Z Internetem jest jak z pieniędzmi, kiedy człowiek zaczyna z nimi obcować, pokazuje swoje prawdziwe „ja”

Anna-Maria Wiśniewska autorka książki „Twój wizerunek w social media. Workbook&Terminarz".  Przeprowadza marki od pomysłu na siebie, przez projekt, wykonanie i długofalową dalszą pomoc. Prowadziła szkolenia dla m.in. Banku Santander, ASBiRO, agencji nieruchomości, Vantis Holding. Stworzyła agencję Socialme Agency. Jest pomysłodawczynią akcji #WiecejDziewczyn, która wspiera kobiety w ich publicznej aktywności. Można ją znaleźć na www.annamariawisniewska.pl. Z wykształcenia prawnik, z zamiłowania marketer, sprzedażowiec i PRowiec.


Sylwia Cegieła: Jakie zauważyłaś najczęściej pojawiające się błędy w budowaniu wizerunku marki w mediach społecznościowych? Z czego one najczęściej wynikają: z niewiedzy, z ignorowania potęgi mediów czy są jeszcze jakieś inne przyczyny?

Anna-Maria Wiśniewska: Brak myślenia przyczynowo skutkowego. Brak myślenia perspektywicznego. Zakładanie, że jeśli mam w social media tylko znajomych, to nikt postronny nie dotrze do moich treści. I z drugiej strony – nie zauważanie innych niż tylko rozrywkowych możliwości, jakie dają media społecznościowe.
Podstawowym błędem jest niewiedza. To jest w 90% przypadków główny czynnik, który powoduje, że robimy głupstwa. Nie zdajemy sobie sprawy z konsekwencji różnych działań. Kolejny to... nie czytanie tego, co mamy na ekranie i klikanie, gdzie popadnie. Naprawdę! Jednym z najczęstszych wytłumaczeń  „popsucia" czegoś na Facebooku, publikacji niechcianych treści, instalacji spamowych aplikacji jest: „coś gdzieś kliknąłem".
Oczywiście, zupełnie inną kwestią jest nie przykładanie wagi do własnych czynów, które mogą różnie wpływać na naszą osobę i to, jak się ją postrzega. Ale ten kontekst jest szerszy – nie obejmuje tylko social media, ale całe nasze życie.

S.C.: Dlaczego budowanie wizerunku w mediach społecznościowych jest ważne? Dla kogo przede wszystkim powinno być istotne?

A-M.W.: Bo, jak ja to mówię, social media to dla większości z nas „pierwsze miejsce styku". Ludzie dzisiaj już nawet nie „google'ują", tylko wyszukują nas na Facebooku. Ja sama wykorzystuję FB do sprawdzania ludzi, miejsc, wydarzeń, a dopiero, gdy ich tam nie znajduję – przenoszę się do Google.
Dlatego, jeśli zależy nam na karierze zawodowej – niezależnie, czy mamy biznes czy pracujemy u kogoś (choć to równie dobrze może tyczyć się sfery prywatnej, np. randek) i jeśli chcemy na wstępie zrobić świetne pierwsze wrażenie, warto jest zatroszczyć się o to, jak prezentujemy się w social media i co można znaleźć na naszych profilach.

S.C.: Jakie są główne cele marketingu w mediach społecznościowych?

A-M.W.: Takie, jak marketingu wszędzie indziej – zdobycie uwagi, by coś sprzedać. Obojętnie, czy sprzedajemy produkty, usługi czy idee, czy też siebie jako świetnego, kreatywnego pracownika, kandydatkę na żonę, biznespartnera czy zaangażowanego studenta, którego warto zaprosić na staż.

S.C.: Czym powinna cechować się marka dbająca o komunikację z klientem w mediach społecznościowych?

A-M.W.: Szczerością, prawdziwością, otwartością, umiejętnością przyjmowania krytyki i odróżnieniem jej od hejtu, umiejętnością słuchania. 

S.C.: Jesteś przedstawicielką branży usługowej. Wielu do niedawna jeszcze uważało, że sprzedawać można tylko rzeczy materialne, namacalne i policzalne. 

A-M.W.: Naprawdę tak uważano? A ubezpieczenia? Stary i najtrudniejszy rynek świata, ponieważ sprzedajesz coś, co ma być Twoją ochroną w momencie, który masz nadzieję, że się nie wydarzy... Więc raczej się nie zgodzę z tym stwierdzeniem.


S.C.: Tu masz rację, ale jednak wielu twierdzi, że najlepiej sprzedawać rzeczy, czyli założyć sklep internetowy, gdyż można zmierzyć – policzyć ilość sprzedanego produktu, a z usługami jest trudno, stąd może ta nieufność wobec sektora usługowego. 

A-M.W.: Mimo wszystko moje działania można mierzyć. Co prawda, nie działa to jak reklama na Facebooku, gdzie masz słupki, wydane kwoty, ilość osób reagujących lub przechodzących na stronę. Niemniej, moi klienci widzą od razu zmiany na ich profilach, widzą reakcje na treści oraz nowe zapytania od klientów.
Budując swój wizerunek, od początku kładłam nacisk na dzielenie się tym, co robię. Starałam się zawsze, by osoba odwiedzająca moje social media od razu wiedziała, w czym mogę jej pomóc. 

S.C.: Co więc radzisz początkującym, aby nie poddawali się już na starcie? 

A-M.W.: Oczywiście, dziś moja praca wygląda nieco inaczej niż te 4 lata temu, kiedy rozpoczynałam działalność, ale to jest kwestia odpowiedniej komunikacji.
Jeśli chodzi o  osoby „na starcie" – no cóż…, muszą one pamiętać, że w social media nic się nie dzieje błyskawicznie (jeśli chodzi o proces świadomego budowania spójnego i skutecznego wizerunku). Oczywiście, że jakiś skandal wielkiej marki może ją pogrążyć (choć z tego i tak można się wykaraskać i wyjść z tarczą), ale nie o tym tu mówimy. Słowo-klucz, a raczej dwa słowa to cierpliwość i konsekwencja. Trzeba najpierw określić, jako kto chcemy być identyfikowani, a potem zastanowić się, jak to pokazać i konsekwentnie to realizować.

S.C.: Jakie treść obecnie są najchętniej czytane w polskich mediach społecznościowych? Czy zaobserwowałaś jakąś szczególną tendencję, prawidłowość?  

A-M.W.: Mogę odpowiedzieć tylko z punktu widzenia twórcy treści – to, co odpowiada ludziom na pytanie „jak?" zawsze będzie się dobrze rozchodzić, o ile jest zapisane w ciekawy sposób. To samo dotyczy treści sensacyjnych i emocjonalnych. Niestety, treści lol-contentowe zawsze będą górą, no cóż – ludzie w Internecie szukają rozrywki.


S.C.: Kim są obecni użytkownicy mediów społecznościowych, a w szczególności Facebooka? Jakie zmiany w tym zakresie obserwujesz od początku funkcjonowania Facebooka w naszym kraju? 

A-M.W.: Podam Ci dane, które opracowałam i zamieściłam w mojej książce „Twój wizerunek w social media":
Facebook: korzysta z niego 80% polskich internautów, co daje około 20 mln osób, ale naprawdę aktywne konta to ok 12 mln, z tego 51% z użytkowników to kobiety a 40% użytkowników to przedstawiciele wolnych zawodów, a z kolei 22% u. to uczniowie i studenci w wieku 15-24 l. Najliczniejsza grupa: 25% u. to osoby w wieku 25-34 l.
I skoro Facebooka używa najwięcej z nas, po nim jest YouTube z 19 milionami i Instagram z 3,5 mln użytkowników – zakładam, że to wskazuje pewne prawidłowości. Naturalne jest, że wiek użytkowników się podwyższył. Przecież sami, jak nasze pokolenie zaczęło korzystać z Facebooka, mieliśmy po naście czy dwadzieścia lat, a social media dopiero wchodziły wtedy do Polski. Minęło już jednak 10, 15 wiosen – dorośliśmy, a do mediów społecznościowych przekonują się też już nasi rodzice czy dziadkowie, więc i ilość dojrzałych osób, które korzystają z SM wzrasta.

S.C.: Co sądzisz o zmianach, jakie nastąpią w najbliższym czasie na Facebooku? Jak możemy im przeciwdziałać, aby nie ucierpiały nasze marki, produkty? 

A-M.W.: Prawda jest taka, że Facebook ucina wszystko, co się da. Zasięgi na fanpage'ach stopniały niewyobrażalnie. Nie pomagają posty na głosowanie emotkami i inne, które wykorzystywało się dotychczas – trzeba po prostu płacić. Prowadzę agencję Socialme. Obsługujemy tam marki, więc wiem, o czym mówię – oprócz publikowania angażujących materiałów stosujemy strategię delikatnego ich podpłacenia. Wtedy uzyskujemy najlepsze wyniki.
Dlatego właśnie – aby zminimalizować wydatki – jeśli to tylko możliwe, rekomenduję wykorzystanie profilu osobistego do promocji własnej marki. Ja robię to z powodzeniem od niemal 5 lat. Dziś uczę innych, jak to zrobić skutecznie.

S.C.: Wspomniałaś o ważnej rzeczy, czyli o drastycznym spadku zasięgu. Jaki masz na to sposób? Co zrobić, aby nasze treści nie uciekały, a jedynie się czytały i generowały zyski? 

A-M.W.: Tu znów muszę się powtórzyć, najskuteczniejsze jest postawienie na profil osobisty, regularne i ciekawe treści, które angażują, pokazują emocje i nasze wartości. Do tego jeszcze dobra strategia dystrybucji treści, np. w odpowiednich porach, po odpowiednich, wartościowych grupach.
Co do pór publikacji, to dużo osób się mnie o to pyta, a ja – niestety – nie mogę im udzielić jednej, prostej odpowiedzi. Bo takiej nie ma! Owszem, są godziny, w których stanowczo odradzam publikację – zawsze. Szczególnie mam tu na myśli porę obiadową - 13:00-15:00. Dlaczego? Bo co wtedy ludzie robią? Jedzą obiad, tak, to aż tak banalne. Natomiast to, czy posty publikować rano czy wieczorem zależy od wielu czynników, np. branży, w której działasz. Moje posty najlepiej rozchodzą się w godzinach 10:30-12:00, natomiast osób, które zajmują się np. modą, lajfstajlem czy gotowaniem - wieczorem. Dlatego, co mogę poradzić osobie, która nie wie, kiedy jej treści będą miały najwięcej odbiorców? Testowanie, czyli założenie jakiegoś czasu, np. 2 tygodni, kiedy będzie publikować treści tylko w konkretnej porze. Następnie należy zapisywać wyniki, a po tych 2 tygodniach zmienić porę na inną i wszystko powtórzyć.

S.C.: A co z osobami, które delikatnie mówiąc są sceptyczni wobec „sociali” i uważają, że w zasadzie nie są one im do niczego potrzebne? 

A-M.W.: Jak zapewne wiesz, edukacja zawsze jest najtrudniejsza. Najtrudniej jest kogoś "uświadomić", ale jeśli to się uda, to zwykle wszystko toczy się już samo, gdyż ta osoba rozumie i sama chce wiedzieć więcej. Ja nie mam w zwyczaju przekonywać na siłę. Głównie dlatego, że sama nie chcę się męczyć z osobami zamkniętymi na nowe. Myśląc o przeciwnikach social media, mam przed oczami rolników wychodzących z widłami na nowopowstające supermarkety... Albo – przykład nam jeszcze bliższy – taksówkarzy złorzeczących na kierowców Ubera. To trochę tak, jakby poczta strajkowała, ponieważ pojawiły się maile, ale nie zastanowić się, jak można to wykorzystać.
Ja mogę jedynie pokazywać możliwości, które niesie świadome wykorzystywanie mediów społecznościowych, ale jeśli ktoś nie jest otwarty na tę wiedzę, raczej tego nie zrozumie.

S.C.: Jakie trendy w rozwoju social mediów przewidujesz w tym roku?

A-M.W.: Ma bardzo mocną pozycję wychodzi Instagram oraz jego Stories. Zachodnie firmy coraz więcej budżetów przesuwają właśnie tam. Co więcej – Facebook, który jest właścicielem Instagramu, zachęca do aktywności na tym polu poprzez dodawanie coraz ciekawszych i bardziej użytecznych funkcji, które mogą być z powodzeniem wykorzystywane w biznesie. Dochodzi do tego, że niektóre firmy niemal przestają inwestować w treści publikowane na profilu na rzecz właśnie Story.
Dlatego, jeśli ktoś zastanawia się nad kanałem, w którym będzie mógł prowadzić swoje działania promocyjne, radzę rozważyć InstaStory. Warto poobserwować, jak robią to inni, co jest ciekawe, jakie rozwiązania stosują, aby sprawić, które historie są kreatywne i wciągające.
Jednocześnie należy uważać na boty, które na Insta są niebywałą plagą. Aby była jasność – ja nie jestem ich całkowitą przeciwniczką. Można je bardzo mądrze wykorzystać. Kiedy sprawdzałam działanie botów, aby móc opisać je w swojej książce, otrzymałam statystyki, których nie byłabym w stanie wyciągnąć z narzędzi takich jak, np. system reklamowy Facebooka. Mówię o wskazaniu dokładnych kont osób, które moja grupa docelowa najbardziej interesuje. Dzięki temu dokonałam naprawdę zaskakujących dla mnie odkryć.
Niemniej 99% osób wykorzystujących boty robi to tylko po to, aby podbić sobie ilość obserwujących poprzez połączone działania tzw. follow/unfollow z automatycznie publikowanymi komentarzami typu „Great pic!” lub „Ale super fota” (które wyglądają żałośnie).  A  te działania psują Instagram.


S.C.: Przeglądając Facebooka, nasunął mi się jeden wniosek: najchętniej sprzedaje się „masówka”, a najczęściej komentowane tematy to dziecko i kulinaria. Skąd się to bierze? Czy marki premium nie są już w kręgu zainteresowania użytkowników?   

A-M.W.: Co by nie mówić, media społecznościowe są robione dla mas i głownie po to, aby bawić. Tam mamy cały przekrój społeczeństwa, a nie oszukujmy się, świat nie składa się wyłącznie z wiecznie pragnących edukacji intelektualistów. A nawet oni chcą czasem odsapnąć (śmiech). Miejsca w Internecie jest dla każdego wystarczająco, jednak tematy bardziej wysublimowane zawsze będą miały mniejszy zasięg. Dlatego trzeba się zwykle „nieco” bardziej napracować, jeśli działa się w branży edukacyjnej, rozwojowej, itd.
Marki premium natomiast to jest zupełnie odrębny temat. Są w social media, aby roztaczać swój czar, aby igrać z łakomym wzrokiem konsumentów – szczególnie tych, którzy nigdy nie będą mogli sobie na nie pozwolić. Marki premium nie są w social media po to, aby sprzedać. Albo inaczej – z pewnością nie jest to ich ani główne, ani nawet drugorzędne miejsce sprzedaży. To jest tak jak śpiewa Fergie: „You can look, but you can’t touch it”.

S.C.: Oj tak – ludzie chętnie oglądają to, co jest ich cichym pragnieniem. To tylko dowodzi tego, jak wielką moc ma wizerunek i silna marka w zestawieniu z mediami społecznościowymi.

A-M.W.: Ogromną…! O tym w końcu jest cała moja książka. Wystarczy spojrzeć na siłę kilku słów jakiejś gwiazdy wypowiedzianych za pośrednictwem konta w jakimś serwisie. Jedna z Kardashianek rzuciła kiedyś za pośrednictwem Twittera do swojej 24.5-milionowej publiczności bezmyślnie hasło, że Snapchat jest nudny i tym działaniem wywołała spore zamieszanie w statystykach tej platformy. Spore – mam na myśli spadek jego wartości o 1,3 miliarda dolarów. A wszystkie firmy, które sprzedają wizerunkiem blogerów? Przecież one właśnie bazują na ich marce wykreowanej m.in. dzięki SM.
A my? My też mamy taką moc, może nieco mniejszą (śmiech), ale zawsze. Jeśli będziemy świadomie budować swoją markę, nasza społeczność będzie się powiększać, a my łatwiej sprzedamy to, co mamy. Jednak na przykładzie Kardiashianki możemy zauważyć, jak ważna jest świadomość naszego wpływu, odpowiedzialność i przewidywanie konsekwencji. Budując swoją markę, mamy wpływ na ludzi. Z początku mały, potem coraz większy. Warto jest zawsze pomyśleć, jakie konsekwencje możemy wywołać naszymi działaniami.

S.C.: Ciągle jednak rozmawiamy o działaniach w sieci, a w swojej książce twierdzisz, że budowanie wizerunku zacząć powinno się offline, a dopiero potem przejść online. Co dokładnie masz na myśli? I jak się za to zabrać? Wielu jest tak nieśmiałych w prezentowaniu chociażby znajomym tego, co robi… 

A-M.W.: Myślę, że tutaj mówisz o dwóch zupełnie różnych rzeczach. Jedną kwestią jest to, że faktycznie – myśląc o budowaniu swojego wizerunku w SM – trzeba najpierw zastanowić się nad sobą, w tzw. „realnym” świecie. Drugą kwestią natomiast jest świadomość swoich działań promocyjnych (albo ich braku).
Zajmijmy się tą pierwszą kwestią. Budowanie marki osobistej należy zacząć od poznania siebie. Mam tu na myśli m.in. swoje wartości, przekonania czy cele. Jest to tak istotne, gdyż wizerunek, marka osobista to zespół cech, które powinny być możliwie jak najbardziej stałe. Jeśli się zmieniają i to często, stajemy się niespójni w oczach innych. A to jest jedną z najgorszych rzeczy, które mogą się przytrafić osobie budujących swój wizerunek. Dlaczego? Bo ludzie wówczas tracą do nas zaufanie! Pomyśl, co czujesz w stosunku  do polityka, który jest zagorzałym prawicowcem, a potem przechodzi na lewicę? A potem jeszcze 2 razy zmienia zdanie? Mało wiarygodna osoba, prawda?

S.C.: Masz rację.

A-M.W.: No właśnie. Tak samo jest z naszym wizerunkiem – im bardziej „idziemy za ideą”, która jest stała, tym łatwiej ludziom nas „sklasyfikować” – stwierdzić, czy chcą za nami podążać czy nie. A to jest klucz.
Drugą kwestią jest właśnie to, czy promujemy swoje działania. Kiedyś stworzyłam taką grafikę o mocnym przekazie, która mówiła „Jeśli boisz się mówić głośno o swoim biznesie, to czy w ogóle dojrzałeś do tego, aby go prowadzić?”. Chodzi o to, że skoro mamy biznes, to dlatego, aby sprzedać nasze produkty lub usługi. To jak mamy to zrobić, pozostając w ukryciu? Jeśli mamy giga budżet to możemy eksperymentować z reklamą, ale z doświadczenia wiem, że i tak w przypadku małych i średnich biznesów najlepszą reklamą jest „twarz” właściciela, a także jego energia i wartości, które reprezentuje. Nie tylko małe i średnie firmy na tym zyskują! Wg badań firmy Hubspot.com, prezesi firm, którzy mają konto na Twitterze i z niego regularnie korzystają (czyli komunikują jako marki osobiste do ludzi) mają nawet średnio 67% więcej leadów (czyli potencjalnych klientów) niż te firmy, które pozostają w tej płaszczyźnie nieobecne. Prawdą jest, że Hubspot.com to firma amerykańska, więc i badanie raczej nie odpowiada naszemu, polskiemu rynkowi, niemniej pokazuje on pewien trend – trend wielkiego wpływu osobistego zaangażowania właścicieli marek na zyski firmy.


S.C.: Bardzo mocno wspierasz kobiety do działania i tworzenia swoich własnych biznesów chociażby poprzez grupę #WięcejDziewczyn. Jak zrodził się ten projekt i do czego dążysz? Dlaczego uważasz, że to właśnie kobiety zasługują na taką atencję. Odnośnie mężczyzn nie widzę aż takiego zaangażowania w ich sferę biznesową i budowanie wizerunku. To jakiś trend czy potrzeba chwili? 

A-M.W.: #WiecejDziewczyn. W biznesie. Na scenie. W życiu to projekt powstały jako efekt różnych zamierzeń i wolno przepływających myśli (śmiech). Na początku chciałam przeprowadzić wywiady z kobietami polskiego marketingu, co było m.in. umotywowane tym, że w line up’ach konferencji jest zwykle bardzo mało babek. Chciałam je wypytać m.in. o to, co uważają na temat braku tej równowagi oraz generalnie o obecność kobiet w przestrzeni biznesowej, przestrzeni ekspertów. Natomiast zauważyłam, że można to rozwinąć i jednocześnie zrobić coś dobrego – zawalczyć o siłę kobiet. A że zawsze był we mnie pewnego rodzaju bunt dla takich kwestii jak nierówność praw między kobietami a mężczyznami, stereotypy, brak wiary kobiet we własne możliwości – nadarzyła się świetna okazja, aby to połączyć.  Stąd projekt #WiecejDziewczyn, który manifestuje się w postaci grupy na Facebooku. Niestety, moje obowiązki zawodowe już od jakiegoś czasu utrudniają mi aktywne zarządzanie grupą. Bardzo żałuję, gdyż czuję, że marnuje się wspaniały potencjał. Chętnie podzieliłabym się prowadzeniem grupy z jakąś Dziewczyną z misją, może dzięki temu wywiadowi się takowa znajdzie.
A co do mężczyzn – im od początku jest łatwiej. To nie oni są oceniani na każdym kroku. Facet może wyjść na scenę trochę nieprzygotowany, ale nadrobi głupim żartem i przymilnym uśmiechem zawadiaki, dzięki czemu puszcza mu się płazem niedociągnięcia, zupełnie pomijając takie aspekty jak trochę większy brzuszek czy niewypastowane buty. A kobieta? Ona MUSI być idealna. Gdy kobieta wychodzi na scenę, często zamiast mówić o wartości merytorycznej, mówi się o tym, czy przytyła, czy dobrze wyglądała w sukience albo czy pasuje jej ten kolor szminki. Oczywiście, świadomość jest coraz większa i przedstawiony przeze mnie punkt widzenia nie jest absolutną normą. Jednak istnieje. Mężczyznom wybacza się więcej. Ten wniosek można wyciągnąć z niemal każdego badania kręcącego się wokół tego tematu. To mężczyźni zarabiają zazwyczaj więcej na tych samych stanowiskach co kobiety. To kobiety same boją się, czy są gotowe do zaprezentowania się jako ekspert mówiąc: „może za rok”, podczas gdy mężczyzna idzie niemal z miejsca, mimo że bywa wyedukowany dużo gorzej.
Mężczyźni nie potrzebują wsparcia. Oni sobie świetnie radzą. To my, babki, potrzebujemy dostać pozytywnego kopa – stąd cała moja akcja, która – mam nadzieję – jeszcze się reaktywuje.

S.C.: W swojej karierze coacha wspierasz różne branże. Czy zauważasz jakieś błędy popełniane w procesie projektowania wizerunku popełniane przez nie niezależnie od branży? 

A-M.W.: Wiesz, chyba nie nazwałabym się coachem (śmiech). To zbyt niebezpieczne słowo – raz, że, niestety, mocno wypaczone przez „kołczów po kursie korespondencyjnym”, którego, niestety, sama raz padłam ofiarą, a dwa, aby nazywać się coachem, faktycznie trzeba mieć certyfikaty i wiedzę.
Choć, nie ukrywam, że masz trochę racji, ponieważ pracując z moimi klientami niejednokrotnie ich „coachuję”, bo jak nazwać proces rozwoju, który przechodzą? Często dostaję wiadomości w stylu, tu cytuję ostatnią: „samo wypełnienie briefu (spersonalizowanych pytań do klienta) sprawiło, że musiałem odpowiedzieć sam przed sobą na pytania, nad którymi nigdy się nie pochylałem. Praca przy wypełnianiu odpowiedzi sama w sobie jest bardzo inspirująca. Mam wielki mętlik teraz w głowie, bo uświadomiłem sobie, że prowadzę działalność bardzo chaotycznie, bez odpowiedniego planu. Czeka mnie teraz wielka praca przy poukładaniu tego wszystkiego. Odpowiedź na wszystkie pytania to praca na więcej niż 5 dni, często musiałem zastanawiać się długo nad odpowiedzią, za co wielkie dzięki!”.
I chyba w samym cytacie kryje się też odpowiedź na Twoje pytanie. Niepoukładanie pewnych kwestii związanych z biznesem, a co dopiero wizerunkiem, to ogromny błąd. Przecież ważą się tutaj nasze biznesowe losy, ba! – życiowe, gdyż przecież z tego biznesu mamy za co żyć.  Dlatego zarówno w swojej książce, jak i podczas indywidualnej pracy z klientem, tak wielką wagę przykładam do odpowiedzi na podstawowe pytania o własne cele i wartości. Bo to od nich zależy, kim jesteśmy, co robimy i jaki wizerunek mamy.

S.C.: A co z zasadą netykiety? Jakie ma miejsce w wizerunku firmy czy indywidualnego przedsiębiorcy?

A-M.W.: Martwi mnie, że tak mało osób jest w ogóle świadomych jej istnienia. Albo jak jest, to nie przywiązuje do niej wagi. Tak, zawsze można powiedzieć, że to stek bzdur, jak np. zwracanie się na „ty” do różnych osób w Internecie, bo przecież „nie wypada”. Albo użycie Caps Lock – nie wiem, czy ludzie myślą, że wtedy lepiej widać? A to oznacza w języku internetowym krzyk. Nie chcę się tutaj rozpisywać na temat netykiety, dlatego, że bardzo łatwo można znaleźć jej zasady w Internecie. Zachęcam jednak każdego, aby się z nimi zapoznał.



S.C.: Załóżmy, że śledzisz profil jednej firmy i zauważasz, iż popełnia ona Twoim zdaniem duży błąd merytoryczny lub zwykły językowy. Co robisz? Jak radzisz reagować w takiej sytuacji? Jak reagują na taką uwagę osoby, które dostały od Ciebie taką sugestię? Zazwyczaj ludzie lubią sobie pogadać pod nosem, pokomentować, ale czy przyjmują krytykę?

A-M.W.: Niestety, mam taką osobowość „poprawiacza” (śmiech). Sama nie mam problemu, gdy ktoś mi powie, że gdzieś robię błąd (oczywiście, jeśli widzę, że robi to życzliwie, a nie ociera się o hejt). Uważam, że dzięki temu uczymy się szybciej. Jednak jak zauważyłaś – nie każdy ma takie podejście. Zwykle staram się pisać na priv, wtedy zazwyczaj odpowiadają „Dziękuję, poprawimy!”. Czasem jednak, gdy widzę, że firma „przyjanuszowała” to piszę komentarz publicznie, a co tam. Oczywiście, wszystko raczej z humorem… Myślę, że to zależy od osobowości Twojej jako osoby komentującej oraz od osoby, która komentarz odczyta i tonu wypowiedzi – trudno tu o jednoznaczną ocenę.

S.C.: Kiedyś nie było Internetu, więc nikt praktycznie nie zauważył, że „jegomość z sąsiedniego bloku” – używając przenośni lub ktoś nieznajomy jawnie okazuje komuś niechęć tylko dlatego, że ktoś osiąga sukces. Skąd się to bierze? Twoim zdaniem lepiej zwalczać czy zostawiać delikwenta aż się znudzi? 

A-M.W.: Odcinać! Subtelnie, ale skutecznie. To znowu bardzo nie-zerojedynkowa sytuacja. Wiele zależy od tego, kim jest osoba zazdroszcząca. Skąd bierze się niezdrowa zazdrość? Moim zdaniem z kompleksów i/lub braku bezwarunkowej miłości. Takiej osobie nie przetłumaczysz, ale wiem jedno – należy się jak najszybciej od niej odsunąć. Niezależnie, czy to jest bliski znajomy czy ktoś z tłumu. Zazdrość jest toksyczna, a po co tam toksyny w życiu?
Zawsze każdego możesz zablokować w swoich mediach społecznościowych – pamiętaj, że to TOBIE ma być dobrze, a nie im. To Ty masz poczuć komfort z racji tego, że nie masz wokół siebie osób sączących jad. Jeśli natomiast i to nie pomoże, a ta osoba zaczyna atakować z innych kont – wtedy zalecam zgłosić stalking na policję (oczywiście, jeśli wcześniej niebezpiecznie stalkuje, to również! Ale mówimy tu o konkretnym przypadku).
Co do nieco bliższych znajomych, no cóż… Sama przekonuję się, szczególnie ostatnio, że wymiksowanie się z takich znajomości nie zawsze jest łatwe. Są to osoby, które generalnie są neutralne, ale jak widzą Twój sukces, to to ich pali, piecze, denerwuje. Ja nie blokuję, ale po prostu ograniczam kontakt do minimum. Na zaczepne komentarze nie odpowiadam, jeśli proponują wyjścia, raczej zasłaniam się brakiem czasu (i nie kłamię, po prostu nie mam czasu dla osób, które nie są w stosunku do mnie transparentne i czuję, że nie chcą dla mnie do końca dobrze).

S.C.: Jak komentować, aby Cię zauważono i wyróżniono? Kiedy komentarz to już hejt? 

A-M.W.: Na pewno merytorycznie, zwięźle, ale nie przemądrzale. Osoby, które udzielają się regularnie są zauważane, ale nie tylko przez użytkowników – często dostają odznaki od serwisów, w których są aktywni, a które budują rangę użytkownika. Tak naprawdę – im więcej się udzielasz, tym bardziej Cię widać, co jest dość naturalną koleją rzeczy. Przy czym, oczywiście, zawsze warto pilnować poziomu swojej wypowiedzi.
Komentarz to hejt wówczas, kiedy nie ma na celu polemiki, wyciągnięcia konstruktywnych wniosków, merytorycznej rozmowy, lecz obrażenie adwersarza i, w sumie, niewiele poza tym. Hejterami są osoby, które nie mają pojęcia o temacie, w którym zabierają głos, komentują wszystko, oprócz przedmiotu wypowiedzi (np. robią wycieczki personalne). Oczywiście, najczęstszym problemem w rozważaniu, czy mamy do czynienia z hejtem, jest mylenie go z bardzo agresywną krytyką. A krytykę możemy poznać po tym, czy dana osoba odnosi się do faktów w wypowiedzi, podając z czym konkretnie się nie zgadza. Niestety, są ludzie, którzy krytykują na  granicy hejtu, a wtedy sytuacja jest bardziej skomplikowana. Warto jednak umieć rozróżnić jedno od drugiego. Jest to temat na tyle ciężki, że poświęciłam mu całkiem sporo miejsca w mojej książce. Tam też omawiam sposoby, jak sobie radzić w takich sytuacjach.

S.C.: Wielu nie powiedziałoby pewnych słów drugiemu człowiekowi prosto w oczy, ale w sieci to już można.

A-M.W.: Niestety, z Internetem jest jak z pieniędzmi – kiedy człowiek zaczyna z nimi obcować, pokazuje swoje prawdziwe „ja”. Może być zarówno dobre, jak i złe. Poprzez internetową anonimowość ludzie leczą swoje kompleksy, brak miłości rodziców, zrozumienia otoczenia, itd. Są źli, ale nie wiedzą, dlaczego, więc frustrację przekazują dalej. Są smutnymi ludźmi, którzy powinni iść na terapię (oczywiście generalizuję). Do tego jeszcze nakłada się, np. brak dobrego wychowania, chamstwo, niewybredne słownictwo. Od takich ludzi należy się odcinać, omijać szerokim łukiem, nie wchodzić w interakcję, jak to się mówi: nie karmić trolla. Jeśli poczujemy nutkę hejtu, to – po upewnieniu się, że to faktycznie hejt, a nie krytyka – najpierw warto zgłosić takie działanie do Facebooka, a następnie zablokować taką osobę. Niech docinki o kasowaniu komentarzy – a jest bardzo prawdopodobne, że się pojawią – nie sprawią, że poczujemy się winni. Głośno i wyraźnie mówmy – nie ma przyzwolenia na hejt, czyli niemerytoryczne wypowiedzi, które wymierzają w człowieka, a nie w temat, na który się wypowiada.


S.C.: Mówi się – oczywiście w żartach – że „jeśli nie jesteś w sieci, nie żyjesz” – to już aż tak poważna sprawa? 
  
A-M.W.: Nie zawsze. Jak to się mówi – to zależy, od tego, co robimy i skąd czerpiemy najwięcej zysków. Są marki, które mają takie kanały dystrybucji swoich dóbr, że wysoka aktywność w Internecie jest im niepotrzebna. Oczywiście uważam, że dobrze byłoby, aby każda firma miała choćby wizytówkową, porządną stronę www; specjalista – np. profil na LinkedIn, itd. Taki znak czasów. Ale mówienie, że się „nie żyje” jest zbędną generalizacją.
Natomiast jeśli chodzi o nowopowstałe, małe firemki, dopiero budujące się marki osobiste, działalności, które nie mają okazałych budżetów ani siły przebicia – tak, tutaj już dużo bardziej byłabym skora do użycia wspomnianego sformułowania. Przede wszystkim dlatego, że z powodów wymienionych przeze mnie wyżej, podmioty takie nie mają wypracowanej bazy klientów, którzy regularnie korzystają z ich usług. A jak dziś najszybciej zbudować bazę potencjalnych odbiorców? Wykorzystując to, co na co dzień wykorzystują do komunikacji i zabawy ludzie - Internet. Ale! Do czego jeszcze wykorzystujemy sieć? Do wyszukiwania informacji. A co się stanie, gdy ktoś nas tam nie znajdzie...? No właśnie.

S.C.: Mam wrażenie, że wielu użytkowników „sociali” to „naturszczycy”, którzy dopiero zaczynają pracę w sieci i nie do końca zdają sobie tego sprawę – z mocy, jaką daje sieć i faktu, że to co raz zostało dodane w sieci, na zawsze tam pozostanie.  Czego zatem, Twoim zdaniem, nie powinno się nigdy wrzucać do sieci?

A-M.W.: Jak piszę w swojej książce – tego, czego nie pokazalibyśmy swojemu sąsiadowi albo przechodniowi na ulicy. A – jak wiadomo – to może być każdy: zarówno ktoś z rodziny, jak i pracodawca, partner w biznesie, chuligan czy złodziej. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że z Internetu nic nie znika, a nasze życie toczy się dalej, to nie jesteśmy w stanie przewidzieć (negatywnych) konsekwencji, jakie może wywołać nasz głupi lub po prostu nieprzemyślany post.
Wyniki takich wpadek widujemy na co dzień, kiedy jakaś gwiazdka – chcąc być mądra –  chlapnie jęzorem bez ładu i składu, a polityk napisze jakieś bzdury po pijaku i tak dalej… Natomiast dla nas, „przeciętnych” ludzi, nieprzemyślane treści mogą skutkować zwolnieniem z pracy, zerwaniem kontraktu, obniżeniem społecznego zaufania, a więc i mniejszą ilością klientów. Z drugiej strony – obwieszczanie wszem wobec, że się jest na wakacjach na drugim końcu globu, może spowodować, że wrócimy do ogołoconych ścian. A mało kto przywiązuje wagę do kwestii bezpieczeństwa.
Natomiast ważne jest, aby odróżnić wrzucanie treści o wątpliwej wartości merytorycznej, które nie budują naszego wizerunku eksperta/profesjonalisty, od treści, które pokazują, jakie mamy wartości, za czym się opowiadamy. To są właśnie, zbiorczo mówiąc – poglądy. I doskonale wiem, że jest mnóstwo osób, która nie wie, czy powinna mówić o nich głośno i wyraźnie czy udawać, że tematów nie ma lub że ich nie dotyczą – krótko – nie wypowiadać się. Dlatego, nie wchodząc w ten obszerny temat zbyt głęboko, powiem tak: w dobie jednakowych marek, które oferują podobne produkty i usługi, trudno jest znaleźć coś, co nas wyróżni na tle innych. Natomiast marki, które mają osobowość, zawsze się wybiją. Są marki, dla których liczy się doskonałość designu, dla innych ważna jest tzw. diversity i wsparcie dla środowisk LGBT i innych, dla jeszcze innych – relacje partnerskie między nimi a klientem.
Jeśli teraz przyszło Ci do głowy pytanie: „a co jeśli przez swoje poglądy stracę klientów?”, to powiem tak: i tego właśnie Ci życzę! Bo nie ma nic gorszego niż praca z osobami, które mają totalnie odmienne poglądy od nas. Warto wiedzieć, że w miejsce takich osób przyjdą inne, silnie z nami związane – silnie, gdyż także emocjonalnie, wyznające podobne wartości.
Mogę więc powiedzieć tak: publikować możemy wszystko, pod warunkiem, że jesteśmy absolutnie świadomi konsekwencji, jakie może to za sobą pociągnąć i się na nie nie tylko godzimy, ale też jesteśmy na nie przygotowani. Dużo obszerniej opowiadam o tym na live’ie, którego zapis można znaleźć na moim kanale na YouTube (https://www.youtube.com/annamariawisniewska).

S.C.: Dość powszechnym zjawiskiem jest teraz powstawanie firmy PR-owych jednoosobowych, doradców wizerunkowych jest po prostu bez liku. Nie uważasz, że jest ich za dużo? Jak odróżnić dobrego od początkującego?  

A-M.W.: Szczerze mówiąc, trudno mi się wypowiedzieć, ponieważ – bez względu na to, kto co o tym sądzi – niespecjalnie śledzę konkurencję. Faktycznie, jest sporo takich osób, ale ja każdemu życzę dobrze – do zrobienia w Polsce mamy jeszcze bardzo wiele. Każdy też kiedyś zaczynał. Wolałabym też nie robić rozróżnienia na dobrego i początkującego, gdyż jedno drugiego nie wyklucza. Bardziej zastanowiłabym się, jak odróżnić dobrego od kiepskiego, a to jest dość proste – zapytać o wyniki, case study oraz telefony do klientów. To są faktyczne podstawy, dzięki którym możemy ocenić, czy ktoś zna się na branży, w której działa i czy ma doświadczenie i wiedzę.

S.C.: Jak już jesteśmy przy mikro firmach, nie mogę nie zapytać Cię o to, jak radzić sobie z niskim budżetem w takiej sytuacji? Jak zacząć planować wydatki i strategię? 

A-M.W.: Brakiem budżetu odznaczają się najczęściej firmy na początku swojej drogi. A jeśli nie mają budżetu, to znaczy, że nie mają wielu klientów, a więc mają więcej czasu na działania promocyjne wykonywane własnym sumptem. To jest też dobry czas, aby – biorąc pod rozwagę ułożony wcześniej model biznesowy (biznesplany okazują się ostatnio zbyt sztywne do zmieniającego się rynku) – zaplanować działania, które przyniosą najlepsze skutki. Media społecznościowe są jednym z rozwiązań. Musimy jednak dostosować je do naszych odbiorców, a więc musimy mieć o nich już jakąś wiedzę, żeby dobrze trafić z komunikatem. Z pewnością nie radzę rzucać się z motyką na Słońce i zaczynać działań we wszystkich serwisach na raz, ponieważ to jest nieefektywne. Najlepiej jest wybrać sobie jeden, maksymalnie dwa pola, zastanowić się nad formą komunikatów i do kogo będziemy się zwracać, a przede wszystkim – jaki ma być cel naszych działań. Bez tego trudno będzie nam dobrać nie tylko medium, ale też sposób komunikacji, jej formę, branding, itd. Dobra strategia jest pracochłonna i wymaga znajomości nie tylko swoich klientów, ale także siebie samego, swoich wartości, celów, założeń biznesowych.  Powinna zakładać nasz rozwój, ale też być realna do wykonania – nie sztuka zrobić strategię, by po dwóch tygodniach schować ją do szafy, bo się straciło zapał do jej wdrażania.
To, co jeszcze mogę polecić młodym przedsiębiorcom to networkingi. Częste przebywanie wśród innych, najlepiej doświadczonych ludzi biznesu uczy pewnych przydatnych w biznesie postaw. Zazwyczaj takie spotkania są albo bezpłatne albo niedrogie, więc każdy może sobie na nie pozwolić. Mamy szansę potrenować nawiązywanie relacji międzyludzkich oraz rzeczowe przekazywanie informacji. A do tego kontakt jest bezpośredni – a co jest lepszego niż bliskie spotkanie na żywo? Oczywiście, warto pamiętać, że po takim meetingu ludzie najczęściej sprawdzają nas na Facebooku czy LinkedIn, dlatego zawczasu warto zadbać o swój wizerunek właśnie tam (więc wracamy do punktu wyjścia).


S.C.: Jakie błędy najczęściej popełniają ci właśnie PR-owcy w związku z mediami społecznościowymi, że szybko kończą swoją karierę? A może nie popełniają ich wcale? 

A-M.W.: W odpowiedzi na pytanie znowu mogę wskazać wyniki. No cóż, PR to nie e-commerce, gdzie możemy dokładnie zmierzyć efekty naszych działań i gdzie precyzyjnie wiemy, z jakiego źródła, z jakiej reklamy pochodzi klient. Owszem, są wskaźniki, które można mierzyć, ale należy pamiętać, że wizerunek buduje się długofalowo, najczęściej wyników oczekując po czasie. Dlatego trzeba sprawdzać, co tak naprawdę robi „młody PR-owiec”, jakie są jego działania – czy chaotyczne, czy według określonej wcześniej strategii oraz czy pracuje na zasadzie „zobaczymy, co będzie”, czy dobrze wie, jaki powinien być rezultat. Osoby, które nie mają o tym pojęcia, szybko zyskują miano „czarodziejów”, oczywiście, w tym pejoratywnym znaczeniu.

S.C.: Obecnie Facebook mocno ewoluował i dość częstym sposobem kontaktu z potencjalnym klientem są live’y, które Ty również z powodzeniem realizujesz. Jak video może wpłynąć na markę, sprzedaż, wizerunek? Zagadnienie niby oczywiste, ale co Ty jako praktyk na to powiesz? Jak skutecznie wykorzystać to narzędzie?

A-M.W.: Odpowiem kilkoma danymi:

1. Firmy, które wykorzystują wideo w 2017 roku zwiększały przychody o 49% szybciej niż te, które nie korzystają z tej formy komunikacji. (źródło: Vidyard)
2. Odbiorcy zapamiętują 95% wiadomości przekazanej w wideo. (źródło: Wirebuzz)
3. Według 97% marketingowców wykorzystujących wideo, filmy sprawiły, że odbiorcy lepiej zrozumieli ich produkt lub usługę. Według 76% z nich, filmy pomogły zwiększyć sprzedaż. (źródło: Wyzowl)
4. Filmy przygotowane przez marki budzą największe zaangażowanie na Facebooku (49%). Na drugim miejscu plasuje się YouTube, na trzecim — Instagram. (źródło: Tubular Insights)
Słowem - wszystkie znaki na niebie i ziemi, a w szczególności w komputerach analityków mówią, że warto robić video. Natomiast ci, którzy robią live’y, widzą po zasięgach, że jest to najlepszy sposób na dotarcie do ludzi. Wystarczy wypróbować! Oczywiście, należy przy tym pamiętać, że treść powinna być merytoryczna, angażująca, emocjonująca, po prostu – ciekawa.
Live’y wykorzystać można bardzo dobrze, jeśli nie zapomnimy o kilku zasadach.
Pierwsza – główny cel, w jakim je robimy oraz cele poboczne. Np. głównym celem może być sprzedaż naszego produktu, ale realizować to będziemy poprzez cel poboczny - edukację odbiorcy.
Druga – przygotowanie treści, jaką chcemy przekazać. Ja często robię sobie skrypty, ponieważ jeśli mam do przekazania wiele, mogę po prostu o czymś zapomnieć.
Trzecia – odpowiednie tło, światło, udźwiękowienie, czyli kwestie, które – im lepsze – tym bardziej dodają naszym live’om profesjonalizmu.
Czwarta – wchodzenie w interakcję z odbiorcami. To jest największa siła live’ów – można porozmawiać na żywo, zapytać o zdanie itd. To dzięki nim ludzie się z nami związują. Kto nie wykorzystuje tej możliwości, wiele traci. Równie dobrze mógłby po prostu nagrywać wideo.

S.C.: A Messenger? Jak wykorzystać w marketingu? Ostatnio ciągle powstają szkolenia na ten temat?

A-M.W.: Wcale się nie dziwię, ponieważ ten komunikator zaczyna być prawdziwą żyłą złota, a wszystko przez Messengerowe boty. Są to automaty, które rozmawiają za nas z osobami, które kontaktują się z naszym fanpage’em. Oczywiście, najczęściej klient wie, że rozmawia z maszyną, jednak to w żaden sposób nie działa negatywnie – wręcz odwrotnie. Możemy je zaprogramować bardzo różnie, również tak, aby wysyłały informacje o nowych ofertach. Wysyłane tego typu powiadomienia przez inne narzędzia, np. mailing, mają różną skuteczność, natomiast… ilu procent wiadomości w Messengerze nie otwierasz? 5, 10 %? Właśnie! A więc otwieralność takich wiadomości jest naprawdę ogromna. Stąd rosnąca popularność botów. Do tego transparentność w stosunku do RODO, gdyż dokładnie widać, kiedy dana osoba sama podała nam dane.

S.C.: Prowadzisz bloga, stworzyłaś prężnie działającą grupę dla aktywnych biznesowo kobiet, szkolisz, ostatnio napisałaś książkę. Jak Ty to wszystko godzisz? W czym tkwi tajemnica Twojego sukcesu? Co Cię napędza, a czego nie lubisz? 

A-M.W.: Nie jest to łatwe. Są czasem momenty, w których muszę odsunąć niektóre aktywności, ponieważ mój czas wypełniają zadania ważniejsze. Kiedy pisałam książkę, wydawałam ją, a teraz - kiedy mam co tydzień szkolenie, na którym jestem prelegentką, musiałam zrezygnować z systematycznego prowadzenia grupy #WiecejDziewczyn. W biznesie. Na scenie. W życiu, gdyż… po prostu są rzeczy ważne i ważniejsze. Choć idea jest mi nieustannie bliska, to mimo wszystko jest to projekt non-profit. Tak jak mówiłam wyżej, bardzo chciałabym, aby znalazła się osoba, która będzie moją prawą ręką i będzie współprowadziła grupę.
Jeśli chodzi o tajemnicę sukcesu, to jest takie powiedzenie: „motywacja pozwala zacząć, a determinacja – wytrwać”. Ja mam sporo jednego i drugiego. Po prostu – jak sobie coś postanowię, to to zrobię, prędzej czy później.
Książka była zarówno moim celem, jak i środkiem do celu. Wiedziałam, że pomoże wielu osobom w zrozumieniu istoty budowania wizerunku w social media i że pomoże im odkryć swoje cele, wartości, znaleźć odpowiednią grupę docelową i sposób komunikowania się z nią. Z drugiej strony, napisanie książki pociąga za sobą wiele miłych konsekwencji – jako autor jest się zawsze bardziej wiarygodnym. W końcu, aby napisać dobrą książkę, która pomaga, trzeba posiąść odpowiednią wiedzę wynikającą także z doświadczenia.
Czego nie lubię? Całej tej papierologii związanej ze sprawami księgowymi. Jak widzę maila z mojego biura księgowego, dostaję gęsiej skórki (śmiech), choć wiem, że bez nich prowadzenie biznesu byłoby dla mnie niewykonalne. No cóż, po prostu mam naturę kreatora, któremu tabelki i liczby są po prostu obce. To też tłumaczy, dlaczego po około 2-3 latach prowadzenia przeze mnie działalności jako freelancer obsługujący fanpage ’e coś zaczęło mnie już męczyć – byłam odpowiedzialna m.in. także za mierzenie wyników, statystyki, a do tego proces był powtarzalny. Na szczęście, wówczas trafiłam na szkolenie o nazwie FRIS. Jest to polskie (co jest bardzo istotne!) narzędzie, które wskazuje jaki typ myślenia i działania mamy, a jakimi typami osobowości powinniśmy się otoczyć, aby lepiej nam się żyło. Wtedy zrozumiałam, że jako wizjoner-strateg (co wyszło z FRIS), potrzebuję osób analitycznych, liczbowych, tabelkowych, które dobrze czują się w działaniach powtarzalnych. To była EUREKA! Wtedy postanowiłam, że utworzę agencję, gdzie zbiorę uzupełniające mnie typy osobowości, które będą mogły wcielać w życie tworzone przeze mnie strategie. I tak właśnie się stało.


S.C.: Cały czas rozmawiamy o wizerunku z powodu wydania książki, ale wciąż nie wiem, dla kogo dokładnie napisałaś tę książkę. Kto powinien być jej adresatem? Czy tylko profesjonaliści albo tylko początkujący użytkownicy mediów społecznościowych? 

A-M.W.: Przeczytać powinien ten, kto chce zarobić (lub zyskać jakoś inaczej) dzięki swojemu wizerunkowi w Internecie. Skorzysta z niej zarówno student, który dopiero zaczyna zawodowe życie, ale i wytrawni gracze mi mówią, że wynieśli z niej sporo wartości.
Jednak napisałam ją głównie z myślą o małych i średnich przedsiębiorcach – takich jak Ty czy ja, którzy są w social media, ale z tą różnicą, że nie wiedzą, jaki potencjał kryją media społecznościowe oraz jak się zabrać do działania.
Powinni ją przeczytać ci, którzy nie wiedzą, jak określić swoją grupę docelową. Ci, którzy nie mają pomysłów na treści albo też tracą za dużo czasu na ich wymyślanie. To będzie dobra lektura także dla tych, którzy jeszcze nieco błądzą ze swoim biznesem – nie wiedzą, w jakim kierunku iść. Ostatecznie - znajdą też tutaj coś osoby, które nie wiedzą, jak robić piękne grafiki. Jak widać, moja książka skupia w sobie wiedzę z naprawdę wielu dziedzin, a ich połączenie daje efekt synergii.

S.C.: „Twój wizerunek w social media” to Twoja pierwsza książka. Co było dla Ciebie najtrudniejsze podczas pisania?

A-M.W.: Wiedza, jak wiele jeszcze powinnam tam zawrzeć i świadomość, że nie mogę napisać książki-kobyły z masą technikaliów, bo kto przez to przebrnie...? (śmiech) Poza tym, są takie rzeczy, które można robić efektywnie tylko na szkoleniach – kiedy mogę podejść i komuś pomóc, pracując np. na jego Facebookowym koncie.
Kolejną rzeczą była systematyczność. Przy prowadzeniu firmy zawsze jest coś, co trzeba zrobić TERAZ, a najlepiej „na wczoraj”. Dodatkowo, praca bieżąca to kwestie, które monetyzują się w miarę szybko. Tutaj gratyfikacja była odroczona. Niestety, nie byłam dobra w tłumaczeniu sobie, że to są realne pieniądze, które zarobię w przyszłości (śmiech). Ale, oczywiście, pisanie to kwestia nastawienia i przyjęcia pewnego sposobu, np. 3x dziennie po 10 minut. Działa!

S.C.: I tym optymistycznym akcentem kończąc naszą niezwykle ciekawą rozmowę, dziękuję, że poświęciłaś mi swój czas. Życzę też powodzenia w realizacji wszystkich planów, skutecznych strategii oraz jeszcze więcej ciekawych książek spod Twojego pióra, a może powinnam powiedzieć – klawiatury (śmiech). 

A-M.W.: Ja również dziękuję i życzę powodzenia.
Udostępnij na Google Plus

O mnie Sylwia Cegieła

Moją pasją są ludzie i rozmowy z nimi. Interesuje się muzyką, filmem, sztuką, sportem, modą i urodą, czyli KULTURĄ powszechnie rozumianą. Lubi też śledzić bieżące wydarzenia, dlatego właśnie założyłam bloga KULTURAlne rozmowy. Znajdziecie tam wiele ciekawych wywiadów. Współpracuje również z miesięcznikiem „Bielski Rynek”, z portalem dla kobiet Women’s Magazine. Udzielam się też gościnnie w kilku portalach lifestyle'owych, o czym informuję na bieżąco na swoim fanpage'u.
Wybierz system komentarzy (Disquis, lub Google+)

Brak komentarzy: