Najnowsze

Francuzi są przeciwieństwem powiedzenia „módl się i pracuj”

Z Agnieszką miałam już okazję porozmawiać przy okazji wydania jej laickiego opowiadania dla dzieci. Tę „bezbożną rozmowę” możecie przeczytać tutaj. Jednak dopiero po czasie dowiedziałam się, że od ponad 15 lat mieszka ona na stałe z mężem Francuzem i ich córką we Francji. W związku z tym teraz rozmawiamy o Polsce i Francji jako dwóch różnych krajach w kontekście wychowania dzieci, edukacji oraz religijności a w zasadzie jej braku, ponieważ jak wiadomo Francja słynie ze swojej laickości, co – jak się okazuje – ma swoje pozytywne strony. Mojego gościa podpytuję również w ramach cyklu „Polacy na emigracji” o muzułmanów, zamachy terrorystyczne i związane z nimi niebezpieczeństwo oraz o to, czy zamierza wrócić do Polski.   
Paryż - galeria handlowa w starym stylu

Sylwia Cegieła: Od jak dawna mieszkasz we Francji i co Cię do niej sprowadziło? 

Agnieszka Abemonti-Świrniak: Miesiąc temu minęło 15 lat. Sprowadziła mnie miłość połączona z chęcią kształcenia się. Spotkałam mojego późniejszego męża – Francuza, a że chciałam także zrobić podyplomową szkołę tłumaczy, więc połączyłam jedno z drugim.

S.C.: Czyli wyjeżdżając z Polski, wiedziałaś już, że zostaniesz we Francji na zawsze?

Agnieszka: Tak, ponieważ przyjechałam do mojego faceta. Chciałam założyć z nim rodzinę.

S.C.: Jak wyobrażałaś sobie Francję przed wyjazdem? Czy Twoje wyobrażenia się spełniły? 

Agnieszka: Znałam Francję, bo przyjeżdżałam tutaj często, więc nie było jakichś wyobrażeń, które by się nie spełniły, albo spełniły. Może jakieś tam się zaplątały, ale ich nie pamiętam po tylu latach. Nie enklawuję się. Jestem zamężna z Francuzem i chłonę tę kulturę. Sama teraz nią emanuję zapewne trochę czasem mi się myli, co z której kultury wyniosłam. Różnice mi się tak mocno nie zaznaczają. Natomiast znam mnóstwo Polaków, którzy siedzą we własnym tyglu: żona Polka, mąż Polak, teściowa Polka, facet teściowej – Polak, szwagier Polak, szwagierka Polka, brat Polak, bratowa Polka – to nie jest przenośnia – to opis znajomej rodziny. Tacy ludzie oddadzą samochód jedynie do polskiego mechanika a polskojęzyczny komputer do polskiego informatyka. Oglądają tylko Cyfrę Plus i po 10 latach pobytu nie potrafią ugotować żadnego lokalnego dania. Nie przerysowuję. Przysięgam. Zastanawiam się, po co tu są. Dla kasy na pewno, ale że ich nie korci, żeby coś więcej z tego kraju mieć? Potem są ogromne rozdźwięki w rodzinie, ponieważ dzieci wstydzą się rodziców, którzy przez piętnaście lat nie nauczyli się mówić po francusku, a co gorsza, uważają, że idzie im to świetnie i kaleczą język strasznie.

S.C.: Gdzie zamieszkałaś? W Paryżu czy w innej części Francji? 

Agnieszka: W Paryżu.

S.C.: Przyjechałaś i? Z czym musiałaś się zmierzyć na samym początku? 

Agnieszka: Byłam w bardzo komfortowej sytuacji w porównaniu z Polkami, które tu spotykam. Znałam Francję, przyjeżdżałam tu wcześniej przez kilka lat z rzędu. Mówiłam biegle po francusku, no i sprowadziłam się do Francuza. Nie było nic z czym musiałabym się specjalnie mierzyć. Kultura co prawda różni się od naszej, ale to już wiedziałam wcześniej i odpowiadało mi. Może to, że Francuzi rzadko przychodzą na godzinę. Tu się zaprasza na przykład „od 16.00” i przychodzisz, kiedy możesz. I sklepy otwierają późno. Rzadkością są spożywcze otwarte przed 9 godzin i przemysłowe przed 10 godzin. Jakbym musiała coś naprawdę koniecznie wymyśleć, to może to, że Francuzi mają specyficzny stosunek do posiłków – nie jedzą byle czego, o byle jakiej porze. Pamiętam, że raz zostały z aperitifu może ze cztery orzeszki ziemne na stole. Na drugi dzień rano zjadłam je niejako „na śniadanie”, na co mój partner zrobił przedziwną minę. Był zdegustowany. Do tej pory widzę, jak Francuzi pilnują godzin posiłków, jak wiele mówi się w telewizji o tym, jak co i kiedy jeść.

S.C.: Wspomniałaś, że kultura w tym kraju różni się od polskiej. Co masz na myśli? 

Agnieszka: Samo słowo kultura: książki są dużo tańsze w porównaniu do pensji. Ludzie pasjami chodzą do kina, które też w porównaniu do pensji jest o niebo tańsze. Wczoraj zapłaciłam 14 euro za córkę i za siebie. Teraz porównaj: najniższa gwarantowana prawem francuska pensja to 1188 euro, w Polsce 1530 (mówię o sumach brutto). Tutaj dwie osoby w kinie to 14 euro, w Polsce trochę ponad 40 złotych…
Co jeszcze? Mówiłam przed chwilą o tym, jak to jest przy stole, więc na przykład francuskie dziecko, jeśli chce wstać od stołu, musi poprosić o zgodę rodzica. Trochę dziwaczne, ale pilnują tego. Same posiłki to celebracja – najpierw jest aperitif, czyli jakiś fajny alkohol (na przykład wino musujące czy białe wino ze specjalnym syropem porzeczkowym) i podgryzanie orzeszków, chipsów, mini kanapeczek. Czasem mówi się o aperitifie kolacyjnym, czyli jeśli nie chcesz robić super kolacji, to po prostu wzbogacasz ten aperitif o jakieś bardziej sycące i ciepłe dania, kawałeczki pizzy, chlebek z taramą.
Potem jest pierwsze danie, bynajmniej nie zupa, raczej jakaś sałatka, kawałki wędliny czy wędzonej ryby z chlebem, następnie danie główne. W wielu domach wciąż je się ser po obiedzie i kolacji, oczywiście nie byle jaki, raczej coś bardziej wyrafinowanego. Mój mąż na przykład nie zje Goudy – musi być albo porządny kozi serek, albo jakiś długo dojrzewający z gór Jura, może być któryś z pleśniowych (są niebieskie i zielone). Dopiero potem deser i po nim kawka. Do tego pijemy wino, wcale nie koniecznie według wyobrażenia, że do krwistych mięs czerwone, a do ryby białe, raczej według upodobania. Przyznam, że nie nauczyłam się sztuki dobierania i kupowania win, chociaż coś tam już intuicyjnie wiem, że do foie gras czerwone nie pasuje, a latem do sałatek pija się rosé (różowe), ponieważ jest lekkie w smaku.
Taki posiłek jak opisałam nie jest wcale jakimś wyjątkiem. Jeśli czegoś się nie robi na co dzień, to tego pierwszego dania. Ser oczywiście nie zawsze jeszcze się zmieści, jeśli się człowiek najadł. No i aperitif to raczej kwestia odświętna – raz, że nie ma czasu, dwa, że to jednak następna dawka alkoholu. 

S.C.: Co działo się podczas pierwszych miesięcy pobytu w nowym miejscu? Czy jest coś, co Cię zaskoczyło, irytowało lub ucieszyło? 

Agnieszka: Trzeba zacząć od tego, że mieszkańcy Paryża różnią się nieco od ogółu społeczeństwa. Pracują dłużej. Rzadko wracają na przerwę obiadową do domu, w przeciwieństwie do mieszkańców tzw. „prowincji”, czyli innych regionów. Pochodzą z przeróżnych miast, krajów, kultur i ta mieszanka powoduje, że trudno powiedzieć o nich coś konkretnego. A także to, że potrafią być albo super otwarci, albo nieufni. I tak nie spodobało mi się i nadal nie podoba, że do Paryżanina nie wpadniesz znienacka, bo akurat jesteś w pobliżu i wejdziesz, aby pogadać. Może i nie byłoby to źle przyjęte, ale często niewykonalne technicznie – to miasto jest jednym wielkim siedliskiem kodów. Kod do pierwszych drzwi, kod do drugich drzwi, jeśli nie pamiętasz lub nie zapiszesz kodu wszystkich swoich znajomych, a dodatkowo nie masz przy sobie telefonu i nie możesz zadzwonić do nich, to nie wejdziesz (westchnienie). Na szczęście teraz sporo jest już domofonów na nazwisko.
Irytowali mnie też moi wykładowcy, co teraz potwierdza się, gdy mam styczność z nauczycielami mojej córki – straszna kasta ludzi, którzy uważają się za ważniejszych od innych.

Paryż - hołd ofiarom zamachów z 13. listopada 2018

S.C.: Wróćmy na moment to czasów, kiedy mieszkałaś jeszcze w Polsce. Co robiłaś przed wyjazdem, gdy mieszkałaś? A czym zajmujesz się będąc już tutaj, we Francji? 

Agnieszka: Byłam tłumaczką i nauczycielką. Teraz jest podobnie. Uczę na co dzień francuskiego. Czasem tłumaczę. Prawie od początku pobytu tutaj pracuję także jako dziennikarka dla polskich gazet.

S.C.: Polka uczy języka francuskiego? To dość niezwykłe. Jak Ci się to udało osiągnąć? 

Agnieszka: Moimi uczennicami są Polki, ponieważ zależy im na nauczycielu, który mówi w ich języku, wtedy może porównać francuski do polskiego, a przede wszystkim pewne fakty. Kiedyś przeliczyłam tak ogólnie, że co najmniej 1/3 moich lekcji to nie gramatyka, nie czyste słownictwo, ale głównie oswajanie kobiet z realiami, czyli np.: jak napisać pismo do NFZ, gdzie się zgłosić po zasiłek, co robić, zanim NFZ przyśle chipową kartę z numerem. Wyspecjalizowałam się obecnie w przyszłych mamach, więc jak byś mnie obudziła o północy, to ci wyrecytuję z pamięci wszystkie formalności, które muszą załatwić włącznie z kolorem dokumentów, do jakiej instancji różowy, do jakiej niebieski.

S.C.: Czy możesz powiedzieć coś o zawodzie nauczyciela we Francji? Jak jest on postrzegany? Jak wygląda urlopów zdrowotnych?  

Agnieszka: Pracuję we własnej firmie z Polkami – gdyż, mimo wszystko, choć czasem Polonia jest mocno irytująca – chcę pomóc „swoim”. Jest to też najprostszy sposób na komunikację z nimi i na znalezienie moich uczennic, choć mówię swobodnie co najmniej w dwóch innych językach obcych, ale tak już jest i mi to odpowiada.
Nauczyciele w szkołach mają zupełnie inną pozycję niż w Polsce – uważają się za niezwykle ważnych, nieomylnych i jeśli zgłaszasz jakieś pretensje, to są w szoku, że się odważyłaś. Natomiast, chyba na odwrót niż w Polsce, działa prawo tego, kto głośniej krzyczy, czyli to nauczyciel przestraszy się rodzica, który ma do niego pretensje (pod warunkiem oczywiście, że słuszne i uzasadnione), a nie na odwrót. Przechodziliśmy przez to parę razy. Mąż nawet napisał skargę do ministerstwa, ponieważ pani w trzeciej klasie poniżała naszą córkę i inne dzieci. Dostała naganę, a młodej nie spadł włos z głowy. Zero złośliwości.
Dlatego też ja wiecznie przypominam nauczycielom mojej córki, że sama jestem nauczycielką – wtedy z miejsca jest inna rozmowa.

S.C.: Dlaczego twierdzisz, że Polonia jest irytująca? 

Agnieszka: Chociażby z powodu, który wymieniłam – nie odpowiada mi pozostawanie w polskiej enklawie i odwracanie się plecami – żeby nie powiedzieć dosadniej – do kraju, który mnie przyjął. Mnóstwo jest osób, które utopiłyby cię w łyżce wody, ponieważ masz lepiej. Wiele z nich oszukuje, podaje się za samotne matki, a Francuzi naprawdę nie kręcą. Całkiem niedawno przeczytałam na pewnym forum na FB pytanie młodej kobiety: „czy wiecie, gdzie w Paryżu lub okolicach jest laboratorium do pobrania krwi, gdzie mówią po polsku?” Rozumiem, że jest tu od tygodnia i nie zna jeszcze języka, ale nie raz już miałam wrażenie, że tym ludziom gołąbki powinny same wpadać do gąbki, a najlepiej jeszcze, żeby ktoś inny z Polonii mu je ze złotej tacy wrzucił. Nie chce im się ruszyć mózgownicą czy nogami. Nie sądzę, żeby tak się zachowywali w Polsce. Może trochę za dużo tutaj państwo im daje.

S.C.: Jak wygląda organizacja pracy w szkole? 

Agnieszka: O nauczycielach w szkole publicznej właściwie nie wiem zbyt wiele. Mniej więcej tak samo, jak wszędzie. Już 15 lat mnie nie ma w Polsce, więc też nie wiem, jaki jest dzisiaj np. sprzęt w szkołach. Natomiast od strony ucznia to wygląda tak:
3-6 lat to przedszkole, od niedawna obowiązkowe w celu lepszej integracji dzieci, zwłaszcza tych, które podatne są na wpływy religijnych kultur o charakterze destrukcyjnym, że tak to ujmę, no i żeby płynniej mówiły po francusku w zerówce.
6-11 szkoła podstawowa, gdzie jeden i ten sam nauczyciel uczy wszystkiego. Natomiast wychowawca zmienia się co rok. Szkół publicznych jest mnóstwo, około 32 000 publicznych obecnie i 5200 prywatnych na 12 400 000 dzieci, co daje średnią 335 dzieci na szkołę i 67 osób na poziom wiekowy w każdej szkole, czyli jakieś 2,5 klasy.
11-15 to gimnazja, które są już znacznie bardziej przepełnione, bo jest ich dużo mniej. Szkół zawodowych też nie ma niezbyt dużo. W klasie mojej córki (II gimnazjum) jest 28 osób i to raczej optymalna liczba. W gimnazjum ma się już innego nauczyciela od każdego przedmiotu, wychowawca nadal zmienia się co rok.
Są ciekawe różnice – mamy np. „związki zawodowe rodziców”, które co roku w wyborach wyłaniają przedstawicieli do rady szkoły i do rady klasowej. To taka typowa rada pedagogiczna, która jednak odbywa się klasa po klasie, w asyście tych wybranych rodziców oraz dwojga przedstawicieli uczniów.
Coś, czego nie znoszę we francuskim gimnazjum, to brak szatni i zmiany butów. Grrrrrrrrr !!!
Potem jest liceum lub szkoła zawodowa od 15 do 18 roku i matura.
Dla ciekawostki, Francuzi liczą klasy „od końca”. Gimnazjum to: 6,5,4,3, liceum: 2,1 i końcowa.

S.C.: Co z urlopami, umowami, L4 oraz świadczeniami pracowniczymi? Jak to wygląda w kontekście dzieci – urlop macierzyński i zwolnienia z pracy w przypadku choroby dziecka?  

Agnieszka: Urlop Francuza to 5 tygodni, nie licząc weekendów, czyli w praktyce o 10 dni więcej. Paryżanie z reguły rozbijają je, gdyż dzieciaki mają ferie co 6 tygodni! Tak, tak, co 6 tygodni są 2 tygodnie ferii. Na szczęście bardzo łatwo je zagospodarować. Podstawówki i liczne małe i duże domy kultury zajmują się tym doskonale.
Świadczenia pracownicze to przede wszystkim fakt, że każdy pracodawca musi odprowadzać składki socjalne i zdrowotne. Niestety, już i tutaj kombinuje się z podwykonawstwem, umową o dzieło, itp. NFZ pokrywa 70% kosztów zdrowotnych (lekarz, apteka, zabiegi, itd.). Do tego wykupuje się tak zwaną „mutuelle”, czyli ubezpieczenie dodatkowe, najczęściej też przez zakład pracy, który pokrywa resztę. Oczywiście są to % taryf naliczanych przez państwo, czyli jeśli lekarz prywatny ma prawo do własnych taryf, to zapłacimy np. 60 euro za okulistę, a zwrócą nam 35.
Urlop macierzyński jest znacznie gorszy niż w Polsce, gdyż trwa jedynie 10 tygodni. Potem żłobek, niania albo urlop opiekuńczy – niepłatny. Dziwne, ponieważ opieka okołoporodowa jest genialna, tego jednak zupełnie nie dopracowali… Można dostać oczywiście dofinansowanie rodzinne, jeśli bierze się urlop opiekuńczy, ale to w zależności od zarobków. Opieka nad dzieckiem to tak naprawdę tylko 3 dni w roku (5 jeśli dziecko nie ma roku lub jeśli masz 3 dzieci). Znacznie więcej dostajesz łącznie z wynagrodzeniem, jeśli dziecko potrzebuje stałej opieki lub miało wypadek. Wtedy będzie mieć wypłacane nawet do 14 miesięcy. Natomiast jest też pomoc socjalna, jeśli musisz, np. ograniczyć czy zaprzestać na jakiś czas pracy z powodu choroby dziecka, wtedy możesz się o nią zwrócić.

Jumiege - stare miasto

S.C.: Czy nauczyciele nie dają Ci odczuć, że jesteś emigrantką? Jak zachowują się wobec Ciebie oni, a jak postrzegają Cię uczniowie? 

Agnieszka: Jak już mówiłam, to nie tacy uczniowie, jak myślałaś. Natomiast nauczyciele mojej córki odnoszą się do mnie tak jak do każdego innego rodzica. Czasem nawet z podziwem, ponieważ jako obserwator poniekąd z zewnątrz, mogę porównać pewne rzeczy, wysnuć wnioski i czasem… zapędzić ich w kozi róg. Ostatnio tłumaczyłam dyrektorce, że przetrzymywanie dzieci na przerwach jest wbrew higienie umysłowej i fizjologicznej, więc patrzyła na mnie, jakby jeszcze nigdy nikt jej tego nie powiedział. Może nie? Szczytem wszystkiego było, gdy pani w trzeciej klasie podyktowała dzieciakom błędnie pewną regułę gramatyczną. Napisałam do niej, że proszę o sprostowanie, gdyż to nie tak ma brzmieć. Nie mogła mnie potem znieść zupełnie, no bo jak to jest możliwe, że to ja – obcokrajowiec wiem lepiej, jak funkcjonuje jej język?! (śmiech)

S.C.: Jakie jest ich podejście do uczniów? A jak podchodzą uczniowie do nauczycieli? 

Agnieszka: Mnóstwo prac domowych. Masz wrażenie, że młodzież żyje tylko po to, żeby się uczyć. Jednak nie jest to regułą i w dużej mierze zależy od reputacji, jaką ma szkoła. Nam się trafiło (sektoryzacja) znane i ambitne gimnazjum…
Uczniowie zaś, jak to uczniowie, chyba wszędzie są tacy sami. Śmieją się czasem z nauczycieli za ich plecami, niektórzy są po prostu bezczelni, a niektórzy ich lubią. Wiesz, wszystko zależ od osoby i charyzmy nauczyciela. I od wychowania dzieciaków. Niektórzy nauczyciele już w gimnazjum mówią do uczniów w formie grzecznościowej „wy”, odpowiadającej naszemu „pani, pan”.

S.C.: Jako nauczycielka masz większe prawo wypowiadać się o programie nauczania oraz systemie edukacji we francuskiej szkole. Jak i czego uczy się we francuskiej szkole? Jak się dzieci ocenia? Czy rodzice chodzą na zebrania i mają wgląd w oceny dziecka? Co przeniosłabyś do polskiej szkoły z tej francuskiej i odwrotnie? 

Agnieszka: Francuzom zaproponowałabym regularne zebrania z rodzicami. Tutaj umawiasz się osobiście. Ocenianie to zawsze system ilość punktów/20, gdzie 18-20 to szóstka, 16-17 piątka, 14-15 czwórka i tak dalej. Problem w tym, że w takim układzie ciężko jest „naciągnąć” ocenę uczniowi, który się bardzo stara, a gdzieś się mu noga poślizgnie. Punkty są bezlitosne, ech… No i ten wyścig o średnią mnie doprowadza do szału. Sama mu czasem ulegam. Średnia jest liczona co trymestr i rodzice nie śpią po nocach, jak są trochę ambitni. Wgląd do ocen, nieobecności itp. mamy na Librusie, który każdy taszczy w swoim telefonie – i dzieci, i rodzice. Tam też powinny być wpisywane treść lekcji i zadania domowe. Powinny. Nie zawsze są.
Jak się uczy? Fatalnie stoi nauka języków obcych i rodzice niestety nie posyłają potomstwa do szkół językowych. Tutaj głównymi zajęciami pozaszkolnymi są te sportowe, na drugim miejscu jest muzyka. Tak dla ciekawostki: mają inny zapis dzielenia i nie mogę się go nauczyć. Złości mnie to, ponieważ jestem dzieckiem matematyczki i mam swoje odruchy („śmiech”).

S.C.: Francja to państwo laickie. Co więc z religią w szkole? Czy uczniowie praktykują te lekcje? A może mają etykę? Kto o tym decyduje? 

Agnieszka: Mają etykę. Nazywa się „Edukacja moralna i społeczna”. Wszyscy od początku do końca. Religii w szkole publicznej nie ma. Tylko w prywatnych katolickich (prawie wszystkie prywatne są katolickie), ale uwaga – nie jest obowiązkowa. Zdziwiłabyś się liczbą muzułmanów w katolickich szkołach! Nie ma przymusu. A można sobie chodzić do kościoła. Nie wiem, jaki jest odsetek tych chodzących, ponieważ we Francji nie wolno robić statystyk etnicznych i religijnych, ale przez całe życie przedszkolne i szkolne młodej (czyli już dziesiąty rok) spotkałam tylko dwie osoby, których dzieci chodziły na katechizm katolicki i jedną, której syn chodzi na Talmud. 

S.C.: Na jakim etapie Francuzi kończą edukację? Jak podchodzą do nauki w kontekście przyszłego zawodu? 

Agnieszka: Co do przyszłego zawodu, to jest w ostatniej klasie gimnazjum (14-15 lat) pula godzin przeznaczona na wybór dalszej edukacji: liceum, zawodówka, kursy, itd. Odbywa się to z tzw. „doradcami edukacyjnymi”, czyli pedagogami, którzy pomagają wybrać, rozmawiają z uczniami, podsuwają im testy. Zresztą na etyce przez wszystkie lata mają również rozdział o zapoznawaniu się z różnymi zawodami.
Co do szkolnictwa wyższego, to – jak mówiłam wcześniej – maturę zdaje się w wieku 18 lat. Teraz jest wielka polemika, ponieważ oni się wcześniej na publiczne uniwersytety zapisywali. Ot tak. Praktycznie wszyscy, a potem odpadali albo nie. Dla Francuzów jest nie do pomyślenia, aby nie iść na studia. Jak się nie dostanę na biologię, pójdę na muzykę… No proszę cię… I będę zabierać innym miejsce, ponieważ doszło do tego, że było przeludnienie i byli przyjmowani losowo, czyli mogłaś mieć pasję do języka angielskiego, ale cię nie wylosowali i trafiłaś na chemię. Następnego roku znów się zapisujesz i trzymasz kciuki. Teraz trzeba napisać list motywacyjny i nie wolno wybrać więcej niż bodajże 3 różne kierunki i muszą się zgadzać z wcześniejszym profilem edukacji. Znaczy, jak wychodzisz z klasy humanistycznej, nie przyjmą cię na fizykę kwantową. Ależ gromy lecą! A ja wciąż mówię: robiłam maturę i zdawałam egzamin na studia i żyję. Przynajmniej otrzymałam wykształcenie, do jakiego naprawdę miałam predyspozycje, nie siedziałam w przepełnionej auli i jestem szczęśliwa z tego, co robię w życiu. 
Paryż La Samaritaine - pierwszy prawdziwy paryski dom handlowy w stylu art deco

S.C.: Jak wygląda życie codzienne Francuzów? Ile pracują, uczą się? Gdzie bywają, bawią się – jeśli się w ogóle bawią? Czy są rodzinni? Jak spędzają czas z dziećmi? 

Agnieszka: Paryżanie są bardzo zabiegani. Często matki koleżanek i kolegów mojej córki wracają do domu o 20. A więc niańki, babcie, dziadkowie, pomoc koleżeńska ma się bardzo dobrze. Jeszcze te odległości – w stolicy większość firm wyniosła się na przedmieścia, ponieważ jest taniej. Mój mąż też jedzie dosłownie przez całe miasto do pracy.
Bawią się dużo. Normą jest wieczór ze znajomymi, między kumpelami, itd., przy winku. Często chodzą do restauracji. Jeżdżą steki kilometrów do rodziny i przyjaciół po prostu na weekend – to dla nich norma, którą lubię. Z tą rodzinnością to różnie bywa. Jak wszędzie, to raczej cecha ogólnoludzka niż narodowa. Wydaje mi się, że za mało zwracają uwagi na czas spędzany z dziećmi. Jednak trudno mi porównać, ponieważ nie wychowuję w tej chwili dziecka w Polsce i nie wiem, jak to wygląda. Oni ciągle je wożą na tenisa, na łyżwy, na pianino, na skrzypce… Za to do kina dużo chodzą – i z dziećmi, i ogólnie.

S.C. W jakiej branży najłatwiej znaleźć pracy we Francji? Które gałęzie gospodarki są najpopularniejsze?  

Agnieszka: Polacy oczywiście najczęściej w budownictwie. Są bardzo cenieni za pracowitość i solidność. Sporo z nich wzbogaca się naprawdę solidnie. Kupują potem mieszkania i je wynajmują. Sporo już takich spotkałam albo moje uczennice wynajmują od takich mieszkania. Lubią pracować na czarno, ponieważ wtedy dostają więcej na rękę. Tak poza tym, to chyba branże turystyczne, restauracyjne. Ogólnie mówiąc najpopularniejsze są te usługi umilające życie, gdyż Francuzi są przeciwieństwem powiedzenia „módl się i pracuj”.

S.C.: Jak Francuzi podchodzą do kobiet? Czy we Francji obowiązują zasady savoir vivre wobec pań i panów? 

Agnieszka: Savoir vivre jest nieco inny niż nasz i niekoniecznie funkcjonuje. Śmieszny przykład: kwiaty dajesz zawsze w papierku i nie otrzymują ich mężczyźni (bukiety są najczęściej z różnych gatunków kwiatów). Mężczyzna przepuści kobietę w drzwiach, gdy wchodzi do środa, ponieważ tam jest bezpiecznie, ale wyjdzie przed nią, żeby bronić ją przed niebezpieczeństwem z zewnątrz. Jest jednak jeszcze sporo maczyzmu. Mniej kobiet jest obecnych na kluczowych stanowiskach w firmach. Kobiety otrzymują też mniejsze pensje. Najdziwniejsze jest to chyba w polityce – niby jest parytet, jest po równo panów ministrów i pań ministrów, ale jak kobieta wystartowała do wyborów prezydenckich, to co to nie było! Ja z kolei byłam w szoku, gdyż wydawało mi się, że takie te kobiety wyzwolone, czują się ważne na co dzień i w ogóle, ale robili wiele hałasu o nic.

S.C.: Skoro Francja nie jest państwem religijnym, to jak obchodzi się tam święta? Czy one również uległy laicyzacji? Jakie są zwyczaje i tradycje? Czy faktycznie absolutnie nikt nie celebruje świąt i nie chodzi do kościoła? A może tam święta obchodzi się w świeckim stylu?   

Agnieszka: Chyba nie ma państwa, gdzie absolutnie nikt nie celebruje świąt. Są nawet w przestrzeni publicznej. Wszędzie bombki, choinki, Mikołaje, ale rzeczywiście absolutnie nikomu nie przyszłoby do głowy zrobić wigilię klasową. Stoi ubrana choinka w holu szkoły, ale bez żłobka. Choinki kupują nawet moi znajomi muzułmanie i żydzi.
Ludzie nie stawiają sobie oczywiście (oprócz głęboko wierzących) żłobka z Jezusem, nie śpiewają kolęd. Osobiście znam 2 takie tradycyjne od wieków – „Cicha noc” i jedną o trzech królach. Śpiewają piosenki o choince. O, wiem. Moja znajoma Niemka miała prowadzić w szkole podstawowej kurs przygotowujący do klasy dwujęzycznej (nauka dwóch języków od I klasy gimnazjum w wymiarze 3 godzin tygodniowo – moja córka do takiej chodzi). Dyrektorka zapowiedziała jej kategorycznie, żeby żadnych aniołków do kolorowania nie przynosiła, ani nie wprowadzała słownictwa religijnego, które jest normą dla Niemców. Chociaż z drugiej strony moja córka w I klasie gimnazjum robiła właśnie na niemieckim kartkę na Gwiazdkę, bo jest to częścią kultury niemieckiej. 

S.C.: W polskich szkoła w każdej sali jest powieszony krzyż, a z tego co mi kiedyś powiedziałaś, to tamtejszy wystrój wnętrza szkoły jest niestandardowy. Czy mogłabyś coś o tym opowiedzieć? 

Agnieszka: W czym jest niestandardowy? Właśnie jest standardowy. To krzyż jest niestandardowy. Tutaj sala jest salą i tyle. Nie ma na pewno krzyża, ani żadnych innych znaków religijnych, ale nie ma też godła (zasadniczo Francja go w ogóle nie ma – wystarczają im kolory flagi), a sama flaga, wraz z unijną powiewają na budynku szkoły. Natomiast od nieco ponad dziesięciu lat nie wolno w szkole „obnosić się” ze swoją religią. Żadnych chust muzułmańskich, turbanów, na szyi krzyżyków, gwiazd Dawida czy rąk Fatimy. Znam dyrektora, który kazał się uczniowi liceum wrócić do domu, bo przyszedł w koszulce „I’m muslim, don’t panic”. Z drugiej jednak strony, w wielu departamentach jest na stołówce menu alternatywne, w dniu, w którym serwują wieprzowinę. U córki w gimnazjum jest też codziennie możliwość posiłku wegetariańskiego (są 3 do wyboru). Choć ja osobiście uważam, że te dwie rzeczy się ze sobą kłócą. Jeśli chcesz, żeby twoje dziecko jadło wyłącznie halal, to sobie je zabierz do domu na obiad. Istnieje taka możliwość.

S.C.: Co laicyzacja dokładnie oznacza dla Francuzów i innych obywateli? Jak to wpływa na ich postrzegania świata, innych kultur i wyznań?  

Agnieszka: Są tolerancyjni. Oczywiście do pewnego stopnia, bo np. koleżanka mojej córki robiła uwagi o tym, jak to nie powinno się nosić wyciętych bluzeczek i została przez część dziewczynek otwarcie wyśmiana. Natomiast ta laickość to przede wszystkim inny sposób patrzenia na takie sprawy jak dla przykładu społeczność LGBT, jak postać kobiety w kulturze. Po prostu tutaj od maleńkości nie wyrasta się wkulcie dziewicy Maryi i wszystkiego, co ten wzorzec za sobą pociąga, a więc tabu seksu i kulcie czystości. Dziewczyny czują wolne, co nie znaczy, że sypiają z każdym, ale nikt tu nie wmawia im, że muszą zachować dziewictwo do ślubu i że seks to tylko z miłości. Tak samo ze społecznością LGBT – to proste, jak nie chodzisz do kościoła i nie słyszysz tych wszystkich gromów na „sodomitów”, to po prostu przyznajesz im prawo do istnienia i kochania, kogo chcą. To skrót, ale tak to wygląda.
Dourdan - nastrojowe miasteczko niedaleko Paryża

S.C.: Francja słynie z różnorodności etnicznej i wielokulturowości, a także różnych wyznań. Jak radzi sobie z tym rodowity Francuz, rząd oraz obywatele, którzy są w tym kraju pokoleniowymi lub obecnymi emigrantami?  

Agnieszka: Jak radzą sobie ludzie religijni z innymi religiami nie wiem, ponieważ nie jestem religijna. Trzeba przyznać, że najbardziej zaangażowaną w swoją wiarę jest społeczność muzułmańska. Nie da się ukryć, że jest ona zamknięta w sobie. Mojej córce kolega kiedyś zwrócił uwagę, że je w ramadan. Czasem ma się wrażenie, że oni nie dostrzegają, że są w laickim kraju i że ludzie wokół po prostu mogą być inni. Z reguły dość mocno religijni są także Żydzi, ale jest ich mniej i potrafią współpracować ze światem zewnętrznym, jednocześnie w domu kultywując sobie na swój sposób i w swoim stopniu własne obyczaje czy religię. Przyjaźnię się z taką rodziną i nie ma nigdy żadnego problemu. Katolicy są raczej „cool”, rozwodzą się, tworzą wolne związki. Są oczywiście ultrasi z każdej strony. Najbardziej przerażają młodzi katolicy, mocno skoligaceni z faszyzującym – jak się tutaj to określa – Frontem Narodowym, którzy protestowali przeciwko ślubom jednopłciowym… Co do różnic etnicznych, to nie stanowią one żadnego problemu. Można by długo dyskutować o kulturze tych ludzi, ponieważ na przykład Afrykańczycy lubią mieć mnóstwo dzieci, żeby im potem zapewniły przyzwoitą starość. Niestety mają potem problemy z wychowaniem pięciu, sześciu i więcej dzieciaków i z pomieszczeniem ich w mieszkaniach socjalnych. Młodzi nie mają pracy.

S.C.: Co daje Francji możliwość funkcjonowania tylu kultur i narodowości obok siebie? 

Agnieszka: Otwartość na innych. Biorąc to brutalnie fizycznie – przypływ świeżej krwi, ludzie mieszają się, co podnosi ich poziom inteligencji, zdolności, itd. Czasem przysparza oczywiście kłopotów. Nie da się ukryć zamachów czy problemów w parach mieszanych.

S.C.: Ty również wyszłaś za mąż za Francuza, czyli jesteście parą mieszaną. Jak więc Francuzi postrzegają instytucję małżeństwa, żonę oraz dzieci? Co jest dla nich najważniejsze? 

Agnieszka: Oni patrzą na to raczej jak na parę – samo małżeństwo nie jest dla nich ważne. To raczej kwestia finansowa często. Inne są prawa dziedziczenia w małżeństwie, inne w konkubinacie. Choć sporo kobiet jednak ma niezłą frajdę z powodu sukni ślubnej – ja też miałam. Jednak śluby teraz najczęściej następują po wielu latach pożycia, gdy już są dzieci na świecie. Co zresztą jest bardzo przyjemne. Moja córka miała 4,5 roku, gdy się pobieraliśmy i ma wspaniałe wspomnienia. Do tej pory wisi w jej szafie suknia, która była specjalnie dobrana do mojej. Ale to stosunkowo współczesne standardy. Jeszcze jakieś 30, może nawet 20 lat temu ludzie jednak najpierw się pobierali, potem rodziły się dzieci. Śluby religijne nie są oczywiście uznawane. Musi odbyć się cywilny, a potem część ludzi wierzących optuje za dodatkową ceremonią w kościele, w meczecie, w synagodze.
Jeśli chodzi o kobiety to pierwsza rzecz, jaka mi przychodzi na myśl, to to, że całe życie zachowują nazwisko panieńskie. Na formularzach u nas wpisuje się nazwisko panieńskie, a tutaj nazwisko po mężu. Czasem się go nawet nie przybiera (bo to osobna procedura, nie robi się tego przy zawarciu małżeństwa), tylko wpisuje je w rubryce „nazwisko zwyczajowe”. 

S.C.: Jak wygląda kwestia ślubów i rozwodów we Francji? 

Agnieszka: W roku 2014 było 231 000 ślubów heteroseksualnych i 10 000 jednopłciowych (na około 65 milionów obywatel). Ludzie pobierają się często, tak jak mój mąż i ja, po kilku, a nawet wielu latach wspólnego życia, mając dzieci i tak dalej. Więc te statystyki nie mówią wszystkiego o życiu rodzinny. Rocznie rozwodzi się 10 par na 1000.

S.C.: A co z polityką imigracyjną i socjalną w kontekście imigrantów i innych obywateli? Czy są jakieś dodatki dla nich, ale też dla rodzin z dziećmi, samotnych matek? 

Agnieszka: Wyjaśnijmy – większość nie-Europejczyków tutaj to ludzie z byłych kolonii, którzy zamieszkali we Francji lata temu oraz ich potomkowie. Afrykańczycy czarni oraz ci z Magrebu, Hindusi, Wietnamczycy, Polinezyjczycy, itp. W tej chwili mamy napływ Syryjczyków i innych emigrantów związanych z wojnami. Ci pierwsi nie są więc już dawno imigrantami. Są Francuzami. Mają więc takie same prawa, jak europejscy Francuzi. Ci nowi korzystają z prowizorycznych pomocy, nie dostają mieszkań ani jakichś wielkich pieniędzy. Nie wiem dokładnie, co otrzymują. Śpią w zbiorowych pomieszczeniach. Nie umiem powiedzieć, ile mają zapomogi i na podstawie jakich kryteriów. Sporo pomagają im różne stowarzyszenia. Natomiast mnóstwo ludzi oszukuje, podszywając się pod imigrantów i zaczepia ludzi na ulicy, w metrze, nawet samochody na obwodnicy w korku, żebrząc.

S.C.: W mediach krążą informacje o niebezpiecznych islamskich imigrantach, zamachach. Jak to naprawdę wygląda i czy istnieją rejony objęte realnym zagrożeniem? Czy Francja jest bezpieczna? 

Agnieszka: Francja jest bezpieczna między innymi dlatego, że wojsko jest na ulicy. Informacje w mediach są czasem tak kłamliwe, że aż się zastanawiam, jak można być do tego stopnia naiwnym, żeby w nie wierzyć. Przykład: nie wiem, ile razy oglądałam na YouTube filmik o zamieszkach arabskich na 14 lipca (święto narodowe), a ludzie na filmiku ubrani byli po szyje w zimowe kurtki. No proszę Cię… trzeba chyba bardzo chcieć, żeby tego nie spostrzec. Zagrożenie bandytyzmem jest zdecydowanie mniejsze – nie boję się chodzić po ciemku po Paryżu, w przeciwieństwie do rodzinnego Gdańska. Natomiast jeśli chodzi o terrorystów to nie słyszałam nigdy, żeby istniały strefy mniej lub bardziej zagrożone. Trudno powiedzieć, co spowodowało, że zamachy miały miejsce tam, a nie siam. Oczywiście są dzielnice, ale to raczej już poza Paryżem, na przedmieściach, gdzie nie chciałabym się znaleźć po zmroku. Jest to raczej kwestią niechęci do integracji ze społeczeństwem Francuskim i vice versa, które powodują, że ludzie samowykluczający się i wykluczeni kończą na marginesie. Dzieje się tak ze względu na gorsze wykształcenie czy brak pracy. Fakt, że kultura często coś ma do tego, ponieważ jeśli matki widzą w synku ósmy cud świata, a córki wydają za mąż na siłę, to tworzy się atmosfera gangu i niebezpieczeństwa. Stąd tyle się teraz mówi o rozbiciu tych zgrupowań. Dlatego też obowiązkowe będzie przedszkole, aby dzieci od najmłodszych lat uczyły się wzorców równościowych, a nie takich, jakie niesie niejednokrotnie mizoginiczna kultura domu.

S.C.: Jakie stereotypy krążą na temat Francji i Francuzów? Które z nich możesz obalić? 

Agnieszka: Nie wszyscy chodzą w beretach (śmiech). W każdym razie nie faceci, ponieważ kobiety trochę tak. Moja córka też. Są nie tyle eleganccy, jak mówi przysłowie, co zadbani. Dbają o siebie i starają się dobrze wyglądać, co nie znaczy, że są wiecznie ubrani w ubrania od Coco Chanel i pachną Diorem. Na pewno jedzą mnóstwo bagietki. Rano, w południe i pod wieczór piekarnie pachną przepięknie, gdyż pieką bagietki, które jada się po posiłku z serkiem. Nie jedzą żabich udek tak często, jak nam się wydaje, prędzej ślimaki. Nie są takimi znów podrywaczami, jak byśmy chciały, natomiast faktycznie Polka odróżnia się często od Francuzek jasną karnacją, włosami, oczyma, więc jest dostrzegalna. Mniej w Paryżu, ponieważ to jest pełno wszelakich kobiet z całego globu.

S.C.: Jacy są Francuzi w zwykłych, codziennych kontaktach? Jak wygląda ich kultura komunikacji z drugim człowiekiem? 

Agnieszka: Wiecznie pytają się „Ca va?”, gdy tylko cię spotkają, czyli „czy wszystko w porządku”. Jeśli nie masz czasu na gadkę, to mówisz, że tak, „a pani/pan?” i idziesz dalej. Oni to mówią, nawet nie zatrzymując się na chwilkę! Są dość gadatliwi, komunikatywni. Ma się wrażenie, że lubią ludzi. Nawet w sklepie zawsze pogawędzę z kasjerką. Nie rozmawiają o pieniądzach – nie pytają się, kto ile zarabia. Natomiast, w przeciwieństwie do Polaków, nie ma problemu, żeby zapytać, na kogo głosowałaś. Może to się zresztą teraz w Polsce też zmieniło – nie wiem, nie jestem tam na co dzień.

S.C.: Jak pojmują kulturę?  

Agnieszka: Tu jest mnóstwo teatrów – w Paryżu w każdej dzielnicy. Chodzenie do kina jest normą. Sporo jest też teatrów muzycznych. Dzieci często uczą się gry na instrumentach. Książki są proporcjonalnie do zarobków znacznie tańsze niż w Polsce. Natomiast nie uczą się skubani języków i to mnie drażni, ponieważ to jest zamykanie się na inne kultury. My inaczej wychowujemy córkę.
Velib - stacja wypożyczalni rowerów na ulicach Paryża

S.C.: Gdybyś miała opisać Francuzów i ich charakter, mentalność? Co byś o nich powiedziała? 

Agnieszka: Ciągle podkreślam, że Paryżanie nie są grupą charakterystyczną dla całej Francji. Niemniej jednak jest coś, co mocno się zaznacz, gdy się trochę lepiej zna ten naród. Często nazywa się to tolerancją, ale moim zdaniem, to coś głębszego. Chodzi o to, że Francuzi nie oceniają ludzi. Starają się jedynie zrozumieć powody ich postępowania. Jeśli Ci powiem, że syn mojej przyjaciółki pyskuje, Polak z reguły powie coś w rodzaju „no tak, źle wychowany”. W ostateczności „typowy nastolatek się z niego robi”. Francuz powie „ciekawe, co się stało? Dlaczego się tak zachowuje? Może to dlatego, że matka właśnie zmieniła pracę? A może to dlatego, że w gimnazjum ma więcej lekcji, jest zmęczony?” Nie będę się rozwodzić, ale rozumiesz, o co chodzi? Dla mnie najlepszym przykładem jest znajomy transseksualista. Człowiek, który owszem, stoczył się w pojęciu naszego polskiego społeczeństwa, ponieważ rozpił się, może i ćpał. Nikt nie zadał sobie pytania, jak ciężko mu musiało być z ciałem faceta, podczas gdy czuł się kobietą. Zmuszono go do ożenku, co miało go wyleczyć, a później wszystko było zrzucane na jego dziwactwa. I tak do dziś. Nigdy w życiu we Francji nie zostałby przez najbliższych nazwany „kloszardem”. Miałby zainteresowanie rodziny, zrozumienie, pomoc w specjalistycznych organizacjach, itd. Oczywiście nieco uogólniam – głupich nie sieją, sami się rodzą – jak mawia moja mama, także i tu znaleźliby się krytycy, ale ogólnie takie jest moje głębokie odczucie – ludzie potrafią zrozumieć człowieka, próbują przynajmniej. Ciekawe, iż jest to charakterystyczne dla tego społeczeństwa, które nie wychowuje się bynajmniej na Biblii i „kochaj bliźniego swego, jak siebie samego”, jak to ma miejsce w Polsce… 

S.C.: Co możesz powiedzieć o wychowaniu dzieci we Francji? Czego się je uczy? 

Agnieszka: Dla mnie podstawowa różnica, że tutaj dzieci mają głos. I te dzisiejsze, ale też i te z mojego pokolenia. „Dzieci i ryby głosu nie mają” z mojego osobistego dzieciństwa zrobiło mi większą krzywdę niż mogłoby się wydawać! To było wychowanie oparte na strachu i wstydzie. I to pomimo niesłychanie kochających rodziców, jakich miałam! Po prostu taki był wzorzec i nikt nie śmiał od niego odstawać. Pamiętam, że jako dziewczynka uwielbiałam mitologią grecką. Do moich rodziców przyszedł kiedyś ich stary znajomy – człowiek o wysokim stanowisku na Uniwersytecie Gdańskim. Zaczął coś mówić o jakimś bohaterze z mitologii i ja wtedy, zafascynowana krzyknęłam „Pan też się zna na mitologii!” – tak mi się wyrwało. Ileż było gadania, że jak ja mogłam potraktować go, jak równego sobie, że wstyd dla rodziców. Do tej pory mam z tego wydarzenia bolesne wspomnienie. To tylko taka soczewka skupiająca całą gamę nakazów i zakazów. Gdy moja mam mówi dziś mojej córce, że nie wolno jej się przy stole odzywać niepytanej, to protestuję. Jeśli temat jest dla niej czy jest wspólny, a ona ma coś do powiedzenia, niech mówi. Musi nabrać przekonania o własnej wartości! O swojej wiedzy, inteligencji, o możliwości rozmowy z innymi. Dlaczego nie może, np. odezwać się i opowiedzieć o szkole we Francji? Natomiast pozwalano nam – dzieciom siedzieć przy stole z dorosłymi, gdy rozmawiali oni o różnych sprawach niekoniecznie przeznaczonych dla naszych uszu. Zasadniczo mogliśmy słuchać, byle się nie odzywać. Należałoby być po prostu przezroczystym dzieckiem.
We Francji nic z tych rzeczy. Raczej odsadzi się dzieciaki od stołu dorosłych albo powstrzyma od niewłaściwych rozmów. Po prostu się dzieci zauważa i chroni się przed niewłaściwą treścią, ale pozwala na swobodne wyrażanie opinii tam, gdzie mogą przecież coś powiedzieć. W ten sposób wychowuje się ludzi znacznie bardziej pewnych własnej wartości i przez to szczęśliwszych. Wciąż mam wrażenie, że laickość Francji dużo tu znaczy. Religijne narody mają wdrukowaną w świadomość hierarchię – bóg, papież czy inny przywódca, kler, rodzice, nauczyciele. Dzieci są podnóżkiem tej piramidy i to dosłownie. Depcze się ich godność. A przecież są przyszłością narodu, więc co szykujemy sobie, swojemu krajowi?

S.C.: Co z tzw. polską mentalnością? Czego możemy się nauczyć od Francuzów, a czego oni mogliby się od nas nauczyć?  

Agnieszka: Tej laickości właśnie, której skutkiem jest tolerancja, odruch rozumienia innych, akceptacja i poczucie własnej wartości – to ostatnie nie do przecenienia – mówię z doświadczenia. 

S.C.: Przejdźmy do nieco przyjemniejszych tematów. Jakie są nawyki żywieniowe Francuzów? Opowiedz o narodowej kuchni Francji oraz kulturze jedzenia? 

Agnieszka: Indyk z kasztanami na Wigilię (śmiech). Nigdy nie jadłam, ponieważ albo jestem u teściów, na półkuli południowej, gdzie je się owoce morza, albo u moich rodziców, gdzie na stole króluje karp. W domu robimy mieszankę obu kuchni regionalnych i kupujemy to, co nam najbardziej smakuje. Nie ma postu. To, co mi się bardzo podoba w obchodzeniu świąt, to to, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni nie stoją przy garach! Naprawdę! Jest to okazja do kupienia rarytasów, których nie je się na co dzień. Zamawia się je w cateringu. Nawet zwykłe firmy, na przykład produkujące mrożone jedzenie, wypuszczają specjalne serie. W tamtym roku kupiłam lodowy deser o smaku kasztanowym w kształcie oszronionych szyszek! Generalnie ludzie wypoczywają. Jedzą wyjątkowe rzeczy. Piją szampana oraz spotykają się z rodziną i przyjaciółmi. Nie ma żadnej presji. Nie ma rodzinnej hierarchii, kto kogo zaprosi i czemu. Ludzie wyjeżdżają na przykład na narty na Gwiazdkę i nikomu nie przyjdzie do głowy zapytać: „a co z kolacją wigilijną?” To ma być radocha, a nie zmuszanie się do świąt, co często jest udziałem polskich rodzin. Kuchnia jest częścią przyjemnego życia Francuza.
Plaża w Paryżu - corocznie przedsięwzięcie nad brzegami Sekwany w Paryżu. Ludzie się opalają, dzieci się bawia, rowerzyści i rolkowcy jeżdżą, można coś jeść, itd. Po Sekwanie pływają stateczki z basenami, ponieważ w samej Sekwanie nie można się wykąpać.

S.C.: Dlaczego warto było zamieszkać we Francji Twoim zdaniem? 

Agnieszka: Tak bardzo przyziemnie rzecz biorąc – warto we Francji urodzić dziecko i się leczyć. NFZ zwraca 70% wszelakich kosztów leczenia publicznego. Jeśli nie masz pieniędzy, składki NFZ finansuje ci państwo. Do tego jest dodatkowe ubezpieczanie, które pokrywa pozostałe 30%. Można również dostać dofinansowanie od państwa, jeśli cię nie stać. Oczywiście, to nie znaczy, że masz za darmo wszystko, co najdroższe, typu koronki na zębach, ale w codziennym życiu (jak leczenie antybiotykami czy nawet operacje w szpitalach publicznych) jest to system nie do przecenienia! Niestety, przez wiele lat inne narodowości, w tym Polacy, bardzo nadużywali dobroci państwa francuskiego. Miałam znajomych, którzy sprowadzali tu rodziców i zakładali im konto NFZ za pieniądze państwowe, ponieważ niby mieli ich na utrzymaniu. Leczyli ich tutaj za grosze, bo mieli dofinansowany drugi filar. A nawet już w Polsce, gdzie otrzymywali oni europejską kartę zdrowia, potem jechali do siebie, gdzie chodzili po lekarzach niby jako przybyli z zagranicy… (głębokie westchnienie). Rozumiem, że ludzie ułatwiają sobie życie, ale to jest zwyczajne oszustwo finansowe i państwo francuskie zdało sobie z tego sprawę – proceder został ukrócony.
Poza tym, dla mnie Francja to właśnie też synonim własnej ludzkiej wartości i zrozumienia drugiego człowieka.
Ważne jest również to, że francuski to język bardzo dużego zasięgu. Nie tylko dziesiątki milionów ludzi mówi w tym języku, ale przede wszystkim mnóstwo literatury i materiałów naukowych jest zredagowanych po francusku i dostępnych we francuskich bibliotekach, księgarniach, uniwersytetach, szkołach, itd. To pozwala się rozwijać. Poza tym, są Francuzi, poza nauką języków obcych, w ogóle narodem przywiązanym do wiedzy i sztuki, więc z łatwością znajduję, czy to nam czy córce zajęcia według zainteresowań – muzea, wystawy, publikacje, szkoły muzyczne, teatry. Zajęcia z chóru, z nauk ścisłych, z kina, a nawet lotnictwa dostępne są w gimnazjum.

S.C.: Za co polubiłaś Francję, a czego w niej nie znosisz? W czym tkwi piękno tego kraju? 

Agnieszka: Nie lubię pieczywa francuskiego (śmiech). Nie mam tak naprawdę jakiejś specjalnej do Francji i Francuzów. Nigdy nie czułam się gorsza niż obywatele tego kraju. Francję jako taką uwielbiam za jej laickość, która, jak mówiłam, wpływa mocno na postawy ludzkie – tolerancję, szacunek dla samego siebie, wychowanie dzieci. Za siłę nabywczą euro też ją lubię.
Za jedną prostą rzecz, która moim zdaniem i nie tylko moim, gdyż także samych Francuzów, co też wynika z ich laickości, czyli prawo do przyjemności (która we wszelkich niemal religiach jest mocno zakazana!). Francuska matka, jeśli chce poświęci popołudnie na naukę niemieckiego, to zrobi to niezależnie od tego, kiedy ostatnio odkurzała dywan i myła kuchenkę. A nawet do kina pójdzie niezależnie od dywanu i kuchenki. Świetnie to ilustruje stara francuska reklama – Robinson Crusoe buduje coś zawzięcie. Buduje i buduje, męczy się, w końcu w pocie czoła stawia z szerokim uśmiechem jakąś konstrukcję, która okazuje się gigantyczną bramką, a sam Robinson gra z mewą w piłkę! Slogan do tej reklamy „bo przyjemność jest Twoim prawem, jak każde inne”.

S.C.: Jak widzisz Francję teraz, a jaka była na początku, gdy przyjechałaś tu zamieszkać?  

Agnieszka: Ku mojemu przerażeniu skręca nieco na prawo. Macron zaprzepaszcza zdobycze socjalne, jak np. prawa pracownicze nadane przez poprzedników. Obawiam się także radykalizacji religijnej, która piętnaście lat temu, gdy tu przyjechałam nie istniała przynajmniej w sferze publicznej. Mówię tu zarówno o dzieciach, które chcą pościć w Ramadan, jak i o młodych ludziach protestujących przeciwko małżeństwom jednopłciowym w imię katechizmu katolickiego.

S.C.: Co Ci daje emigracja? Czego Cię nauczyła? 

Agnieszka: Postrzegania świata i ludzi pod innym kątem. Widzimy bowiem te elementy zawsze i bezwiednie przez pryzmat kultury, w której zostaliśmy wychowani i uformowani, przez schematy, według których założyliśmy rodzinę, rozpoczęliśmy pracę i stosunki międzyludzkie. A kiedy widzimy świat oczyma ludzi, którzy na przykład właśnie nie stoją przy garach w Wigilię czy bez wyrzutów sumienia oddają się przyjemnością, to dostrzegamy inne wartości, odkrywamy, że potrafimy robić coś innego, gdy da nam się szansę. Potrafimy wychowywać dzieci inaczej, gdy nie wchodzimy w ramki typowo polskich stosunków rodzinnych.

S.C.: W tym roku Polska obchodzi 100-lecie odzyskania niepodległości. Jak więc postrzegasz Polskę na arenie międzynarodowej i europejskiej?

Agnieszka: Jako byłą demokrację. Wiesz, 15 lat to bardzo dużo. Nie śledzę wielu rzeczy w polityce. Pracując w gazetach, śledzi się częściowo, ale już wybiórczo. W moim wydaniu to głównie wydarzenia społeczne, nie polityczne. Wiem, oczywiście, o co chodzi w aferze sądowniczej, w wycince lasów, itd., ale bardziej interesują mnie Czarne Marsze na przykład. I, patrząc na Polskę z tej perspektywy, postrzegam ją jako kraj fundamentalistycznie religijny, rządzony przez prawicę, która nie zwraca uwagi na dobro obywateli. Kraj, gdzie patriarchat i maczyzm obecne są w każdej dziedzinie życia społecznego, wspierane przez kościół i gdzie ten ostatni bardzo aktywnie od samego przedszkola formatuje nowe pokolenia, aby weszły w ten sam schemat i żeby nic się przez następne dziesięciolecia nie zmieniło.

S.C.: Wrócisz kiedyś do Polski? 

Agnieszka: Na wakacje. Nawet na tę nieszczęsną Gwiazdkę, ponieważ lubię ją spędzać z rodziną, młoda lubi nastrój w Polsce – również dzięki temu, że szybko zapada zmierzch i otoczona światełkami czuje się bajkowo. Nie, nie planuję powrotu, choć był swego czasu taki plan, zanim do władzy doszedł obecny rząd. Nie chcę jednak, żeby moje dziecko dorastało w kraju, gdzie w razie gwałtu nie będzie mogła usunąć niechcianej ciąży, nie otrzyma pomocy psychologicznej, w której, gdyby była lesbijką, musiałaby się kryć i tak dalej. Poza tym, chcę się móc spokojnie na starość leczyć, nie wsadzić całej kasy w leki, a zęby w ścianę. No i chcę zachować otwartość ducha swojego i mojej rodziny, w Polsce nie mam na to szans.

S.C.: Bardzo dziękuję za szczerą rozmowę. 
Zdjęcia: Emmanuel Abemonti