. Dostają mieszkanie za darmo. Nie płacą podatków ani rachunków. Niektóre naprawdę mają potencjał, ale kiedy oferuję im awans albo podwyżkę, wycofują się. Jeśli zaczną zarabiać więcej, będą musiały zacząć płacić czynsz i inne wydatki, więc przestanie im się to opłacać.
Mało kto tutaj studiuje i jest to w dużej mierze uzależnione od pochodzenia społecznego. Prywatne szkoły i uczelnie są bardzo drogie i wiele ludzi nie może sobie na studiowanie pozwolić. Poza tym, pracodawca patrzy tutaj bardziej na umiejętności i doświadczenie niż na dyplomy i certyfikaty.
To prawda, że w Polsce nikt nie pyta, czy studiowałeś, tylko co. Osobiście skończyłam dwa kierunki studiów na państwowym uniwersytecie –  jestem filmoznawcą i pedagogiem wczesnoszkolnym. W sytuacji zagrożenia nie wybierzesz żadnego z tych kierunków. W obliczu kataklizmu powinniśmy się otoczyć budowniczymi, hydraulikami i ludźmi z innymi przydatnymi umiejętnościami. Bardzo fajnie, że tylu mamy politologów, kulturoznawców, filozofów oraz speców od zarządzania i marketingu. Szkoda tylko, że tak naprawdę potrzebujemy niewielu z tych, co roku zasilających szeregi już istniejących zawodów. W Anglii – skoro już musisz wydać dużo pieniędzy na studia – idziesz na konkretną specjalność, w której chcesz zrobić karierę.
Nie wiem, dlaczego tak wielu młodych ludzi wybiera najprostszą opcję opuszczenia szkoły w wieku 16 lat. Dla nich drzwi do dalszej edukacji nie zamykają się jednak na zawsze. Istnieje dużo opcji dokształcenia takich jak NVQ. Poziomy pierwszy do trzeciego dają ci wyksztalcenie. Poziom szósty i powyżej to sprawa college'u i uniwersytetu. Żeby zrobić poziom trzeci w edukacji przedszkolnej ukryłam swój dyplom (QTS jest równorzędny z poziomem szóstym) i wykorzystałam ofertę pracodawcy, który zapłacił za mój kurs. W międzyczasie zrobiłam poziom drugi w równości i dywersyfikacji, a później w pracy z jednostkami z trudnościami w nauce z funduszów Unii Europejskiej. Jeśli chcesz się dokształcać, zawsze są jakieś opcje. Niekoniecznie trzeba mieć licencjat albo magistra. Podjęcie pracy w młodym wieku i dokształcanie się w tym samym czasie daje dużą przewagę w kwestii doświadczenia.
Co wywołuje moje nieodmienne zdumienie, to jak mało umiejętności wielu młodych ludzi wynosi ze szkoły. Edukacja zaczyna się na wysokim poziomie, ale później omija dużo wydawałoby się podstawowych umiejętności i wiedzy. Zaskakująca ilość ludzi po angielskiej szkole państwowej nie ma pojęcia o historii lub geografii. Nie chodzi mi o zaawansowaną wiedzę, ale taką, którą nasze pokolenie miało przed ukończeniem podstawówki (słyszę, że w Polsce poziom też się teraz bardzo obniżył). Wcale nie żartuję, że wielu ludzi nigdy nie słyszało o Aztekach czy Napoleonie albo myśli, że Wenezuela leży w Afryce. Prawie nikt nie zna stolic innych krajów. Moi koledzy i koleżanki z innych krajów europejskich nieraz patrzą na znajomych Anglików, zastanawiając się, jak mogła ich ta cała wiedza tak dokładnie ominąć. Matematyka zawsze była moim najsłabszym przedmiotem, a tutaj spotykam się z podziwem, jak szybko robię obliczenia i to w głowie, a nie na kalkulatorze.
Żeby było jasne – powyższe dywagacje są na temat osób po państwowych szkołach. Wszyscy absolwenci prywatnych szkol, których do tej pory spotkałam, wykazują się rozległą wiedzą w różnych dziedzinach.


S.C.: A co z poczuciem wyjątkowości właściwym dla krajów anglojęzycznych? Te narodowości nie za bardzo chcą się uczyć innych języków czy studiować zagranicą. 

Marta: Masz rację, jest coś w tym angielskim poczuciu wyjątkowości. To prawda, że większość Anglików nie mówi w żadnym innym języku. Ci bardziej wyedukowani znają francuski, ale rzadko inne języki. Oczywiście, brytyjscy obywatele w drugim lub trzecim pokoleniu często są dwu- lub trójjęzyczni. Rodowici Anglicy nie garną się do nauki języków obcych. Wychodzą oni ze słusznego poniekąd założenia, że gdzie nie pojadą, tam się dogadają. Sama zwiedziłam duży kawałek świata i jest to prawda. Nie boję się nigdzie jechać. Po angielsku porozumiewałam się na Kubie, w Peru, w Chinach czy w innych częściach Azji i w większości krajów europejskich. Typowi Anglicy nie zapuszczają się zresztą w miejsca, gdzie nikt nie mówi po angielsku. Wielu Wyspiarzy jeździ do Marbelli i Benidormu w Hiszpanii, na Ibizę czy do Marmaris w Turcji. Te miejsca są bardzo „zangielszczane”. Przez przypadek przejeżdżałam kiedyś przez Benidorm i ilość "Fish and chips" oszołomiła mnie i zniesmaczyła jednocześnie. Podobnie było, kiedy – przejeżdżając Portugalię od północy do południa – zatrzymałam się w Albufeirze. Wyglądało to zupełnie tak jakby Brighton przeniosło się do Algarve dla gwarantowanego wypoczynku na słońcu. 

S.C.: Jaki stosunek ma przeciętny Anglik do swojego kraju i dlaczego są tak niechętni na nowe? 

Marta: Nie zgadzam się z Twoim stwierdzeniem, że Anglicy nie są otwarci na nowe, chociaż po wynikach głosowania w kwestii Brexitu wydaje mi się, że może nie znam ich tak dobrze, jak mi się wydawało. Podejrzewam, że wracamy tutaj do rozróżnienia miedzy Londynem a resztą kraju, zwłaszcza poza dużymi miastami.
Przez 10 lat poznałam wielu Anglików z różnych warstw społecznych. Miałam dużo do czynienia z napuszonymi i zarozumiałymi absolwentami najlepszych uczelni lub z wieloma ludzi, którzy wiedzą wszystko o „Tańcu z Gwiazdami”, ale w życiu nie słyszeli o Napoleonie. Tak naprawdę to są ekstrema i większość ludzi jest po prostu sympatycznych i – niezależnie od pochodzenia społecznego – otwartych na nowe i bardzo tolerancyjnych. Londyn jest wspaniałym tyglem i absolutną mieszanką wszystkiego, niekoniecznie zawsze dobrego. Większość ludzi jest otwarta. Moja administratorka ma 73 lata i jest rodowitą Angielką z tradycyjnymi wartościami i jest bardzo wrażliwa w kwestii poprawności językowej pod każdym względem, ale ogląda obcojęzyczne filmy, je w restauracjach z całego świata i bierze udział w festiwalach różnych kultur. Nigdy nie słyszałam od niej negatywnego słowa o emigrantach, wprost przeciwnie.
Poczucie wyjątkowości bierze się być może z okresu kolonializmu. Wielka Brytania była wtedy prawdziwą potęgą i chociaż straciła większość kolonii, ta duma ostała się w narodzie.


S.C.: Mówi się też, że Polki wyjeżdżają, aby urodzić na wyspach dziecko i pobierać zasiłek, a wielu Polaków nie ma za co wrócić do kraju i nie mają gdzie mieszkać. I pewnie teraz wiele Pań będzie mnie krytykować za te słowa. Chciałabym więc się dowiedzieć od Ciebie, czy faktycznie tak jest? 

Marta: Nie mam w tym temacie informacji ani doświadczenia. Nigdy nie słyszałam ani nie spotkałam osoby mieszkającej w squocie. Jak się dobrze poszuka, to można kupić bardzo tanie bilety do Polski, więc tu chyba bardziej chodzi o wstyd przed ludźmi w domu, że wyjechali i się im nie udało.
Nie mam też wiedzy w temacie Polek pobierających zasiłki. Przepisy zostały w ostatnich latach zaostrzone i chyba nie jest to takie proste jak kiedyś. Wiem na pewno, że sam fakt urodzenia dziecka w Anglii nie daje mu automatycznego obywatelstwa. Przynajmniej jeden rodzic musi mieć obywatelstwo lub kartę stałego pobytu, o które można się ubiegać dopiero po 5 latach spędzonych w Anglii.

S.C.: Jak są postrzegani Polacy na Wyspach? Czy Ty kiedykolwiek spotkałaś się z negatywnym nastawieniem do Ciebie?   

Marta: Polacy są z reguły postrzegani jako rzetelni i ciężko pracujący. Owszem, zdarzają się wyjątki i niektórzy rodacy rozrabiają, ale to dotyczy wszystkich narodowości. Czasami robi mi się wstyd, gdy mijam na ulicy puste puszki po polskim piwie, ale nie stanowi to normy i jesteśmy tutaj raczej lubiani. Nigdy nie zdarzyło mi się spotkać z negatywnym nastawieniem wynikającym z tego, że jestem Polką. Tylko jeden raz na początku angielski lekarz był niegrzeczny, ponieważ przyznałam, że brałam polskie tabletki i on musiał szukać składników w intrenecie. Kilka dni później okazało się, że miałam ospę wietrzną i mój stan nie miał nic wspólnego z braniem polskich leków.

S.C.: A angielska kuchnia? Czym różni się od polskiej? Co zabrałabyś do polskiej kuchni a jakich polskich smaków brakuje Ci na angielskim stole? 

Marta: Typowa kuchnia angielska bardzo rożni się od polskiej – głownie tym, że polska jest naprawdę smaczna, a angielska nie (śmiech). Tak naprawdę rzadko można spotkać tradycyjne angielskie dania. W czasie kolonializmu Anglia otworzyła się na nowe smaki i ogromną ilość przypraw, które są do dzisiaj z zapałem używane. Wielokulturowość spowodowała wspaniałą różnorodność i takie na przykład curry uchodzi dzisiaj za tradycyjne angielskie danie.
Zacznijmy od tradycyjnego śniadania, które jest najlepszym lekarstwem na poranek po wieczorze spędzonym w pubie. Full English Breakfast składa się z sadzonych jajek, smażonej kiełbasy i boczku, fasoli w sosie pomidorowych, hash brown (smażony kotlecik z potartych ziemniaków), smażonych grzybów i pomidorów, a do tego smażony chleb lub tosty. Różne miejsca oferują różne wariacje tego klasycznego śniadania, zwłaszcza wegetariańskie, gdzie można zamienić kiełbasę i boczek na smażony ser halloumi lub inne produkty.
Nie jest to śniadanie, któremu dalibyśmy codziennie radę – większość ludzi je na śniadanie płatki, ale na wakacjach czy po ciężkiej nocy obowiązkowo Full English (w moim przypadku bez mięsa).
Wszędzie nad morzem, ale tak naprawdę w większości miejscowości w kraju ludzie z zapałem jedzą ikoniczne Fish and Chips, czyli smażoną rybę w panierce z angielskimi grubymi frytkami. Fakt, że ludzie poza ketchupem i majonezem dodają do frytek ocet nadal napawa mnie osłupieniem. Nie lubię frytek, ale takiego dorsza zdarza mi się zjeść i z reguły smakuje bardzo dobrze.
W niedzielę Anglicy przyrządzają tradycyjny Roast, czyli pieczone mięso z ograniczoną ilością warzyw.
Z typowo angielskiego menu można jeszcze wybrać Mac and Cheese (zapiekankę makaronową z serem cheddar), Yorkshire Pudding (pieczone ciasto naleśnikowe w postaci czarki)  czy Bangers and Mash (kiełbaski i tłuczone ziemniaki).
Tak naprawdę większość menu ma dzisiaj dużo bardziej zdrowych opcji do wyboru. Ludzie jedzą dużo warzyw i owoców – często takich, o których w Polsce nigdy nie słyszałam.
Wszędzie dookoła są restauracje z różnych zakątków świata i produkty z różnych krajów są łatwo dostępne. Największa popularnością cieszą się kuchnia hinduska, chińska i włoska.


S.C.: Czy coś Cię zakończyło, gdy musiałaś przygotować dla siebie pierwsze posiłki?

Marta: Nic mnie nie zaskoczyło, gdy przygotowywałam tutaj moje pierwsze posiłki, ponieważ przy mojej stacji metra był polski supermarket Mleczko i niczego mi nie brakowało. Pewnie, że tęskno mi czasem za ruskimi pierogami mojej mamy, ale to dlatego, że są wyjątkowe, a tak na co dzień na pierogi mogę iść do polskiej restauracji. Polskie produkty są szeroko dostępne nie tylko w naszych sklepach i tak długo jak będę miała swobodny dostęp do majonezu kieleckiego, nie będę narzekać na zaopatrzenie w tym kraju. 

S.C.: Opowiedz, jak wygląda kultura jedzenia w Wielkiej Brytanii? 

Marta: Kultura jedzenia jest inna pod tym względem, że mniej się tutaj je w domu. Jedzenie na mieście nie jest tylko na specjalne okazje i niekoniecznie musi być drogie. W tym kraju możesz zamówić pizzę z dostawą do parku, kupić rybę i frytki na wynos czy zjeść solidny posiłek w każdym pubie.

S.C.: Też lubię majonez kielecki, ale jedzenie to nie wszystko, co zapewne przypomina Ci o Twoich korzeniach. Tęsknisz czasem za Polską? 

Marta: Zabrzmi to niewdzięcznie, ale nie tęsknię za Polską. Owszem, szanuję polski dobytek i historię, ale nie napada mnie nigdy tęsknota za ojczyzną. Cała moja rodzina jest w Polsce i zdarza mi się czasem za nimi zatęsknić, ale tak naprawdę widzę ich kilka razy w roku i dzięki dzisiejszej technologii nie jestem wykluczona z rodzinnych rozmów, planów i dyskusji. Dostaję zdjęcia i informację o aktualnych wydarzeniach rodzinnych na WhatsApp i biorę czynny, choć zdalny, udział w podejmowaniu rodzinnych decyzji.
Literatura i historia naszego kraju miały ogromny wpływ na moje wychowanie i poczucie tożsamości. Dopóki nie wyjechałam, miałam wielkie patriotyczne ciągoty (proszę nie mylić z polityką i żadnymi ugrupowaniami), ale jakoś zmieniły one kierunek.


S.C.: A to ciekawe co mówisz. W czym one się przejawiały? 

Marta: Moje patriotyczne ciągoty nie przejawiały się niczym konkretnym. Czytałam dużo na temat polskiej historii, a zwłaszcza drugiej wojny światowej. Naoglądałam się patriotycznych filmów i nie dałabym nikomu złego słowa powiedzieć o Polsce. Dzisiaj nie patrzę już na Polskę tak bezkrytycznie. Podejrzewam, że młodzieńcze ideały wywietrzały mi z głowy i nabrałam nowych perspektyw, chociaż nadal uważam Polskę za swoją ojczyznę. 

S.C.: Czy więc chciałabyś wrócić kiedyś wrócić do kraju? Myślisz w ogóle o tym? 

Marta: Nie, nie chciałabym wrócić do kraju. Polska jest piękna, pełna bogactwa kulturowego i w miarę bezpieczna, ale nie wyobrażam sobie powrotu z wielu względów. Po pierwsze, sytuacja polityczna zdecydowanie mnie zniechęca. Po drugie, mentalność – wiem, że w Polsce jest wielu otwartych i wspaniałych ludzi, ale jednak za często spotykam się w wiadomościach w internecie czy na portalach społecznościowych z opiniami, które w mojej rzeczywistości nie mieszczą się w głowie.
Tutaj czuje się wolna i nie oceniana przez każdego przechodnia. Pracuję w miejscu, które uwielbiam i spędzam wolny czas z kim, kiedy i gdzie chcę. Mieszkam w mieście, z którego mogę pojechać, gdzie chcę i jak chce, zawsze mając szeroki wybór.
Jak sobie myślę, gdzie stałabym finansowo, gdybym została w Polsce, to czuję się bardzo nieswojo. Bardzo prawdopodobne, że nadal mieszkałabym z rodzicami, pracowałabym w lokalnym przedszkolu i zazdrościła innym. Nie zrozum mnie źle – bardzo szanuję osoby, które pracują w lokalnym przedszkolu czy mieszkają z rodzicami. Miałam jednak szczęście zasmakować innego życia, które niekoniecznie wielu ludziom pasuje i tego życia już nie odpuszczę. Kocham przygody i podróże, spontaniczne wypady i satysfakcje z wykonanej pracy. Przede wszystkim, uwielbiam być niezależna i sama decydować o sobie. Jestem pewna, że powrót do Polski byłby dla mnie traumatyczny i nie odnalazłabym się w kraju. 

S.C.: Wiesz, że tymi słowami narażasz się na nieprzychylne komentarze wielu rodaków, którzy mają patriotyzm wypisany na twarzy? Mam przez to rozumieć, że planujesz pozostać w Wielkiej Brytanii na zawsze?

Marta: Czy planuję zostać w Wielkiej Brytanii na zawsze… Nie wiem. Na pewno nie planuję wrócić do Polski, ale jeśli z jakichkolwiek względów musiałabym opuścić Londyn, nie wyobrażam sobie mieszkania gdziekolwiek indziej w Anglii. Przez 10 lat zwiedziłam duży kawałek kraju i byłam w wielu urzekających miejscowościach, ale żadna nie skusiłaby mnie do zamieszkania tam na stale. Możliwe, że rozważałabym Edynburg w Szkocji, ale raczej wyemigrowałabym do Barcelony, która bardzo rożni się od Londynu, ale ma w sobie cos, co mnie przyciąga, głownie różnorodność i wielokulturowość. To, że nie znam za bardzo hiszpańskiego nie powstrzymałoby mnie przed przeprowadzką – człowiek uczy się cale życie. Poza tym, w Hiszpanii mieszkańcy mówią po angielsku, więc mogłabym zacząć niekoniecznie od zera. 

S.C.: Byłaś – jak sama mówisz – w wielu miejscach świata. Które z nich zrobiło na Tobie największe wrażenie? Która z tych podróży okazała się najważniejsza i na tyle cenna, że będziesz ją wspominać do końca życia? 

Marta: Które miasto zrobiło na mnie największe wrażenie? To zależy od perspektywy. Różne miejsca urzekły mnie innymi aspektami. Zwiedziłam wiele pięknych i interesujących miast, zwłaszcza włoskich. Uważam, że Włochy są najpiękniejszym krajem świata i chociaż odkrywam je coraz bardziej każdego roku to, nie spakowałabym dzisiaj walizki, żeby do któregokolwiek z tych miast się przeprowadzić. 
Jeśli chodzi o podróż, która najbardziej zapadła mi w pamięci, to jestem rozdarta między podrożą na Kubę i do Peru. Nie sądzę, żeby cokolwiek przebiło uczucie niedowierzania temu, co widzę na Machu Picchu. Jako wycieczkę, która dala mi najbardziej bezcenne wspomnienia muszę jednak zaliczyć Kubę. Przemierzyliśmy kraj od Hawany do Santiago z tyloma przygodami i absurdami, że na pewno nigdy ich nie zapomnę. Udało nam się pojechać jeszcze zanim Amerykanie rozluźnili przepisy kilka lat temu i nie trzymaliśmy się ścisłe turystycznych szlaków, więc poznaliśmy Kubę nie tylko powierzchownie.


S.C. Żyjesz i pracujesz w Londynie już od 10 lat. Czy według Ciebie tamten Londyn sprzed dekady to to samo miasto co teraz? Co się zmieniło? 

Marta: Oczywiście, że Londyn zmienił się przez te 10 lat. Zmienił się wygląd miasta – przybyło nam wiele szklanych wysokościowców w centrum. Wiele dzielnic zmieniło status. Na przykład 10 lat temu Hackney uchodziło za bardzo niebezpieczną dzielnicę, a dzisiaj to miejsce jest pogodne i pełne niezależnych kafejek, przyciągając tym samym hipsterow, artystów i młodych profesjonalistów. Niektóre mniejszości narodowe przeniosły się do innych rejonów miasta. Wielu Europejczyków w ogóle wyjechało. Londyn to bardzo dynamiczne miasto i cos zawsze się tu zmienia – to jest jeden z powodów, dla których tak bardzo mi się tutaj podoba.

S.C.: Czego nauczyła Cię emigracja – te 10 lat spędzonych poza Polską? 

Marta: Czego nauczyła mnie emigracja? Prawie wszystkiego. Emigracja ukształtowała moją osobowość. W pierwszej kolejności nauczyłam się zaradności. Owszem, rodzice są na drugim końcu linii telefonicznej, ale tak naprawdę najlepiej spróbować zaradzić problemom na własną rękę. Do dzisiaj dzwonię do taty, kiedy mam większy problem z komputerem albo elektryka w domu, a do mamy w wielu innych kwestiach, ale tak naprawdę nauczyłam sobie sama dawać radę.
W Polsce nigdy nie przewodziłam grupie i byłam raczej zahukana. Na studiach przejęłam trochę inicjatywę, ale nigdy nie byłam studentką, która odważyłaby się zapukać do gabinetu doktora czy profesora z jakimkolwiek pytaniem. Tak było też tutaj na początku. Przytakiwałam i byłam cichą myszką, ale nie trwało to długo. Szybko nauczyłam się walczyć o swoje i pozbyłam się kompleksów.
Emigracja dała mi wiarę w siebie i determinacje. Nie osiągnęłam tego, co teraz mam czekając na swoją szansę tylko dzięki wzięciu byka za rogi. Nauczyłam się szacunku dla innych niezależnie od tego, kim są i co reprezentują tak długo jak nie krzywdzi to innych.
Nie twierdzę wcale, że było łatwo. Spędziłam całe lata śpiąc w małym pokoiku na Southfields i dorabiając jako baby-sitting. Przez kilka lat większość wieczorów opiekowałam się dziećmi, gdy rodzice wychodzili i tak naprawdę dostarczało mi te zajęcie drugiej prawie równorzędnej pensji. Jasne, że w wieku dwudziestu kilku lat to bardzo łatwe, ponieważ potrzebujesz tylko kilku godzin snu, ale z czasem jest coraz trudniej prowadzić taki tryb życia.
Chciałam podróżować – moja pensja starczała na życie, ale to właśnie opieka nad dziećmi pozwoliła mi spełniać marzenia. Do dzisiaj okazjonalnie dotrzymuję towarzystwa dzieciom, gdy ich rodzice wychodzą. Nie potrzebuje już dorabiać w ten sposób, ale jestem bardzo związana z niektórymi rodzinami – miałam ich dzieci w klasie przedszkolnej i chociaż teraz mają nawet 13 lat przyjemnie nam razem spędzać czas.
Emigracja nauczyła mnie uśmiechu. Brzmi to śmiesznie, ale uśmiech naprawdę robi różnicę. Wchodząc do sklepu czy autobusu, zawsze się uśmiecham i witam. Wychodzi to naturalnie i spotykam się z  wzajemnością. Z każdą wizytą w Polsce muszę się mentalnie przestawić na ponury wyraz twarzy i ocenianie. Zaczyna się już na lotnisku. Anglia nigdy nie przystąpiła do Shengen, więc zawsze mamy kontrolę paszportową. Podróżowałam do wielu krajów i muszę powiedzieć, że poza Chinami i Kubą nasza straż graniczna zawsze przyprawia mnie o dreszcze. Mam ważny polski paszport oraz dowód osobisty i nigdzie na świecie nie narozrabiałam, ale stojąc w kolejce do polskiej straży granicznej, zawsze jestem nerwowa.
Emigracja nauczyła mnie dyscypliny i samodzielności. Na emigracji odkryłam, kim jestem i czego chcę i co sprawia mi przyjemność. Emigracja otworzyła mi oczy na nowe, inne i nikt już tego ze mnie nie wykorzeni.

S.C.: A czy w Londynie już czujesz się bardziej „stąd”, czy nadal jednak jesteś Polką mieszkającą w Wielkiej Brytanii? 

Marta: To jest pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć. Jak wspomniałam wcześniej, wychowałam się na polskiej literaturze, która bardzo zdeterminowała moja tożsamość. Jeśli zapytałabyś mnie kilka lat temu, to zdecydowanie odpowiedziałabym, że jestem Polka na emigracji. Dzisiaj nie wiem. Jestem organiczną częścią Londynu i czuje się tutaj jak w domu. Londyn jest moim miejscem na ziemi. Nigdy nie zapomnę, skąd pochodzę i nie staram się tego wykorzenić. Moja tożsamość ewoluowała z czasem i nie tyle jestem pośrodku, co łączę jedno z drugim. Nie jestem zagubiona ani zdezorientowana. Jestem Londyńczykiem z polskim pochodzeniem.
Myślę dzisiaj bardziej po angielsku niż po polsku i zajmuje mi trochę czasu przetłumaczenie niektórych rzeczy. Moja rodzina się już przyzwyczaiła i tylko czasem zapytają po tym, jak im powiem że muszę się pospieszyć, żeby złapać autobus, czy będę go łapać za ogon (śmiech). Naprawdę nie wiem, jak wcześniej nie 'łapałam' autobusu albo pociągu. Ta zastępcza fraza po polsku umknęła mi na zawsze. Wiele słów i fraz umknęło mi niezauważenie i moja znajomość języka polskiego jest coraz słabsza. Najgorsze jest bezpośrednie tłumaczenie.


S.C.: Co czujesz, gdy rozmawiasz po angielsku? Jakie wtedy towarzyszą Ci odczucia? 

Marta: Rozmawianie i myślenie po angielsku przychodzi mi naturalnie i nie zastanawiam się nad tym. Angielski stał się moim codziennym językiem i używam go częściej niż polskiego. To nie znaczy, że zapomniałam, jak się mówi po polsku, mimo że czasami brakuje mi konkretnych słów i kiedy próbuję cos wytłumaczyć po polsku, tłumaczę to bezpośrednio, co nie zawsze ma sens.

S.C.: W tym roku Polska obchodzi 100-lecie odzyskania niepodległości. Jak obchody tak ważnej dla naszego kraju uroczystości przebiegały w Wielkiej Brytanii? 

Marta: Owszem, były tu świętowane obchody 100-lecia niepodległości przez Polskę, ale nie wiem, czy aż tak hucznie jak zostało to zaprezentowane w kraju. Największym przedsięwzięciem był koncert polskich artystów w prestiżowym Royal Albert Hall. Niektórzy Polacy świętowali na zorganizowanych imprezach, a inni – jak na przykład mój znajomy – zorganizowali wyjście na lunch lub kolacje ze znajomymi rodakami. 
Tak się składa, że pierwsza niedziela po 11. listopada (w tym roku był to akurat dokładnie 11. listopada) to Remembrance Sunday, dzień który jest tutaj obchodzona co roku z dużą pompą. Brytyjczycy noszą 'poppies', czyli broszki w kształcie kwiatu maku już kilka tygodni przed tym świętem. Remembrance Sunday obchodzona jest dla uczczenia pamięci poległych w obu wojnach światowych i późniejszych konfliktach.  

S.C.: Na zakończenie naszej rozmowy, chciałam Cię zapytać, jaką radę masz dla Polaków, którzy teraz czytają ten wywiad i właśnie teraz stoją przed trudną decyzją życiową – wyemigrować czy zostać w kraju? 

Marta: Jakiś czas temu powiedziałabym: jeśli myślisz o wyjeździe – przestań myśleć i przystąp do akcji. Dzisiaj muszę być bardziej ostrożna. Nikt nie wie, co będzie po 29. marca, więc nie będę nikogo zachęcała do przyjazdu do Anglii, zanim wszystko się wyjaśni.
Pierwsza i najważniejsza zasada – otwórz się na nowe, inne i zacznij uczyć się języków obcych. Możliwe, że przez Brexit Anglia nie będzie osiągalna – więc ucz się zwłaszcza języka niemieckiego, francuskiego i hiszpańskiego. Podążaj za marzeniami – jeśli nie zrobisz tego teraz, prawdopodobnie nie zrobisz tego nigdy. Postaw wszystko na jedną kartę – jeśli ci się nie uda, zawsze możesz wrócić.
Jeśli myślisz o wyjeździe, poszukaj znajomych, którzy już wyjechali. Ktoś zawsze zna kogoś, kto gdzieś wyjechał. Oni mogą ci pomóc znaleźć mieszkanie i pracę.
Pamiętaj jednak, żeby nie nadużywać ich możliwości i gościnności. Większość z nas nie siedzi tutaj bezczynnie z wolnymi pokojami do wzięcia. Owszem – pomagamy ile możemy, ale są granice. Ja sama spałam kilka miesięcy na sofie w kuchni, kiedy przyjaciel mojego chłopaka przyjechał z Włoch zakładając, że damy mu za darmo wikt i opierunek dopóki on nie stanie na swoim. Oddałam własne łóżko, ponieważ wstaję do pracy bardzo wcześnie i potrzebowałam swobodnego dostępu do kuchni i łazienki. Chociaż Gianniego bardzo lubiłam, jednak bardzo się cieszyłam, kiedy się wyprowadził.
Bądź, kim chcesz być. Zawsze celuj w szczęście i wykorzystuj możliwości. Wyjedz, jeśli możesz – gdziekolwiek, choć niekoniecznie na zawsze. Spróbuj – bez tego nie będziesz wiedzieć, czy to dobra decyzja czy nie. Życie jest za krótkie na „gdybanie”.

S.C.: Dziękuję za garść bardzo cennych informacji i wiele słów otuchy. Mimo wszystko, zawsze należy myśleć o własnej przyszłości i Ty jesteś tego przykładem. Życzę powodzenia w dalszej karierze i wielu ciekawych podróży. 

Brak komentarzy